wtorek, 20 lipca 2010

Mityng informacyjny czyli...

Mityng informacyjny? Po prostu spotkanie informacyjne dla grupy ludzi zupełnie z zewnątrz, takich, co to jak dotąd nie mieli żadnego kontaktu i związków z AA. Trzeba było przygotować krótkie wystąpienie, informację dla nich. I tak się złożyło, że padło na mnie, że niby ja zrobię to najlepiej. Akurat!
Przyjaciele, którzy w dobrej wierze powierzyli mi to zadanie, nie brali chyba pod uwagę, że taki „kozak” to ja mogę być wśród alkoholików, wśród ludzi, których znam, lubię, rozumiem, nawet jeśli czasem nie akceptuję niektórych postaw czy zachowań. Czasami ja tu sobie kpię z kogoś lub czegoś, innym razem ktoś „obrabia tyłek” mnie, ale jednak cały czas tu właśnie czuję się bezpiecznie, bo stale, nadal i wciąż jestem wśród swoich. Ale tym razem trzeba będzie opuścić bezpieczne środowisko.
Kilka razy miałem ochotę zrezygnować, wycofać się z tego przedsięwzięcia, przyznać kolegom wprost, że ja zwyczajnie i po prostu się boję, że sobie z tym zadaniem nie poradzę. Wydaje mi się, że jedyne, co mnie powstrzymało przed ucieczką, to duma i wstyd.


Mityng informacyjny, czyli prawda o Wspólnocie AA

Wreszcie nadszedł ten wielki dzień. Na miejsce spotkania powlokłem się na drżących nogach. Nerwowo powtarzałem w myślach wystąpienie, prelekcję, którą sobie na tą okoliczność przygotowałem; sto razy sprawdzałem, czy w kieszeniach mam ściągi z ciekawymi danymi statystycznymi i modliłem się, żeby nikt nie przyszedł. Ale przyszli, sala była pełna.

Zaczęło się źle. Osoba prowadząca to spotkanie zapowiedziała mnie, jako reprezentanta Wspólnoty AA, która to Wspólnota dysponuje ciekawą metodą leczenia choroby alkoholowej. Wyjaśniłem jakoś, że nie jestem reprezentantem AA, jestem tylko jednym z tysięcy alkoholików, którzy nie piją od wielu lat i w dużej mierze (choć nie tylko) zawdzięczają to Anonimowym Alkoholikom. Dodałem też, że Wspólnota nie zajmuje się leczeniem alkoholizmu i nie dysponuje żadnym medycznym programem do tego celu. Tu przypomniałem tekst Preambuły, kładąc szczególny nacisk na zdanie: „Naszym podstawowym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu”.
I kiedy wydawało mi się, że dalej pójdzie już gładko, okazało się, że zapomniałem dokładnie wszystko to, co z takim trudem sobie wcześniej przygotowałem.

Krępująca cisza przedłużała się nieznośnie, mnie paraliżowała trema i miałem pustkę w głowie, zebrani zaczynali się nerwowo kręcić. Wreszcie desperackim rzutem na taśmę wymyśliłem…

– To ja państwu opowiem o spotkaniach Anonimowych Alkoholików, zwanych z angielska mityngami – uchwyciłem się tematu, który znam, który jest dla mnie codziennością – w naszym mieście na takie spotkania przychodzi najczęściej kilkanaście osób. Mityng trwa dwie godziny, z krótką przerwą po pierwszej z nich. Na początku czytamy zwykle parę fragmentów z książki pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”. Później uczestnicy wypowiadają się na różne tematy. Zabieranie głosu nie jest obowiązkowe.
– O czym mówimy na mityngach? – zaczynałem się rozkręcać – o wszystkim, o życiu; ktoś opowiada na przykład, jak załatwił w urzędzie drobną w sumie sprawę. Państwo się dziwicie? – spytałem, widząc na twarzach słuchaczy niepewne uśmiechy – rozumiem, jednak postarajcie się zrozumieć i wy, że ten ktoś załatwiał tę sprawę pierwszy raz w życiu nie będąc po wpływem alkoholu. Robienie czegokolwiek po raz pierwszy w życiu, albo w zupełnie odmiennych warunkach, zawsze jest trudne i stresujące, właściwie dla każdego, więc on tu przyszedł opowiedzieć, jak mu poszło, pochwalić się, że dał sobie radę. Może ktoś pamięta jeszcze, jak się czuł siadając po raz pierwszy za kierownicą samochodu? Ano, właśnie…

– Ktoś inny mówi o tym, że nie pije już pół roku i relacjonuje, co konkretnie robi każdego dnia, żeby nie napić się dzisiaj. Sporo wypowiedzi dotyczy też realizacji określonego Kroku AA, wdrażania go w życie, także pracy ze sponsorem, czy pełnionych we Wspólnocie służb, ale do tego za chwilę wrócę – dodałem szybko, widząc dezorientację słuchaczy – teraz skończę tylko temat mityngów AA. Takie spotkania często, choć nie jest to regułą, rozpoczynamy i kończymy „Modlitwą o pogodę ducha”, która nie jest modlitwą katolicką i ma znaczenie raczej tradycyjne, niż religijne. Mniej więcej w połowie spotkania do kapelusza zbierane są dobrowolne datki; daje ten, kto ma, kto może, kto chce i ile chce. Anonimowi Alkoholicy nie powinni przyjmować żadnych dotacji z zewnątrz i swoje wydatki opłacać samodzielnie.

– To co z tym sponsorowaniem? – rozległo się pytanie z sali – samodzielność finansowa i sponsoring?

To było do przewidzenia, tematy dotyczące pieniędzy zwykle wydają się bardzo interesujące i ważne i  zawsze znajdzie się ktoś, kto podejrzewa jakieś finansowe sztuczki, machloje i przekręty.
Ale o sponsorze i sponsorowaniu w AA oraz o Siódmej Tradycji to ja mogę gadać godzinami, więc tu wybrnąłem dość gładko, kończąc wyjaśnienia w ten sposób:

– Swoja opowieść o AA zacząłem od mityngów. Przede wszystkim dlatego, że jest to element najlepiej chyba znany nie alkoholikom. Na naszych spotkaniach często można usłyszeć zdanie: „Nadzieją dla osób uzależnionych i siła Wspólnoty jest Program AA”.  W pewnym uproszczeniu to te 12 Kroków, które państwo widzicie na ścianie za mną – przyniosłem ze sobą i powiesiłem planszę z Krokami; to był dobry pomysł – mogą się one wydawać banalnie proste, ale nasze doświadczenia wykazują, że ich praktyczne wdrażanie, realizacja we własnym życiu, a nawet zrozumienie, łatwe są tylko pozornie. Sponsor, to jest alkoholik z dłuższym stażem abstynencji i bagażem własnych doświadczeń, pomaga podopiecznym ten właśnie Program zrozumieć i realizować. Podczas mityngów nie ma w zasadzie takiej możliwości...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

AA - tajemnicze plemię

Ostatni tydzień miesiąca, roboty po uszy, a ja mam dodatkowe zadanie – mam poznać alkoholików. Jeszcze mi tego brakowało! A poza tym, co to, nie znam ich? Za każdym razem, kiedy idę do sklepu, widzę te pijane gęby gdzieś w pobliżu.  Albo pod kioskiem liczą pojedyncze grosze, zbierając na spirytus salicylowy, który później piją za śmietnikiem. Raz jeden z nich nawet mnie zmylił; specjalnie chyba wysłali takiego, który trochę lepiej wyglądał i on pod sklepem zaczął mi coś tłumaczyć, że bardzo mu się chce pić. To zaproponowałem mu, żeby wszedł ze mną, jak będę robił zakupy, wezmę dla niego wodę mineralną.  Usłyszałem: „pierdol się chuju!” i mój rozmówca dołączył do reszty swojego towarzystwa. Wtedy się dopiero połapałem.
No, ale są polecenia, z którymi się nie dyskutuje, więc… Poza tym mam poznać takich alkoholików, co to nie piją, anonimowych znaczy się.  Bzdura do kwadratu! Przecież wszyscy wiedzą, że jak ktoś pił, a nie pije, to będzie pił. Ale niech im tam będzie, nawet jak nie piją choćby tylko jakiś czas, to przynajmniej ich rodziny trochę odetchną.


Anonimowi Alkoholicy – tajemnicze plemię
(Jak nas widzą, albo mogą widzieć, inni ludzie)


Wykonałem kilkanaście telefonów zanim złapałem jakiś kontakt i czegoś się dowiedziałem.  Podobno u nas są trzy takie – chyba dzielnicowe – komórki tych… Anonimowych Alkoholików.  Zabawne, pod sklepem stoją w gromadzie,  w zsypie piją w gromadzie – pewnie jak nie piją, to też czują przymus gromadzenia się, chodzenia stadami. Podobno teraz, w tym właśnie tygodniu, mogę pójść na te ich gromadne spotkania, bo normalnie, to się zbierają przy drzwiach zamkniętych i spotkania są tylko dla „swoich”.
Słyszałem, że te ich spotkania nazywają „mityngami”. Co do „mityngów”, to mam raczej złe wspomnienia. Byłem na takim, które organizowała pewna firma… nie pamiętam nazwy. Na stadionie było kilka tysięcy ludzi i wszyscy wrzeszczeli, że są najlepsi i że sukces i bogactwo im się należy. Czy ci pijacy będą skandowali, że należy im się woda brzozowa? No, zobaczymy… Dziś wieczorem idę na pierwsze takie spotkanie. Chyba powinienem ubrać jakieś łachy, żeby się za bardzo nie wyróżniać. Wezmę brudny i podarty dres z działki, będzie w sam raz.

No, to byłem na pierwszym spotkaniu/mityngu. Wyszedłem wcześniej, ale i tak z ledwością zdążyłem – bardzo trudno było znaleźć tych Anonimowych Alkoholików.  Błądziłem po jakimś przykościelnym budynku kupę czasu, zanim na jednych drzwiach spostrzegłem kartkę z napisem „otwarty mityng AA”. Jak wszedłem, to spotkanie właśnie się chyba zaczynało: kilkunastu mężczyzn w średnim wieku zajmowało miejsca dookoła pozsuwanych stołów; ktoś  nakazywał, żeby wyłączyć telefony komórkowe , inny zapalał świeczkę. Szybciutko usiadłem na pierwszym wolnym krześle.
Chwilę potem kazali znów wstać i złapać się za ręce. Nie znoszę dotyku spoconych rąk obcych ludzi, ale musiałem jakoś wytrzymać.  Trzymając się za ręce odmówiliśmy chóralnie jakąś modlitwę.  Większość z nich chyba znała ją na pamięć, a ja tylko ruszałem ustami do rytmu. Na szczęście nie trwało to długo. A sama modlitwa fajna.

Facet, który prowadził to spotkanie zapowiedział, że teraz to on będzie czytał scenariusz mityngu AA. Zabawne mi się to wydało, bo scenariusz jest do grania przed kamerami, albo w teatrze, a nie do odczytywania głośno, ale… siedziałem cicho.  Gość przedstawił się podając swoje imię i to, że jest alkoholikiem, no i zaczął czytać ten scenariusz z takim namaszczeniem, że od razu się zorientowałem, że jest to najważniejszy punkt programu. Zapamiętałem z tego, że ta ich wspólnota AA (tak to nazywają) nie ma żadnych powiązań z religią i kościołem. Trochę mnie to zaskoczyło: spotkanie w sali katechetycznej, modlitwa na początek, krzyże, święte obrazy i inne symbole religijne na ścianach… Ale niech im tam będzie.

Integralnym elementem tego scenariusza było czytanie kilkudziesięciu punktów. Prowadzący nakazał, żeby robić to kolejno, ale przedtem przedstawić się imieniem lub pseudonimem.  To akurat wydało mi się sensowne, bo jak anonimowość, to anonimowość. Tylko nie wiem czemu, kiedy przyszła moja kolej i przed przeczytaniem swojego kawałka przedstawiłem się jako Zorro, wielu z nich spojrzało na mnie wzrokiem pełnym urazy i jakby z pretensją. Zupełnie nie miałem ochoty w tym gronie podawać swojego imienia; nie chciałem, żeby któryś z nich potem wołał do mnie po imieniu spod sklepu, albo zza śmietnika – jeszcze ktoś mógłby sobie pomyśleć, że mam znajomych w tym ich towarzystwie.

Wreszcie czytanie scenariusza się skończyło. Dość długo to trwało, bo były w nim chyba fragmenty jakiejś książki. Ten gość, który czytał, nazywał ją „wielką księgą” – pewnie to coś ważnego, może Biblia? W każdym razie teraz zaczęły się już takie luźne dość wypowiedzi na różne tematy.  Podobała mi się dyscyplina. Kto chciał mówić, wcześniej podnosił rękę, jak w szkole, i czekał na swoją kolej. Nikt też nikomu nie przerywał. To było super! Żeby u nas zebrania tak się odbywały!
Słuchałem uważnie i jednocześnie ukradkiem przyglądałem się obecnym. Wielu z nich w ogóle nie wyglądało na alkoholików. Gdyby nie to przedstawianie się przed czytaniem kolejnych punktów, kiedy każdy z nich dodawał do swojego imienia słowo „alkoholik”, pomyślałbym, że są to tacy sami przypadkowi goście na tym spotkaniu, jak i ja. Trochę się głupio czułem w tym swoim brudnym dresie, ale co tam! W końcu to tylko pijacy.

O czym mówili?  Jeden z obecnych opowiadał o problemie z córką, która w wieku lat szesnastu zaszła w ciążę i upiera się przy ślubie i koniecznie chce zamieszkać ze swoim chłopakiem. Inny mówił o żonie, która go zdradza i chyba zdradzała także wtedy, kiedy pił. Następny ma problem z synem, który w szkole źle się zachowuje, nie uczy się i nie jest wykluczone, że próbował już narkotyków. Wreszcie ostatni opowiedział też o swojej żonie, że wprawdzie odejść od niego nie chce, ale to tylko ze względu na dzieci, bo tak w ogóle to on ma się do niej nie zbliżać.  Odniosłem wrażenie, że tego typu opowieści nie były tu nowością. Zresztą, trudno się chyba dziwić.

Tym, co mnie zaskoczyło, przyznam od razu, że dość nieprzyjemnie, był pewien element wspólny każdej z tych relacji.  Wszyscy opowiadający traktowali problem bardzo osobiście. To był ich własny problem. To im los, bóg, przeznaczenie, syn, córka, wyrządzili krzywdę.  Ci pijacy zdawali się zupełnie nie rozumieć, że córka ma tak dość pijackiego domu, że w dramatyczny sposób próbuje z niego uciec, znaleźć dla siebie, stworzyć, jakąś inną rodzinę. Nie słyszeli tragicznego wołania o pomoc syna, który w taki właśnie sposób starał się zwrócić na siebie uwagę. Nie potrafili przyjąć do wiadomości braku uczuć, czy lojalności żony, wobec której sami byli nielojalni dziesiątki lat. To było porażające! Tragedia ich bliskich obchodziła ich tylko o tyle, o ile im samym sprawiała jakiś problem, kłopot z którym musieli się zmierzyć, zakłócała im spokój. Pozostali słuchali  ze zrozumieniem i współczująco kiwali głowami.

Po tych wystąpieniach omawiano – już z mniejszą dyscypliną – jakieś sprawy organizacyjne.  Kilku alkoholików sprzeczało się na temat jakości tłumaczenia jakich tam  instrukcji, które zdaje się dostali ze swojej centrali w Ameryce. Nie mogłem się zupełnie połapać, czemu spierają się o to właśnie teraz, bo jeśli dobrze zrozumiałem,  te instrukcje dostali już dość dawno temu, może nawet całe lata.
Później była zrzutka do kapelusza. Chciałem i ja wrzucić im tam piątkę, ale mnie powstrzymali mówiąc, że oni utrzymują się z własnych datków, są samowystarczalni i samodzielni finansowo, więc do tego kapelusza mogą wrzucać tylko alkoholicy. Nawet mi się to spodobało, ale po chwili gość zajmujący się finansami ogłosił raport kasowy i tym wprawił mnie w kompletne osłupienie: zapłacili czynsz w wysokości dwadzieścia złotych. Co gorsze, oni wszyscy wydają się wierzyć w swoją niezależność finansową przy tym cudacznym czynszu. Mój szef za pomieszczenie biurowe, nieco mniejsze, niż oni mają do dyspozycji, płaci miesięcznie pięćset złotych plus media, więc te dwie dychy to już nawet nie jest żart, to jakaś równoległa rzeczywistość, historia science fiction.

Później była dziesięciominutowa przerwa, z której niektórzy z nich schodzili się powoli i jakby opornie przez dwadzieścia pięć minut i po niej znowu były wypowiedzi, ale tym razem na zadany temat. Zorientowałem się, że oni mają stałe tematy, to znaczy przez cały miesiąc każdego roku temat jest zawsze taki sam. I tak na przykład w każdym listopadzie mówią zawsze o tym, jak chodzili do kościoła i przestali, albo jak nie chodzili i zaczęli, i w ogóle najważniejszy był zdaje się właśnie ten powrót do kościoła, obrzędów i modlitw.
Na koniec odmówiliśmy wspólnie tą samą modlitwę, co na początku i na tym się skończyło.

Następnego dnia wybrałem się na kolejne takie spotkanie… przepraszam – mityng, w innej dzielnicy, ale też przy kościele. Ubrałem się już normalnie, nie w stare łachy. Rozpoznałem kilku  alkoholików z wczorajszego spotkania, więc wychodzi na to, że nie są jakoś specjalnie przywiązani do jednego tylko miejsca i mogą chodzić na wszystkie, jak tylko im się zachce.
Właściwie wszystko było dokładnie tak samo, jak wczoraj. Pojawiły się tylko dwa nowe elementy. Jeden facet opowiadał, że robił dla swojego sponsora jakieś trudne zadanie, ale udało mu się i nawet został pochwalony.  To rozumiem, też mam satysfakcję, jak coś zrobię ekstra dobrze i szef mnie pochwali, a nawet da jakąś nagrodę. Określenie „sponsor” szczególnie sugerowało kogoś, kto dysponuje kasą, więc doszedłem do wniosku, że sponsor to pewnie jest ten gość, który w przerwie liczy pieniądze z kapelusza. Mam tylko nadzieję, że ten alkoholik doniesie całą nagrodę do domu, nie przepije wszystkiego gdzieś po drodze. Chciałem nawet o tego „sponsora” dopytać, ale mi przerwali i powiedzieli, że w tygodniu otwartych drzwi mam prawo być na tym ich mityngu, ale nie mogę zabierać głosu. A pytać wolno mi tylko w przerwie.

Drugi nowy element, to „intergrupa” – mówili o niej w części organizacyjnej. Domyśliłem się i zrozumiałem, że to coś w rodzaju zrzeszenia, w którym skupione są wszystkie takie pojedyncze grupy z całego województwa. Podczas przerwy zapytałem, czy mógłbym być obecny na spotkaniu owej „intergrupy”, ale pomimo wyraźnie dobrej woli i chęci udzielenia pomocy, żaden z nich nie potrafił mi na to pytanie odpowiedzieć. Korzystając z okazji i wyraźnej życzliwości moich rozmówców zapytałem, czy te spotkania, w których mogą brać udział tylko alkoholicy, mocno się różnią od takich otwartych. Powiedzieli, że w zasadzie to właściwie wcale, że co najwyżej jednym drobnym elementem scenariusza, bez znaczenia, a ja im uwierzyłem.  Chociaż nie wiem czemu…


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

poniedziałek, 19 lipca 2010

Krok 7 Programu 12 Kroków

Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.
(ang. Humbly asked Him to remove our shortcomings.)

Jak rozumiem Krok 7 Programu 12 Kroków AA?

W początkowym okresie zdrowienia, zanim po raz pierwszy zrealizowałem Krok Czwarty, wydawało mi się, że Krok Siódmy jest najłatwiejszym zadaniem w całym Programie. Przecież każdy człowiek potrafi zwrócić się, jakoś tam, do swojej Siły Wyższej (wyższej) i poprosić o usunięcie wad charakteru, albo cokolwiek innego. W pokorze? Jasne, nie ma problemu, mogę to zrobić nawet na kolanach i w kościele. I jeszcze się przy tym pomodlę. Przed i po. Wtedy się nad tym nie zastanawiałem, ale teraz wydaje mi się, że chyba wyobrażałem sobie Boga w roli kelnera, którego mogę zawołać i poprosić o posprzątanie stołu, bo już się dosyć najadłem i napiłem. Ale nie wcześniej! Najpierw miałem przecież mieć czas na to, by do syta wykorzystać swoje wady. No, cóż… tak było…

Po co i dlaczego mam realizować Krok Siódmy? W pewnej mierze odpowiedź na to pytanie zawarta jest już w rozdziale poświęconym Krokowi Czwartemu, ale powtórzę, bo wydaje mi się to ważne: niektóre z moich wad charakteru przyczyniły się bezpośrednio, lub pośrednio, w mniejszym lub większym stopniu, do uzależnienia się od alkoholu. Pozostawienie ich sobie, nawet jeśli ich używanie doraźnie i na krótką metę sprawia mi przyjemność, może być zagrożeniem dla trzeźwości. Bardzo realnym zagrożeniem. Najprostszym przykładem może być lekkomyślność. Przecież nie uzależniłem się od pierwszego kieliszka. Był w moim życiu taki okres, w którym, nie będąc jeszcze alkoholikiem, piłem dużo i coraz więcej. Czy nie uważałem wtedy lekkomyślnie, że groźba uzależnienia się mnie nie dotyczy? Że alkoholikami mogą się stać wszyscy inni, ale ja nigdy w życiu? Nie ulega chyba żadnej wątpliwości, że dalsze posługiwanie się i korzystanie z lekkomyślności, może być dla mnie, alkoholika, po prostu niebezpieczne.
Innym moim „brakiem” jest ewidentny bałagan duchowy, nieuporządkowany, a nawet nierozpoznany do końca świat wartości. Próba życia opartego na wartościach sprzecznych, albo cudzych, nie moich, kończy się zawsze cierpieniem, a odporność na cierpienie – zwłaszcza to długotrwałe i narastające – mam bardzo niewielką. Od szeroko pojmowanego cierpienia zawsze uciekałem w picie.

Jeśli już wiadomo, po co?, kolej na odpowiedź na pytanie – jak? Kwestie takie, jak Bóg, religia, wiara, czy wyznanie, są osobistą i prywatną sprawą każdego alkoholika, dlatego też o sposobach, czyli o samej „technice” zwracania się do takiego, albo innego Boga, nie będę się wypowiadał, koncentrując się jedynie na pokorze, która wydaje się stanowić podstawę istotę Siódmego Kroku. Do Boga, jakkolwiek ja Go pojmuję, mam się zwracać w pokorze. Czym, w takim razie, jest pokora dla alkoholika? I czym nie jest…

We współczesnej polszczyźnie słowo „pokora” przyjmować może dwa odmienne nieco znaczenia. Pierwsze to „świadomość własnej niedoskonałości”, a drugie to „uniżona postawa wobec kogoś”. We Wspólnocie AA funkcjonuje głównie to pierwsze, choć jego zakres znaczeniowy jest w niej zdecydowanie szerszy.
Podczas mityngów AA, wiele razy słyszałem, że komuś – do pewnego czasu – pokora myliła się z upokorzeniem. Sam to nawet powtarzałem. Wtedy wydawało mi się, że tak trzeba. Jednak wcale nie jestem przekonany, czy rzeczywiście temat pokory był, w jakikolwiek zresztą sposób, obecny w moim życiu przed uzależnieniem, lub w okresie, kiedy jeszcze piłem. Pokora, czy upokorzenie, zupełnie mnie wówczas nie interesowały. Bo i niby dlaczego miałbym się nad tym zastanawiać?
W początkowym okresie zdrowienia ta specyficzna aowska pokora nadal sprawiała mi problemy. Prawie dwie godziny siedziałem kiedyś w poczekali gabinetu dentystycznego i, całkiem poważnie, wydawało mi się, że jest to niewątpliwie świetna okazja do ćwiczenia pokory. W tym przypadku pomyliła mi się ona po prostu z cierpliwością. Innym razem za niebudzący wątpliwości przejaw pokory uznałem to, że nie pochwaliłem się, ani nawet nie zdradziłem, że coś umiem lepiej niż inni. Tu pokorę pomyliłem ze skromnością. Kiedy podczas mityngu AA, bez mrugnięcia okiem, spokojnie i bez zniecierpliwienia, słuchałem bardzo długiej litanii skarg i żalów, to też uznałem u siebie za typowo pokorną postawę. Tym razem moje mylne przekonania skorygował sponsor, pomagając mi zrozumieć, że kompletna obojętność wobec „mówcy” i jego spraw, też jeszcze pokorą nie jest. I nigdy nie będzie.

Uważam, że znakomicie oddaje istotę pokory, w jej aowskim znaczeniu, jedno proste zdanie...



Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.