poniedziałek, 20 grudnia 2010

Po co mi duchowość?

Duchowy, duchowość… są to terminy odnoszące się do życia wewnętrznego człowieka, związane z jego indywidualnym systemem wartości, dotyczące spraw niematerialnych. Przykładowe wartości to rodzina, dzieci, dom, praca, uczciwość, Bóg, miłość, przyjaźń…


Po co mi ta cała duchowość?

Krok Pierwszy Programu Dwunastu Kroków Wspólnoty Anonimowych Alkoholików brzmi: „Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem”. A co oznacza to dla mnie? Po pierwsze to, że jestem alkoholikiem. Po drugie, że nie jestem Bogiem. Prawda jest taka, że całymi latami, jedno i drugie, wcale nie było takie oczywiste.

Do pewnego momentu moje życie toczyło się właściwie bez większych „zgrzytów”, jakby samo, może siłą rozpędu, albo bezwładu? Szkoła, wojsko, żona, syn, praca w biurze, do którego żadni petenci nie mieli dostępu i w którym spokojnie zajmowałem się analizą dokumentów… Czy, gdyby warunki się nie zmieniły, mogło tak zostać na zawsze? No, przecież wiem, że nie. Wewnętrzna pustka natarczywie i coraz częściej domagała się wypełnienia.

Nowa praca i… pułapka. Z jednej strony, jak najbardziej realna możliwość kontynuowania studiów, awansów i zarabiania naprawdę dużych pieniędzy, jednak z drugiej, coraz większe koszty emocjonalne i duchowe tych sukcesów, które – jak sądzę – potrzebne mi były wówczas do udowodnienia własnej niezależności. Od innych ludzi, ale i od Boga. Może nawet Jego w szczególności?
Głód duszy, który doskwierał mi coraz bardziej, próbowałem karmić kolejnymi, drogimi przedmiotami. Pamiętam, jak potrzebując przegrać film, kupiłem po prostu drugi magnetowid, ot tak, po prostu, jak ludzie kupują skarpetki. Nieco później przyszła kolej na samochód kupiony za pół pensji…

Czy potrzebowałem innych ludzi? Jasne! Dlatego miałem podwładnych. Także „wygodną”, bo byłą żonę. I syna, z którym nijak nie umiałem się porozumieć, nie znając języka uczuć. A Bóg? A cóż ja miałem Mu do zaoferowania? „Wypasioną” komórkę? Nową brykę? Pięćdziesięciocalową plazmę?

Miałem stanowisko, sukcesy zawodowe, nagrody, awanse i dużo pieniędzy. To były namacalne dowody na to, że nikogo i niczego więcej do szczęścia nie jest mi potrzeba. Poza alkoholem oczywiście. Tak… alkoholu potrzebowałem coraz więcej i coraz częściej. Taka była cena tych… „sukcesów”.

W pewnym momencie nie miałem już pierwszej pracy i związanego z nią świętego spokoju, nie miałem wysokich poborów, bo mi je zżarła inflacja, zresztą… firma wyraźnie zmierzała ku plajcie. Nie umiałem żyć bez alkoholu, nie umiałem żyć z nim… Pozostała mi olbrzymia wewnętrzna pustka. Niezaspokojony głód duszy. I alkoholizm… grzech pierwszego przykazania…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

niedziela, 19 grudnia 2010

Krok 12 Programu 12 Kroków

Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.
(ang. Having had a spiritual awakening as the result of these steps, we tried to carry this message to alcoholics and to practice these principles in all our affairs.)

Jak rozumiem Krok 12 Programu 12 Kroków AA?

Moje wyobrażenie przebudzenia duchowego ukształtowała, jak sądzę, książka Anthonego de Mello, wydana zresztą już po jego śmierci, pod tytułem „Przebudzenie”. Historia Billa W., a zwłaszcza jego doświadczenia duchowego?, mistycznego?, po którym nigdy już nie sięgnął po alkohol, w zasadzie potwierdzała, że to przebudzenie miałoby być jakimś spektakularnym, jednorazowym wydarzeniem, podczas którego, w jednym momencie, ulega istotnej zmianie nieomalże cała osobowość człowieka, a zwłaszcza jego ocena życia, świata, siebie samego, rzeczywistości po prostu. Jeżeli jeszcze takiemu wydarzeniu towarzyszyły spektakularne efekty tupu „światło i dźwięk”, to tym lepiej dla przebudzenia.

Lektura aowskiej książki „Uwierzyliśmy”, a szczególnie jej pierwszej części, załamała mnie już zupełnie. Tam też opisywano przebudzenia wyjątkowo widowiskowe, do głębi przejmujące i, co chyba najważniejsze, jednorazowe. Dużo czasu musiało upłynąć, zanim zorientowałem się, nie pierwszy raz zresztą, że widzę i koncentruję się na przedstawieniu, nie rozpoznając istoty rzeczy.
Sensem, treścią, miernikiem przebudzenia duchowego jest zmiana. A jeśli zmiana nie nastąpiła, to choćby trąby anielskie się odezwały – przebudzenia nie było. Tak, przebudzenie to zmiana. Owszem, może być ona jednorazowa i spektakularna, ale absolutnie nie musi. Zmiana.

Przebudzenie duchowe, a więc ta zmiana, o którą przecież chodzi, może nastąpić w wyniku pracy nad Programem. Ale przecież Programu nie realizuje się jednego dnia! Jest to praca rozłożona na lata, a więc normalną rzeczą jest, że w takim właśnie tempie i sukcesywnie zmiana się odbywa.

Znakomitą okazją do ocen i porównań są rocznice. Jeśli właśnie mija pierwszy rok mojej abstynencji, to warto przy tej okazji, żebym zastanowił się, rozważył i uczciwie odpowiedział sobie na pytanie, czy dziś jestem tym samym i takim samym człowiekiem, jak sześć miesięcy temu? Przy okazji – nigdy nie polecam porównywania się z okresem picia – w takim przypadku zawsze wychodzi, że jest cudownie, fantastycznie i lepiej być nie może, a to… niezupełnie o to chodzi.

Jeżeli po jakimś dłuższym okresie czasu mogę z całą pewnością stwierdzić, że nastąpiły u mnie zauważalne, pożądane i oczekiwane zmiany, przebudzenie, a właściwie przebudzanie duchowe, dzieje się, jest w toku. I tak trzymać! Jeśli jednak nie, jeśli efektów nie widać… Być może, oprócz chodzenia na mityngi, warto także zacząć poważnie pracować na Programie? Przebudzenie duchowe ma, czy może, nastąpić „w rezultacie tych Kroków”, ale jeśli się „tych Kroków” nie realizuje w praktyce… Program AA cechuje niesamowity wręcz pragmatyzm – wszelkie opowieści o ogromnym wysiłku i ciężkiej pracy włożonej w proces zdrowienia (trzeźwienia), mają znaczenie jedynie wówczas, kiedy towarzyszą im wymierne efekty. Jeśli efektów nie ma, najwidoczniej czas zmienić metodę.

Jak wiadomo, nie jest dobrym pomysłem próba niesienia posłania w ramach tak zwanego dwukroku. Chodzi o rzucenie się w wir pomagania innym natychmiast po uznaniu własnej bezsilności. Jednak nie oznacza to, że należy zdecydowanie odmawiać pomocy w ramach niesienia posłania, do momentu satysfakcjonującego „przepracowania” Kroku Jedenastego. W większości przypadków przebudzenie duchowe jest procesem, więc im bardziej proces ten jest zaawansowany, tym pełniejsze posłanie.

Ale, czym w ogóle jest to „posłanie”? W środowisku niepijących alkoholików można usłyszeć dwie różne wersje. Pierwsza, bardzo szeroka, zakłada, że niesieniem posłania jest w zasadzie nieomalże wszystko, a więc choćby mycie szklanek, zamiatanie sali, a nawet sama tylko, milcząca obecność na mityngu. Definicja węższa zakłada, że żeby nieść posłanie, trzeba najpierw je poznać, wiedzieć, jak brzmi. Takie posłanie Ebby T., który próbował osiągnąć trwałą abstynencję w Grupach Oxfordzkich, zaniósł Billowi W. Z kolei Bill W. doktorowi Bobowi, a oni obaj razem kolejnemu alkoholikowi. Tak rozumiane posłanie może wyglądać na przykład w taki oto sposób: „podobnie jak ty, mam problem z alkoholem (jestem alkoholikiem), jednak od… lat nie piję i żyję szczęśliwie obok alkoholu, bez alkoholu. Osiągnąłem to dzięki Wspólnocie AA. Ta droga jest też otwarta dla ciebie”.
Każdy z nas, alkoholików, musi sam zdecydować, którą wersję posłania chce i jest gotów realizować, nieść innym uzależnionym, zakładając, że takie działania w ogóle go interesują, bo przecież nie muszą. Niesienie posłania nie jest obowiązkowe. Tyle tylko, że warto chyba pamiętać o powiedzeniu: „jeśli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, to albo jej nie było, albo zwiędła, jak drzewo pozbawione życiodajnych soków”. Amerykańscy AA mówią w takich okolicznościach: „żeby mieć, musisz dawać”.

I wreszcie „… stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”. Program Wspólnoty AA nie jest jakimś specyficznym, czy egzotycznym „sportem” uprawianym potajemnie w zaciszu sal mityngowych i w zamkniętym środowisku alkoholików. Podczas tej pracy nie zdobywa się kolejnych oznak sprawności, jak w harcerstwie. Owszem, pomaga on utrzymać trwałą abstynencję, ale głównie i przede wszystkim jest to program na życie, powiedziałbym nawet, że na dobre życie, i w tym właśnie codziennym życiu powinienem go sukcesywnie, na bieżąco realizować i stosować. Oby z powodzeniem!

W Wielkiej Księdze, czyli w książce pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”, w rozdziale zatytułowanym „Do czynu”, znaleźć można tekst nazywany zwykle „obietnicami AA”. Najczęściej cytowany jest on od słów: „… już w połowie drogi zadziwią nas osiągnięte rezultaty”. Swego czasu usilnie starałem się dowiedzieć, gdzie jest ta połowa drogi, w którym miejscu przypada. Odpowiedzi, jakimi mnie uraczono wprawiły mnie w osłupienie. Dowiedziałem się bowiem, oczywiście od różnych ludzi, że ta połowa drogi leży: w połowie Kroku Pierwszego, po Kroku Drugim, po Kroku Trzecim, po zrealizowaniu Kroku Piątego, po Kroku Siódmym, po Dziewiątym…

W związku z tym, postanowiłem poszukać tej połowy drogi samodzielnie i w efekcie doszedłem do wniosku, że znajduje się ona pomiędzy Krokiem Jedenastym, a Dwunastym. Dlaczego? Kroki Jeden-Jedenaście są dla mnie. W pewnym sensie, to ja jestem w ich najważniejszy. Ja przyznaję się do bezsilności, ja zaczynam wierzyć, ja powierzam, ja dokonuję obrachunku, ja go kontynuuję, ja zwracam się w pokorze, ja robię listę i dokonuję zadośćuczynienia, ja naprawiam i uzdrawiam związki i relacje z innymi. Ja… Pomiędzy Krokiem Jedenastym, a Dwunastym wykonuję zwrot o 180 stopni. Przestaję się koncentrować tylko na sobie, a zaczynam na innych ludziach. Rezygnuję z postawy egocentrycznej, przestaję być centrum wszechświata. Rada, pomoc, jaką mogę służyć drugiemu człowiekowi, staje się ważniejsza niż moje dobre samopoczucie. Instynktownie, a nawet odruchowo, wybieram już w swoim życiu coraz częściej długofalowe korzyści, zamiast krótkotrwałych i doraźnych zysków (używania wad charakteru).

Czy tę swoją koncepcję, dotyczącą „lokalizacji” połowy drogi, traktuję poważnie? Ależ oczywiście! Tak samo poważnie, jak i całą resztę tego, co piszę. Nie zapominając jednak o zasadzie numer 62, którą niewątpliwie warto odszukać w książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”.  :-) :-) :-)





--
Dodano 01.01.2014.
„Principles” przetłumaczono na język polski jako „zasady” – szkoda, że nie pryncypia albo priorytety…

12 Principles of the 12 Steps albo Spiritual Principles of the 12 Steps:
1. Honesty & acceptance. (Self honesty brings acceptance)
2. Hope. (Open-mindedness to the idea that we are not God)
3. Faith. (Willingness to surrender to the process laid out before us)
4. Courage. (Willingness to trust that God as we understood Him would see us through the difficult process of facing ourselves)
5. Integrity. (Assuming responsibility for who we have become)
6. Willingness. (Let go of the old and let God bring in the new)
7. Humility. (Knowing who we are and now who we might become)
8. Justice (mercy) and brotherly love. Brotherly love -- doing right, forgiveness, understanding, taking responsibility for ourselves and others.
9. Self-discipline and good judgment. (Acts of restitution)
10. Perseverance, discipline and open mindedness. (Self acceptance)
11. Awareness. (Seeking wisdom and God's will for us) (Spirituality)
12. Love and service. (Being available to those in need, gratitude in action)


Źródła:
http://esoberbuddy.com/home/spiritual_principles_of_the_12_steps
http://www.barefootsworld.net/aaprinciples.html
http://home.earthlink.net/~insure/12principles.html
...i mnóstwo innych.





Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.


sobota, 20 listopada 2010

Weryfikacja przekonań

13 listopada 2010 roku, jak zwykle w drugą sobotę miesiąca, odbyło się spotkanie Intergrupy Śląska Opolskiego. Mandatariusze dwóch grup z Opola zgłosili pewne zmiany, jakie grupy te wprowadziły u siebie w temacie dotyczącym  praktycznej realizacji Tradycji, a szczególnie Piątej i Siódmej. Wywiązała się w związku z tym ciekawa i niezwykle owocna dyskusja, wymiana zdań, poglądów i doświadczeń, a w jej konsekwencji sumienie IŚO, wyjątkowo zgodnie oraz ogromną większością głosów, postanowiło i zdecydowało, że odtąd Intergrupa Śląska Opolskiego przestaje objadać Wspólnotę AA, czyli przejadać i przepijać pieniądze przeznaczone na niesienie posłania.
Oczywiście decyzja sumienia Intergrupy dotyczy spotkań Intergrupy – żadnej z grup nie zobowiązuje to do niczego, nie jest dla nich jakimkolwiek nakazem czy zakazem.


Między przekonaniem, a doświadczeniem czai się kropla goryczy…

Wszystko zaczęło się dawno temu od pewnego pytania, odpowiedzi na nie i wniosków z tej odpowiedzi płynących. Pytanie brzmiało: do kogo należą pieniądze zbierane do przysłowiowego kapelusza podczas mityngu AA? Odpowiedź – pieniądze te stanowią własność Wspólnoty AA, a grupa AA (sumienie grupy) jest jedynie ich dysponentem. To, jak grupa dysponować będzie pieniędzmi Wspólnoty, świadczy o jej dojrzałości, odpowiedzialności i zrozumieniu naszego wspólnego celu.

Wertując literaturę aowską nie znaleźliśmy nigdzie sugestii, że jednym z celów Wspólnoty, czy grupy, jest zapewnianie uczestnikom mityngów artykułów spożywczych i używek (np. kawa, herbata, cukier, mleko, śmietana, cytryny, „paluszki” i inne wyroby cukiernicze), znaleźliśmy za to (w Tradycji Piątej i innych) informację o potrzebie niesienia posłania.

Czy atmosfera, nastrój, a nawet pewna wygoda podczas mityngu zupełnie się już nie liczą? Ależ wprost przeciwnie, liczą się, jak najbardziej. Chodzi tylko o to, by nie stawały się one ważniejsze od niesienia posłania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią. Poza tym, żeby nie było nieporozumień – nikt nikomu tych drobnych mityngowych przyjemności odbierać nie zamierza, natomiast ważne jest to, aby nie były one finansowane z pieniędzy Wspólnoty AA (podobnie, jak bardzo kiedyś popularne „mityngi opłatkowe”). Jest to po prostu kwestia priorytetów.

Pomysł, o którym piszę, nie jest ani specjalnie nowy, ani wyjątkowo odkrywczy. Funkcjonują tak dwie grupy w Opolu, zdaje się, że grupa w Gorzowie Śląskim, sam widziałem takie rozwiązania w Poznaniu. W USA grupy AA często działają przy klubach, w klubie jest bufet, w bufecie napoje można sobie kupić. Podobny pomysł nawet przez chwilę rozważaliśmy, jednak...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Program, sponsor, scenariusz

18.11.2010 odbył się mityng inauguracyjny nowej grupy. Jako, że przebieg tego spotkania w dużej mierze odbiegał od tego, do czego większość z nas jest przyzwyczajona, była to też okazja do wielu ciekawych obserwacji, przemyśleń i wniosków. Postaram się zwięźle i w wielkim skrócie przedstawić tylko te ostatnie, rezygnując tym razem z opowieści, jak do nich doszedłem.


Program – sponsor – scenariusz

1. Dużo się mówi o programie. Jeśli to tylko taki skrót myślowy, jeśli bez najmniejszych wątpliwości wiadomo, że ten „program” oznacza Program AA, to wszystko w porządku. Bo programy narkomanów, hazardzistów, czy członków wspólnot Pills Anonymous, Overeaters Anonymous, Emotions Anonymous, Depressives Anonymous, Neurotic Anonymous, Families Anonymous, Parents Anonymous i wielu, wielu innych, choć pewnie skonstruowane na bazie Dwunastu Kroków AA, jednak Programem AA nie są. Nie mam nic przeciwko temu, żeby na otwarty mityng AA przyszły na przykład osoby wspołuzależnione. Nie mam nic przeciwko temu, by w otwartym mityngu Al-anon uczestniczyli alkoholicy. Jednak dziwne eksperymenty, na przykład ze spotkaniami łączonymi: „zamknięty mityng AA i Al-anon”, albo innymi integracyjnymi, nie znajdują jakoś mojego zrozumienia, a wprost przeciwnie. Zresztą, dosyć wyraźnie mówi o tym Tradycja Szósta Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.

2. Od dawna już odnoszę wrażenie, że scenariusz mityngu ważniejszy jest i zdecydowanie lepiej znany od Programu AA. Coraz częściej scenariusz zaczyna mi przypominać jakby obowiązującą procedurę, która z drobiazgową wręcz dokładnością opisuje, punkt po punkcie, w jaki sposób ma przebiegać jakiś niezwykle ważny obrzęd, ceremonia, a minimalne nawet odstępstwo od schematu, natychmiast rodzi burzę sprzeciwów i protestów. Co ciekawe – pomyłka podczas czytania Kroków i Tradycji zwykle nikogo nie wzrusza.
Szkoda tylko, że życie nie chce się dać zamknąć w takie schematy… O ile byłoby łatwiej i bezpieczniej…

3. Kilka razy słyszałem już, jak niektórzy uczestnicy mityngów skarżą się, że wywierana jest na nich presja, bo większość (u nas) stale mówi o sponsorze, sponsorowaniu, pisaniu zadań dla sponsora itd. Wydaje mi się, że o wywieraniu presji nie może być mowy – przy zakazach i nakazach zawartych w scenariuszach, nie ma nawet takiej możliwości. A, że tego typu wypowiedzi mogą odbierać pewien komfort, to już trudno…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Program AA to nie wytrych

Podczas czytania Kroków i Tradycji, a także i później, przedstawiała się, jako narkomanka. Początkowo nikt nie zwrócił na to uwagi, a jeśli zwrócił, to pewnie pomyślał, że to zwykłe przejęzyczenie, albo może taki skrót – zamiast „mam na imię… jestem alkoholiczką i narkomanką”; w końcu osób uzależnionych krzyżowo pojawia się na mityngach coraz więcej. Sprawa „się rypła” dopiero za czwartym czy piątym razem – wyszło wówczas na jaw, że kobieta jest „tylko” narkomanką, nie jest uzależniona od alkoholu. Cóż więc robiła na zamkniętym mityngu AA?


Program Anonimowych Alkoholików to nie wytrych!

Podczas przerwy doszło do rozmowy, z której wynikało, że na mityng Anonimowych Alkoholików ona przyszła w pełni świadomie, zasugerowała jej to zresztą sponsorka, która uznała, że dopóki w naszym mieście nie ma grupy Anonimowych Narkomanów, może uczestniczyć w mityngach AA, bo dzięki temu nadal będzie „na programie”.
Kilku słuchaczy przytaknęło (tak, tak, program jest jeden), ktoś nawet powołał się na opinię terapeuty, który stwierdził, że mechanizmy uzależnienia są takie same, zapominając jakby, że Wspólnota AA nie prowadzi żadnej terapii, a i psychologicznymi, czy psychiatrycznymi mechanizmami uzależnienia też się raczej nie zajmuje. Choć już chyba nie wszyscy w AA zdają sobie z tego sprawę…


Często wracam pamięcią do tego wydarzenia i podobnych. Rodzą one pewne przemyślenia, wnioski, ale także dalsze pytania i wątpliwości. Pierwsze i podstawowe brzmi: czy rzeczywiście program jest jeden? Albo dokładniej – czy faktycznie Program Wspólnoty Anonimowych Alkoholików działać może jak klucz uniwersalny, dzięki któremu można sforsować każde drzwi?

W książce p.t. „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” znaleźć można  takie oto stwierdzenie: „Dajmy odpór dumnemu założeniu, że skoro Bóg umożliwił nam sukces w jednej dziedzinie, naszym przeznaczeniem jest stać się pośrednikami dla każdego”*. Oczywiście nikt nie ma obowiązku podzielać zdania autora tej wypowiedzi, wypowiedzi opartej zresztą na doświadczeniach Wspólnoty AA, ani nawet się z nią zgadzać. W takim razie sięgnę do swoich wspomnień, do swoich osobistych doświadczeń.
Z rodzonym bratem, narkomanem, nie byłem się w stanie porozumieć latami, właściwie do momentu, w którym – uciekając (skutecznie) przed narkotykami w picie – uzależnił się od alkoholu.
Mam dobrego znajomego, hazardzistę. Po dziś dzień, chcąc rozbawić towarzystwo, opowiadam czasem o bzdurnych radach, jakie próbowałem mu dawać...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

piątek, 19 listopada 2010

Krok 11 Programu 12 Kroków

Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas, oraz o siłę do jej spełnienia.
(ang. Sought through prayer and meditation to improve our conscious contact with God as we understood Him, praying only for knowledge of His will for us and the power to carry that out.)

Jak rozumiem Krok 11 Programu 12 Kroków AA?

Przez tę „modlitwę” i „medytację”, na których koncentrowałem się latami z uporem niewątpliwie godnym dużo lepszej sprawy, nie byłem w stanie pojąć, że przecież ani medytacje, ani modlitwy, nie stanowią istoty Kroku Jedenastego. A wystarczyło choćby jeden tylko raz, uważnie, bez uprzedzeń, przekory i niechęci, treść tego Kroku przeczytać… „Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację …” – Poprzez! W Kroku Jedenastym modlitwa i medytacja to tylko narzędzia, które mają ułatwić, nie tyle nawet bezpośrednie osiągnięcie celu, co wędrówkę we wskazanym kierunku.

W tekście Kroku Jedenastego Bill W. wymienił zarówno modlitwę, jak i medytację, a więc założyłem, że widocznie miało to i ma jakieś określone znaczenie. A jeśli tak, to w sposób oczywisty i naturalny rodzą się pytania: czym jest modlitwa i czym jest medytacja, ale także, jaka jest pomiędzy nimi różnica, jeśli faktycznie jakaś jest?

Podobno z Bogiem nie da się rozmawiać tak, jak z koleżanką przez telefon. A jeśli już szukać porównań wśród urządzeń telekomunikacyjnych, to lepszym niż telefon wydaje się krótkofalówka: obie strony mogą zarówno nadawać, jak i odbierać, ale… nie mogą tego robić równocześnie. Modlitwa, to wszelkie techniki, sposoby i metody, dzięki którym mogę do Boga „nadawać”, natomiast medytacja jest zbiorem technik, sposobów i metod, które mają mi umożliwić „odbiór”, słuchanie. Czyli najprościej: modlitwa to ja – Bóg, medytacja to Bóg – ja.
Jeżeli kogoś razi pojęcie „techniki, sposoby i metody” w odniesieniu do modlitwy i medytacji, chciałbym przypomnieć, że wobec mnogości rozmaitych religii, wyznań, kultów i obrzędów, jest ono ze wszech miar usprawiedliwione. Wszak modlitwa to nie tylko określony tekst (słowa). Wśród chrześcijan, w skład owych „technik, sposobów i metod” wchodzi przecież także postawa, na przykład na klęczkach, specjalne gesty, a więc złożone dłonie, znaki – znak krzyża, stosowny ubiór, określone zachowanie, miejsce, okoliczności i wiele, wiele innych. Podobnie jest z medytacją. Oczywiście nikt nikomu nie zabrania uznawać za medytację każdy głębszy namysł, zadumę, czy zamyślenie. Jeśli spełniają one swoje zadanie, to znaczy umożliwiają usłyszenie Boga, zrozumienie przekazu od Niego, to przecież wszystko w porządku.
Nie jest prawdą, że medytacja stanowi domenę egzotycznych (tylko z punktu widzenia Europejczyka) religii i kultur Dalekiego Wschodu, czy Indii. Medytacja chrześcijańska ma również bogate tradycje, i wcale nie musi ograniczać się do terenu klasztorów. Bardzo ciekawą i podobno skuteczną, jest na przykład chrześcijańska metoda medytacji sulpicjańskiej (opracowana w Seminarium św. Sulpicjusza w Paryżu).

Wyjaśnienia, które przedstawiłem, są pewnie jednymi z wielu. Ja nie wiem, czy tak właśnie jest, ale wierzę, że tak to być może. W taki sposób modlitwę, medytację oraz różnicę pomiędzy nimi rozumiem i… staram się praktykować.

Bywają modlitwy, które – w określonych warunkach – mogą być wykorzystywane do medytacji. Jedną z nich, najlepiej chyba znaną, jest modlitwa różańcowa. Przyznaję jednak od razu, że mnie się to nigdy nie powiodło. Warunkiem niezbędnym podczas medytacji jest, moim zdaniem, milczenie (zewnętrzne) oraz wyciszenie (wewnętrzne). Starzy ludzie powiadają, że ponoć Bóg przemawia w ciszy. Ja w to wierzę.
Jednego tylko uczyłem się bardzo długo, i właściwie nadal i wciąż muszę się uczyć – jeśli niczego nie usłyszałem, to nie znaczy jeszcze, że medytacja była nieudana. Możliwe przecież, że kontakt został nawiązany pomyślnie, tylko Bóg, akurat w tym momencie, nie miał mi nic do powiedzenia. Pokora…

Modlitwę i medytację mam wykorzystywać w procesie budowania coraz doskonalszej więzi z Bogiem. I tu pojawia się pytanie zasadnicze, podstawowe: po co? Mam zabiegać o więź z Bogiem, bo… fajnie jest mieć więź z Bogiem? Na czym ta więź ma polegać? Czemu służyć? O co tu chodzi?
W Kroku Dziesiątym uczyłem się na bieżąco korygować swoje postępowanie oraz rozpoznawać intencje. Podczas realizacji Kroku Jedenastego nadszedł czas na korektę tych intencji, na zgranie ich, dostrojenie, do intencji Boga. Czy to wszystko? Tak, wszystko, bo o zabawach w tropicieli śladów oraz różnych próbach odczytywania jakichś tajemnych znaków i sygnałów Boga, pisałem już na stronie poświęconej Krokowi Trzeciemu.

Korekta intencji!

Prosty przykład. Ja „kocham” być lepszy. „Kocham” namiętnie i od zawsze. Całe życie starałem się być od kogoś, w czymś tam lepszy. Psychologia pewnie potrafiłaby wytłumaczyć tę moją potrzebę, ale w tym momencie to nie ma znaczenia. Jeśli (jeszcze) nie potrafię rozstać się ze swoja wielką miłością i nadal potrzebuję być lepszy, to mogę starać się o korektę swoich intencji. O zrozumienie i zgranie ich z wolą i intencjami Boga wobec mnie. Przecież chyba nie o to Bogu chodziło, żebym popisywał się wiedzą, zdolnościami, umiejętnościami, inteligencją, oczytaniem, czy czym tam jeszcze. To na pewno nie tak miało być. A więc? Może ja jednak mam być lepszy, ale – nie lepszy od… kogoś, ale lepszy dla… kogoś? Tak! O to cały czas chodziło! Przecież tej samej wiedzy, znajomości Programu, ale także własnych doświadczeń i wynikających z nich wniosków, mogę używać, żeby się popisywać na mityngach, żeby pokazać, że jestem od innych lepszy, albo po to, by być lepszym sponsorem, bardziej wrażliwym przyjacielem, człowiekiem, który nie tylko chce, ale też w pewnych sytuacjach potrafi udzielić realnej pomocy. Być lepszym dla…, a nie od… Nareszcie. Nareszcie dla ludzi, a nie tylko stale i wciąż dla samego siebie.

Propozycja dla niewierzących. Nie wierzysz Czytelniku w Boga, nie chodzisz do kościoła, nie bierzesz udziału w obrzędach religijnych. Dobrze, to niczemu nie przeszkadza. W swoim życiu kierujesz się konkretnymi normami moralnymi, zasadami, priorytetami. Twój świat duchowy tworzą określone wartości; być może jest to miłość, dom, rodzina, uczciwość, odwaga, wiedza – albo jakieś inne – to tylko przykład. Spróbuj teraz zebrać to wszystko razem, czyli normy, zasady, wartości, priorytety, i postaraj się wyobrazić sobie Kogoś, kto mógłby być reprezentantem tych cech.
Czemu Kogoś, a nie kogoś? Ten Ktoś ma coś, co ty uważasz za ważne. Coś, co chciałbyś mieć. Będąc szafarzem i strażnikiem takich dóbr – zasługuje chyba na tę dużą literę? Nie masz obowiązku nazywania Go Bogiem, jeśli to „imię” w czymkolwiek ci przeszkadza. Wymyśl jakieś własne miano dla Niego, albo niech to będzie po prostu – ON. Albo ONA. Płeć też nie ma tu żadnego znaczenia. Nie musisz się też...



Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.

środa, 20 października 2010

Alkoholowe sprzeczności

Październik, podobnie zresztą jak i kwiecień, to dobry miesiąc na przeprowadzenie różnych moralnych obrachunków, wglądów w siebie, autoanaliz oraz innych działań o charakterze samokrytycznym. Tym razem jednym z tematów, na których się szczególnie koncentrowałem była kwestia pewnej dwoistości mojej natury alkoholika. Dualizm ten polega na tym, że co innego myślę, czuję i mówię, a zupełnie co innego robię, a najbardziej jaskrawym jego przykładem były ostatnie lata mojego picia – ja już wtedy pić nie chciałem, ale jednak robiłem to nadal, stale i wciąż. Moje myśli, deklaracje, czy pragnienia, nie miały nic wspólnego z działaniami, postępowaniem, zachowaniem.
Kilkanaście lat temu przestałem pić, ale czy skłonność do takiej dwoistości, często nawet sprzeczności, minęła mi sama, wraz z ostatnim kieliszkiem? I czy dotyczyła ona, i dotyczy, tylko i wyłącznie picia?


Alkoholowe sprzeczności

Prowadzę mityng. Czytam Preambułę AA zawartą w scenariuszu: „Jedynym warunkiem uczestnictwa we wspólnocie jest chęć zaprzestania picia”. Czytam, albo słucham, jak odczytywane są Tradycje AA, a zwłaszcza Tradycja Trzecia: „Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia”. Następnie… następnie radośnie i ochoczo urządzam nowicjuszowi jakiś test, sprawdzian, zadaję mu pytania i dopiero od odpowiedzi na nie uzależniam, czy go do Wspólnoty AA przyjmę, czy nie. Tak, jakby ktokolwiek mnie do czegoś takiego upoważnił, obdarzył mnie w AA taką władzą.

Znam i zdarza mi się powtarzać stare aowskie powiedzenie „Wyjmij watę z uszu i wsadź do ust”. Nowi członkowie Wspólnoty wystraszeni i speszeni w pierwszych dniach nowym środowiskiem, nieznanymi ludźmi, nowymi zasadami, zwykle zachowują milczenie. Ale nie zawsze, bo zdarza się, że na którymś …nastym mityngu, o zasadach AA, realizacji Programu, nowym życiu, mają do powiedzenia o wiele więcej niż weterani, którzy w tych tematach rzeczywiście mają jakieś doświadczenie. Nowicjusz, który ma mnóstwo do powiedzenia, nie bardzo wiedząc o czym mówi, już nie słucha innych – słucha samego siebie, swoich przekonań i wyobrażeń, a to może być niebezpieczne dla niego samego. Stąd właśnie wskazówka: przestań tyle gadać, zacznij wreszcie słuchać! Problem tylko w tym, że znając, rozumiejąc i powtarzając to powiedzenie, gorliwie nakłaniam nowych do „otwierania się”, to jest mówienia o sobie, czegokolwiek, możliwie jak najszybciej, byle dużo, argumentując to ulgą, jakiej niewątpliwie doznają, kiedy się wygadają, właściwie na dowolny temat, albo i bez tematu.

W środowisku AA słowo „wspólnota” używam szczególnie często, odmieniając je na wszystkie możliwe sposoby. I nic w tym dziwnego. Natomiast niezbyt normalne jest to, że w tej wspólnocie popieram, nieomalże formalny zakaz, używania słowa „my”; Słownik Języka Polskiego PWN podaje, że jest to „zaimek odnoszący się do grupy osób, do których należy mówiący”. O jakiej wspólnocie mowa, jeśli jedyna dopuszczalna forma to tylko i wyłącznie „JA”? Gdyby nie chodziło o Wspólnotę AA, ale na przykład o rodzinę, to czy ktokolwiek domyśliłby się, że opowiadam coś o rodzinie, jeśli każde zdanie zaczynałbym od „ja byłem…”, „ja zrobiłem…”, „ja…”? Jaką więź, bliskość, poczucie wspólnoty, mam zbudować, czy może jakiej doświadczyć, jeśli stale i wciąż jestem tylko „ja”? Przecież to jest chore!

Trzy powyższe przykłady są wręcz banalne i w moim życiu należą już właściwie do przeszłości. Jednak samo zjawisko, zdolność i skłonność do funkcjonowania pomimo sprzeczności, nie zniknęło. Choć może inne przypadki nie są już aż tak spektakularne, to jednak się pojawiają. Ot, choćby sprawa służb.

Był taki czas, na szczęście stosunkowo krótki, w którym, jak papuga, czyli zupełnie bez zrozumienia, powtarzałem zasłyszane w aowskim środowisku „prawdy”, według których sługa, który nie wychował sobie następcy, popełnił niewybaczalny błąd w sztuce, a jego służba okazała się bezwartościowa, może nawet zmarnowana. Oczywiście w żadnym poradniku służb, w żadnej karcie konferencji, nie ma nawet jednego słowa o tym, że w AA osoba pełniąca służbę ma za zadanie i obowiązek – wygląda nawet na to, że obowiązek najważniejszy – przygotować, wychować sobie następcę, dziedzica, ale… 

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

wtorek, 19 października 2010

Krok 10 Programu 12 Kroków

Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny, z miejsca przyznając się do popełnianych błędów.
(ang. Continued to take personal inventory and when we were wrong promptly admitted it.)

Jak rozumiem Krok 10 Programu 12 Kroków AA?

Żeby obrachunek moralny prowadzić „nadal”, trzeba było wcześniej zacząć go robić. Nie da się przecież robić „nadal” czegoś, czego się jeszcze nigdy w życiu nie robiło i nie zrobiło. To oznacza, że próby realizacji Kroku Dziesiątego jeszcze przed wykonaniem gruntownego i odważnego obrachunku moralnego (Krok Czwarty), niewielkie mają szanse powodzenia. Ale… niewielkie nie oznacza jeszcze, że zupełnie żadne.
Moim zdaniem Krok Dziesiąty warto zacząć realizować bezpośrednio po Krokach Czwartym i Piątym, czyli: zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny – wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę błędów – prowadziliśmy nadal obrachunek moralny z miejsca przyznając się do popełnianych błędów. Nie widzę absolutnie żadnego powodu, dla którego w prowadzeniu obrachunku moralnego wskazane byłoby zrobienie sobie przerwy na czas pracy nad Krokami od Szóstego do Dziewiątego włącznie, co w praktyce może oznaczać miesiące, długie lata, albo nawet i całą resztę życia. Swoje zdanie na ten temat, poparte osobistymi doświadczeniami, przedstawiłem już na stronie poświęconej Krokowi Piątemu, a więc powtarzać tych samych argumentów nie ma chyba potrzeby.

W pierwszej polskiej wersji Dwunastu Kroków, którą chyba już tylko najstarsi aowcy pamiętają, mowa była o przyznawaniu się do błędów popełnionych, a nie – jak obecnie – do popełnianych. Wydawać się może, że nie ma to większego znaczenia, ale to tylko pozornie. Przyznawanie się do popełnionych błędów mogłoby zostać zrozumiane, jako sugestia, abyśmy się stale, nieustanie, w nieskończoność, przyznawali do tych samych błędów sprzed wielu lat, do których przecież już i tak mnóstwo razy się przyznawaliśmy. Do czego miałoby służyć takie działanie?! Jeśli jednak mam się przyznawać do błędów popełnianych, to oznacza: z pokorą przyznaję, że nadal i wciąż zdarza mi się popełniać rozmaite błędy, jednak w tej chwili – odwrotnie niż to było w okresie picia – jestem zdecydowany korygować swoje postępowanie na bieżąco, a także rozumiem już potrzebę takiego działania.

W kwestii samego „prowadzenia nadal obrachunku moralnego”, Krok Dziesiąty jest Krokiem wyjątkowo „elastycznym” – jego realizacja praktyczna może się odbywać na wiele różnych sposobów. W tym akurat przypadku Bill W. zakładał i dopuszczał dość dużą dowolność w wyborze technik i metod pracy. Jedno tylko wydaje się nie ulegać wątpliwości: metoda „jakoś to będzie” w codziennej praktyce okazuje się szczególnie mało skuteczna.
Prowadzony nadal obrachunek moralny może zostać oparty o Dekalog, siedem grzechów głównych, „Program na 24 Godziny” (zwany także pod nazwą „Oaza spokoju”), osobiście ułożone pytania, czy sposób, który wcześniej wypróbował w praktyce nasz sponsor – to nie ma aż takiego wielkiego znaczenia. Natomiast ważne jest, żeby konsekwentnie stosować wybrany system, przynajmniej tak długo, dopóki dobrze nam służy. Podobnie jest z decyzją, czy obrachunku będziemy dokonywać dwa razy dziennie, raz na tydzień, czy może co miesiąc. Probierzem w tym przypadku jest skuteczność. Najwspanialszy nawet system, który znakomicie sprawdza się w przypadku przyjaciela, jeśli nie pomaga w realizacji określonego zadania nam osobiście, należy po prostu zmienić na inny.

Czy Krok Dziesiąty należy pisać? Można. Absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie. Wydaje mi się to bardzo dobrym pomysłem – szczególnie dla tych osób, które nie przepadają za pisaniem. Pisanie znakomicie ułatwia porządkowanie myśli. Na piśmie trudniej pleść bzdury.
Samemu, czy ze sponsorem? Trudno oczekiwać, żeby sponsor każdy wieczór poświęcał na pracę ze swoim podopiecznym, zwłaszcza takim, który jest już na etapie realizacji Dziesiątego Kroku. Tym niemniej nie rezygnowałbym z pomocy sponsora zupełnie. Od czasu do czasu, warto jednak skonsultować z kimś, kto ma więcej doświadczenia, wyniki tego, prowadzonego nadal, obrachunku moralnego. W każdym razie aż tak pewny siebie to ja nie jestem, żebym uważał, że teraz, to ja już na pewno bardzo dobrze poradzę sobie sam.

„… z miejsca przyznając się do popełnianych błędów”. Podstawowy i bardzo poważny błąd, jaki zrobiłem w początkowym etapie pracy nad Krokiem Dziesiątym, polegał na tym, że nie dopytałem kogoś bardziej doświadczonego, GDZIE, KOMU i PO CO, mam się do tych popełnianych błędów przyznawać? Przyznawałem się więc alkoholikom na mityngach, doprowadzając w ten sposób cała tę sytuację do absurdu i powodując kolejny kryzys.
Przypuśćmy, że rano okłamałem żonę – wieczorem przyznałem się do tego na mityngu, następnego dnia rano okłamałem syna – wieczorem przyznałem się do tego na mityngu, kolejnego dnia oszukałem szefa, a po pracy przyznałem się do tego głośno podczas mityngu AA… miesiąc później nałgałem sąsiadce i też szczerze do bólu, otwarcie i z determinacją przyznałem się do tego na najbliższym mityngu. Czy coś tego wynikło? Ależ oczywiście! Mogłem być z siebie dumny, bo przecież tak dokładnie i wytrwale realizowałem Krok Dziesiąty. Po pewnym czasie, miałem już nawet na taką okoliczność opracowany specjalny tekst: „wczoraj znowu zrobiłem… to i tamto, ale cieszę się, że już to widzę i mogę o tym mówić”. To było po prostu kompletne nieporozumienie.

Podstawowym zadaniem, istotą Kroku Dziesiątego jest doraźna korekta zachowań oraz rozpoznanie intencji.

W literaturze Wspólnoty i podczas mityngów AA, określenie „uczciwość wobec siebie” powtarzana jest nieomalże jak zaklęcie, tysiące razy, przy każdej okazji, albo i bez okazji. Może więc czas już najwyższy zorientować się, o co w tym wszystkim konkretnie chodzi?
Wyobraźmy sobie taką oto sytuację: wczoraj byłem na mityngu. Dla pewnego starszego pana, o dość zniszczonym wyglądzie i odzieniu, był to pierwszy mityng w życiu. Opowiedziałem, jak trafiłem do AA i co robiłem w początkowym okresie, żeby utrzymać abstynencję. Dodałem też, że w przerwie mityngu podejdę do niego, porozmawiamy, może pomogę mu zrozumieć, co się tu właściwie dzieje. To są fakty. Uczciwość wobec siebie, czy kogokolwiek, nie polega na zaprzeczaniu, lub potwierdzaniu faktów! Jeśli zacząłbym dyskutować z faktami, czyli na przykład upierać się, że na mityngu wczoraj nie byłem, albo, że nie zabierałem tam głosu, to przecież nie byłaby kwestia uczciwości wobec siebie, ale poważnej choroby psychicznej. W czasie, gdy szczególnie nadużywałem alkoholu, potrafiłem – ledwo trzymając się na nogach – wpierać żonie, że nie wypiłem nawet piwa, ale to było w okresie kasacyjnego picia i pijanego obłędu! Coś się przecież od tamtego czasu podobno zmieniło!
A w takim razie, na czym, w tej konkretnej sytuacji, miałaby polegać uczciwość wobec siebie? Ano, na znalezieniu prawdziwej, niezafałszowanej odpowiedzi na podstawowe, trudne pytanie: czy podczas mityngu wypowiadałem się i przy wszystkich deklarowałem gotowość i chęć udzielenia dodatkowych wyjaśnień, bo chciałem pomóc nowicjuszowi, czy może dlatego, że próbowałem wywrzeć korzystne wrażenie, popisać się po prostu, przed młodą, atrakcyjną alkoholiczką, która również w tym mityngu brała udział?

Krok Dziesiąty nie jest pierwszym, ani jedynym, w Programie, jaki mogę wykorzystać do poprawiania sobie nastroju, manipulowania uczuciami, oraz uzyskiwania wielu innych profitów.

Dwa, albo i trzy lata dzięki Krokowi Dziesiątemu skutecznie polepszałem swoje relacje z innymi ludźmi. Problem zawiera się w pytaniu: którymi ludźmi? Przykład. W domu sprowokowałem kolejną awanturę żoną. Podczas najbliższego mityngu oczywiście natychmiast przyznałem się do popełnionego błędu – patrzcie, taki ze mnie gorliwy aowiec! Właśnie tak, dokładnie, na mityngu! Nie w domu, nie żonie… koleżkom z AA. Uzyskiwałem dzięki temu błogie zadowolenie...



Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.

poniedziałek, 20 września 2010

Wietrzenie poglądów

Przeczytałem w życiu mnóstwo książek. Wiele z nich po kilka razy. Niektórzy ludzie nie są w stanie tego zrozumieć i powroty do przeczytanych już lektur uważają za zupełną stratę czasu. Powodów takiego właśnie stylu mojego czytania jest oczywiście wiele, ale szczególnie ważne wydaje mi się to, że przy każdym następnym, zawsze w książce odkrywam coś nowego, coś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi, coś, co przeoczyłem – zazwyczaj zupełnie nie wiem, jak i czemu. Poza tym, i to jest nie mniej istotne, ja sam przecież zmieniam się wraz z upływem czasu, a więc nic dziwnego w tym, że po latach, te same lektury wydają się czasami zawierać niezupełnie tą samą treść.


Wietrzenie poglądów

Korzyści wynikające z powrotów do pewnych książek są mi znane w sumie od zawsze. Korzyści płynące z powrotów do własnych przekonań, opinii, poglądów, sądów, ocen, różnych „prawd”, które wydawały  się nienaruszalne od dzieciństwa, albo też nabytych jeszcze w czasach nałogowego picia, ewidentne zyski z ich wnikliwej, trzeźwej weryfikacji, są dla mnie stosunkowo nowe, lecz równie cenne i ważne. Proces ten nazywam w skrócie „wietrzeniem poglądów”.

A jeśli już mowa o wnikliwości, to w praktyce okazała się ona nie aż tak ciężkim wyzwaniem, jak się tego na zapas obawiałem i dość często sprowadza się po prostu do uszeregowania faktów w odmiennym niż dotąd porządku. Najprostszy przykład: piję, bo mam problemy, czy może… mam problemy, bo piję?

O ile jednak, czytając po raz kolejny naszą Wielką Księgę, odkrywam w niej stale coś nowego, to z „wietrzeniem poglądów” sprawa nie jest aż taka prosta. Ten, hm… zabieg okazał się w praktyce jakoś wyjątkowo mało efektywny w stałej, niezmiennej od lat, grupie wiecznie tych samych mityngowych koleżków. Ale i na to znalazłem sposób w myśl zasady: „dla chcącego, nic trudnego”. Okazji do takiej weryfikacji przekonań, niezbędnej do tego celu motywacji, dopingu wreszcie, poszukuję na mityngach grupy innej niż ta, na którą zwykle chodzę, spotykając się z wyjątkowymi ludźmi w Woźniakowie, czy wreszcie poprzez kontakty internetowe.

Niedawno miałem okazję zastanowić się głębiej nad popularnym w naszym środowisku powiedzeniem, że alkoholik to ktoś, kto nie radzi sobie z emocjami. Czy w okresie picia nie radziłem sobie z emocjami? Ależ świetnie sobie radziłem! Przecież odkryłem do tego celu cudowny środek, działający skutecznie prawie zawsze: alkohol. To dzięki niemu mogłem się czuć wesoły wtedy, gdy byłem smutny, albo też jeszcze bardziej smutny, gdy taką miałem właśnie potrzebę i fantazję. Alkohol znakomicie radził sobie ze wstydem, poczuciem winy, wyrzutami sumienia, skrępowaniem, zakłopotaniem, frustracją, litością, niechęcią, poczuciem niższości, lekceważeniem, odrzuceniem, samotnością, cierpieniem. Fantastycznie uwypuklał i potęgował radość, czułość, zadowolenie, zapał, entuzjazm, miłość…
Tylko z jednym sobie nie radził na dłuższą metę zupełnie – ze strachem, lękiem. W końcu doszło do tego, że przestawałem się bać – całkiem realnych konsekwencji picia, albo rzeczy zupełnie urojonych – właściwie tylko wtedy, gdy byłem do nieprzytomności pijany. Tylko jaki sens ma takie życie? W każdym razie warto chyba, żebym uważnie przemyślał, z jakimi uczuciami i emocjami tak naprawdę miałem i mam problem.

Inny przykład to znane powszechnie w środowiskach AA: „ tylko jeden dzień na raz”, „tylko dzisiaj”. Czy potrzebowałem Anonimowych Alkoholików, by żyć w myśl tej zasady? Korzystałem z niej przecież nieomalże przez cały okres kasacyjnego picia i może w tym właśnie był problem – nie widziałem nigdy dłuższego okresu, ciągu powiązanych zdarzeń, ale pojedyncze, jakby oderwane od siebie epizody. Nie potrafiłem „zobaczyć” trzech lat swojego pełnego alkoholu życia, bo przecież to tylko dzisiaj rzygałem na przyjęciu u znajomych, tylko dzisiaj zasnąłem w łazience, tylko ten jeden wyjątkowy raz spiłem się tak, że musiałem nocować w pracy. Zawsze był tylko ten jeden dzień, bo jutro… Jutro na pewno będzie zupełnie inaczej.
Czy powinienem nadal pozwalać sobie na luksus niezastanawiania się, jakim echem odbiją się jutro moje dzisiejsze działania?

Przypadek kolejny (i ostatni, obiecuję) dotyczy „Modlitwy o pogodę ducha”, którą oczywiście znam na pamięć i mogę recytować nawet obudzony w środku nocy:

„Boże, użycz mi pogody ducha, 
Abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, 
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, 
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Przyznam z pewnym skrępowaniem nawet, że latami starałem się godzić z tym, czego nie mogłem zmienić, stawać się człowiekiem odważnym, bym zmieniał to, co mogę zmienić i wreszcie uczyć się odróżniać jedno od drugiego. Starałem się i czekałem. Efektów jakoś nie było, więc jeszcze bardziej starałem się i nadal czekałem. Czekałem na tę obiecaną pogodę ducha oczywiście. Wreszcie dotarło do mnie, że pewnie się już nie doczekam i mało brakowało, bym uznał, że to moja wina – widocznie o te trzy elementy (pogodzenie, odwagę i mądrość) za słabo się staram. A może nie jestem godzien? Może nie zasługuję? Już sobie zaczynałem całkiem nieźle „dokopywać”, kiedy właśnie przy okazji kolejnego „wietrzenia poglądów” zorientowałem się, że stworzyłem na swój użytek jakąś zupełnie absurdalną interpretację tej modlitwy, że klepałem ją na mityngach tysiąc razy, a nawet nie zadałem sobie trudu, żeby ją ze zrozumieniem i uważnie przeczytać. I jeszcze zastanowić się, co czytam…

W każdym razie modlitwa ta nie obiecuje pogody ducha ludziom, którzy będą się godzić, będą odważni i będą umieli odróżniać. Jest dokładnie odwrotnie. Proszę w tej modlitwie o pogodę ducha, ABYM umiał się godzić, ABYM miał odwagę, ABYM miał mądrość niezbędną do odróżniania jednego od drugiego. Ta sławetna pogoda ducha jest więc środkiem do celu, a nie samym celem!
Wydaje mi się (teraz jestem taki mądry!), że ludzie normalni, trzeźwi, obdarzeni zdrowym rozsądkiem, proszą o łopatę, aby wykopać dziurę. Ale ja jestem alkoholikiem, więc całymi latami starałem się jakoś stworzyć dziurę, żeby… w nagrodę otrzymać łopatę. Czasem nie wiem doprawdy, czy mam się z siebie śmiać, czy płakać…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Warsztaty Kroków AA

Muszę też przyznać, że wielokrotnie byłem przykładem członka AA, zadowolonego z siebie, a jednak skostniałego. Wiedziałem, że Wspólnota AA powinna być ciągle giętka, gotowa do zmian /…/ zdolna zaspokoić indywidualne potrzeby nowo przybyłych alkoholików. Wiedziałem też, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego.
Nie, to nie ja jestem autorem tych zdań; pojawiły się kiedyś w Grapevine. W drodze do trzeźwości pomogły mi ruszyć tyłek z miejsca więcej razy, niż głośno chciałbym to przyznać.


Warsztaty Programu Dwunastu Kroków AA

Dobrze wiem, że rozwój to zmiana, że na zmiany muszę być gotowy, że potrzebna mi jest determinacja w działaniu, że… itd. itp., ale to że wiem, czasem nie wystarczy. Zwłaszcza, jeśli te wszystkie piękne deklaracje pozostają pustymi frazesami, bo ja, jak ukwiał, najchętniej przyssałbym się do podłoża w jakimś spokojnym i wygodnym miejscu i z niego nie ruszał. No, chyba żeby mi karmy zabrakło, albo zrobiło się za gorąco.
Kiedy się na czymś takim przyłapię, zwykle okazuje się, że winę ponoszą moje wady charakteru. Głównie i przede wszystkim lęk przed zmianami, ale także zwykłe lenistwo i wygodnictwo. Bo i po co zmieniać cokolwiek, jeżeli jest tak bezpiecznie, przyjemnie i milutko?
Na taką okoliczność miewam też inne powiedzonka: „Statki są bezpieczne w porcie, ale nie po to je zbudowano, by tam stały”, albo „Trucizna czai się w stojącej wodzie”.


Nie wiem, kto i kiedy zorganizował w Polsce pierwsze warsztaty Kroków, ale nie to jest najważniejsze, bo wydaje mi się, że i tak największe piętno na warsztatach tego typu odcisnęła Strzyżyna i model, który tam został przez alkoholików wypracowany. Pobyt w ośrodku w Strzyżynie trwał dni dwanaście, albo trzynaście, alkoholicy pracowali przez cały ten czas w małych, czasem zaledwie trzy-czteroosobowych grupach, a Kroki, nad którymi pracowali uczestnicy warsztatu, podzielone były na następujące grupy: 1-3, 4-5, 6-7, 8-9, 10-12.

Mijały lata. Program „strzyżyński” zaczęto realizować także w innych miejscowościach, skróceniu ulegał czas trwania warsztatu, zwiększała się liczebność grup, modyfikacji ulegały same materiały… Co dziwne, jeden element nigdy nie uległ zmianie: grupy Kroków. Nadal i wciąć było to: 1-3, 4-5, 6-7, 8-9, 10-12. Warunki ulegały drastycznym zmianom, ale „1-3, 4-5, 6-7, 8-9, 10-12” było jak opoka.
Po jakimś czasie model ten zaczął niepostrzeżenie przenikać także na mityngi. U nas zawsze tematem głównym jest, odpowiedni dla danego miesiąca, Krok i Tradycja, ale kiedy w maju ktoś mówił o Kroku 4 i 5 razem, nikt nie oponował. Kiedy w lipcu uczestnicy mityngu wypowiadali się na temat Kroków 6 i 7, wydawało się, że tak właśnie ma być.
Nie dostrzegałem tego procesu latami. Dokładnie do maja 2010. Wtedy właśnie przekonałem się, że w tym temacie (bo w innych może niekoniecznie) jestem ukwiałem. Że przyrosłem do modelu „1-3, 4-5, 6-7, 8-9, 10-12” tak bardzo, że nie tylko nie jestem gotów na jakąś zmianę, ale nawet na myślenie o niej.

Kiedy zacząłem zastanawiać się nad materiałami do jesiennych warsztatów Kroków, złapałem się na tym, że odruchowo i automatycznie (czytaj: bezmyślnie) planuję je według schematu „1-3, 4-5, 6-7, 8-9, 10-12”. Zdrętwiałem. Warsztat ma trwać dwa dni, a nie dwa tygodnie, w grupach będzie pewnie co najmniej po kilkanaście osób, materiały są zupełnie inne, także odmienny system pracy, a ja zaczynam tworzyć w myślach grupy Kroków 1-3, 4-5, 6-7, 8-9, 10-12. Uf! Poczułem się jak kowal, którego przeniesiono w czasie o ćwierć wieku i który stoi teraz z podkowami w ręku przed samochodem i nie bardzo wie, co ma z nimi i z sobą teraz zrobić; biedny człowiek, nie jest w stanie dostosować się do zmian, ani im sprostać.
Czy można dostrzegać tylko określone grupy drzew, ale nie widzieć już lasu? Czy można dostrzegać tylko pewne, i zawsze takie same, grupy Kroków, ale coraz słabiej widzieć sam Program? Zrobiło mi się gorąco. „Siłą Wspólnoty i nadzieją dla osób uzależnionych jest Program” – czytamy w naszym scenariuszu. Program AA, a nie określone grupy Kroków! Podopiecznym mam „pokazać” Program. Program, a nie grupy Kroków! I wreszcie żyć mam Programem, a nie grupami Kroków…

Okazało się, że nawet próba wyobrażenia sobie czegoś innego, niż „1-3, 4-5, 6-7, 8-9, 10-12” sprawia mi problem – oj, przyrosłem w tym miejscu na amen. Trochę łatwiej zrobiło się dopiero wtedy, gdy odwołałem się do swoich doświadczeń. Ale nie z warsztatowego poznawania Kroków, ale z ich praktycznej realizacji, z wdrażania w życiu. Co tutaj – i z czym – sensownie się łączy? Co z czym stanowi logiczną całość? Co jest następstwem czego?

Żaden warsztat nie trwa rok , bo tyle pewnie byłoby potrzebne, żeby można się było na nim zapoznać ze wszystkimi Krokami i innymi elementami Programu AA. Poza tym musi być też czas na wdrożenie pewnych rozwiązań w życiu, zanim przystąpi się do następnych zadań. Tak więc JAKIŚ podział na grupy istnieć musi. Tylko jaki? Ostatecznie doszedłem do wniosku (zajęło mi to kilkanaście tygodni), że gdyby to zależało tylko ode mnie, zorganizowałbym pewnie warsztat z Krokami zestawionymi w taki sposób:

- Kroki 2-3, albo nawet 1-3, jednak z mocno ograniczoną tematyką Kroku 1. Jeśli uczestnicy trafili na warsztat, to z własną bezsilnością wobec alkoholu musieli się już boleśnie zderzyć. A na hadcorowe opowieści z czasów picia, bo do tego często sprowadza się udowadnianie sobie nawzajem bezsilności, chyba trochę szkoda czasu. Problemem większym, w moim przypadku i u wielu moich znajomych, były na początku kwestie związane z Siłą wyższą, wiarą i powierzaniem. Tu koncentrowałbym maksimum wysiłku.

- Kroki 4-7, albo 4-7 + 10. Czemu tak? Bo rozpoznanie wad charakteru i istoty błędów (Krok 4), powierzenie ich (Krok 5), budowa gotowości do rozstania z nimi (Krok 6), samo rozstanie (Krok 7) i bieżąca kontrola i korekta używanych nadal wad charakteru (Krok 10), stanowią – według mnie – układ sensowny, łączący się w sposób naturalny w pewną spójną całość.
Tyle „materiału” nie zmieści się w przeznaczonym na to czasie? Może i tak, ale zamiast redukować liczbę Kroków, może dałoby się zmniejszyć liczebność grup? Grupa pięcioosobowa pracuje zupełnie inaczej, niż piętnastoosobowa – wiem coś o tym, przerabiałem obie opcje w praktyce.

- Kroki 8-12. Lista osób skrzywdzonych (Krok 8) i praktyczne, realne  zadośćuczynienie im (Krok 9), jako początek przenoszenia uwagi z siebie samego na innych ludzi. Dalej – nauka rozpoznawania intencji własnych działań (Krok 10, tak, tu też 10!) i korekta tych intencji (Krok 11). Wreszcie Krok 12; zwrot się dokonał, ruszam do ludzi. I to wszystkich ludzi, a nie tylko alkoholików. Przestałem być już zagrożeniem dla społeczeństwa...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Egzamin z trzeźwości

Na stronie pewnego portalu o tematyce satyrycznej znalazłem pytanie: „Gdyby każdy z nas otrzymał możliwość wykonania jednego strzału w stronę osoby, której nienawidzimy, jak myślisz… Przeżyłbyś?”. Ja jestem Meszuge, a więc zamiast pośmiać się z tego żartu radośnie i wesoło, a po chwili zapomnieć go na zawsze, zacząłem rozważać możliwe odpowiedzi na to pytanie – pomijając już absurd samego założenia, to znaczy możliwość bezkarnego zastrzelenia jednej znienawidzonej osoby.
Czy przeżyłbym? W najgorszym okresie mojego destrukcyjnego picia, bardzo możliwe, że nie. Nie zdziwiłbym się specjalnie, gdyby wtedy znalazły się osoby, choćby jedna-dwie, które w określonych sytuacjach, nienawidziły mnie tak bardzo, że – mając gwarantowaną bezkarność – zastrzeliłyby mnie, jak wściekłego psa. No, ale przeżyłem, nie piję od kilkunastu lat. A jak sytuacja przedstawia się teraz? Porzucając zwariowane pomysły na temat strzelanin, zająłem się tematem dotyczącym pewnego sprawdzianu…


Egzamin z trzeźwości

Słyszałem kiedyś teorię, że trzeźwość nie jest stopniowalna, to znaczy, albo się trzeźwym jest, albo nie i nie dotyczyło to bynajmniej stanu „po spożyciu”.  Ja miałem na ten temat inne zdanie, ale wtedy nie umiałem jeszcze podać żadnego sposobu mierzenia, czy oceniania poziomu trzeźwości alkoholika, który nie pije już… jakiś czas. Niedawno wpadło mi do głowy, że na swój prywatny użytek mogę, jako swego rodzaju „miarki”, użyć 12 Kroków, a przynajmniej niektórych z nich. Jest to w końcu Program, który znam, rozumiem, któremu ufam, który w pewnej mierze zrealizowałem oraz realizuję nadal.

Miałem kilka-kilkanaście miesięcy abstynencji czyli, według teorii znajomego, od takiego właśnie czasu byłem trzeźwy. Miałem nową, dobrze płatną pracę (poprzednią straciłem przez picie), chodziłem często na mityngi. Wspomnienie ostatniego picia wyraźnie zblakło, nie przemykałem się już po domu jak cień, zawstydzony, przygnieciony wyrzutami sumienia i poczuciem winy. Wtedy się zaczęło…
Pretensje, wyrzuty, histeryczne wrzaski, a nawet ordynarne wyzwiska były u nas w domu na porządku dziennym. Prowokowałem awantury nieomalże codziennie. O co? Ależ o wszystko! Dokładnie wszystko miało być tak, jak ja sobie tego życzę. W drobiazgach czasem mi domownicy ustępowali, dla świętego spokoju i jeżeli mogli, ale prędzej czy później (raczej prędzej) wyskakiwał jakiś „grubszy” problem. Zwłaszcza, że co trochę, samowolnie podejmowałem decyzje, które jak najbardziej pozostałych domowników dotyczyły. Oni mogli się starać kłaść zapałki w kuchni tam, gdzie kazałem, ale kiedy bez jakiegokolwiek porozumienia z nimi (chodzi tu o byłą żonę i dorosłego syna) kupiłem nową pralkę i domagałem się, żeby natychmiast zwrócili mi stosowną kwotę – wybuchała koszmarna chryja. Czemu zresztą trudno się dziwić. Swoją samowolą i arogancją doprowadzałem ich do szału.
Dodam, że w pracy także próbowałem dyrygować współpracownikami, samowolnie podejmując decyzje dotyczące ich zadań, albo sposobu ich realizacji. Wojowałem też z urzędami, instytucjami, sklepami…
Prawie wszystkim w swoim otoczeniu przydzieliłem podrzędne role statystów w filmie, w którym grałem rolę główną i który oczywiście sam reżyserowałem.

Czasem, kiedy awantury przekraczały już wszelkie pojęcie, a także moją wytrzymałość, przepraszałem domowników, jednak nie chodziło mi w tym momencie o nich, lecz o poprawienie samopoczucia sobie, bo przecież do żadnych zmian nie byłem zdolny. Zresztą, nawet nie dostrzegałem takiej potrzeby.
Zdarzało się, że umęczony domowym piekłem, pozornie ustępowałem. Ustalałem wtedy i przydzielałem domownikom zakres obowiązków i odpowiedzialności. Obiecywałem nie ingerować w sprawy, które im powierzyłem. Piszę „pozornie”, bo to się w tamtym okresie nigdy nie udało. Zrzekałem się sprawowania kontroli w jakiejś dziedzinie, przekazywałem kierownicę (porównanie do kierownicy wymyślił przyjaciel i bardzo mi się ono podoba), ale najdalej po kilku dniach, znów za nią szarpałem, czyli znów rządziłem. Wszystkimi i wszystkim. A przynajmniej się starałem i próbowałem. I bardzo często działo się to w imię ich, albo wspólnego dobra – tak to wówczas rozumiałem.

„Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie…” – i wynikająca z nich monstrualna samowola. Podejmowałem wiele różnych decyzji, ale nawet do głowy mi nie wpadło konsultować je z kimkolwiek, wcześniej uzgodnić, jakoś się porozumieć – choć dotyczyły one innych ludzi, nie tylko mnie samego.

Obecnie, poprzez pryzmat Programu, tamten czas, wydarzenia, własną postawę i zachowanie oceniam w przybliżeniu tak…

- Kroki 11 i 12 – zupełnie nie ma o czym mówić, to nie ta „bajka”. Zero.

- Krok 10 – nigdy wcześniej nie przeprowadziłem żadnego obrachunku moralnego, więc nie mogłem prowadzić go nadal. Podczas mityngu, w czasie przeznaczonym na tzw. „problemy i radości”, zwykle narzekałem na byłą żonę i syna, bo to przecież oni byli wszystkiemu winni. Czasem zdarzało się, że dostrzegałem swoje sprawstwo, wtedy dumny z siebie, bo przecież realizuję Krok 10, przyznawałem się do popełnionego błędu. Przyznawałem się na mityngu AA! Nie w domu! Nie ludziom, przeciw którym zawiniłem. Oczywiście takie „przyznanie się” żadnego dalszego ciągu nie miało; w domu i stosunkach w nim panujących nie zmieniało się zupełnie nic. A jeśli chodzi o zdolność do rozpoznania swoich intencji, to była ona żadna; prędzej pewnie zrozumiałbym wiersz w dialekcie mandaryńskim. Krok 10 – klapa.

- Kroki 9-8 – Zadośćuczynienie? Kto? Komu?! Przecież to wszystko oni… A za okres picia, to ja nie jestem jeszcze gotowy, daję czas czasowi, stosuję „zdrowy egoizm”, a w ogóle to Kroki trzeba robić po kolei, więc na Kroki 8-9 mam jeszcze dużo czasu. Jeśli nawet na liście skrzywdzonych, na razie jeszcze pomyślanej, nie spisanej, syn i była żona figurowali, to chodziło o uczynki, które dotyczyły okresu picia, ale absolutnie nie chwili obecnej.  Totalna klapa.


- Kroki 6-7 – Kompletnie „czarna magia”. Jakie wady charakteru, jakie braki? Ja ewentualnie mogłem Boga prosić, żeby IM zabrał kłótliwość, upierdliwość i złośliwość, a mnie dołożył nieco cierpliwości i może jeszcze trochę wyrozumiałości dla tych głupców i ignorantów, co to też maja swoją opowieść, ale to wszystko. Znowu zero.

- Kroki 4-5 – Oczywiście o żadnej istocie swoich błędów nie wiedziałem nic, bo i skąd mogłem wiedzieć. Na mityngach czasem opowiadałem jakiś mrożący krew w żyłach epizod z pijanego życia i sądziłem, że na tym może polegać „wyznawanie drugiemu człowiekowi”. Nie miałem rozeznania w swoich wadach charakteru, nie zdawałem sobie sprawy, że ich używam, po co to robię i w jaki sposób. A jeśli tak, to ja nie bardzo nawet byłem obecny w tym swoim, niby trzeźwym, życiu. Widziałem je jak przez zamazaną szybę, więc nie bardzo wiedziałem, co się w nim dzieje, a przede wszystkim – dlaczego? Klapa.

- Kroki 1-3 – O żadnym powierzeniu, czy zawierzeniu nie było mowy. Już nie chodzi tu nawet o Boga, ale o innych ludzi, rodzinę, współpracowników. Nie zdając sobie sprawy z istoty swoich błędów (strach, lęk), nie rozumiałem, czemu tak dramatycznie próbuję nad wszystkim panować, wszystkimi rządzić, sterować. Nie jestem pewien, czy wtedy byłbym w ogóle w stanie pojąć, że sprawowanie kontroli daje  poczucie bezpieczeństwa; cóż z tego, że złudne. Stąd właśnie to kurczowe trzymanie kierownicy oraz rozpaczliwe odbieranie jej z powrotem, jeśli w jakiś sposób znalazła się na chwilę w innych rekach.
Samego alkoholu i picia sytuacja ta nie dotyczy, ale drugiej części Kroku 1 to już jak najbardziej. Nie przyjmowałem do wiadomości, że zdolność do kierowania życiem – w tym wielu innych ludzi, urzędów itp. – mam tak naprawdę mocno ograniczoną. Z tego faktu nie byłem w stanie skorzystać, czy jakoś go wykorzystać, a to z kolei świadczy o kompletnym braku pokory: wojowałem z faktami i nie zgadzałem się z rzeczywistością. Czy jest to postawa człowieka trzeźwego?  Kompletne zero!

Nie piłem, regularnie, dwa razy w tygodniu, chodziłem na mityngi AA, 12 Kroków znałem już na pamięć w związku z ich „okrężnym” odczytywaniem, ale… egzamin z trzeźwości oblałem z kretesem.

Oczywiście taką „przymiarkę” mogę stosować też do innych okresów życia, lub nawet do pojedynczych zdarzeń, czy sytuacji. Choćby tak proste (ale tylko pozornie!) pytanie: czy funkcję moderatora forum dla alkoholików przyjąłem, bo chciałem pomagać, czy może rządzić i kontrolować? Chciałem się uczyć, czy może… pouczać? A jak to było za drugim razem...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach