poniedziałek, 18 grudnia 2006

Proces uwalniania się od wad

W obietnicach Wielka Księga podaje: "zyskamy nową wolność i nowe szczęście".
Dlaczego mówimy o "uzyskaniu wolności od wad"? Czyżby nas zniewalały?
Dlaczego? Jaką wolność dostaję/dostałem w wyniku działania Programu?


Jak uwolnić się od wad charakteru?

Moje własne rozumienie tych tematów wygląda następująco:

1. Kiedy piłem, nie byłem wolny. To chyba oczywiste zważywszy na to, że byłem uzależniony od alkoholu. UZALEŻNIONY człowiek nie jest wolny. Jako czynny alkoholik piłem, bo nie byłem w stanie przestać, piłem choć nie chciałem pić.

2. Wspominałem już w którymś tekście, że moje wady to jak skrzynka z narzędziami, którą zawsze mam przy sobie.

3. Jeśli jakiejś wady nie mam, na przykład nigdy ona w moim życiu nie wystąpiła, to trudno mówić o wolności. Tak jak trudno byłoby mi jako mężczyźnie mówić o wolności od ciąży. Ja w ciąży być nie mogę, to mnie nie dotyczy, a wiec i wolności w tym żadnej.
Podobnie jak w przypadku braku pieniędzy - nie jest wolnością to, że nie musze, bo nie mam ani grosza, wybierać miedzy chlebem a piwem.

4. Wolność to możliwość dokonywania wyborów. Analogicznie - brak możliwości dokonywania wyborów nie jest wolnością. Bóg (chrześcijański) dał ludziom wolną wolę, a wiec właśnie możliwość dokonywania wyborów.

5. Kiedy jestem wolny? Okazuje się, że tylko w pewnej niewielkiej chwili, pomiędzy bodźcem a reakcją. (Nazywa się to proaktywnością, ale to inna sprawa). Chodzi o to, żebym nie reagował jak zwierzę, pod wpływem impulsów, albo jak człowiek zniewolony uzależnieniem - pod wpływem choroby, tylko dał sobie czas na rozważenie sprawy i...


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

sobota, 18 listopada 2006

Otwarty mityng AA


Kilka dni temu obserwowałem ciekawe wydarzenie, które skłoniło mnie do przemyślenia problemu zamkniętych i otwartych mityngów AA.


Otwarty mityng (spotkanie) grupy AA

Właśnie na otwartym mityngu zjawiło się czworo nowicjuszy z problemem alkoholowym, deklarujących chęć przystąpienia do Wspólnoty. Powstał kłopot - ta grupa nie przyjmuje "nowych" podczas otwartych spotkań. Odmówić nowicjuszom, czy zmienić status mityngu? Po konsultacji z sumieniem grupy wybrano to drugie- mityng zmieniono na zamknięty. 
Kiedy nowicjusze szczęśliwie zostali przyjęci, zjawił się z kilkuminutowym spóźnieniem nowy gość pragnący uczestniczyć w spotkaniu AA. Człowiek ten oświadczył, że w chwili obecnej absolutnie nie czuje się gotowy do składania jakichkolwiek deklaracji dotyczących swojego stanu zdrowia lub picia, czyli innymi słowy mówiąc, nie jest jeszcze pewien, czy jest uzależniony. A przyszedł właśnie tego dnia, bo w poradni odwykowej poinformowano go, że będzie mityng otwarty, a na takim może być każdy, nie tylko alkoholicy.

Teraz prowadzący miał już rzeczywiście duży problem. Starał się wyjaśnić nowoprzybyłemu, że mityng był otwarty jeszcze kilka minut temu, teraz jest zamknięty, bo są nowicjusze... Pomieszanie prowadzącego rosło, "gość" z kolei wyraźnie coraz mniej z tego wszystkiego rozumiał; wreszcie zapadła pełna skrępowania i napięcia cisza. 
Po kilkuminutowych dyskusjach, szeptanych konsultacjach, gorączkowym poszukiwaniu rozwiązań w materiałach AA i ostatecznie po kolejnym głosowaniu, zdecydowano ponownie "otworzyć" mityng. 
Dalej wszystko potoczyło się już gładko, ale... Pewien niesmak pozostał. Czy potrzebne było to całe zamieszanie i nerwy?

Zacząłem się zastanawiać nad potrzebą dzielenia mityngów AA na otwarte i zamknięte. Słyszałem, że w wielu krajach takie podziały nie istnieją, ale nie wiem, czy to prawda. 
Jaki jest cel organizowania mityngów otwartych? Odpowiedź jest oczywista: żeby mogli przyjść na nie niezdecydowani, tacy, co to jeszcze nie są pewni, jeszcze nie są gotowi składać deklaracji typu- "tak, jestem alkoholikiem". Jest to szansa zaprezentowania Programu AA i jego działania ludziom z zewnątrz, może rodzinie alkoholika. 
Czemu w takim razie służą zamknięte mityngi? Tu też odpowiedź z pozoru wydaje się prosta: po to, żeby alkoholicy mogli w swoim bezpiecznym gronie omówić krępujące, osobiste, drażliwe, sprawy czy tematy - głównie z okresu picia.

Czemu "z pozoru"? Bo, jak wykazuje praktyka, anonimowość potrafi być w AA równie trwała jak mydlana bańka. I między innymi po to powstała instytucja sponsora, by te naprawdę ważne, intymne sprawy omawiać w rzeczywiście bezpieczny sposób i w cztery oczy, a nie w grupie dość przypadkowych osób. Faktem jest, że wielu znajomych skarżyło się, że po wyznaniu podczas mityngu jakiejś bolesnej prawdy, trafiała ona po pewnym czasie do ich rodzin czy przełożonych. Zamknięty mityng też, jak się okazuje, nie gwarantuje bezpieczeństwa.

Rozważając kwestię spotkań zamkniętych i otwartych wspominam swoje pijane złudzenia. Zawsze przecież wydawało mi się, że nikt nic nie wie, niczego się nie domyśla, nic nie widzi. Tymczasem moje pijackie wyczyny czy ekscesy nie były...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

środa, 18 października 2006

Przyjmowałem ludzi do AA

Dość długo uważałem za normalne i oczywiste, że nowicjuszowi przychodzącemu po raz pierwszy na mityng AA, prowadzący zadaje dwa pytania. Jedynie odpowiedź twierdząca na obydwa, upoważnia nowicjusza do uczestnictwa w zamkniętych mityngach Anonimowych Alkoholików.
Lata mijają, a ja mam coraz więcej wątpliwości...
Te dwa pytania, które zresztą i mnie kiedyś zadano, a które budzą we mnie coraz większe opory i wątpliwości, brzmią następująco:

1. Czy zauważyłeś, że picie alkoholu komplikuje twoje życie i masz kłopoty?
2. Czy masz szczerą chęć zaprzestania picia?


Przyjmowałem ludzi do Wspólnoty AA

Czy jest w nich coś złego, szkodliwego? Pozornie niby nie, ale... W każdym razie swoje wątpliwości, o których wyżej wspominałem podzieliłbym na dwie grupy.

• Dlaczego nowicjuszowi zadawane są dwa pytania? Czemu nie jedno?

III Tradycja Wspólnoty mówi, że "Jedynym warunkiem przynależności do AA jest chęć zaprzestania picia". Jeżeli istnieje "jedyny" warunek to czemu służą dwa pytania oraz żądanie, żeby nowicjusz przyznał, że picie komplikuje mu życie i ma kłopoty? A poza tym "jedynym" warunkiem jest "chęć zaprzestania picia", a nie "szczera chęć zaprzestania picia".

Kiedy próbowałem o tym rozmawiać w gronie znajomych z AA, usłyszałem że nowicjusz jest tak "zakręcony", że się w tym i tak nie połapie. Może to i prawda, ale, czy w takim razie "starzy aowcy" mają wykorzystywać wiadomy stan osoby, która na mityng AA przyszła pierwszy raz w życiu? A przede wszystkim - po co? Czy może po to, aby nadal istniała wątpliwej jakości tradycja, do której już się przyzwyczaili, a nawet przywiązali?

Poza tym, o zgrozo! dalej w pewnych miejscach funkcjonują scenariusze, według których najpierw przyjmuje się nowicjusza, a dopiero później czyta Preambułę AA - czyli "najpierw cię przyjmiemy, a dopiero później dowiesz się do czego cię przyjęliśmy"? Ale to uważam już za jawną kpinę.

W 2001 roku uczestniczyłem czynnie w zakładaniu nowej grupy. Udało mi się wtedy przeforsować sprawę nowego scenariusza. W każdym razie na dzień dzisiejszy są w moim mieście cztery mityngi tygodniowo, na których nowo przybyłym zadaje się pytanie (jedno!): "Czy masz chęć zaprzestania picia?" i tylko tyle, nic więcej. Choć, moim zdaniem, jest to i tak za dużo...

Całkiem niedawno doczekałem się "ciekawej" sytuacji: na jednej z grup "staroscenariuszowych" zjawił się nowicjusz, zadeklarował się jako alkoholik, przyznał, że chce przestać pić, ale... nie zgodził się z twierdzeniem, że ma kłopoty i że picie komplikuje mu życie.
Nie byłem na tym mityngu, opowiadano mi o tym tylko, a mój rozmówca był tak skrępowany całą tą sprawą, że ostatecznie nie wyjaśnił mi, czy ten nowicjusz został w końcu przyjęty do AA i czy pozwolono mu zostać na zamkniętym mityngu...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

wtorek, 17 października 2006

Absolutnie nie porównywać!

W środowisku ludzi związanych z terapią odwykową, a zwłaszcza i przede wszystkim ze Wspólnotą Anonimowych Alkoholików, krąży całkiem pokaźna liczba rozmaitych powiedzeń, przysłów i innych "prawd". Wiele z nich, w niesamowicie prostej formie, zawiera cały ogrom mądrości życiowej wielu pokoleń trzeźwiejących alkoholików. Ale czy faktycznie wszystkie? Czy można podchodzić do nich całkowicie bezkrytycznie. Od powstania Wspólnoty Anonimowych Alkoholików (15 czerwca 1935) minęło 70 lat - na ile zadziałała zasada "głuchego telefonu"?


Tylko, broń Boże, nie porównywać i nie oceniać!

Hasło to wraca jak bumerang. I prawdę mówiąc mam coraz więcej wątpliwości... Skąd mam brać opinie o ludziach, rzeczach, zjawiskach, wydarzeniach, bez oceny? W jaki sposób, nie oceniając, mam się zorientować, że ktoś jest dla mnie dobry czy zły, pomaga mi czy szkodzi? Jak mam normalnie funkcjonować bez trzeźwej oceny sytuacji?  
Jak to się mówi delikatnie? Acha, no więc mam odruchy wymiotne kiedy słyszę hasło "nie oceniać". I zawsze (no, prawie zawsze) mam wrażenie, że prawdziwy przekaz osoby coś takiego propagującej brzmi: "tylko mnie nie oceń krytycznie, tylko mi nie zwróć uwagi na moje braki, słabości i błędy, ja tak nie chcę ich zauważać, tak nie chcę znów nad czymś pracować, tak nie chcę już nic zmieniać, tak nie chcę burzyć swojego spokoju i samozadowolenia".  
Często zastanawiam się skąd w AA i okolicach biorą się te wszystkie dziwolągi. A jeśli już nie całkowite dziwolągi, to cudaczne mutacje.  
Zakaz oceniania jest narzędziem terapeutycznym, dzięki któremu pacjenci na zajęciach terapii grupowej mogą się czuć pewnie i bezpiecznie. Ale przecież AA to nie terapia, życie to nie terapia!
"Nie porównuj się z innymi, bo możesz..." pochodzi z Dezyderaty Maxa Ehrmanna, ale czemu alkoholicy "łyknęli" to zdanie tak gładko i zrobili z nim to, co zrobili, pozostaje dla mnie zagadką.

Cały system szkolnictwa na świecie opiera się na porównywaniu i ocenianiu: jeśli 99 dzieci w wieku lat 8 umie czytać, a jedno nie, to z tym jednym coś jest nie w porządku, być może jest dyslektykiem, może trzeba skierować je na jakieś dodatkowe zajęcia...  
System wynagrodzeń opiera się prawie w całości na ocenianiu i porównywaniu: jeśli dwudziestu robotników wykopało w ciągu dnia po jednej dziurze w ziemi, a robotnik numer 21 wykopał dwie, to on jest lepszym kopaczem niż pozostali i należy mu się nagroda.

Czy słoń jest duży? No, to chyba zależy, do czego się go PORÓWNUJE, prawda? W PORÓWNANIU do mrówki duży, do kuli ziemskiej malutki.

Jeśli znam tabliczkę mnożenia do 5, to skąd mam wiedzieć, czy to jest wystarczająco dużo, tyle ile potrzeba i ile wszyscy znają? Dopiero jak porównam się z innymi i zorientuję, że wszyscy pozostali znają tabliczkę mnożenia do 7, to będę wiedział, że muszę jeszcze się czegoś nauczyć. 
Na systemie porównywania i oceniania opiera się cały system prawny. Ktoś ocenił, porównał szkodliwość i zdecydował, że wódkę i papierosy można sprzedawać legalnie, a marychę - nie.
Itd. itd. itp.

Myślę, że z tymi porównaniami i ocenami jest jak z... młotkiem. Młotkiem można zbić łóżko, stół i szafę, ale młotkiem można też zamordować szwagra.
Z porównania i oceny: "wszyscy w życiu świetnie sobie radzą, tylko ja jestem beznadziejny" - nie wynika w najlepszym wypadku nic. W gorszym, czymś takim mogę sobie zrobić krzywdę.
Ale jeśli stwierdzę, że "Marek, Wacek, Józek, Zbyszek i Wojtek potrafią pływać, a ja nie (porównanie). Nauczę się też, żebym w naszej paczce nie czuł się gorszy (ocena), żebym mógł z nimi wybierać się na żagle lub kajaki" - to to ma sens, z tego może coś pozytywnego wyniknąć.

Przez kilka lat obserwowałem przedziwną metamorfozę "Programu 24 godzin". Nie pamiętam już, czy dostałem go "do wykonania" na terapii czy mityngu AA, nieważne. W każdym razie było to zaraz na początku mojej abstynencji.  
Po latach słyszę jak facet odpowiada żonie pytającej, czy jutro załatwi hydraulika: "A skąd ja mam wiedzieć, co będzie jutro?! Jutro to ja się mogę napić lub umrzeć! Wiesz przecież, że ja muszę żyć Programem 24 godzin!". Zaskoczyło mnie to, więc starałem się go delikatnie podpytać o ten program 24 godzin i okazało się, że dla niego jest to decyzja, że...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

wtorek, 18 lipca 2006

Zwykły przypadek losowy

Mój syn (lat 26) wybrał się z chłopakami grać w piłkę nożną. Wrócił do domu ze złamanym obojczykiem. Gips, wiele tygodni zwolnienia chorobowego, lęk o utratę pracy w związku z tym... W jakiejś rozmowie z matką syn użył na to zdarzenie określenia „przypadek losowy”. Do samej dyskusji się nie włączałem, ale stała się ona bodźcem do rozważenia roli przypadków w życiu, a w życiu alkoholika w szczególności.


Przypadki losowe w życiu alkoholika

Ja osobiście w przypadki jako takie nie wierzę. Uważam, że wszystko i zawsze ma swój sens, cel i przyczynę- ja mogę ich nie widzieć lub nie rozumieć, ale to inna sprawa. Taka postawa nie przeszkadza mi zupełnie w używaniu (czasami) w rozmowie słowa „przypadkiem”. Nie narzucam swojej koncepcji nikomu, a w ten sposób określam zdarzenie, którego nie można było przewidzieć, lub którego prawdopodobieństwo było bardzo małe. 
W tym jednak miejscu na alkoholika (DDA, Al-anon) czyha pułapka. Czy faktycznie czegoś tam nie można było przewidzieć? Czy rzeczywiście prawdopodobieństwo zdarzenia było tak nikłe, że można go było nie brać pod uwagę? Odpowiedzi na takie pytania wiążą się bezpośrednio z innymi: odpowiedzialność, realna ocena, konsekwencje, trzeźwość...

Nieomalże całkowicie bezpiecznie przewracać się może dziecko do lat 4-6. Czy facet o 20 lat starszy powinien przewidzieć, że podczas gry w piłkę może doznać kontuzji, albo choćby tylko przewrócić się? Jeśli ja, mężczyzna przed pięćdziesiątką, wybiorę się z dzieciakami skakać z dachu garażu na kupę piachu i podczas tej przemiłej rozrywki coś sobie złamię, to będzie to efekt mojej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni czy przypadek losowy? 
Granica może być niezwykle delikatna, trudna do uchwycenia i, być może, nie aż tak istotna dla tzw. normalnych ludzi, ale jeśli ja, alkoholik, będę zbyt często popełniał błędy w ocenie, to w konsekwencji może mnie to kosztować życie.
Wiąże się to ściśle z odpowiedzialnością (głównie za siebie), którą to strefę zarówno alkoholicy, jak i DDA czy osoby wspołuzależnione mają, delikatnie mówiąc, mocno zaburzoną.
Jeśli coś stało się przypadkiem, to nie ja ponoszę za to winę, nie odpowiadam za to. Ale, jeżeli konsekwencje lub efekty, działania lub zaniechania, myślenia lub postępowania, mogłem przewidzieć, to...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Z Iluzji do Strzyżyny

Krok Ósmy Programu Dwunastu Kroków Wspólnoty Anonimowych Alkoholików brzmi: Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim, a Krok Dziewiąty: Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.
17 lipca 2006, w środku nocy, wyruszyłem w drogę do Warszawy, a stamtąd do Strzyżyny koło Warki. W Instytucie Psychiatrii i Neurologii zakwalifikowali mnie do udziału w turnusie rehabilitacyjno-terapeutycznym na poziomie Kroków Ósmego i Dziewiątego AA. Jechałem z jasno sprecyzowanymi celami, które chciałem tam osiągnąć oraz z wyobrażeniami o tym miejscu, ludziach, programie i sobie samym.

Z Iluzji do Strzyżyny

Nie, ja nie mieszkam w Iluzji. Takie miasto czy wieś w Polsce najprawdopodobniej nie istnieje. Tym niemniej w 2006 roku do Strzyżyny wyruszyłem właśnie z takiego „miejsca”. Choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem i nawet nie zdawałem sobie sprawy…

Do Wspólnoty trafiłem w 1998 roku. Mój pierwszy sponsor (kazała go sobie znaleźć terapeutka), był wtedy jedną z bardzo niewielu osób wśród opolskich AA, które były w Strzyżynie. Opowiedział mi o niej odrobinę, ale wystarczyło, żebym połknął bakcyla. Strzyżyna zaczęła mi się jawić, jako Mekka polskich aowców, którzy tam, w domkach pośród drzew, bez nadzoru jakichkolwiek terapeutów czy psychologów pracują nad Programem 12 Kroków, jednocześnie tworząc, uzupełniając i wzbogacając materiały związane z programem.
Potem się napiłem. Później napił się mój sponsor. Po sześciu miesiącach wróciłem do Wspólnoty i na terapię. Mój sponsor… No cóż… Na niego nadal czekamy.
Jednak to wydarzenie nie wpłynęło nijak na moje podejście do Strzyżyny. Nadal marzyłem, żeby się tam znaleźć. Zależało mi na tym dlatego, że w pewnym momencie uwierzyłem Anonimowym Alkoholikom, którzy w Wielkiej Księdze obiecywali mi wyzdrowienie z alkoholizmu.

Och, oczywiście wiedziałem, że nie ma mowy o powrocie do picia kontrolowanego - chodziło mi raczej o pozbycie się pewnej dysfunkcji (Niedojrzałość emocjonalna, brak odporności na stresy, frustracje, rozczarowania, zawody. Nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami a nawet ich rozpoznawania i nazywania. Kompleksy, nieumiejętności, lęki, itd.), która kiedyś spowodowała, że zakochałem się w wódce i która nie znikła sama z siebie wraz z ostatnim kieliszkiem.
Chciałem pracować na Programie, poznać go, zrozumieć i zastosować w życiu, a nie tylko słuchać bardzo nielicznych i jakby nieuporządkowanych wypowiedzi o Krokach podczas mityngów AA - mityngów, na których coraz więcej czasu poświęcano opowieściom o problemach z niegrzecznym dzieckiem, z trawą żółknącą na działce, z rozładowanym akumulatorem, z niewdzięczną żoną, której jakoś nie wystarcza do szczęścia fakt, że mąż nie pije, ze złym szefem, itd. itp.
Zanim odpowiednio „dorosłem” do Strzyżyny nastał czas Regionalnych Kas Chorych i ich niechęci do finansowania dalekich wypraw po coś, co można było znaleźć na miejscu. Wtedy program „strzyżyński” można już było realizować także u mnie, w Opolu.

Mimo zapewnień, że program jest identyczny, dość długo nie chciałem się dać przekonać; niepokoił mnie fakt, że u nas trwa to 9 dni, a w Strzyżynie 12. Na swój własny użytek wymyśliłem teorię, według której różnica pomiędzy Opolem, a Strzyżyną była taka, jak różnica pomiędzy dyplomem magisterskim z Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Pcimiu Górnym i takim samym dokumentem zdobytym na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Wreszcie jednak, wychodząc z założenia, że lepsze coś niż nic, „zrobiłem” w Studium w Opolu Kroki 1-3, po stosownej przerwie 4-5 i wreszcie 6-7. Dalej się u nas nie dało.

Na początku 2006 roku poprosiłem w Poradni Odwykowej o skierowanie do Strzyżyny na Kroki 8-9. Oczywiście argumentem wystarczającym był fakt, że w Opolu jeszcze tych wyższych Kroków się nie „przerabia”, ale w rzeczywistości chodziło mi nie tylko o to.
Chciałem wreszcie pojechać do Strzyżyny, a nie chciałem już „robić” kolejnej partii Kroków w gronie starych koleżków. Miałem za sobą takie doświadczenia i wiedziałem, że nie jest to najlepsze rozwiązanie. Z rozmaitych powodów.

Po zaledwie półrocznych staraniach „załapałem się” na turnus lipcowy.
Bezpośrednio przed wyjazdem, od koleżanki z mityngów, będącej opiekunką programu „strzyżyńskiego” w Opolu dowiedziałem się, że jest możliwe, iż będę w grupie z samymi warszawiakami. Trochę mnie to martwiło - jak powszechnie wiadomo wszyscy warszawiacy są aroganckimi, zarozumiałymi cwaniakami, a kontakt z nimi jest nieprzyjemny i uciążliwy. Nie wróżyło to dobrze ciężkiej pracy, która mnie czekała.

Kiedy wraz z trzydziestokilkuosobową grupą wylądowałem w Strzyżynie rozpoczęła się weryfikacja moich wyobrażeń. Okazało się, że ośrodek nie znajduje się w lesie, jak to sobie wyobrażałem, lecz właściwie w sadzie śliwkowym. No i domków było zaledwie 5, a ja oczami wyobraźni widziałem całą kolonię, coś w rodzaju campusu.
Domki, jak się niedługo przekonałem były podobne, ale nie identyczne. Nasz składał się z trzech sypialni, sali do pracy, ubikacji, łazienki, przedpokoju i tarasu. Zamieszkaliśmy w nim w ośmioro - cztery panie (2 małe sypialnie), czterech panów (jedna większa sypialnia).
Szybko okazało się, że nie wszyscy są z Warszawy - ulga. Zanim faktycznie zapamiętałem, kto jest skąd, okazało się, że za typowych warszawiaków brałem osoby, które właśnie były z zupełnie innych części Polski. Hmmm… No tak… Była to okazja do pozbycia się bzdurnych uprzedzeń.

Kiedy jako tako się rozlokowaliśmy odwiedziła nasz domek liderka (opiekunka) całego turnusu i poleciła wybrać ze swego grona lidera grupy. Zanim zorientowałem się, o co chodzi, wśród powszechnego aplauzu wybrany zostałem na to zaszczytne stanowisko. Wydaje mi się, że nawet w tej chwili mogłem jeszcze odmówić, sprzeciwić się, ale brawa i uśmiechy otworzyły w moim umyślę furtkę, która wydawała mi się zamurowana na zawsze dawno temu. Zapragnąłem, a przynajmniej tak mi się wydaje - wszystko działo się w sekundach - być najlepszym liderem w historii Strzyżyny, zasłużyć na podziękowania i uznanie, a także jeszcze więcej braw i uśmiechów. A może po prostu wstydziłem się powiedzieć „nie”? Teraz sam już nie wiem.

Zostałem więc liderem grupy choć coś mi podpowiadało, że to może nie być dobry pomysł - wiedziałem na czym polegają obowiązki lidera w Opolu, ale o zasadach, sposobach, metodach, tradycjach strzyżyńskich nie miałem pojęcia. Poza tym moje wątpliwości budziło też coś innego - miałem najkrótszą abstynencję w tej grupie. To mogło nie być problemem dla nich, ale dla mnie było. Okazało się też, że budzę spore zaciekawienie: pierwszy raz w Strzyżynie i od razy na 8-9. Koniecznością udzielania wyjaśnień nie byłem zachwycony.

Wystartowaliśmy.
W drugim dniu rzuciłem mojej grupie pytanie: „po co chcę robić Kroki 8 i 9”. Chyba już wtedy coś mi zaczynało świtać, zaczynałem mieć wątpliwości… W każdym razie moja odpowiedź była prosta - stosunki z synem nie układały mi się tak, jak bym chciał i za ten stan rzeczy winiłem swoje poczucie winy i wyrzuty sumienia wobec niego. To z kolei wiązałem z nie do końca dokonanym zadośćuczynieniem. Chciałem nauczyć się zadośćuczynić, chciałem poprzez zadośćuczynienie synowi i kilku innym osobom pozbyć się, uwolnić od poczucia winy.

Dość szybko zorientowałem się, że do Strzyżyny pojechałem w pierwszym dobrym momencie, że rok temu byłoby za wcześnie. Nad Krokami 8 i 9 byłem w stanie pracować nie dlatego, że wcześniej „przerabiałem” Kroki 1-7, ale dlatego, że nareszcie pozwoliłem aby to Kroki 1-7 przerobiły mnie. Przynajmniej częściowo.

Kiedy usłyszałem, że cały pierwszy tydzień mamy przeznaczyć na powtórki poprzednich kroków, byłem zawiedziony i rozczarowany. Wydawało mi się to zbędne, przynajmniej w takim wymiarze czasowym. Tym niemniej wykonaliśmy plan dokładnie, łącznie z tym, że zorganizowaliśmy tak zwaną "mini-wokandę" (Krok 5 w części dotyczącej powierzenia drugiemu człowiekowi istoty swoich błędów). I bardzo dobrze. Może podczas tego pierwszego tygodnia nie dokonałem jakichś spektakularnych odkryć, ale teraz jestem całkiem pewien, że bez tej pracy cała reszta byłaby najprawdopodobniej nie do przebrnięcia.

Na bieżąco obserwowałem zmiany, które we mnie zachodziły.
Ilustracją może być zbiórka pieniędzy. Liderka turnusu kazała liderom grup zebrać po kilka złotych na kiełbaski - na koniec zaplanowano ognisko. Jeszcze całkiem niedawno zrobiłbym imienną listę i obchodził z nią członków mojej grupy, odhaczając tych, którzy już zapłacili.
Teraz byłem gotów na zupełnie inne podejście do sprawy. Powiedziałem po ile, na co i na kiedy jest potrzebne i położyłem swój pieniążek na stole. Potem tylko z rozbawieniem obserwowałem jak na tym stole pieniędzy przybywa, ubywa, pojawiają się banknoty, znikają…
Kiedy nadszedł czas odniesienia kasy do liderki okazało się, że na stole jest dokładnie tyle, ile trzeba. Co do grosza.
Odkrywałem nowe znaczenia takich określeń jak „kierowanie życiem”, „zawierzenie”, „powierzenie” i wielu innych.

Od niedzielnego popołudnia pracowaliśmy już na materiałach dotyczących naszych właściwych Kroków, czyli 8 i 9. Przy okazji dodam, że i my przyczyniliśmy się do niewielkiej ich modyfikacji - mam nadzieję, że z korzyścią dla innych.

Przełom, dla mnie, nastąpił w czwartkowy wieczór, czyli dwie doby przed końcem turnusu. Od południa czułem już, że coś się dzieje, coś narasta. W mojej duszy dźwięczały rozmaite słowa i zwroty… Wiedziałem, czułem, że są ważne tylko jeszcze nie umiałem nic z nimi zrobić. Poszliśmy na mityng (codziennie po kolacji). Obracałem w ręce kartkę z tematem mityngu i nagle TO się stało...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

sobota, 18 marca 2006

Na czym polega moja wina

Czy jestem winien temu, że zachorowałem na alkoholizm (ZZA)?
Czy jest to choroba "na własne życzenie"?
Za co ostatecznie ponoszę odpowiedzialność, a za co nie?


Jaki jest zakres winy alkoholika?

Kiedy pierwszy raz zgłosiłem się do poradni odwykowej, terapeutka powiedziała mi, że to nie jest moja wina. Czyli to, że jestem alkoholikiem. Poczułem wtedy niesamowitą ulgę. Tymi słowami ona zdjęła mi z ramion ogromny ciężar poczucia winy i wyrzutów sumienia. Myślę, że wtedy było to dla mnie korzystne i wskazane.

Świadomość zagrożenia ZZA w Polsce wzrasta, w końcu jest tu podobno około 2 miliony alkoholików! Społeczeństwo jest coraz lepiej wyedukowane, nawet tasiemcowe telenowele mają w ambitnych założeniach pokazanie w swoich produkcjach postaci alkoholika. Czy dalej celowe i wskazane jest manifestowanie poglądu "to nie jego wina"?

Nie znam nikogo, kto uzależniłby się od lampki szampana na Sylwestra i kieliszka wina na cioci imieninach. Żeby zostać alkoholikiem musiałem używać alkoholu często lub bardzo często. Co więcej - musiałem go nadużywać, upijać się. A to już nie było niechcący, niewinnie czy tak, jak wszyscy, itp.

Czytałem gdzieś taki argument: "Przecież często i dużo pije wiele osób, tysiące. Ale tylko jedna na ileś tam się uzależnia, a pozostałe nie". Miał on (ten argument) przemawiać za tym, że nie jest to w takim razie wina tej jednej osoby. A wyobraźmy sobie taką sytuację: 10 osób w grudniu, przy temperaturze -2 stopnie, biega po ulicach w sandałkach i koszulach z krótkim rękawem. Jedna z nich się przeziębiła, a inne nie. No to jak? Jest to jej wina czy nie?

Wydaje mi się (może się mylę), że w chwili obecnej, gdy nie ma chyba w tym kraju człowieka w wieku ponad 14 lat, który nie słyszałby hasła "alkoholik" czy "alkoholizm", powinno się stawiać sprawę jasno: decydujesz się pić często, dużo, upijać się? Zwiększasz znakomicie swoje szansę na uzależnienie- twoje decyzje, twoje wybory, twoja odpowiedzialność.

Jeśli w zimie chodzę w sandałkach, jeśli jeżdżę samochodem z prędkością 180 km/h, jeśli kąpię się w miejscach bez ochrony ratownika, jeśli jadam przeterminowane produkty, itd. itd. itp. to kto jest winien konsekwencji? Jeśli dostanę zapalenia płuc, jeśli spowoduję wypadek samochodowy, jeśli będę się topił, jeśli się zatruję, to czyja to była wina?

Czy mogę twierdzić i upierać się, że nie moja, bo nie wszyscy w sandałach zimą dostają zapalenia płuc, nie wszyscy piraci drogowi mają wypadki, nie wszyscy bezmyślni kąpiący się topią się na niestrzeżonych kąpieliskach, nie wszyscy do przesady oszczędni trują się przeterminowanymi produktami? No i co z tego, że nie wszyscy? Natomiast ten właśnie argument wydaje się być wystarczający w przypadku alkoholizmu. Nie wszyscy nadużywający alkoholu uzależniają się, więc nie moja wina, że ja się uzależniłem - czy tak?

Gdyby, powtarzam GDYBY, udało się znaleźć alkoholika, który nigdy w życiu nie słyszał ani nie czytał, o tym, że istnieje coś takiego jak alkoholizm, że...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach


piątek, 17 marca 2006

Czyżby skazani na rozwój?

Przez kilka miesięcy chodziłem na zajęcia grupowe terapii odwykowej, pisałem wysoko oceniane przez terapeutów prace, często bywałem na mityngach i zabierałem tam głos, spotykałem się ze sponsorem. I co pewien czas, co kilka-kilkanaście tygodni zapijałem.


Czy alkoholicy są faktycznie skazani na rozwój?

Miałem kolegę na terapii, nieco bardziej niż ja zaawansowanego. Trzeźwiał dynamicznie, odrabiał straty, kupił ślicznego, zielonego Lanosa, planował ślub i kupno domu. Niedługo po Strzyżenie I-III zaczął pić. Trwało to ok. 4 miesiące. Znaleziono go w melinie. Zgon z powodu zatrucia alkoholem. Próbowali mu pomóc koledzy z AA i terapii, próbowała pomóc Poradnia. Nic się nie dało zrobić.
Przeczytałem gdzieś, że przestrzegając wszystkich zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików nie masz możliwości napicia się.

Czy rzeczywiście ja przez te pół roku, mój kumpel i dziesiątki innych, których znam po prostu nie przestrzegali zaleceń? I tylko tyle?

W głowie mojego kolegi nie siedziałem, nie wiem co myślał, ale pamiętam siebie i wydaje mi się, że naprawdę się starałem, że autentycznie chciałem nie pić. Ale może tylko mi się wydaje...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach