środa, 17 września 2008

Dlaczego ja?

Kiedyś, na początku swojego zdrowienia usłyszałem od jednego z terapeutów, że stosunek alkoholików niepijących do pijących to około 1,5%. To oznacza piętnastu na tysiąc. Nie wiem, czy jest to prawda, ale takie dane wydają mi się, zwłaszcza w Polsce, możliwe i prawdopodobne. Wtedy właśnie zacząłem sobie - i nie tylko sobie - zadawać pytania: dlaczego ja? I, rzecz jasna, szukać na nie odpowiedzi…

O potrzebie przeżycia duchowego…

Pierwsze „dlaczego ja?” dotyczyło samego faktu uzależnienia. Dlaczego mnie to spotkało? I za co? Etap ten na szczęście nie trwał zbyt długo, a skończył się w momencie, w którym usłyszałem jak moja koleżanka na mityngu sama sobie odpowiada na pytanie „dlaczego ja?” słowami: „a dlaczego nie?”
No, tak… Kimże ja jestem, żeby uważać, że alkoholizm zarezerwowany powinien być tylko dla innych, a mnie, MNIE!, on dotknąć nie może i nie powinien – bo i za co? Koszmarny egocentryzm…

Biegły tygodnie i miesiące. W trakcie i po drugiej terapii (tym razem stacjonarnej) okazało się, że jakoś jestem w stanie utrzymywać abstynencję, ale wokół mnie dziesiątki alkoholików płci obojga wracało do picia. Kilka razy słyszałem też od terapeutów, że stosunkowo szybko przestali odgadywać na starcie szanse na wyzdrowienie tego czy innego pacjenta, bo w praktyce okazywało się, że zwykle przeczucia ich mylą: ludzie, którzy rokowali duże nadzieje na przyszłość, zapijali w dwie godziny po opuszczeniu ośrodka, a tacy, za których nikt by nie dał pięć groszy, trzeźwieją później skutecznie latami. Wróciło pytanie „dlaczego ja?”, ale teraz w zupełnie innym kontekście.

Mimo iż moje życie określiłbym jako ciąg złych wyborów i błędnych decyzji, nigdy nie byłem jednak tak zarozumiały, ani aż tak głupi, żeby uważać się za jednostkę najbardziej wartą ocalenia z piekła uzależnienia, za kogoś szczególnego, wyjątkowo dobrego, mądrego, czy coś w tym stylu. Dlaczego ja? Oczywiście mogłem sprawę załatwić krótko, uznając to za przypadek, ale takie rozwiązanie jakoś mnie nie przekonywało i nie zadowalało.
Zacząłem jeszcze uważniej niż dotąd grzebać we własnej przeszłości, przypominać sobie pierwszą terapię przerwaną zapiciami, a także tą drugą, najwyraźniej bardziej udaną. Słuchałem też uważnie wypowiedzi na mityngach, próbując z morza słów i zdarzeń wyłowić to coś, co może… nie, nie gwarantować, ale w istotny sposób pomóc w uzyskaniu trwałej abstynencji.

Czym się różniła moja pierwsza terapia od drugiej, poza tym, że jedna była ambulatoryjna a druga stacjonarna? Właściwie niczym. Odstęp pomiędzy nimi wynosił w moim przypadku kilkanaście dni, co więc się miało zmienić? Pisałem te same zadania, ściągając je zresztą często z własnych materiałów. To nie o to chodziło. Na pewno nie o formę czy tempo zajęć – tego instynktownie byłem pewien.
W tamtych czasach (około 10 lat temu) było bardzo wskazane, żeby alkoholicy wracający po zapiciu mówili o tym zdarzeniu: „chciałem jeszcze spróbować picia kontrolowanego”, „widocznie nie uznałem w pełni własnej bezsilności”, a najlepiej, i taka wersja była najwyżej chyba oceniana przez terapeutów: „widocznie chciałem jeszcze pić”.
O swoich zapiciach w trakcie pierwszej terapii też mówiłem, że „widocznie chciałem jeszcze się napić”. Mówiłem to bez przekonania i dla świętego spokoju, ale to nie była prawda – ja już nie chciałem pić. Dlaczego w takim razie się nie udawało? Może dlatego, że nie byłem gotów na tak daleko idące zmiany, jakich wymagała abstynencja? W każdym razie nie dlatego, że chciałem jeszcze pić, bo nie chciałem.

Dlaczego teraz ja nie piję, a Andrzej zapił się na śmierć? Przecież tak dobrze mu szło! Dlaczego do picia wrócił Adam, dlaczego Waldek, dlaczego Marian, dlaczego Małgosia…
Zacząłem szukać we własnych przeżyciach, a także w zasłyszanych opowieściach dotyczących okresu przełomowego w życiu alkoholika, czegoś wyjątkowego, szczególnego, jakichś punktów wspólnych.
U siebie znalazłem takie dwa wydarzenia. Miały miejsce w odstępie kilku dni, w zamkniętym ośrodku odwykowym, w pałacyku w Woskowicach Małych. I to było chyba właśnie TO.

Gdy zaczynały się zajęcia okazało się, że nie ma jednego z członków naszej grupy. Nie znałem go, nie był moim kolegą, nie pamiętam nawet jego imienia. Nikt nie wiedział, co się stało, czemu go tu z nami nie ma. Oczami wyobraźni zobaczyłem go wtedy, jak stoi w toalecie z żyletką w ręce, gotów podciąć sobie żyły. Natychmiast zadeklarowałem się, że po niego pójdę.
Nie sądzę, żebym wtedy mógł rościć sobie pretensje do jakichś szczególnych i wyjątkowych uczuć wyższych, altruizmu czy czegoś podobnego. Pewnie chciałem tylko zasłużyć na pochwałę i brawa, jako ktoś, kto uratował kolegę od samobójczej śmierci. Zresztą, już nie pamiętam…
Terapeuta się zgodził, więc pobiegłem do pałacyku (zajęcia mieliśmy w innym budynku), gdzie były nasze sypialnie i toaleta, którą widziałem w wyobraźni. W sypialni go nie było, czego się zresztą spodziewałem. Stanąłem przez drzwiami łazienki i… zacząłem się bać. Strach był wręcz paraliżujący. A co będzie, jeśli mu całkiem „odbiło”? Jeśli rzuci się na mnie z żyletką i porani lub zabije?
Wizja oklaskiwanego bohatera przestała istnieć w ułamku sekundy. Bałem się. Bardzo się bałem, ale wszedłem do tej łazienki. I on tam był. Nie miał żyletki. Stał w szeroko otwartym oknie i palił papierosa. „Chodź na zajęcia” – wykrztusiłem najspokojniej jak tylko potrafiłem. Bez słowa wyrzucił papierosa i poszliśmy.
Dalej zajęcia potoczyły się normalnym trybem.

Nie było wiwatów, słów uznania i podziwu, bo też i nie było żadnych ku temu podstaw. Tylko ja się jakoś inaczej czułem. Bez względu na początkowe motywy, byłem gotów zrobić coś dla kogoś. Więcej, byłem gotów przełamać własny strach, nie uciekłem, nie wycofałem się. A przecież wystarczyło powiedzieć, że go nie znalazłem, teren ośrodka jest dość duży, to było prawdopodobne i realne.
Nie, nie uratowałem mu życia, ale możliwe jest, że zapobiegłem jego dezercji z ośrodka. Wreszcie ktoś, w jakimś tam sensie, był ważniejszy ode mnie. Tylko tyle…
Kilka dni później na nasze zajęcia grupowe (prowadził je W. terapeuta i alkoholik) przyszła na kontrolę szefowa terapeutów, M. I wtedy się zaczęło… Zajęcia toczyły się mniej więcej normalnie. Ktoś czytał pracę, inni się na jej temat wypowiadali, na końcu jak zwykle W. robił podsumowanie całości. Tylko, że teraz, po tym podsumowaniu, zabierała jeszcze głos M. i okazywało się, że ma do dodania bardzo dużo. Demaskowała w swoich wystąpieniach wiele elementów, które jakimś sposobem umknęły zarówno naszej uwadze, jak i W. Blady strach padł na grupę.

Kolejnego dnia wizytacji był ciąg dalszy i oberwało się i mnie. Przeczytałem jakąś tam pracę, zebrałem pochwały od członków grupy, W. też wydawał się być zadowolony, za to M. wylała mi na głowę wiadro lodowatej wody. Stwierdziła że świetnie manipuluję terapeutycznymi słowami kluczowymi (oczywista pozostałość po poprzedniej terapii), ale faktycznie jestem jak dotąd „odporny” na jakiekolwiek zmiany.
Zamiast trzymać się od niej z daleka, zrobiłem coś dziwacznego – w czasie przerwy poszedłem do niej i poprosiłem o spotkanie, sugerując nawet, że widziałbym ją jako swoją terapeutkę indywidualną. Z tym terapeutą (także alkoholikiem), którego mi do tej roli przydzielono, jakoś zupełnie nie potrafiłem się porozumieć. Wyraźnie nie nadawaliśmy na tych samych falach.
M. zgodziła się na spotkanie. Odbyło się tego samego dnia po zajęciach i trwało może ze 20-25 minut. Dowiedziałem się wtedy, że porzuciłem swojego syna (to „porzucenie” jeszcze mi w uszach dźwięczy) i że jest możliwe, że moja miłość do niego przestała istnieć wypłukana doszczętnie przez alkohol.
Dusiłem się od ledwie powstrzymywanych łez, nic nie potrafiłem powiedzieć. Zresztą, co niby miałbym do powiedzenia, w tej sytuacji… Żadnych dalszych spotkań z M. nie było. Wystarczyło to jedno.

Nie przepadam za określeniem „przebudzenie duchowe”, jestem w jego używaniu ostrożny, kojarzy mi się z jakimiś spektakularnymi zjawiskami typu „światło i dźwięk”, i może dlatego wyjątkowo daleki jestem od nazywania przebudzeniem tego, co mi się wydarzyło. Jeśli szukam porównań, to przychodzą mi na myśl masywne drzwi – powstała w nich mikroskopijna szparka, przez którą zaczęła sączyć się strużka światła. Do pełnego otwarcia tych drzwi było nadal jeszcze bardzo daleko, ale najważniejsze, że już drgnęły. Reszta, jak z pękającą tamą, była już tylko kwestią czasu. I moich starań. I pomocy udzielanej bezinteresownie przez innych ludzi. I Programu AA, ale o tym długo można by opowiadać…

W naszym środowisku (zdrowiejących alkoholików) bardzo popularne jest słowo „zobaczyłem”. Z tym, że nasze specyficznie rozumiane „zobaczenie” nie dotyczy filmu czy pejzażu, ale zwykle kawałka własnej niezafałszowanej wreszcie przeszłości lub prawdziwych intencji działania lub zachowania.
Podczas tych dwóch wydarzeń, które opisałem (nie jest wykluczone, że wystarczyłoby tylko drugie), ja nie tyle „zobaczyłem” kawałki swojego życia, bo te „widziałem” przecież już wcześniej podczas zajęć terapeutycznych, co je poczułem. Tak, poczułem kawałek swojej przeszłości i przeżyłem go jak gdyby raz jeszcze. Tylko że tym razem – emocjonalnie. Istotne znaczenie miała tu też empatia – być może pierwszy raz w życiu…



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach