piątek, 20 listopada 2009

A ja chcę być świętym!

Kiedy na mityngach mowa bywa o wadach charakteru, o nagannych uczynkach i zachowaniach, można być pewnym, że prędzej czy później (raczej prędzej) padną słowa: „ja tam świętym nie jestem i wcale nie chcę nim być”. Deklaracjom tego typu towarzyszą często porozumiewawcze mrugnięcia, zgodne potakiwanie, wyrozumiałe uśmieszki. Wiele lat minęło zanim odważyłem się głośno powiedzieć, że ja mam inaczej, że ja chcę dążyć do świętości i, co więcej, nie widzę w tym dążeniu niczego złego. Jednak wcześniej starałem się… może nie tyle naśladować, co przynajmniej zrozumieć, o co tu w ogóle chodzi. Przyznam jednak, że nie całkiem mi się to zrozumienie udało…


A ja właśnie chcę być świętym…

Ogólnie rzecz biorąc są dwie drogi, którymi można dostać się na ołtarz, zostać uznanym za świętego, kanonizowanym. Pierwsza to męczeńska śmierć za wiarę (w obronie wiary). Przyznam od razu, że ten sposób zdecydowanie mnie nie pociąga i rozumiem ludzi, którzy też się do niego nie palą. Odnoszę jednak wrażenie, że przyjaciołom z mityngów, tym, co to nie chcą zostać świętymi, nie o to chodziło.
Droga druga, ta, którą jestem ewentualnie zainteresowany (choć w moim przypadku bez związku z samymi ołtarzami – nie jestem członkiem żadnego kościoła, w którym mogłyby one stanąć), związana jest z praktykowaniem trzech cnót: wiary, nadziei i miłości w sposób ponadprzeciętny, a nawet heroiczny. O dziwo, okazuje się jednak, że o to też im nie chodzi. Co więc jest „grane”?

Jak się okazało, wielu z nas (nas – Polaków, alkoholików, chrześcijan, ale nie tylko) jest przekonanych, że święci byli ludźmi pozbawionymi wad. Pomysł zupełnie absurdalny – święci nie byli wynaturzonymi mutantami z ograniczonym organicznie zestawem cech charakteru! Wystarczy choćby pobieżnie zapoznać się z biografią kilku z nich. Na przykład kanonizowany w 2002 roku założyciel Opus Dei, Josemaria Escriva de Balaguer. Ludzie, którzy z nim mieszkali lub blisko współpracowali mówią o próżności, korupcji, napadach złości, surowości wobec podwładnych. Nadal nie zostały do końca wyjaśnione powiązania Escrivy z faszystowską dyktaturą generała Franco*. Jednak, żeby nie było wątpliwości, nie o niego tu chodzi, ale o proste uznanie faktu, że święci nie byli wolni od wad charakteru, ulegali słabościom, byli po prostu niedoskonali.
Załóżmy jednak, tylko teoretycznie i na chwilę, że właśnie byli. Że święci to ludzie wyposażeni tylko i wyłącznie w zalety, bez żadnych wad. W tej sytuacji stwierdzenie „nie chcę być świętym, nie chcę do świętości dążyć” oznacza jednoznacznie i bez wątpliwości: nadal i wciąż chcę mieć wady, chcę ich używać bez żadnych ograniczeń, bo to mi przynosi korzyści materialne, emocjonalne i inne; nie życzę sobie z moich wad rezygnować, nie chcę żeby ktokolwiek próbował mi je zabierać.
Przyznam, że tę postawę też rozumiem. Sam w ten sposób żyłem latami, więc wiem co mówię. Poza tym każdemu przecież wolno dokonywać we własnym życiu dowolnych wyborów. Jednego tylko nie rozumiem i pojąć nie potrafię: prób połączenia takiej właśnie postawy z Programem Dwunastu Kroków. A zwłaszcza z Krokami VI, VII, XII.

Wiara… Nadzieja… Miłość…
Ileż to razy modliłem się żarliwie prosząc, a nawet domagając się wprost od Boga by obdarował mnie łaską wiary, a gdy ją miałem, lub wydawało mi się, że mam, błagałem o jej pomnożenie. Czy jest w tym coś złego?
Jestem starszym człowiekiem. Zbyt dużo przeżyłem, zbyt dużo wiem, zbyt dużo doświadczyłem, żeby nie być trochę zgorzkniałym, odrobinę cynicznym, lekko krytycznym. Ale bez nadziei, to wszystko nie miałoby przecież żadnego sensu. Nadziei na lepsze jutro, na lepszy świat (ten i tamten), dla mnie, dla ciebie, dla nas wszystkich – choć niekoniecznie w tej właśnie kolejności. Bez nadziei nie warto byłoby zdrowieć z alkoholizmu, naprawiać i budować relacje z ludźmi, uczyć się nowych zachowań, realizować Program, podejmować się służb, mówić i pisać o swoich doświadczeniach, nieść posłanie.
I wreszcie miłość. Święta Teresa (ta od Dzieciątka Jezus) uważała, że o świętości decyduje miłość. Jest ona jakby duszą świętości. Gdyby zabrakło miłości, Apostołowie przestaliby głosić Ewangelię.
Doktor Bob twierdził, że cały ten nasz aowski Program, to tak naprawdę tylko miłość i służba.
Bill W. w książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” pisał: „W swym najgłębszym sensie Dwunasty Krok mówi o miłości, o takim jej rodzaju, na który nie ma ceny”.
Czemu więc miałbym rezygnować z dążenia do świętości? W imię czego mam się z góry i z założenia wyrzekać jej trzech atrybutów, to jest wiary, nadziei i miłości?
Benedykt XVI nie ukrywał, że Kościół i świat potrzebuje ludzi świętych i dążących do świętości. Jan Paweł II nieustannie przypominał, że do świętości powołani jesteśmy wszyscy, że dążenie do świętości nie powinno być czymś nadzwyczajnym, ale wręcz normą życia chrześcijańskiego.

A może chodzi o doskonałość? Może boimy się, lub wstydzimy, pragnienia doskonałości, dążenia do niej? Chrystus nakazywał swoim uczniom: “Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). W „12x12”, w rozdziale dotyczącym Kroku Szóstego Bill W. pisał o człowieku, alkoholiku, który szczerze stara się rozwijać na obraz i podobieństwo Stwórcy oraz o pragnieniu zbliżenia się do wzoru obiektywnej doskonałości, pochodzącego od Boga. A znowu w „Jak to widzi Bill” (str. 236 i 5) mowa jest wprost o tym, że celem jest dążenie do doskonałości.

Nie chcę zgadzać się w swoim życiu na miernotę i bylejakość. Jeśli nie będę dążył do świętości, jeśli nie będę rozwijał wiary, nadziei i miłości, jeśli nie będę się doskonalił stale i wciąż – zatracę dostojeństwo Dziecka Bożego i przyjmę sam, na własne życzenie, rolę życiowego konsumenta, organizmu.


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

4 komentarze:

  1. Cudowny post o byciu świętym czytałam jakby pod świecącą aureolą.
    Każdy, jeśli chce może do niej podejść i zrobić sobie pod nią zdjęcie, albo...wziąć ją sobie do domu i nosić, bo ta, która zostaje, namnaża się bez końca.

    Zdania Twoje dające radość, świecą wewnętrznym światłem.
    Są piękne, mądre, ale i twarde, jak krzesło w poczekalni do nieba:-)

    "Nie chcę zgadzać się w swoim życiu na miernotę i bylejakość. Jeśli nie
    będę dążył do świętości, jeśli nie będę rozwijał wiary, nadziei i miłości, jeśli nie będę się doskonalił stale i wciąż – zatracę
    dostojeństwo Dziecka Bożego i przyjmę sam, na własne życzenie, rolę życiowego konsumenta, organizmu".

    "Przecież świętym nikt się nie rodzi, do świętości trzeba dążyć własną pracą i staraniem. Oczywiście współdziałając z Bogiem (jakkolwiek Go pojmujemy)".

    "Nie da się w nieskończoność wędrować rozchodzącymi się drogami"

    Tak! Tak! Tak!
    Z pozdrowieniami. - Alkoholiczka, której też podoba się świętość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. To już nas się zebrało kilkoro... :-)

      Usuń
  2. Dzięki Meszuge, ten art.jest rewelacyjny, proszę bądź zawsze taki.Pozdrowiam z przyjaźnią

    OdpowiedzUsuń