piątek, 17 września 2010

Dwie rozmowy na temat AA

Dwie rozmowy, dwie relacje i dwa artykuły, które zmajstrowaliśmy wspólnie z Tomkiem K. Dotyczą one miejsc, w których nie byłem oraz wydarzeń, w których nie uczestniczyłem. Ja – nie, ale Tomek – tak, jak najbardziej.


My i oni, czyli…
Meszuge i Tomek rozmawiają o Wspólnocie AA w Polsce i Ameryce

Meszuge – Może pamiętasz, napisałem kiedyś artykuł, w którym zastanawiam się nad ewentualną różnicą pomiędzy Wspólnotą AA w Polsce, a „Polską Wspólnotą AA”. Były to raczej intuicyjne rozważania wynikające z aowskich lektur i strzępów informacji docierających od krewnych i przyjaciół zza oceanu. Teraz jest okazja, by zweryfikować te teorie, bo Ty byłeś na Konwencji z okazji 75 rocznicy AA w San Antonio, a później jeszcze przez miesiąc wędrowałeś po USA, między innymi „odwiedzając” mityngi i spotykając się z amerykańskimi anonimowymi alkoholikami. Tak więc proste pytanie: czy w Stanach i w Polsce jest ta sama Wspólnota AA?

Tomek – Bardzo bym chciał móc odpowiedzieć, że tak, ta sama, ale… niestety, w moim przekonaniu tak nie jest.

M. – W czym tkwi podstawowa różnica? Na czym polega?

T. – W pewnym sensie odpowiedź jest prosta i krótka: sponsorowanie!

M. – To znaczy? Przecież u nas też czasem zdarza się, że ktoś ma sponsora. Wprawdzie rzadko, ale…

T. – Podstawowa różnica polega na tym, że oni nie zaczynają w ogóle pracy bez sponsora, który przekazuje Program nowicjuszowi i którego trzeba sobie wybrać, a nie – ja u nas – znaleźć.

M. – Wspominasz o pracy ze sponsorem dotyczącej Programu; czyżby tam chodzenie na mityngi nie było najważniejsze?

T. – Ja wiele lat byłem przekonany, że Wspólnota AA i mityng AA, to właściwie to samo, ale nie miałem racji. Ale o tym też już wiesz, bo to ty przecież wpakowałeś do scenariusza mityngu zdanie: „Siłą Wspólnoty i nadzieją dla osób uzależnionych jest Program AA”. A właśnie, scenariusze. Nie widziałem w nich żadnych obowiązujących zasad, regulaminów, przepisów. Dla nas to niepojęte, ale oni nawet przed wypowiedzią nie podnoszą ręki – po prostu wiedzą, jak się tam zachować, bez konieczności udzielania głosu przez prowadzącego. Oni tego nie potrzebują, bo wszystko co potrzeba, przekazuje i wyjaśnia nowicjuszowi jego sponsor.
Wyobrażasz sobie, że mityngi w Stanach trwają tylko godzinę?! Choć często jest na nich więcej ludzi, niż u nas. I oni się nas pytali, cóż my takiego robimy przez dwie godziny ? Nie mogli tego pojąć, bo u nich wszystko, co najważniejsze robi się ze sponsorem.

M. – OK. Rozumiem. Różnice są fundamentalne. A zastanawiałeś się może, dlaczego u nich jest tak, a u nas inaczej? Czemu tam najważniejsza jest praca ze sponsorem, a w Polsce chodzenie na mityngi?

T. – Wydaje mi się, że przyczyn trzeba szukać daleko w przeszłości, w czasach powstawania AA w Polsce, a dokładniej w momencie przenoszenia myśli, idei, posłania AA stamtąd do nas. W Ameryce Wspólnotę AA założyli alkoholicy. Ale w Polsce inicjatorami powstania AA byli profesjonaliści – lekarze, terapeuci, psychologowie. Obawiam się, że w trakcie tego procesu, bez niczyjej złej woli, zagubiło się to, co najważniejsze. Właśnie sponsorowanie. Może ci zawodowcy początkowo rolę sponsorów wzięli na siebie? Zresztą, sam wiesz, że wiele „obowiązujących” na mityngach zasad jest przeniesiona prosto z grup terapeutycznych.

M. – Tak, to wszystko prawda… Ale przeszłości nie zmienimy, a więc skoncentrujmy się na tym, co możemy zrobić dzisiaj. Może naciskać powierników? Może domagać się, żeby Konferencje… ?

T. – Nie żartuj! Nie sądzę by to coś zmieniło. Myślę, że sens ma tylko „praca u podstaw”, wiesz, jak u Elizy Orzeszkowej. Od samego początku, od pierwszego mityngu nowicjusza. Dopiero oni, gdy zaczną realizować Program, mogą cokolwiek zmienić.
Ty pisałeś, że AA staje się mało ważnym dodatkiem do terapii, a ja słyszałem już głosy, że cała ta Wielka Księga jest przeterminowana, że po 35 latach się zdezaktualizowała, że u nas jest inna rzeczywistość niż w USA i podobne „herezje”.

M. – Ale wróćmy jeszcze do samych mityngów. Mówiłeś, że są „luźniejsze” niż u nas…

T. – To prawda! Ale jak od pierwszego mityngu alkoholik pracuje ze sponsorem, to można sobie na to pozwolić. U nas mityngi są śmiertelnie poważne. Z jednej strony regulowane jakimiś przepisami i zasadami, które przecież sami wymyśliliśmy, bo nie pochodzą one z Ameryki, a z drugiej strony pełne ceremoniałów, którymi próbujemy zastąpić wyraźne niedobory samej istoty, sensu takiego spotkania. Scenariuszem, który coraz częściej przypomina instrukcję jakiegoś skomplikowanego obrzędu, nie zastąpi się braku duchowości na mityngach. Inny poeta pisał „bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy…” – jeśli nawet nie jest aż tak źle, to wcale nie znaczy, że jest dobrze.

M. – Trochę to smutne, co opowiadasz, ale może – nieco przewrotnie i kpiąco - ma też i dobrą stronę: nudzić się nie mamy szans, nam i naszym podopiecznym starczy roboty na całe życie.

T. – To prawda. Ale efekty są tego warte. Wyobraź sobie, że kiedy już trochę ponad rok pracowałem ze sponsorem, moja żona powiedziała, sama z siebie: „Tomek, jesteś fajnym chłopakiem”. Było i jest to dla mnie niesłychanie ważne.
Albo przykład sprzed kilku dni - pojednanie z kolegą, z którym całymi latami „darliśmy koty”. Nagle okazało się, że potrafimy się porozumieć, a nawet całkiem dobrze nam się rozmawia. Czemu? Skąd ta zmiana? Odpowiedź była prosta: bo przecież piszemy ten sam Program. Ale obaj piszemy w sumie od niedawna. Wcześniej, dziesięć lat chodzenia na mityngi jakoś nie było w stanie uzdrowić relacji między nami.

M. – Tak. To daje do myślenia. Dziękuję za rozmowę i… do roboty! :-)

(Wrzesień 2010)




Porozmawiajmy o Carlsbergu
O konferencji w Carlsbergu rozmawiają Tomek i Meszuge

Meszuge – Tomek, jak to się stało, że nagle postanowiłeś wybrać się do Carlsbergu? W końcu to dość daleka droga i koszty też niebagatelne – po co tam pojechałeś, albo dlaczego? Co ci nagle wpadło do głowy?

Tomek – Słyszałem mnóstwo sprzecznych opinii na temat polskojęzycznych grup AA na zachodzie Europy i ich prób zorganizowania się. Niektóre z tych opowieści jeżyły mi włosy na głowie, ale nie będę ich tu powtarzał, żeby nie rozsiewać plotek Tak więc z jednej strony byłem zaniepokojony i, pół żartem, pół serio, mógłbym powiedzieć, że wybrałem się tam na odsiecz, ratować Wspólnotę AA. Przede wszystkim chyba jednak z ciekawości. Żeby samemu zobaczyć, sprawdzić, posłuchać; żeby wyrobić sobie własne zdanie, a nie budować przekonań w oparciu o takie właśnie sensacyjne ploty.

M. – Jakie jest Twoje pierwsze wrażenie, czy zaskoczenie? Co Ci się tam rzuciło w oczy, albo może w uszy, przede wszystkim? Co przeżyłeś, nauczyłeś się, poznałeś?

T. – Pojechałem ratować i naprawiać (z przymrużeniem oka), a okazało się, że tam niczego nie trzeba ratować, niewiele, albo i nic naprawiać, może kilka rzeczy skorygować, ale przede wszystkim – pomóc.
Spotkania odbywały się w dniach 22-25.04.2010, co już powoli staje się tradycją, a zorganizowane były nie gorzej niż nasze… Tak sądzę, bo nie mam w tym względzie zbyt wielu doświadczeń. Ale wiesz, co jeszcze było dla mnie bardzo ważne? Spotkałem ludzi, którym autentycznie chce się chcieć. Zapał, zaangażowanie, entuzjazm, pragnienie działania – myślę, że tych rzeczy u nas trochę jednak brakuje. Przekonałem się też, jak ważne jest we wszelkiego typu próbach porozumienia, uzgodnienie najpierw znaczenia pojęć. Żeby nie było wątpliwości, że mówimy o tym samym.

M. – Mówiłeś o pomocy, o jaką konkretnie chodzi? Przecież Wspólnota AA w zachodniej Europie jest starsza niż w Polsce, tym samym do dyspozycji jest zdecydowanie więcej doświadczeń. Czemu polscy alkoholicy z nich nie korzystają? Poza tym mam jeszcze jedną wątpliwość – nowy region, to oczywiście nawet całkiem nieźle brzmi, ale poza hura-optymizmem jest to także mnóstwo dodatkowych kosztów, obowiązków, odpowiedzialności, a przecież my tu, w kraju, sami nadal mamy masę nierozwiązanych własnych problemów, choćby sprawa Fundacji BSK, która na oficjalnej stronie AA w Polsce handluje literaturą nieaowską, czy pełne błędów tłumaczenia podstawowych tekstów.

T. – To właśnie o doświadczenie chodzi! Był tam David, który pełni służbę reprezentanta wszystkich anglojęzycznych grup AA z zachodniej Europy, ale spoza terenu Wielkiej Brytanii. Jedna taka jest chyba nawet w Warszawie. Anglicy już dawno wypraktykowali, że jeśli alkoholik mieszkający w obcym kraju chce mieć mityngi w swoim języku, to – o ile to tylko możliwe – trzeba mu w tym pomóc. Warto też wesprzeć grupę, która ma pełną wolność wyboru, może włączyć się w strukturę lokalnej Wspólnoty AA, albo też do struktur Wspólnoty AA w swojej ojczyźnie. Co ciekawe, jest to doświadczenie ludzi, którzy po angielsku potrafią się porozumieć prawie wszędzie na świecie.

M. – Czy zapadły jakieś postanowienia, decyzje? I o co tam w ogóle chodziło? Odnoszę wrażenie, że wielu alkoholików w Polsce słyszało kiedyś coś tam o jakimś Carlsbergu, ale raczej na zasadzie – wiem, że gdzieś dzwonią, ale nie wiem w jakim kościele.

T. – Na tym spotkaniu, po rozmaitych perturbacjach, narodziła się w końcu Intergrupa polskojęzycznych grup AA w Niemczech. Grup, które ją tworzą jest w tej chwili chyba jedenaście. Ale powstanie tej Intergrupy pociąga za sobą dalsze konsekwencje. Jest to już trzecia taka Intergrupa (po angielskiej i irlandzkiej), a więc nie ma już żadnych formalnych przeszkód, by utworzyły one wspólnie XIV Region Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Jest to swego rodzaju przełom: polscy alkoholicy z Europy Zachodniej włączają się w struktury Wspólnoty AA. To już nie są rozproszone, działające nieomalże „na dziko” grupki aowskie, albo i nie bardzo, powstałe z desperacji jakiegoś Kazia, czy Ziutka, który z powodów niedostatków językowych (i może nie tylko) nie był w stanie skorzystać z miejscowych grup AA, a więc założył polską grupę z trzema kolegami...


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz