sobota, 20 lutego 2010

Przysłowia, aforyzmy, sentencje

W środowisku niepijących alkoholików, na mityngach AA, ale nie tylko tam, usłyszeć można rozmaite powiedzonka, z których większość jest efektem wieloletnich doświadczeń. Stanowią one (zazwyczaj!) skarbiec mądrości Wspólnoty i alkoholików, także tych, którzy do AA dopiero trafią… kiedyś. Teraz zbieram je i kolekcjonuję. Jeśli znasz jeszcze jakieś, proszę, przyślij mi je pocztą elektroniczną.
W poniższym zbiorku, chcąc uniknąć spekulacji odnośnie „ważności”, zastosowałem kolejność alfabetyczną.


Przysłowia, aforyzmy, porzekadła, maksymy, sentencje, złote myśli…


– AA jest jak mafia, kto odchodzi – ginie.
Być może, w swoim podstawowym znaczeniu, zapewnia odrobinę poczucia przynależności, ale tak w ogóle, jest to powiedzenie pełne arogancji, pychy i… zupełnie nieprawdziwe. Przekaz bowiem jest taki: „jak nie będziesz z nami i nie będziesz robił to, co my – zdechniesz, zapijesz się na śmierć!”, a to nie jest prawdą – AA nie ma monopolu na zdrowienie z alkoholizmu, a przekonanie, że wszyscy, którzy odchodzą z AA wracają do picia, jest z gruntu fałszywe.
Ale powiedzenie to można rozumieć również jako przenośnię i wtedy, niestety, wiele w nim prawdy. Alkoholicy z AA utrzymują kontakty z alkoholikami z AA. Alkoholicy z AA utrzymują kontakty z ludźmi zdrowymi. Ale alkoholicy z AA prawie nigdy nie utrzymują kontaktów z alkoholikami, którzy odeszli z AA, choć nadal utrzymują abstynencję. Taki ktoś po prostu przestaje dla nas istnieć. Oczywiście, nie musi tak być zawsze, ale… Nie twierdzę, że zawsze odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi jedna ze stron – po prostu stwierdzam fakt, który obserwuję od lat. A powiedzenie chyba lepiej zapomnieć.

– Bóg istnieje, ale ja nim nie jestem.
To powiedzenie najczęściej słyszy się podczas omawiania tematów związanych w Krokami Drugim i Trzecim. Gdy alkoholik próbuje w miesiąc uporządkować i odbudować swoje relacje z Bogiem, kościołem, religią, wiarą, kapłanami, często od przyjaciela może właśnie usłyszeć: „spokojnie, nie wszystko na raz, w tej chwili pamiętaj tylko, że Bóg istnieje, ale to nie ty nim jesteś”. Jest to też przypomnienie, że dość długo żyliśmy według własnych przekonań, zachcianek i fantazji, próbując grać rolę bogów swojego świata, więc może już wystarczy? Owszem, moje życie ma jakiś cel i sens, ale to niekoniecznie ja je określam i wyznaczam.

– Daj czas czasowi, ale… do czasu.
Jedna z najczęściej powtarzanych na mityngach sentencji, niestety, zwykle tylko do przecinka. W takiej skróconej wersji traktowana jest, jako usprawiedliwienie, a nawet alibi: „Nic nie robię? Ależ skądże! Ja po prostu daję czas czasowi! To w AA mnie tego nauczyli!”. Natomiast z wieloletnich doświadczeń Wspólnoty wynika, że owszem, próba naprawienia, uzdrowienia całego życia wymaga czasu, nie da się tego zrobić, „odwalić” w tydzień, jednak konkretnych działań nie można odkładać w nieskończoność – to nie tędy droga.

– Do programu AA nie można być za głupim, ale można być za mądrym.
Powiedzenie problematyczne. W wyjątkowo przykry sposób przypomina klasową niechęć do inteligencji, roznieconą i wykorzystywaną przez komunistów w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku (i pewnie utworzone bez złej woli przez osoby, które się w tamtym okresie wychowały).
Podczas gdy w artykule pochodzącym z Raportu Światowego Mityngu Służb AA w NJ w 2004 r. znaleźć można zdanie: „Nasze przykre doświadczenie pokazuje, że ignorancja zabija AA”, polscy aowcy z dumą deklarowali na mityngach, że nigdy żadnej wspólnotowej książki nie przeczytali (ani jakiejkolwiek innej), żeby przypadkiem nie być za mądrym, z żadnym sponsorem nie pracowali, bo alkoholik musi odrzucić wszelkie autorytety (poza Bogiem) i mimo to, a może właśnie dzięki temu, trzeźwieją już po kilkanaście lat.
Powiedzenie to może mieć pewną wartość i sens, jednak żeby do niego dotrzeć, potrzebne są wyjaśnienia, tłumaczenia, dopowiedzenia, zastrzeżenia oraz powoływanie się na inne, bardziej jednoznaczne mądrości aowskie. Na przykład: „Ten Program działa, kiedy ja działam”, które znakomicie zwraca uwagę na potrzebę działania w procesie zdrowienia, bo dzięki samym tylko rozważaniom teoretycznym, żaden alkoholik jeszcze skutecznie nie wytrzeźwiał. Wszystko pewnie byłoby prostsze, gdyby zamiast „mądrości”, która zwykle kojarzy mi się z mądrością życiową ludzi starszych, była tu „wiedza”. Bo to wiedza właśnie nie chroni np. lekarzy przed uzależnieniem, albo terapeutów-alkoholików przed zapiciem.
Ale ostatecznie, co komu po zgrabnym powiedzeniu, które trzeba pół godziny wyjaśniać? Bo w pierwotnej wersji jest ono niestety tylko promocją zbyt często jeszcze dochodzącej do głosu polskiej cechy narodowej, to jest – ignorancji.
Przyznam też, że jako człowiek trzeźwy, nie przepadam za określeniami skrajnie wartościującymi: mądry – głupi, zły – dobry itp. Pozostawiam to dzieciom w piaskownicy.

– Im dalej ostatniego kieliszka, tym bliżej pierwszego.
Ostrzeżenie – długa abstynencja nie gwarantuje jeszcze, niestety, trwałej abstynencji. Alkoholik upojony kolejnymi rocznicami czasem dochodzi do wniosku, że skoro nie pije już tyle lat, to teraz już wie, może, potrafi… na przykład ignorować pewne zalecenia, lekceważyć rady i sugestie innych. Miałem może z pięć lat abstynencji, kiedy zaczęło mi się wydawać, że te wszystkie wskazówki dobre są może dla nowicjuszy, ale przecież nie dla mnie, doświadczonego weterana. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałem to ostrzeżenie, choć słyszałem je wcześniej wiele razy.

– Jeśli ci się nie chce iść na mityng, to biegnij.
Z doświadczeń tysięcy alkoholików wynika, że niechęć do uczestnictwa w mityngach czasem może być sygnałem ostrzegawczym, objawem nawrotu choroby alkoholowej, a w takim razie, tym bardziej należałoby się na mityng wybrać. W każdym razie lepiej jest zapobiegać, niż później…

– Jeśli dziesięć osób mówi ci, że masz ogon, to się przynajmniej odwróć i sprawdź.
Znakomite porzekadło! Przede wszystkim ze względu na brak aroganckiego autorytaryzmu. Nikt tu nie twierdzi, że większość ma, lub musi mieć rację, natomiast z tak ogromnej dysproporcji – dziesięć do jednego – wynika, że może jednak warto się zastanowić, przemyśleć i sprawdzić, bo większość  jednak może mieć rację. Nawet jeśli ich zdanie, na pierwszy rzut oka (ucha), wydaje się bez sensu.

– Jeśli nadal uważasz wszystkich w AA za przyjaciół, to widocznie zbyt rzadko chodzisz na mityngi.
Brzmi w tym powiedzeniu kpina i ironia, ale jest ono przede wszystkim przestrogą. Wielu alkoholików trafiając do AA wręcz zachłystuje się atmosferą akceptacji i życzliwości, a nadużywane i odmieniane na wszelkie sposoby słowo „przyjaciel”, klimat ten jeszcze podsyca. Fakt, że zmagamy się z tą samą chorobą i spotykamy na mityngach, nie gwarantuje automatycznie przyjaźni, wysokich standardów moralnych, uczciwości, bezinteresowności. Określone potrzeby emocjonalne nowicjuszy są całkowicie zrozumiałe, ale warto pamiętać, że brak roztropności i zwyczajna naiwność nie przynoszą pożytku w żadnym środowisku.

– Jeżeli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, oznacza, że jej nie było, albo umarła jak drzewo, które uschło zanim zakwitło, pozbawione życiodajnego środowiska.
W takiej wersji powiedzenie to pojawiło się w 2003 roku w „Skrytce 2/4/3”, ale w praktyce występuje w wielu nieznacznie różniących się odmianach, których sens i znaczenie nie ulegają zmianie. W USA Anonimowi Alkoholicy mawiają: „żeby mieć, musisz dawać”. Znaczenie jest identyczne: żeby zachować trzeźwość i nadal się rozwijać, musimy przekazywać dalej to wszystko, co dostaliśmy od sponsora, grupy, Wspólnoty AA, Programu. Natomiast, jeżeli swoją trzeźwość będziemy próbowali samolubnie zachować tylko dla siebie, możemy ją utracić, nadal i wciąż utrzymując abstynencję.
Słyszałem też porównanie, zgodnie z którym trzeźwość przepływa przez alkoholików, wzbogacając każdego z nich, ale… „trucizna czai się w stojącej wodzie”.
W najprostszej wersji: jeśli z trzeźwości alkoholika nie jest w stanie korzystać nikt poza nim samym, to jaka to trzeźwość?!

– Każdy alkoholik przestaje kiedyś pić, niektórym udaje się to jeszcze za życia.
Pozornie zabawne, w rzeczywistości brutalne, może nawet nieco cyniczne przypomnienie, że choroba alkoholowa, nie leczona, może się okazać chorobą śmiertelną. Komunikat: prędzej, czy później i tak przestaniesz pić, ale tylko od ciebie zależy, czy będzie cię to kosztowało życie; dziś jeszcze możesz wybierać, jutro może już być na to za późno.

– Kto chce – szuka sposobów, kto nie chce – szuka powodów.
Sentencja genialna wręcz w swojej prostocie i mądrości. Nie wiem, czy wymyślił ją alkoholik, ale nie słyszałem jej nigdzie poza AA. Znakomicie pomaga rozpoznać własne, jak i cudze nastawienie. Jeśli rzeczywiście chcę pomóc, to będę starał się znaleźć na to sposób, radę. Natomiast jeśli tak naprawdę nie chcę (brak chęci nie musi być w pełni świadomy!), będę potrzebował obiektywnych i racjonalnych powodów odmowy: „ja to bym dla ciebie bardzo chętnie, no ale sam rozumiesz… nie mam czasu”. Oczywiście sentencja dotyczy nie tylko pomocy i ewentualnej niechęci do jej udzielenia. Argumenty kogoś, kto nie chce rozstać się z nałogiem, na przykład paleniem papierosów, ale zna przynajmniej kilka powodów, dla których nie powinien, a nawet nie może tego zrobić, bywają nieprawdopodobne.

– Najpierw rzeczy (sprawy) najważniejsze.
Podstawowe znaczenie dotyczy abstynencji. Dopóki alkoholik nie pije, wszystko jest możliwe. Jeśli jest w stanie zrobić wszystko (no, prawie) dla utrzymania abstynencji, wtedy ma szansę na...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Legendy i mity alko-świata

Bardzo długo coś mi chodziło po głowie, pojawiały się pytania, wątpliwości, czasem nawet bliżej niesprecyzowane obawy… Wreszcie, całkiem niedawno, splot rozmaitych wydarzeń, a zwłaszcza długa rozmowa ze sponsorem, pozwoliła mi znaleźć właściwe słowa, a może i niezbędną dawkę odwagi i determinacji, by napisać o legendach funkcjonujących w alko-świecie, czyli w środowisku niepijących alkoholików (anonimowych i nie tylko).


Legendy i mity alko-świata

Czy legendy to coś złego? W normalnych warunkach, oczywiście – nie. Legenda o złotej kaczce, albo wawelskim smoku, opowiedziana dzieciom, to wspaniała zabawa; dla nich i dla opowiadającego. Jednak sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy jako człowiek dorosły i do tego alkoholik, próbuję legendy wprowadzać w swoje życie. Bo, nie ulega chyba wątpliwości, że im więcej legendy, tym mniej realizmu i rzeczywistości, a to w konsekwencji oznacza po prostu mniej… trzeźwości.

Pierwsza legenda, z jaką się zetknąłem po zaprzestaniu picia, dotyczyła piątego piętra budynku szpitala psychiatrycznego – mieścił się tam kiedyś oddział odwykowy. Najstarsi weterani opowiadali krew w żylakach mrożące historie o doktorze M. (ordynatorze) i jego metodach leczenia. Tak naprawdę leczenie polegało chyba tylko na podawaniu anticolu i pogadankach na temat szkodliwości alkoholu, poza tym żaden z nich nie uzyskał wtedy trwałej abstynencji, ale legenda była piękna i wyjątkowo egzotyczna. Miała niestety jedną wadę – nie była moją legendą. Gdy ja zgłosiłem się na leczenie, oddział doktora M. od dawna już nie istniał.

W połowie mojej terapii, poradnia odwykowa była sukcesywnie przenoszona z ulicy Wodociągowej na Głogowską. Ostatecznie, kiedy kończyłem 2,5 roczne leczenie, zajęcia terapeutyczne odbywały się już tylko w nowym obiekcie. Alkoholicy, którzy rozpoczynali swoją drogę do trzeźwości o rok później, starej poradni już nie znali. A więc wreszcie i ja miałem swoją legendę.
Prawdę mówiąc była to legenda niezbyt wielkiego kalibru i satysfakcji z niej nie starczyło mi na zbyt długo, ale stosunkowo szybko postarałem się wzbogacić i uzupełnić swój osobisty zestaw legend o zajęcia w starym Studium, warsztaty w Strzyżynie, znanego alkoholika F. z Warszawy, zmarłego tragicznie S. P. i pierwszą w mieście terapię DDA. Z czasem dołożyłem też i inne. Jak widać, legendą może być zarówno miejsce, jak i określony człowiek, a czasem nawet pojedyncze wydarzenie.

Pytanie zasadnicze i podstawowe brzmi: czy w związku z tym, że byłem, na przykład, w Strzyżynie, na Górze św. Anny, w Zakroczymiu, Częstochowie, Licheniu, jeśli poznałem samego Iksa, jeśli spowiadałem się osobiście u Igreka, jeśli moim sponsorem był sławny Zet, to czy jestem przez to lepszym człowiekiem, a przynajmniej lepszym alkoholikiem?
Oczywiście każdy rozsądny człowiek natychmiast odrzuci taką hipotezę. Ale… problem polega na tym, że rozsądek i uczucia nie zawsze idą w parze. Bo jednocześnie faktem jest, że jeżeli z  jakimś legendarnym człowiekiem spędziłem pewien czas w jakimś legendarnym miejscu, a moi słuchacze nie, to mam doświadczenia i przeżycia, jakich oni nie mają. A jeżeli dodatkowo legendarny człowiek już nie żyje, a legendarne miejsce już nie istnieje, to moim udziałem są doświadczenia i przeżycia, jakich słuchacze nie dość, że nie mają, to jeszcze na dokładkę nigdy już mieć nie będą.
Do pewnego stopnia może przypominać to radość i satysfakcję kolekcjonera, który ma w swoich zbiorach wyjątkowo rzadko spotykany okaz czegoś tam. Jednak głównie i przede wszystkim osobisty udział w ciekawej legendzie znakomicie poprawia nastrój i poczucie własnej wartości.

Oczywiście, żeby to wszystko miało sens i jakoś trzymało się kupy, te wyjątkowe, a nawet ekskluzywne doświadczenia i przeżycia muszą być przyjemne, wartościowe i koniecznie wzbogacające. Gdyby takie nie były, stałyby się automatycznie kompletnie bezużyteczne.
Przy okazji zrozumiałem, jak to się dzieje, że absolutnie wszyscy są zawsze zachwyceni i oczarowani spotkaniem z…, wyjazdem do…, warsztatami w… itd. Zrozumiałem też, jak to się stało, że przez dziesięć lat ja tylko jeden jedyny raz odwróciłem się plecami do legendy. Chodziło o Górę św. Anny i spotkania alkoholików i ich rodzin odbywające się tam co miesiąc. Na Górze św. Anny byłem dwa-trzy razy. Niczego szczególnego tam nie przeżyłem, niczego wyjątkowego nie doświadczyłem, żadnego przebudzenia, czy objawienia nie dostąpiłem. Natomiast we wszystkich pozostałych przypadkach legend, wystarczało minimum, jakiś drobiazg, bym mógł opowiadać o swoim wyjątkowym i szczególnym przeżyciu z nieskrywaną dumą i głęboką satysfakcją. Zwłaszcza w towarzystwie ludzi, którzy w danym miejscu nie byli, albo z jakimś „wielkim człowiekiem” osobiście się nie zetknęli.

W tej chwili, na moich oczach, tworzona jest legenda Woźniakowa. Z zaangażowaniem, entuzjazmem i niewątpliwie bez złej woli, ale… 


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Anonimowi ale i widoczni

Temat wiosennej XXXIII Konferencji Służb Regionu (17 kwietnia 2010) brzmi:  „Anonimowi, ale nie niewidoczni”. No i bardzo dobrze. Myślę, że w Polsce problem zrozumienia różnicy pomiędzy tajnością, a anonimowością jest nadal istotny, a może nawet palący – coraz częściej odnoszę wrażenie, że Wspólnotę AA i jej Program traktuje się w naszym kraju, jako niezbyt ważny dodatek do terapii odwykowej, a posłanie AA niosą raczej terapeuci w poradniach i telenowele, niż sami alkoholicy.


Anonimowi, ale nie niewidoczni

Pewne problemy z anonimowością mieli chyba także Anonimowi Alkoholicy w Ameryce. Wiele lat temu. Pozostaje mieć nadzieję, że się z tym dawno uporali, a więc można będzie od nich czerpać przykłady i korzystać z ich doświadczeń. W każdym razie Bill W. pisał kiedyś tak: „W niektórych grupach AA zasada anonimowości jest doprowadzona do absurdu. Członkowie tak kiepsko się ze sobą komunikują, że nie znają nawet swoich nazwisk ani nie wiedzą, gdzie kto mieszka. Przypomina to komórkę konspiracyjną”*.
A Doktor Bob: „Ponieważ nasza Tradycja dotycząca anonimowości wyraźnie wytycza poziom graniczny, dla każdego kto zna angielski, musi być oczywiste, że zachowywanie anonimowości na jakimkolwiek innym poziomie jest pogwałceniem tej Tradycji. Uczestnik AA, który ukrywa swoją tożsamość przed innym uczestnikiem Wspólnoty, podając jedynie swoje imię, łamie tę Tradycję tak samo, jak ten uczestnik Wspólnoty, który pozwala, aby jego nazwisko ukazało się w prasie w powiązaniu ze sprawami odnoszącymi się do AA. Ten pierwszy zachowuje swoją anonimowość powyżej poziomu prasy, radia i filmu; ten drugi zachowuje swoją anonimowość poniżej poziomu prasy, radia i filmu – podczas gdy Tradycja ta postuluje, abyśmy zachowywali anonimowość na poziomie kontaktów z prasą, radiem i filmem”**.

Wydaje mi się, że ewolucja Wspólnoty przebiega podobnie, jak...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

piątek, 19 lutego 2010

Krok 2 Programu 12 Kroków

Uwierzyliśmy, że Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie.
(ang. Came to believe that a Power greater than ourselves could restore us to sanity.)

Jak rozumiem Krok 2 Programu 12 Kroków AA?

Moim zdaniem występuje tu poważny problem z tłumaczeniem. Angielskie sanity, owszem, oznacza zdrowie, ale nie jakiekolwiek zdrowie, ani nie zdrowie w ogóle, ale dokładnie, konkretnie i jednoznacznie – zdrowie psychiczne. Krok Drugi nie mówi o tym, że alkoholicy mają szansę na całkowite wyleczenie, a tym samym możliwość powrotu do bezproblemowego picia towarzyskiego. Jeśli alkoholizm jest chorobą ciała, duszy i umysłu, to dzięki Programowi AA uzdrowione mogą zostać dwa ostatnie elementy. W chwili obecnej o wyleczeniu ciała nie ma w ogóle mowy. Jeśli chodzi o ciało (organizm) alkoholizm jest chorobą trwałą.
Tak więc: uwierzyliśmy, że siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie psychiczne, zdrowy rozsądek. Nadal, i do końca życia, pozostaniemy alkoholikami, natomiast nie musimy być alkoholikami opanowanymi obsesją picia. Nasze życie nie musi być zależne od wynaturzonych instynktów oraz wad charakteru, nad którymi wyraźnie utraciliśmy kontrolę podobnie, jak nad alkoholem. Jeżeli gdziekolwiek piszę o wyzdrowieniu z alkoholizmu, to taki właśnie rodzaj zdrowia mam na myśli.
Mam też nadzieję, że tłumaczenie tekstu Drugiego Kroku wkrótce zostanie poprawione.

Kolejny problem. Istnieje duże prawdopodobieństwo i zagrożenie, że wielu alkoholików-nowicjuszy, którzy kilka, a choćby i kilkanaście razy wysłuchali tekstu Drugiego Kroku oraz paru przypadkowych wypowiedzi na ten temat podczas mityngów AA uzna, że Krok ten nakłania ich do uwierzenia w jakiegoś Boga, a także sugeruje udział w obrzędach religijnych – zwłaszcza, jeśli we Wspólnocie chcą pozostać i w pełni skorzystać z Programu Dwunastu Kroków. Sam miałem takie wątpliwości w pierwszych dniach i tygodniach w AA, a o podobnych rozterkach słyszałem wielokrotnie na mityngach, czy od znajomych. Tak, jest to zagrożenie jak najbardziej realne, a dla agnostyków, ateistów i wielu innych, wyjątkowo niebezpieczne. W naszej książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” (strona 28) napisano: „Po pierwsze, Anonimowi Alkoholicy nie wymagają od ciebie, żebyś w cokolwiek wierzył”, a ja, od siebie, dodam jeszcze zdanie, które powtarzam do znudzenia przy każdej okazji, albo i bez okazji: Program Wspólnoty AA jest programem duchowym, a nie religijnym, czy – tym bardziej – magicznym.

W Kroku Drugim Programu Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików mowa jest o Sile Większej (w angielskim oryginale o Sile większej). Kim, czym, w takim razie jest ta Siła? Nieumiejętne próby wyjaśnienia, tej kwestii i odpowiedź, że Silą większą może być dla alkoholika właściwie cokolwiek, spowodowały lawinę zupełnie bezsensownych sugestii dotyczących wiary w klamki, nogi od krzesła i inne podobne bzdury. Anonimowi Alkoholicy nie narzucają nikomu, ani nie definiują za nikogo jego Siły Większej (większej). Tym niemniej wydaje się, że powinna ona spełniać minimum dwa podstawowe i niezbędne warunki: ma być dla konkretnego alkoholika siłą przyjazną, a przynajmniej nie wrogą, ma także dysponować mocą, możliwością, zrobienia dla alkoholika tego, czego on sam dla siebie zrobić nie jest w stanie. Możliwości swojej Siły większej żaden alkoholik nie musi tłumaczyć, wyjaśniać, czy udowadniać – wystarczy, że w nią wierzy, ufa jej, jest przekonany o jej realnym – choć niekoniecznie materialnym – istnieniu. Siłą większą, w rozumieniu Kroku Drugiego, nie musi być taki czy inny Bóg. Może być, faktycznie, ale nie musi. Kiedy mowa jest o „Sile większej”, to w widoczny sposób nacisk kładzie się na „Siłę”, jakąś „Siłę”, która tylko będzie większa od mojej własnej, osobistej. Nie musi być ona… nadprzyrodzona.

Przykład uproszczony do granic możliwości: nie potrafię naprawić sobie telefonu. Albo komputera. Albo zegarka. Zwracam się w tej sytuacji do specjalisty, do którego mam zaufanie i powierzam mu swój sprzęt. W tym momencie, i w określonym zakresie, taki profesjonalista dysponuje siłą większą niż moja własna i może dla mnie zrobić to, czego ja sam nie potrafię. A jego chęć pomocy i starania zapewniam sobie za pieniądze. Tak samo przedstawia się sprawa z moim zdrowiem i lekarzami; w przypadku choroby alkoholowej...


Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.