czwartek, 18 listopada 2004

Niezwykle trudne wybory

Kiedy według programu "strzyżyńskiego" pracowałem wraz z całą grupą przez 10 dni nad Krokami IV i V Programu AA, ktoś w pewnej chwili rzucił zdanie, które zrewolucjonizowało moje rozumienie problemu wad. Głównie moich wad, ale oczywiście nie tylko.


Krótkotrwałe zyski czy długofalowe efekty?

Do tego momentu wydawało mi się, że jakąś tam ilość wad ja po prostu i zwyczajnie mam. Często mówiłem, że "ja już tak mam" albo, "nie jestem święty i jak wszyscy mam wady". Widziałem te wady jako coś w rodzaju dopustu Bożego. Z wadami można było oczywiście walczyć, zmagać się, ulegać im, czasami może ograniczać, ale to w zasadzie wszystko.

A tu nagle ktoś zapytał mnie jak używam swoich wad? Jakie mam korzyści używając swoich wad? Miałem wtedy wrażenie, że w jednej chwili runął wielki mur, który stał na drodze mojego trzeźwienia. Ach, więc to tak wygląda! O to chodzi!

Nie miałbym żadnego problemu z jakąś ze swoich wad, gdyby używanie jej nie dawało mi określonych korzyści czy profitów. Nagle wydało mi się to takie jasne i oczywiste. Przecież jakby stosowanie wady dawało jedynie cierpienie, to bym jej nie używał - to zrozumiałe. A jakie korzyści? Kłamstwo na przykład daje możliwość uniknięcia konsekwencji czy odpowiedzialności - "to nie ja zawaliłem, to Kowalski", złodziejstwo pozwala mieć jakieś dobra za darmo, itd. itp.

Usłyszałem też, że używanie wad daje wprawdzie krótkotrwałe zyski, ale niweczy szanse na długofalowe efekty. Zacząłem od tego momentu widzieć wady jako coś w rodzaju skrzynki z narzędziami. Mam ją zawsze ze sobą. Ale tylko ode mnie zależy czy jakieś narzędzie wyjmę i go użyję. Tak przynajmniej chcę to widzieć...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach



niedziela, 18 kwietnia 2004

(pseudo) Filozofia rezygnacji

Dlaczego rezygnować? Tyle nieba mamy przecież nad nami. Tak dawno temu pisał Raol Follerau. Tylko jakoś nie wspominał, że nie całe to niebo nam przeznaczono... Ja wyszedłem z założenia wręcz odwrotnego. Uznałem, że u podstaw sukcesu leży rezygnacja.


Moja prywatna (pseudo)filozofia rezygnacji

 Mam podstawy przypuszczać, że wiem, co to jest cierpienie. Nie będę teraz wyliczał wszelakich powodów moich rozlicznych cierpień, nie ma to jakby większego znaczenia. Najistotniejsze jest to, że w jakimś momencie swojego życia miałem tego tak dalece dość, że zacząłem zastanawiać się skąd i jak rodzi się cierpienie oraz, co chyba naturalne, jak go uniknąć?

W sanatorium w Mosznej miałem wystarczająco dużo czasu na myślenie. Wymyśliłem więc, że jednym z podstawowych powodów cierpienia jest strata (utrata). Oczywiście pojmowana tak szeroko, jak to tylko możliwe.

Po zgubieniu 10 złotych jestem zły na siebie, poirytowany, zastanawiam się, co mogłem sobie za to kupić, itp. Za stratę płacę nieprzyjemnymi uczuciami - cierpię. Aczkolwiek nie aż tak znowu bardzo. O wiele bardziej cierpię po porzuceniu mnie przez kogoś, kogo kocham, z kim wiążę nadzieje na przyszłość, z kim chciałem się zestarzeć.

Kiedy ze względu na stan zdrowia muszę ograniczyć trufle - cierpię. Bardziej jednak bolesne będzie, jeśli okaże się, że muszę wykluczyć ze swojej diety pieczywo i ziemniaki. Straciłem komfort jedzenia tego, na co mam ochotę.

Jeśli z powodu starości nie jestem w stanie wbiec na czwarte piętro - cierpię, urażona jest moja duma i ambicja, mam poczucie niższej wartości, wstydzę się. Straciłem kondycję, sprawność fizyczną.

Powodów mniejszego czy większego cierpienia wynikającego ze straty jest mnóstwo. Kilka, kilkanaście dziennie. Co zrobić, jeśli strata jest nieunikniona, niezależna ode mnie? Bo przecież takich właśnie jest przeważająca większość (na czele tej listy jest oczywiście utrata życia).

Przeciętnie inteligentny człowiek traci z powodu własnej głupoty, bezmyślności czy braku wyobraźni zaledwie 10-15% z całej puli strat (nie dotyczy to, rzecz jasna, laureatów nagrody Darwina). Co więc jest do zrobienia? Moja odpowiedź to - ZREZYGNOWAĆ. Zrezygnować (lub być, stać się, całkowicie gotowym do rezygnacji) zanim nam odbiorą, zanim utracimy, zanim będziemy musieli oddać, zanim będziemy musieli rozstać się, zanim będziemy zmuszeni...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach