wtorek, 20 lipca 2010

AA - tajemnicze plemię

Ostatni tydzień miesiąca, roboty po uszy, a ja mam dodatkowe zadanie – mam poznać alkoholików. Jeszcze mi tego brakowało! A poza tym, co to, nie znam ich? Za każdym razem, kiedy idę do sklepu, widzę te pijane gęby gdzieś w pobliżu.  Albo pod kioskiem liczą pojedyncze grosze, zbierając na spirytus salicylowy, który później piją za śmietnikiem. Raz jeden z nich nawet mnie zmylił; specjalnie chyba wysłali takiego, który trochę lepiej wyglądał i on pod sklepem zaczął mi coś tłumaczyć, że bardzo mu się chce pić. To zaproponowałem mu, żeby wszedł ze mną, jak będę robił zakupy, wezmę dla niego wodę mineralną.  Usłyszałem: „pierdol się chuju!” i mój rozmówca dołączył do reszty swojego towarzystwa. Wtedy się dopiero połapałem.
No, ale są polecenia, z którymi się nie dyskutuje, więc… Poza tym mam poznać takich alkoholików, co to nie piją, anonimowych znaczy się.  Bzdura do kwadratu! Przecież wszyscy wiedzą, że jak ktoś pił, a nie pije, to będzie pił. Ale niech im tam będzie, nawet jak nie piją choćby tylko jakiś czas, to przynajmniej ich rodziny trochę odetchną.


Anonimowi Alkoholicy – tajemnicze plemię
(Jak nas widzą, albo mogą widzieć, inni ludzie)


Wykonałem kilkanaście telefonów zanim złapałem jakiś kontakt i czegoś się dowiedziałem.  Podobno u nas są trzy takie – chyba dzielnicowe – komórki tych… Anonimowych Alkoholików.  Zabawne, pod sklepem stoją w gromadzie,  w zsypie piją w gromadzie – pewnie jak nie piją, to też czują przymus gromadzenia się, chodzenia stadami. Podobno teraz, w tym właśnie tygodniu, mogę pójść na te ich gromadne spotkania, bo normalnie, to się zbierają przy drzwiach zamkniętych i spotkania są tylko dla „swoich”.
Słyszałem, że te ich spotkania nazywają „mityngami”. Co do „mityngów”, to mam raczej złe wspomnienia. Byłem na takim, które organizowała pewna firma… nie pamiętam nazwy. Na stadionie było kilka tysięcy ludzi i wszyscy wrzeszczeli, że są najlepsi i że sukces i bogactwo im się należy. Czy ci pijacy będą skandowali, że należy im się woda brzozowa? No, zobaczymy… Dziś wieczorem idę na pierwsze takie spotkanie. Chyba powinienem ubrać jakieś łachy, żeby się za bardzo nie wyróżniać. Wezmę brudny i podarty dres z działki, będzie w sam raz.

No, to byłem na pierwszym spotkaniu/mityngu. Wyszedłem wcześniej, ale i tak z ledwością zdążyłem – bardzo trudno było znaleźć tych Anonimowych Alkoholików.  Błądziłem po jakimś przykościelnym budynku kupę czasu, zanim na jednych drzwiach spostrzegłem kartkę z napisem „otwarty mityng AA”. Jak wszedłem, to spotkanie właśnie się chyba zaczynało: kilkunastu mężczyzn w średnim wieku zajmowało miejsca dookoła pozsuwanych stołów; ktoś  nakazywał, żeby wyłączyć telefony komórkowe , inny zapalał świeczkę. Szybciutko usiadłem na pierwszym wolnym krześle.
Chwilę potem kazali znów wstać i złapać się za ręce. Nie znoszę dotyku spoconych rąk obcych ludzi, ale musiałem jakoś wytrzymać.  Trzymając się za ręce odmówiliśmy chóralnie jakąś modlitwę.  Większość z nich chyba znała ją na pamięć, a ja tylko ruszałem ustami do rytmu. Na szczęście nie trwało to długo. A sama modlitwa fajna.

Facet, który prowadził to spotkanie zapowiedział, że teraz to on będzie czytał scenariusz mityngu AA. Zabawne mi się to wydało, bo scenariusz jest do grania przed kamerami, albo w teatrze, a nie do odczytywania głośno, ale… siedziałem cicho.  Gość przedstawił się podając swoje imię i to, że jest alkoholikiem, no i zaczął czytać ten scenariusz z takim namaszczeniem, że od razu się zorientowałem, że jest to najważniejszy punkt programu. Zapamiętałem z tego, że ta ich wspólnota AA (tak to nazywają) nie ma żadnych powiązań z religią i kościołem. Trochę mnie to zaskoczyło: spotkanie w sali katechetycznej, modlitwa na początek, krzyże, święte obrazy i inne symbole religijne na ścianach… Ale niech im tam będzie.

Integralnym elementem tego scenariusza było czytanie kilkudziesięciu punktów. Prowadzący nakazał, żeby robić to kolejno, ale przedtem przedstawić się imieniem lub pseudonimem.  To akurat wydało mi się sensowne, bo jak anonimowość, to anonimowość. Tylko nie wiem czemu, kiedy przyszła moja kolej i przed przeczytaniem swojego kawałka przedstawiłem się jako Zorro, wielu z nich spojrzało na mnie wzrokiem pełnym urazy i jakby z pretensją. Zupełnie nie miałem ochoty w tym gronie podawać swojego imienia; nie chciałem, żeby któryś z nich potem wołał do mnie po imieniu spod sklepu, albo zza śmietnika – jeszcze ktoś mógłby sobie pomyśleć, że mam znajomych w tym ich towarzystwie.

Wreszcie czytanie scenariusza się skończyło. Dość długo to trwało, bo były w nim chyba fragmenty jakiejś książki. Ten gość, który czytał, nazywał ją „wielką księgą” – pewnie to coś ważnego, może Biblia? W każdym razie teraz zaczęły się już takie luźne dość wypowiedzi na różne tematy.  Podobała mi się dyscyplina. Kto chciał mówić, wcześniej podnosił rękę, jak w szkole, i czekał na swoją kolej. Nikt też nikomu nie przerywał. To było super! Żeby u nas zebrania tak się odbywały!
Słuchałem uważnie i jednocześnie ukradkiem przyglądałem się obecnym. Wielu z nich w ogóle nie wyglądało na alkoholików. Gdyby nie to przedstawianie się przed czytaniem kolejnych punktów, kiedy każdy z nich dodawał do swojego imienia słowo „alkoholik”, pomyślałbym, że są to tacy sami przypadkowi goście na tym spotkaniu, jak i ja. Trochę się głupio czułem w tym swoim brudnym dresie, ale co tam! W końcu to tylko pijacy.

O czym mówili?  Jeden z obecnych opowiadał o problemie z córką, która w wieku lat szesnastu zaszła w ciążę i upiera się przy ślubie i koniecznie chce zamieszkać ze swoim chłopakiem. Inny mówił o żonie, która go zdradza i chyba zdradzała także wtedy, kiedy pił. Następny ma problem z synem, który w szkole źle się zachowuje, nie uczy się i nie jest wykluczone, że próbował już narkotyków. Wreszcie ostatni opowiedział też o swojej żonie, że wprawdzie odejść od niego nie chce, ale to tylko ze względu na dzieci, bo tak w ogóle to on ma się do niej nie zbliżać.  Odniosłem wrażenie, że tego typu opowieści nie były tu nowością. Zresztą, trudno się chyba dziwić.

Tym, co mnie zaskoczyło, przyznam od razu, że dość nieprzyjemnie, był pewien element wspólny każdej z tych relacji.  Wszyscy opowiadający traktowali problem bardzo osobiście. To był ich własny problem. To im los, bóg, przeznaczenie, syn, córka, wyrządzili krzywdę.  Ci pijacy zdawali się zupełnie nie rozumieć, że córka ma tak dość pijackiego domu, że w dramatyczny sposób próbuje z niego uciec, znaleźć dla siebie, stworzyć, jakąś inną rodzinę. Nie słyszeli tragicznego wołania o pomoc syna, który w taki właśnie sposób starał się zwrócić na siebie uwagę. Nie potrafili przyjąć do wiadomości braku uczuć, czy lojalności żony, wobec której sami byli nielojalni dziesiątki lat. To było porażające! Tragedia ich bliskich obchodziła ich tylko o tyle, o ile im samym sprawiała jakiś problem, kłopot z którym musieli się zmierzyć, zakłócała im spokój. Pozostali słuchali  ze zrozumieniem i współczująco kiwali głowami.

Po tych wystąpieniach omawiano – już z mniejszą dyscypliną – jakieś sprawy organizacyjne.  Kilku alkoholików sprzeczało się na temat jakości tłumaczenia jakich tam  instrukcji, które zdaje się dostali ze swojej centrali w Ameryce. Nie mogłem się zupełnie połapać, czemu spierają się o to właśnie teraz, bo jeśli dobrze zrozumiałem,  te instrukcje dostali już dość dawno temu, może nawet całe lata.
Później była zrzutka do kapelusza. Chciałem i ja wrzucić im tam piątkę, ale mnie powstrzymali mówiąc, że oni utrzymują się z własnych datków, są samowystarczalni i samodzielni finansowo, więc do tego kapelusza mogą wrzucać tylko alkoholicy. Nawet mi się to spodobało, ale po chwili gość zajmujący się finansami ogłosił raport kasowy i tym wprawił mnie w kompletne osłupienie: zapłacili czynsz w wysokości dwadzieścia złotych. Co gorsze, oni wszyscy wydają się wierzyć w swoją niezależność finansową przy tym cudacznym czynszu. Mój szef za pomieszczenie biurowe, nieco mniejsze, niż oni mają do dyspozycji, płaci miesięcznie pięćset złotych plus media, więc te dwie dychy to już nawet nie jest żart, to jakaś równoległa rzeczywistość, historia science fiction.

Później była dziesięciominutowa przerwa, z której niektórzy z nich schodzili się powoli i jakby opornie przez dwadzieścia pięć minut i po niej znowu były wypowiedzi, ale tym razem na zadany temat. Zorientowałem się, że oni mają stałe tematy, to znaczy przez cały miesiąc każdego roku temat jest zawsze taki sam. I tak na przykład w każdym listopadzie mówią zawsze o tym, jak chodzili do kościoła i przestali, albo jak nie chodzili i zaczęli, i w ogóle najważniejszy był zdaje się właśnie ten powrót do kościoła, obrzędów i modlitw.
Na koniec odmówiliśmy wspólnie tą samą modlitwę, co na początku i na tym się skończyło.

Następnego dnia wybrałem się na kolejne takie spotkanie… przepraszam – mityng, w innej dzielnicy, ale też przy kościele. Ubrałem się już normalnie, nie w stare łachy. Rozpoznałem kilku  alkoholików z wczorajszego spotkania, więc wychodzi na to, że nie są jakoś specjalnie przywiązani do jednego tylko miejsca i mogą chodzić na wszystkie, jak tylko im się zachce.
Właściwie wszystko było dokładnie tak samo, jak wczoraj. Pojawiły się tylko dwa nowe elementy. Jeden facet opowiadał, że robił dla swojego sponsora jakieś trudne zadanie, ale udało mu się i nawet został pochwalony.  To rozumiem, też mam satysfakcję, jak coś zrobię ekstra dobrze i szef mnie pochwali, a nawet da jakąś nagrodę. Określenie „sponsor” szczególnie sugerowało kogoś, kto dysponuje kasą, więc doszedłem do wniosku, że sponsor to pewnie jest ten gość, który w przerwie liczy pieniądze z kapelusza. Mam tylko nadzieję, że ten alkoholik doniesie całą nagrodę do domu, nie przepije wszystkiego gdzieś po drodze. Chciałem nawet o tego „sponsora” dopytać, ale mi przerwali i powiedzieli, że w tygodniu otwartych drzwi mam prawo być na tym ich mityngu, ale nie mogę zabierać głosu. A pytać wolno mi tylko w przerwie.

Drugi nowy element, to „intergrupa” – mówili o niej w części organizacyjnej. Domyśliłem się i zrozumiałem, że to coś w rodzaju zrzeszenia, w którym skupione są wszystkie takie pojedyncze grupy z całego województwa. Podczas przerwy zapytałem, czy mógłbym być obecny na spotkaniu owej „intergrupy”, ale pomimo wyraźnie dobrej woli i chęci udzielenia pomocy, żaden z nich nie potrafił mi na to pytanie odpowiedzieć. Korzystając z okazji i wyraźnej życzliwości moich rozmówców zapytałem, czy te spotkania, w których mogą brać udział tylko alkoholicy, mocno się różnią od takich otwartych. Powiedzieli, że w zasadzie to właściwie wcale, że co najwyżej jednym drobnym elementem scenariusza, bez znaczenia, a ja im uwierzyłem.  Chociaż nie wiem czemu…


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz