czwartek, 18 września 2003

Ludzie mówią, mówią...

Zwykła historyjka sanatoryjna, którą kiedyś wymyśliłem na poczekaniu, żeby zilustrować pewien problem. Może wydawać się zabawna, ale czy na pewno jest taka wesoła?


Ludzie coś tam mówią, ale co ja słyszę?

Pokój w sanatorium. Godzina 2030. Pan i Pani. Ona wyraźnie mu się podoba. Rozmawiają o różnych sprawach, on stara się ją namówić na wspólny spacer następnego dnia. W pewnym momencie...

- Jestem już trochę zmęczona, chciałabym się położyć – Pani spogląda na zegarek.
- Jasne, oczywiście – Pan jest nieco zdezorientowany – No to... Dobranoc.

Pan wychodzi z pokoju. Idzie korytarzem, automatycznie kierując się w stronę swego lokum. Mija rozbawioną grupę kuracjuszy wybierających się wyraźnie na jakieś balety. 

- Co ja takiego powiedziałem – zastanawia się – nie ciągnąłem jej przecież do łóżka, starałem się być elegancki i kulturalny... Ale może byłem zbyt natarczywy i z tą propozycją wspólnego spaceru trzeba było poczekać jeszcze z dzień czy dwa?

Na korytarzu zrobił się ruch, ludzie odwiedzają się w pokojach, wychodzą razem, wracają. Ktoś niesie czajnik z wrzącą wodą... 

- Nawet zwyczajowej kawy nie zaproponowała – przygnębienie Pana rośnie – a przecież to by nie było nic takiego. Ja po prostu musiałem coś spieprzyć. Taka śliczna kobieta, a ja znowu coś zepsułem. Jak zwykle... – Pan uśmiecha się smutno pod nosem.

Wchodzi do swojego pokoju. Współlokatora nie ma. Cicho gra radio.

- On też załatwił sobie jakieś towarzystwo. Taki palant! – Pan nie przepada za kumplem z pokoju – Tylko ja, oczywiście, musiałem coś spierdolić. Jak zawsze. No cóż – jest ironiczny i sarkastyczny – widać jestem większym palantem od niego.
Chodzi nerwowo po pokoju, zagląda do szafy. Wyraźnie nie wie, co ze sobą zrobić.

- Po co brałem te wszystkie ekstra ciuchy? Przecież to bez sensu! Na nikim nie zrobię wrażenia. Jak bym się nie ubrał to taki palant jak ja, taki nieudacznik, który zawsze wszystko musi zepsuć , nie ma żadnych szans – z rozmachem zamyka szafę.

- Tylko bezsensownie wydałem pieniądze – śmieje się z goryczą – kolejne idiotyczne działanie, kolejne kretyńskie nadzieje.

- Tylu ludzi gdzieś się dziś wybierało po kolacji. Ale oczywiście mnie nikt nie zaprosił. Pewnie! Przecież mnie tu nawet nie widzą, nie dostrzegają. Mogłoby mnie tu w ogóle nie być, a i tak by nikt za mną nie płakał – kładzie się na tapczanie i niewidzącym wzrokiem patrzy w sufit.

- Zresztą, czy tylko tutaj? Przecież tak jest przez całe życie. Kiedy ja w pracy dostałem podwyżkę? Kiedy Kazia z sekretariatu powiedziała, że mam ładną marynarkę? To wszystko jest zupełnie bez sensu... – Wzdycha.

- Zrobiłem błąd przyjeżdżając tu. Zdrowie? – Śmieje się z goryczą – Kogo interesuje moje zdrowie?! Mogę sobie zdechnąć i kompletnie nikogo to nie zainteresuje.

Pan nagle wstaje. Wyjmuje z szafy walizkę. Gwałtownie i nerwowo zaczyna się pakować.

- Jadę stąd. Wracam do domu. Zamknę za sobą drzwi na wszystkie zamki. Wypiję wszystko co mam w barku, no w końcu czymś muszę popić te wszystkie prochy od psychiatry, i wtedy, nareszcie będzie święty spokój. Ktoś kiedyś pewnie mnie znajdzie. Pochowają mnie w rogu cmentarza, ale co to ma za znaczenie? Przecież za moją trumną i tak nikt szedł nie będzie...


W tym momencie przerwę sanatoryjną opowieść. Mógłbym ciągnąć ją dalej, ale już chyba nie jest to potrzebne.
Ktoś mnie kiedyś zapytał, po co mi te wszystkie terapie, warsztaty, zajęcia, cała ta psychologia? Powtórzyłem wtedy zasłyszane czy przeczytane kiedyś określenie: „Chcę być obecny w swoim życiu”. A jednym z elementów tej obecności jest umiejętność słuchania i słyszenia, co ludzie do mnie mówią.

Była to dla mnie całkowita abrakadabra przez wiele lat. Moim zdaniem dla wielu ludzi jest tak nadal, ale to już zupełnie inna historia.

Tak, więc chcę słyszeć, co do mnie mówią. A nie to, co wydaje mi się, że mówią po przepuszczeniu treści przez filtr własnych przekonań, doświadczeń, wyobrażeń, myśli o tej osobie, moich domysłów o jej intencjach i stu innych rzeczy...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach