czwartek, 29 grudnia 2011

Ocet czy miód?

Sponsorowanie to – według mnie oczywiście – najważniejsza służba we Wspólnocie AA. Kiepscy mandatariusze, rzecznicy, czy powiernicy (jeśli takowi się nam trafią), odchodzą wraz z upływem swojej kadencji. Kiepski sponsor (ewentualnie, bo i cóż znaczy to w praktyce?), to problem dziesiątków podopiecznych.

Niedawno zakończyłem aktualizację i korektę materiałów pomocniczych na warsztat KpK w Woźniakowie. No, czy skończyłem, to się dopiero okaże, bo teraz pełną parą ruszył do pracy zespół weryfikujący te materiały i to, co zrobiłem. A kiedy myślę o Woźniakowie, to automatycznie o sympatycznych i gościnnych księżach salezjanach, a to z kolei skłania mnie do rozważań o św. Franciszku Salezym i jego postawie…

Prawie pięć wieków przed Soborem Watykańskim II, Franciszek propagował ideę powszechnego powołania chrześcijan do świętości, ale tym razem nie o to mi chodzi. Św. Franciszek znany był z wyrozumiałości, łagodności, uprzejmości i taktu; wyznawał zasadę: więcej much złapie się na kroplę miodu, aniżeli na całą beczkę octu.

Pomijając może niezbyt szczęśliwe obecnie porównanie do much, zastanawiam się nad właściwą postawą sponsora wobec podopiecznego...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

środa, 7 grudnia 2011

Zbyt niska poprzeczka

W trzecim roku abstynencji zrozumiałem, że zamiast realnie trzeźwieć, próbuję zaklinać swój alkoholizm – z miernym skutkiem zresztą. A nieco później odkryłem, dlaczego tak długo i tak namiętnie zakochany byłem w słowach Billa W.: Naszym celem jest postęp, a nie doskonałość*. Przecież z tego zdania też zrobiłem zaklęcie…

Zbyt niska poprzeczka, czyli doskonałość i postęp

Wyścig składa się z setek, może tysięcy kroków, ale jego celem jest meta, a nie kroki jako takie. Celem działalności murarza jest dom, a nie mieszanie zaprawy. Celem sprzątaczki jest porządek i czystość, a nie pojedyncze pyłki kurzu. Celem wspinaczki jest szczyt, a nie wbijanie raków. Celem stolarza jest mebel, a nie przybijanie gwoździ. Celem pianisty jest sonata, ale nie jeden dźwięk – chociaż wiadomo, że z całego szeregu dźwięków się ona składa. Jeżeli cele mylą mi się ze środkami niezbędnymi do ich realizacji, to efekty, i to w najlepszym przypadku, będą mało satysfakcjonujące; w przypadku gorszym – zupełnie żadne. Przecież już wiem, już tego doświadczyłem. Cele nie zawsze muszą być w pełni osiągalne, albo tak proste, jak w powyższych przykładach (linia mety, budynek, utwór muzyczny, szczyt), ale to nadal nie znaczy, że cele i środki można traktować zamiennie.

Zaklęcia mają magiczną moc, wystarczy je wypowiedzieć, by sprawić sobie ulgę, zmienić nastrój, poprawić samopoczucie … cóż z tego, że tylko na chwilę? Wyuczyłem się więc pewnej sztuczki, zresztą, w warunkach mityngowych nie było to specjalnie trudne. Otóż przywoływałem z pamięci jakiś wyjątkowo koszmarny dzień z czasów kasacyjnego picia, porównywałem go z chwilą obecną i… miałem wyraźny dowód na to, że robię postępy. Wprawdzie wczoraj skłamałem, tydzień temu ukradłem, miesiąc wcześniej uwiodłem, ale taki dyskomfort załatwiało zaklęcie w formie nieco rozszerzonej: Nie powinniśmy się zniechęcać, jeśli zdarzy nam się któryś z dawnych błędów – nasze zmagania nie są łatwe. Naszym celem jest postęp, a nie doskonałość. I pozornie wszystko było w porządku, tyle tylko, że zapytany o konkretne postępy między pierwszą, a trzecią rocznicą abstynencji, nie miałbym pewnie zbyt wiele do powiedzenia. Jeśli w ogóle cokolwiek.

Celem trzeźwienia jest wytrzeźwienie, trzeźwość, a nie… trzeźwienie. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, abym Programu AA, który uważam za program poprawy jakości życia, już po wytrzeźwieniu używał nadal, a choćby do końca życia, na drodze rozwoju osobistego oraz duchowego wzrastania. Tym niemniej moim celem jest doskonałość, natomiast zadanie, które codziennie mam do wykonania, polega na zadbaniu o to, abym na drodze do tego celu, czynił realne postępy. Realne, a nie magicznie spreparowane!

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

wtorek, 29 listopada 2011

Zerwana więź - 11 Krok AA

Pierwszy raz w życiu usłyszałem tekst Jedenastego Kroku prawdopodobnie w czerwcu 1998 roku. Byłem wówczas ateistą, więc natychmiast uznałem, że chodzi w nim o religię, jakieś modlitwy, kościół itp., czyli sprawy, które wtedy zupełnie mnie nie interesowały.


ZERWANA WIĘŹ – rozważania o Jedenastym Kroku i Utopii


Listopad 2011. Odwiedziło mnie dwóch przyjaciół. Pierwszy potrzebował mojej pomocy. Drugiego o pomoc prosiłem ja. Po załatwieniu spraw, o które chodziło, rozmawialiśmy jeszcze na różne tematy, przy herbacie i drożdżówkach. Wychodzili – takie przynajmniej odniosłem wrażenie – nie dlatego, że dosyć mieli naszego spotkania i towarzystwa, ale po prostu dlatego, że musieli, wzywały ich obowiązki. Kiedy poszli, zacząłem rozmyślać o Kroku Jedenastym i o tym, jak wiele zmieniło się od tego mojego pierwszego mityngu do dzisiejszego spotkania z przyjaciółmi.
Zmiana niewątpliwie odbywała się w sposób ciągły, tym niemniej wyznaczały ją pewne etapy, jak gdyby kamienie milowe. Na początku było to odrzucenie, później niechętna tolerancja, następnie  akceptacja, a wreszcie zrozumienie, że modlitwa i medytacja, same w sobie, nie są celem Jedenastego Kroku. Tym jest dopiero korekta relacji z Bogiem, ale przecież nie tylko z Nim.

Najbardziej istotną istotą moich błędów, którą odkryłem podczas realizacji Kroków IV-V, był egocentryczny strach, lęk; przed oceną, przed krytyką, śmiesznością, ale głównie przed odrzuceniem. W każdym razie to on właśnie kształtował moje związki z innymi ludźmi, które w efekcie właściwie chyba nigdy nie były naturalne i czyste w założeniach i intencjach.
Listopadowe spotkanie uświadomiło mi, jak wielka zaszła zmiana. Dziś mam przyjaciół. Dobrze się czuję w ich towarzystwie. Ich obecność, nawet bliskość oraz fakt, że od czasu do czasu robimy coś wspólnie, razem, są szczególnie satysfakcjonujące. Niezmiernie cieszy mnie i to, że czasem któremuś uda mi się pomóc; bezinteresownie, nie oczekując nagrody i nie domagając się niczego w zamian.

Więź – znakomicie dobrane określenie w tym Kroku. Poprawność jest oczywiście ważna, jak choćby kultura osobista, ale przecież to tylko początek drogi. Bo poprawny, a nawet dobry kontakt, może mieć na przykład sprzedawca z klientem, albo dyrektor z załogą. Z rodziną, przyjaciółmi, innymi ludźmi i to nie tylko na spotkaniach (mityngach) AA, mam budować bliskość, doskonalić więź. Tak… coraz doskonalsza więź tam, gdzie ona istnieje, gdzie przetrwała oraz budowana od podstaw wszędzie tam, gdzie jej wcześniej nie było, albo gdzie została zerwana.

Zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, najważniejsze przykazania mówią o miłości*, a więc budowa i odbudowa życzliwych, przyjaznych relacji z innymi ludźmi automatycznie i w sposób zupełnie naturalny (moim zdaniem) świadczą o naszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy; są wyrazem zrozumienia i szacunku dla Jego woli.

Pozornie, zwłaszcza jeśli popatrzeć z pewnego dystansu, niewiele się w tym moim życiu zmieniło...


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach






---
* Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy.  (Mt 22:37-40)
Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. (J 13, 34)

** Większość z nas czuje, że nie musi już poszukiwać Utopii. Jest ona z nami – tu i teraz. („Anonimowi Alkoholicy”, wydanie II, str. 13)

niedziela, 20 listopada 2011

Tajemnice Wielkiej Księgi

Latem roku 2011 w Nysie (miasteczko w województwie opolskim) dowiedziałem się, że w ogóle istnieje, a już kilka miesięcy później w Londynie poznawałem bliżej technikę, metodę, sposób realizacji Programu AA – podczas pracy sponsora z podopiecznym – w czasie i tempie, które w Polsce wydają się zupełnie nieprawdopodobne, bo tam zajmuje im to zaledwie kilka miesięcy, bywa, że trzy-cztery.

 W trakcie rozmów, co chyba oczywiste, prędzej czy później pojawić się musiało pytanie, na jakiej podstawie AA w Londynie zakładają, że coś takiego jest możliwe, skąd w ogóle taki pomysł? Odpowiedź: z Wielkiej Księgi, z książki pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”, wprawiła mnie w osłupienie. Wydawało mi się, że całkiem nieźle znam literaturę AA, a zwłaszcza Wielką Księgę i nie sądziłem, by było możliwe, żebym coś takiego przeoczył. No, to mi pokazali. W oryginalnym, to jest angielskim wydaniu Wielkiej Księgi. Niestety, zdania, o które chodzi, w mojej polskiej wersji „Anonimowych Alkoholików” z 2006 roku nie znalazłem. Najwyraźniej ktoś, kiedyś, uznał je za zbędne, może dla polskich alkoholików szkodliwe, nie wiem, i po prostu z treści książki usunął.

 Tłumaczenie materiałów AA, w tym zdaje się także Wielkiej Księgi, otrzymanej w darze od Franka J. z Kalifornii, psycholog mgr Maria Matuszewska powierzyła Rajmundowi, alkoholikowi, który dołączył do grupy „Eleusis” w Poznaniu w maju 1973 roku. Zgodnie z notatkami Marii Matuszewskiej z tamtych czasów, Rajmund …tłumaczenia robił z perfekcyjną wręcz dokładnością, doradzając się nieraz czy dobrze rozumie sens idei, trafnie dobiera słowa, a w takim razie wydaje się mało prawdopodobne, by zgubił całe zdanie. Czyżby ten fragment był obecny w pierwszym polskim wydaniu WK, ale został usunięty dopiero w wydaniu następnym? Dlaczego?

 Zdanie usunięte z WK, z dodatku pod tytułem „Przeżycie duchowe”, brzmi:
 What often takes a place in a few months could seldom have been accomplished by years of self disciplineTo, co często wydarza się w ciągu kilku miesięcy, rzadko może zostać osiągnięte poprzez lata samodyscypliny.

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

piątek, 18 listopada 2011

Mityng spikerski Meszuge

Mityng spikerski, podczas którego Meszuge mówił między innymi o Tradycjach AA*, odbył się 09.11.2011 na Angel w Londynie (2 Devonia Road).



Spikerka Meszuge: Tradycje AA – teoria, czy praktyka?


Uważam, że spikerskie mityngi AA stanowią ogromną siłę i wspaniałe rozwiązanie. Jeśli słuchało się dziesięciu spikerów, to pozornie może się wydawać, że mówią oni to samo, albo coś bardzo podobnego, natomiast to niezupełnie tak jest. Z mojego doświadczenia wynika, że to co zostało powiedziane, ja nie zawsze usłyszałem; często trzeba było kilka razy mówić jedno i to samo, żebym w ogóle usłyszał. Ale jeżeli już usłyszałem, to wcale jeszcze nie znaczy, że zrozumiałem. Jeżeli w końcu zrozumiałem, to wcale jeszcze nie znaczy, że zastosowałem. A jeżeli nawet raz czy drugi zastosowałem, to wcale jeszcze nie znaczy, że stało się to moją codzienną praktyką i stałym elementem życia.
Był taki okres w moim mieście, kiedy nawet dość często któraś grupa organizowała mityng spikerski, ale później jakoś tę dobrą praktykę zagubiliśmy i widzę, że czas wracać na szlak. Ale… mówić miałem o Tradycjach.

Kiedy szykowałem się do pracy ze sponsorem na Tradycjach, dostałem dwa zadania, pytania wprowadzające, wstępne. Po pierwsze sponsor zapytał mnie, kiedy na poważnie zaczyna się Wspólnota AA? Ale właśnie – na poważnie. Ja oczywiście najpierw pomyślałem, że w dniu, w którym po raz pierwszy trafiłem na mityng AA, ale najwyraźniej nie o to mu chodziło, więc zasugerował, żebym jeszcze przemyślał temat. Wymyślałem wtedy różne rzeczy, łącznie z tą, że Wspólnota AA zaczęła się dla mnie wraz z pierwszym kieliszkiem, bo przecież wszystko później było konsekwencją… Wreszcie, po długich i ciężkich cierpieniach doszedłem do tego, że są dwa elementy świadczące o tym, że Wspólnotę AA traktuję poważnie. Pierwszy element, to sponsor z prawdziwego zdarzenia, czyli ktoś, z kim robię Program. Zwracam na to szczególnie uwagę, bo z moim pierwszym sponsorem nie pracowałem na Programie; ja go tylko miałem i niewiele z tego wynikało. Element drugi to ten moment, w którym zaczynam poważnie traktować Tradycje AA, w którym Tradycje AA stają się ważne w moim życiu i to nie tylko tym… mityngowym i aowskim.
Było to dla mnie sporym szokiem, bo całymi latami wydawało mi się, że Tradycje AA dotyczą jakichś tam Regionów, może jakiejś centrali w Warszawie, a ja jestem zwykły alkoholik i jako taki mam Kroki, a Tradycje są dla jakichś organizatorów, działaczy, że mnie to nie dotyczy. Ogromnym zaskoczeniem było zrozumienie, że te Tradycje nie dość, że stanowią fundament prawidłowego funkcjonowania każdej grupy AA, to jeszcze są wskazówką na moje życie, życie poza Wspólnotą.

Trzy legaty: Dziedzictwo Zdrowienia, Dziedzictwo Jedności, Dziedzictwo Służby. Dopóki nie piję, wszystko jest możliwe – to jest 12 Kroków. Nie piję, porządkuję swoje życie, układam relacje z bliskimi. Ale jeśli nie chcę być sam, to powinienem podjąć się jakiejś działalności, pracować dla wspólnego dobra, podjąć się służb we Wspólnocie, ale to wypadałoby robić zgodnie z zasadami, a więc być w zgodzie z Tradycjami. Jednak, żeby pełnić służbę, to dobrze byłoby też wiedzieć, jak to robić, żeby nie narobić szkód, trzeba też znać nasze wspólne dobro i wspólny cel i to jest 12 Koncepcji.

Na początku, kiedy przyszedłem do Wspólnoty, nie byłem zainteresowany niczym, poza tym, żeby mnie nauczyli życia obok alkoholu bez alkoholu. Ja nie jestem z tego pokolenia, które jeszcze miało nadzieję, że tutaj dostaną jakąś tabletkę i będą mogli spokojnie pić po staremu, jak kiedyś, to jest bez komplikacji. Ja już chciałem niepić, ale nie wiedziałem, jak to zrobić. I po to poszedłem do AA, a wcześniej jeszcze na terapię. Żeby się nauczyć, dowiedzieć, jak mam żyć bezpiecznie obok alkoholu bez alkoholu. To się udało. Nawet stosunkowo szybko. I wtedy rozsiadłem się z wyrazem błogiego samozadowolenia na grubym pysku i bawiłem się w widza, w obserwatora, który z trybun obserwuje mecz.
Rola widza ma parę bardzo fajnych elementów: można sobie oceniać, można krytykować i to są przyjemne momenty, trochę dają samozadowolenia, trochę ulgi… są takie ludzkie i zwyczajne. Jest jednak w roli widza jeden element bardzo niebezpieczny – obserwując mecz z trybun mogę zacząć sobie wyobrażać, że wiem jak się gra. Tak nie jest! Nie wiem!
Z obserwacji zawodników niczego się nie uczę, nic nie wiem, ale im dłużej siedziałem na tych trybunach, tym bardziej wydawało mi się, że ja też to umiem, a po jeszcze dłuższym czasie, że umiem nawet lepiej niż oni.

W pewnym momencie mój sponsor delikatnie zasugerował, że jeśli nie zacznę podejmować się jakichś służb poza grupą, to on nie bardzo widzi możliwość czy sens naszej dalszej współpracy. Innymi słowy przekazał mi: nasiedziałeś się na tej widowni dosyć, to teraz zejdź na boisko i graj. W myśl zasady kto chce – szuka sposobów, kto nie chce – szuka powodów, wymyślałem niestworzone rzeczy i najrozmaitsze przeszkody: nie jestem gotowy, na pewno mi się nie uda, nie umiem… Wyjdź i graj! Najlepiej jak potrafisz. Kiedy sytuacja zaczęła się robić kryzysowa i albo sponsor, albo…  facet spadaj, jakoś w końcu wyszedłem na to boisko. To znaczy pojechałem na spotkanie Intergrupy i z dygoczącym sercem poprosiłem o przydzielenie mi jakiejś służby. Jakiejś. Oni mnie wypytali, co ja umiem, żeby wiedzieć, do czego się nadaję, żeby nie powierzać mi czegoś, czego nie mogę robić z jakichś tam względów i tak zostałem łącznikiem internetowym Intergrupy. Wcześniej pełniłem jakieś tam służby w grupie, ale teraz wyszedłem poza nią i musiałem zapoznać się z Tradycjami.

Był tu jeszcze jeden element. U nas często powtarzają, że jeśli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, to albo jej nie było, albo uschła jak roślina pozbawiona życiodajnych soków.
Do tego momentu trzeźwiałem dla siebie – zresztą w myśl wskazań terapeutycznych: ty jesteś najważniejszy, trzeźwiejesz dla siebie, więc ja to wszystko robiłem dla siebie i cała reszta świata guzik mnie obchodziła. Dobrze mi szło… Tylko nie wiem, z jakiego powodu życie mi się nie podobało…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

piątek, 11 listopada 2011

Londyn bez znieczulenia

W czwartek wieczorem, jak prawie zawsze, brałem udział w mityngu swojej domowej (macierzystej) grupy AA, czyli „u Franciszków”. Choć tego samego dnia rano byłem jeszcze w Londynie, na ten mityng musiałem się wybrać – pierwsza rocznica grupy oraz inwentura były ważniejsze niż zmęczenie i chrypa. Mówiliśmy o Kroku Pierwszym, Drugim i Trzecim razem, bo zdajemy sobie sprawę, że jeśli nawet uznanie bezsilności ma dla alkoholika znaczenie kluczowe, to jednak bez zawierzenia i powierzenia niewiele z tej bezsilności wynika.
Jako, że Program AA nie jest specyficznym sportem zamkniętych sal mityngowych, a jego efekty powinny być widoczne w codziennym życiu, opowiedziałem o podróży, z której właśnie wróciłem, czyli podzieliłem się własnym doświadczeniem. Bo wszystko zaczęło się dawno temu od mityngu spikerskiego… 


Londyn bez znieczulenia, czyli…
…PZPR w codziennym życiu alkoholika


Pewnego razu wybraliśmy się wraz z przyjaciółmi do Nysy (niewielkie miasteczko na Opolszczyźnie), na spikerski mityng AA. Spikerem miał być alkoholik z kilkumiesięczną chyba abstynencją i już samo to wydawało się frapujące, bo zwykle spikerami są osoby z długim, albo nawet bardzo długim stażem trzeźwienia. Spikerka ciekawa i zajmująca, ale o tym może innym razem. W przerwie mityngu spiker (aktualnie mieszkaniec Londynu), którego widziałem pierwszy raz w życiu, podszedł do mnie i… zaprosił na spikerkę do stolicy Wielkiej Brytanii. Uprzedziłem od razu, że w związku z wyraźnymi niedoborami środków płatniczych (skromna renta inwalidzka) oraz problemem z poruszaniem się (uszkodzony staw biodrowy i kręgosłup) może to być przedsięwzięcie logistycznie dość skomplikowane, kiedy jednak mój nowy znajomy stwierdził, że z tym gospodarze sobie poradzą i biorą to na siebie, nie pozostało mi nic innego jak się zgodzić. Kilkanaście minut później doszedłem do wniosku, że najpewniej zwariowałem już do reszty, ale nie wycofałem się – z różnych powodów zresztą: tak mi się dziwnie porobiło przez to całe trzeźwienie, że lubię dotrzymywać obietnic, a poza tym ciekaw byłem, jak to się robi na Wyspach Brytyjskich. A wyglądało na to, że robi się może i podobnie, ale bardzo szybko i tego właśnie byłem ciekaw.

Do Londynu poleciałem na początku listopada 2011. A co z tym powierzeniem i zawierzeniem, o którym wspomniałem wcześniej? Wybrałem się do obcego kraju, bez minimalnej nawet znajomości języka, bez pieniędzy, na zaproszenie alkoholika, którego widziałem tylko raz w życiu przez dwie godziny, którego nazwiska nie znam do dziś, nie mając przecież zupełnie żadnej gwarancji czy pewności, że ktokolwiek mnie z tego lotniska odbierze i jakoś się tam mną zaopiekuje. Osoby, z którą miałem się spotkać na lotnisku, jak się okazało bardzo atrakcyjnej pani w szykownym białym kapeluszu, też nigdy wcześniej na oczy nie widziałem. Zakrawało to na zupełne szaleństwo i dziesięć lat temu na takie zaufanie i powierzenie się zupełnie obcym ludziom  nie odważyłbym się na pewno. Widać jednak zaszła we mnie pewna zmiana…

Zaczęło się niezbyt szczęśliwie. Trochę błąkałem się po lotnisku (to jednak nie Wrocław, z którego startowałem), zmokłem i przemarzłem na parkingu, zorientowałem się, że zapomniałem leków, które powinienem regularnie zażywać, a jeśli dodać do tego fakt, że wstać musiałem w środku nocy, to i nic dziwnego, że byłem po prostu  rozdrażniony i mocno nieszczęśliwy. Zanim jednak zacząłem żałować całego tego przedsięwzięcia i zanim wyprodukowałem sobie przekonanie, że palnąłem głupstwo, gospodarze otoczyli mnie opieką i życzliwością o jakiej nawet nie marzyłem. W domach Moniki, Beaty, Andy’ego i Jacka znalazłem schronienie, własny pokój, wygodne łóżko i posiłki, na jakie u siebie niezbyt często mogę sobie pozwolić.

Jeszcze przed wyjazdem zaskoczyły mnie odrobinę pytania Tadeusza, przedstawiciela organizatorów, o to, czy zechcę poprowadzić…? czy zgodzę się uczestniczyć…? czy wezmę udział…? Wybrałem się tam w ramach praktycznej realizacji Dwunastego Kroku. Spiker na mityngu AA to służba, a ja byłem sługą (ewentualnie służącym, ale nie służebnym, bo takie słowo we współczesnym języku polskim nie występuje już w formie osobowej), który ma po prostu robić to, co do niego należy i to najlepiej jak potrafi. Tym niemniej wdzięczy jestem za taką kurtuazję. To było naprawdę miłe.
Gospodarze wypełnili mi czas po brzegi: każdego dnia służyłem jako spiker na mityngu, prowadziłem warsztat Tradycji, brałem udział w spotkaniu Intergrupy; dochodziły do tego dziesiątki godzin dyskusji panelowych. Po trzech dniach zacząłem chrypieć od tego gadania, ale dzielnie dotrwałem do końca – choć czasem zastanawiam się, jakim cudem wytrzymali ze mną sympatyczni i wyrozumiali Londyńczycy.

Zgodnie ze swoim przekonaniem, że pić umiemy wszyscy, więc opowieściami o piciu nikogo nie jestem w stanie nauczyć niczego dobrego, nie mówiłem na spikerkach o tym okresie mojego życia prawie wcale. Opowiadałem o Programie AA, o tym, jak zmieniło się dzięki niemu życie rodziny, bliskich, przyjaciół i moje, o sponsorowaniu, wreszcie o zastosowaniu w codziennym życiu, także tym pozamityngowym, Tradycji Wspólnoty AA. Tam, gdzie było to możliwe, prosiłem o pytania – ja oczywiście jestem przekonany, że najlepiej wiem, co słuchacze potrzebują i chcieliby usłyszeć, ale...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

wtorek, 1 listopada 2011

Badacze Pisma Świętego...


…we Wspólnocie AA w Polsce

Kilka razy miałem już okazję czytać i słyszeć, szydercze, drwiące, w każdym razie mocno pejoratywnie, nieomalże jak wyzwisko traktowane określenie, kierowane pod adresem różnych anonimowych alkoholików, a nawet całych grup: Badacze Pisma Świętego. Jako, że przykro mi zawsze, gdy przyjaciele z AA robią z siebie pośmiewisko, z powodu żenującej niewiedzy, albo popisują się rasizmem, wystawiając w ten sposób świadectwo całej Wspólnocie AA w Polsce, śpieszę z poniższym wyjaśnieniem.

Badacze Pisma Świętego jest to nurt religijny wywodzący się z chrześcijaństwa, zapoczątkowany w 1870 przez Charlesa Taze Russella w Pensylwanii (USA). Badacze Pisma Świętego uważali, że prawdy religijnej należy szukać tylko i wyłącznie w Biblii, a nie w kościelnych tradycjach i dogmatach. W 1931 najliczniejsza grupa Badaczy Pisma Świętego (związana z Towarzystwem „Strażnica”), przyjęła nazwę Świadkowie Jehowy. W hitlerowskich Niemczech byli oni prześladowani, więzieni i mordowani w obozach koncentracyjnych.
Traktowanie i używanie nazwy czyjegoś wyznania czy religii, jako obelgi, wyzwiska czy drwiny, uważam za niedopuszczalne i karygodne.

Pewnego razu ktoś zasugerował, że może chodzi tu o książkę pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”. Jeśli nawet zwana jest ona czasem Wielką Księgą, to jednak nadal nie jest Pismem Świętym, nie jest Biblią – takie porównania mogą być obraźliwe, deprecjonujące i nie do przyjęcia dla chrześcijan, a zwłaszcza katolików. Pismo Święte, Biblia, jest słowem bożym – autor Wielkiej Księgi, William Wilson, nie był bogiem i – z tego co mi wiadomo – nie jest nadal.

Inne, równie pokrętne tłumaczenie mówi, że ci „badacze pisma świętego”, to mieliby być rzekomo alkoholicy, którzy czytają i starają się zrozumieć literaturę aowską i zawarte w niej zalecenia, ale w to – od razu przyznam – uwierzyć nie jestem w stanie. Po prostu nie wydaje mi się możliwe, nie mieści mi się w głowie, by jeden alkoholik drwił z drugiego alkoholika, bo ten czyta, stara się zrozumieć i wdrażać w życie sugestie zawarte w literaturze Wspólnoty...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

poniedziałek, 3 października 2011

Alkoholik trzeźwy czy zdrowy

W biuletynie Mityng przeczytałem kiedyś, że alkoholik to takie cacuszko, co to aby żyć, musi mieć problemy, a jak ich nie ma, to sobie wymyśli, a jak już wymyśli, to musi je rozwiązywać, a jak nie potrafi, to użala się nad sobą. Ja dodałbym jeszcze, że często też zawraca głowę tymi swoimi wydumanymi problemami każdemu, kogo dopadnie.

Alkoholik – trzeźwy czy zdrowy? Czy możliwe jest całkowite wyleczenie?

Przeciętnie raz na kilka-kilkanaście miesięcy stykałem się z wątpliwościami i pytaniem, czy alkoholizm jest chorobą (bo może jest tylko grzechem?), a jeżeli już chorobą, to czy faktycznie nieuleczalną? Odpowiadałem zwykle, a była to odpowiedź poważnie przeze mnie traktowana, osobista, prawdziwa, po prostu bardzo moja, w sposób następujący: A jakie to ma znaczenie? Czemu powinno mnie to obchodzić? – i to najczęściej zupełnie wystarczało. Jednak w ostatnim okresie pytania tego typu posypały się wręcz lawinowo; zadawali je różni ludzie, w różnych miejscach i okolicznościach, w rozmaity sposób i zupełnie niezależnie od siebie. Na dokładkę, moja standardowa odpowiedź, raz czy drugi, nie została zrozumiana zgodnie z moimi intencjami, spotkałem się nawet z zarzutem, że lekceważę sobie ważny temat, zbywam rozmówcę itp. Wprawdzie od razu przypomniało mi się to żartobliwe określenie alkoholika znalezione w Mityngu, ale… dobrze, niech i tak będzie; postaram się zaprezentować tutaj swoje zdanie raz jeszcze, wyczerpująco i tak poważnie, jak tylko potrafię, choć może bez wielkiego zapału, bo uważam, że jest to temat ważny dla lekarzy, albo językoznawców, w każdym razie dla profesjonalistów, do których sam siebie nie zaliczam.

Czy alkoholizm jest chorobą? Oczywiście – jest. Dlaczego? Ano, po prostu dlatego, że opisany jest, pod numerem F10.2, w dziesiątej edycji Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych (ICD 10), opracowanej przez Światową Organizację Zdrowia, WHO (World Health Organization). I to wszystko. Jeżeli kogoś w tym momencie rozczarowałem, to przykro mi, ale takie wyjaśnienie w zupełności mi wystarcza i w pełni satysfakcjonuje. Bo, jako człowiek trzeźwy, nie sprzeczam się z faktami. Nie uważam też, bym miał kompetencje, doświadczenie, albo wiedzę, upoważniające mnie do negowania, czy choćby tylko polemizowania z opinią i decyzją Światowej Organizacji Zdrowia.
Na tej samej zasadzie nie sprzeczam się z prawodawcami i nie kwestionuję zapisów w kodeksie karnym. Choć oczywiście już po ćwiartce wszystko wiedziałem lepiej, zarówno od każdego lekarza na świecie, jak i wszystkich prawników razem wziętych.

Czy alkoholizm jest grzechem? W Wikipedii (internetowej encyklopedii) znalazłem informację, że na świecie istnieje około dziesięć tysięcy religii i wyznań. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że nie wszystkie one zawierają w swojej doktrynie pojęcie grzechu. Jeżeli dodamy do tego dziesiątki, może setki milionów ludzi niewierzących, to okaże się, że sporej części populacji pytanie: czy alkoholizm jest grzechem?, w ogóle i w żaden sposób nie dotyczy. Cóż to oznacza? Moim skromnym zdaniem to tylko, że odpowiedź na tak postawione pytanie, jest prywatną i osobistą sprawą każdego alkoholika i zdecydowanie bardziej dotyczy jego religii – jeśli jakąś wyznaje – i jej doktrynalnych niuansów, niż istoty alkoholizmu.

Czy alkoholizm jest chorobą nieuleczalną? Kopiąc w pamięci przypominam sobie, że o alkoholizmie, jako chorobie nieuleczalnej, słyszałem od anonimowych alkoholików oraz psychologów (terapeutów). Nie słyszałem tego jednak od lekarzy – co potwierdziła zresztą kilka dni temu moja koleżanka, lekarka. Zakładam w tym momencie, że wszyscy w pełni zdajemy sobie sprawę, że psycholog nie jest lekarzem. Lekarze, jeśli dobrze pamiętam, określali uzależnienie od alkoholu raczej jako chorobę trwałą, a to zdecydowanie bardziej trafiało mi do przekonania z jednego prostego powodu: bo alkoholizm jest chorobą wieloczynnikową. Rozliczne wątpliwości i dociekania, czy alkoholizm jest chorobą nieuleczalną, czy jednak uleczalną, wydają się wynikać z niezrozumienia, albo wręcz ignorowania tego faktu.

Na stronie internetowej PARPA (Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) można przeczytać, że alkoholizm uszkadza funkcjonowanie człowieka w sferze somatycznej, psychologicznej, społecznej i duchowej. Na spotkaniach (mityngach) Wspólnoty AA mówimy po prostu, że jest to choroba duszy, ciała i umysłu, a także – czego przecież nie wolno pomijać – choroba społeczna. Alkoholizm jest niewątpliwie chorobą chroniczną (ma, albo może mieć nawroty), postępującą i potencjalnie śmiertelną, ale czy jest chorobą nieuleczalną? Jak można próbować o tym wyrokować, nie precyzując jednocześnie, o który czynnik chodzi?!
Pisałem już, że w przypadku alkoholizmu, zdecydowanie lepiej rozumiem określenie choroba trwała, niż nieuleczalna. Trwała, moim zdaniem (przypominam raz jeszcze, że ja nie jestem profesjonalistą!), oznacza, że przynajmniej jeden z jej czynników, w świetle współczesnej wiedzy, nie jest możliwy do całkowitego wyleczenia. Chodzi mi tu rzecz jasna o sferę somatyczną (ciało), czyli po prostu o specyficzną reakcję organizmu alkoholika na alkohol. Z czasem okazało się, że nie tylko na alkohol, ale o tym później.

Czy, jako alkoholik, mogę wyzdrowieć w sferze psychologicznej (umysłowej)? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. Czy, jako alkoholik, mogę wyzdrowieć w sferze duchowej? Tak, jak najbardziej. Osiągnięcie tego stanu (w moim przypadku trwało to jakieś siedem-dziewięć lat) nazywam wytrzeźwieniem, trzeźwością. Ale przecież nie wyleczeniem choroby alkoholowej! Bo, jeśli mowa jest o sferze somatycznej, to uważam, że powrót do stanu sprzed uzależnienia, czyli pełne wyleczenie, możliwe w chwili obecnej nie jest. Wierzę, że można wyleczyć, albo zaleczyć, wiele schorzeń, wynikających z wieloletniego nadużywania alkoholu oraz tragicznych czasem zaniedbań związanych z alkoholizmem. Jestem pewien, sam doświadczyłem i często obserwuję, że jest możliwe zahamowanie narastających objawów alkoholizmu (zatrzymanie choroby) nieomalże w każdym jego stadium. Jednak przywrócenie organizmu chorego do stanu, w którym będzie on reagował na alkohol dokładnie tak samo, jak organizm człowieka zdrowego, na razie jeszcze uważam za nierealne, choć mam nadzieję, że kiedyś wreszcie stanie się to możliwe.

Wydaje mi się, że większość wątpliwości i zupełnie niepotrzebnych spekulacji na ten temat wynikać może z mocno problematycznego tłumaczenia tekstu Drugiego Kroku AA, który w chwili obecnej znamy w wersji: Uwierzyliśmy, że Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie (w oryginale: Came to believe that a Power greater than ourselves could restore us to sanity). W książce „12 KROKÓW OD DNA” przeczytać można: Angielskie sanity, owszem, oznacza zdrowie, ale nie jakiekolwiek zdrowie, ani nie zdrowie w ogóle, ale dokładnie, konkretnie i jednoznacznie – zdrowie psychiczne, zdrowy rozsądek. Krok Drugi nie mówi o tym, że alkoholicy mają szansę na całkowite wyleczenie, a tym samym możliwość powrotu do bezproblemowego picia towarzyskiego. Jeśli alkoholizm jest chorobą ciała, duszy i umysłu, to dzięki Programowi AA uzdrowione mogą zostać dwa ostatnie elementy. W chwili obecnej o wyleczeniu ciała nie ma w ogóle mowy. Jeśli chodzi o ciało (organizm), alkoholizm jest chorobą trwałą.

Podczas jednej z dyskusji, o których wcześniej wspomniałem, kilku zwolennikom teorii pełnego wyzdrowienia z alkoholizmu (ktoś nawet stwierdził, że już nie jest alkoholikiem, jak gdyby problemem nie była choroba, ale diagnoza, sama jej nazwa) zadałem pozornie proste pytanie: czy teraz, po tych wszystkich terapiach, zlotach radości i rozmaitych warsztatach, po latach abstynencji i tysiącach mityngów, nadal jesteś bezsilny wobec alkoholu? Wielu przyznało, że niestety – jednak tak, ale ktoś natychmiast ukuł hipotezę, że teraz to on bezsilny już nie jest, natomiast bezsilnym mógłby stać się znowu, ale to dopiero po wypiciu pierwszej dawki alkoholu (miałem dopytać, jak dużej dawki, ale zapomniałem). W każdym razie do tego momentu alkoholikiem (już) nie jest i na pewno znowu się nim nie stanie, bo jako człowiek zdrowy na umyśle, zdaje sobie dobrze sprawę, że alkohol może mu zaszkodzić. W każdym razie, zanim się ewentualnie napije, a tego przecież nigdy nie zrobi, jego organizm funkcjonuje dokładnie tak, jak u zdrowego człowieka. Niestety, w to też nie bardzo wierzę...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

niedziela, 2 października 2011

W zaklętym kręgu piciorysów

„Grapevine”, marzec 1964, artykuł p.t. „Czy coś złego dzieje się ze Wspólnotą AA?” (wg tłumaczenia w biuletynie „Mityng”): Wiedziałem, że Wspólnota AA powinna być ciągle giętka, gotowa do niewielkich zmian w swoich strukturach, zdolna zaspokoić indywidualne potrzeby nowo przybyłych alkoholików. Wiedziałem też, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego.


W zaklętym kręgu hardcorowych „piciorysów”


Kiedy trafiłem do firmy zajmującej się dystrybucją wydawnictw (głównie książkowych, ale nie tylko), wobec zalewu ofert, z których wynikało, że absolutnie każda książka to hit wszechczasów, który ponad wszelką wątpliwość stanie się bestsellerem, poprosiłem starych, doświadczonych pracowników o jakąś wskazówkę, podpowiedź, radę, na jakiej podstawie mam dokonywać wyboru, jak je zamawiać? Podpowiedzieli mi wtedy, żebym starał się wyobrazić sobie konkretnego czytelnika określonej książki. Jeżeli okaże się, że nie potrafię tego zrobić, to są dwie możliwości: albo nie nadaję się do tego zawodu, albo takiego czytelnika faktycznie nie ma i książka nie znajdzie nabywców. Przepracowałem w firmie kilkanaście lat, a metoda, której mnie nauczyli, okazała się niezwykle skuteczna.

Przypomniało mi się to, kiedy po raz kolejny na spotkaniu Intergrupy usłyszałem dramatyczny apel i prośbę o interwencyjne zakupy jednego z aowskich biuletynów, bo od pewnego czasu źle się on sprzedaje i jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie zmniejszyć nakład. Zakupy interwencyjne to znana i sprawdzona metoda, którą pamiętam jeszcze z czasów poprzedniego systemu społeczno-politycznego. Wystarczyło, że pierwszy sekretarz PZPR, dowolnego szczebla, napomknął coś o zalegających składy numerach „Kraju Rad”, „Prawdy”, czy też innych znakomitych periodyków, żeby urzędy, instytucje i zakłady pracy niezwłocznie wykupiły cały nakład, a nawet dopominały się o więcej. Czasopism tych oczywiście nikt nie czytał, ale przecież nie o to chodziło.

Kilka nieśmiałych propozycji dotyczących modyfikacji zawartości kiepsko sprzedającego się biuletynu zostało skwitowanych argumentem: od samego początku mamy swój profil i zasady, tak przecież było zawsze i dobrze było, więc po co zmieniać… Tak, to wszystko prawda – kiedyś było dobrze, ale… gdyby było tak dobrze, to przecież nie byłoby tak źle – ze sprzedażą. Co w takim razie się stało? Co się zmieniło, jeśli nie zmienił się biuletyn?
Kiedy pytania te przez czas jakiś pozostawały bez satysfakcjonującej odpowiedzi, odwołałem się do swoich doświadczeń zawodowych i starałem wyobrazić sobie czytelnika takiego biuletynu. Biuletynu, który od wielu lat, może od samego początku, zawiera przede wszystkim krótkie piciorysy. Historie tego typu niewątpliwie znakomicie ułatwiają czytelnikom identyfikację z chorobą alkoholową oraz innymi alkoholikami. W związku z tym, naturalną koleją rzeczy, następne pytanie brzmiało: kto potrzebuje takiej identyfikacji i czy rzeczywiście są nimi alkoholicy, którzy od kilku-kilkunastu miesięcy są pacjentami poradni uzależnień i psychoterapii odwykowej, a na gruncie Wspólnoty Anonimowych Alkoholików realnie pracują ze swoimi sponsorami, poznając i realizując w życiu Program Dwunastu Kroków AA? Ups!

Minęły lata, a my chyba nie zauważyliśmy, że w tym kraju zaszła dość istotna zmiana. Do Wspólnoty AA rzadziej już trafiają alkoholicy prosto z ulicy, a częściej będący w trakcie leczenia odwykowego, albo nawet dopiero po jego zakończeniu. Czy mają wtedy jeszcze potrzebę identyfikowania się? Może ich potrzeby wyglądają już nieco inaczej, niż to było z nowicjuszami w AA ćwierć wieku temu?
Oczywiście piciorysy świetnie się czyta – przy jednym można dojść do wniosku, że takich numerów to ja jednak po pijaku nie waliłem, by już przy następnym uznać, że...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

poniedziałek, 26 września 2011

Nasze wspólne dobro


Tradycja Pierwsza Wspólnoty Anonimowych Alkoholików uczy mnie, że… Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze; wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików.

Nasze wspólne dobro w praktyce codziennej  

Dawno, dawno temu, za tak zwanej komuny (fuj, fuj, fuj!), jeśli na klatce schodowej w bloku przepaliła się żarówka, należało zawiadomić o tym ADM (Administracja Domów Mieszkalnych), czyli po prostu administrację, administratora budynku. I to w zasadzie było wszystko, bo po kilku dniach żarówka była zwykle wymieniona. Jak widać, nie było w tym niczego trudnego, wymagającego przemyślenia, budzącego jakieś wątpliwości. Ale czasy się zmieniły – wprawdzie budynek nadal ma administratora, nadal są to zdaje się ci sami ludzie, a przynajmniej część z nich i chyba nawet numer telefonu jest ten sam, tyle tylko, że teraz ich firma nosi – nie wiedzieć czemu – angielską nazwę. Ale mniejsza z tym, bo w każdym razie nadal wystarczy do nich zadzwonić, żeby… żeby w imieniu wspólnoty mieszkaniowej zawarli umowę-zlecenie z elektrykiem (właścicielem jednoosobowej zwykle firmy elektrycznej), który bardzo chętnie żarówkę wymieni. Usługa ta, łącznie z ceną najtańszej żarówki, kosztuje każdorazowo wspólnotę mieszkaniową 60,00 PLN. 

Uznałem, że to bez sensu. Od pewnego czasu wdrażam w życie – to codzienne, nie tylko mityngowe – Tradycje Wspólnoty AA, więc natychmiast przypomniała mi się Pierwsza, a zwłaszcza słowa Nasze wspólne dobro jest najważniejsze… Tak, nasze wspólne, także we wspólnocie mieszkaniowej! A trwonienie pieniędzy na banalną usługę wspólnemu dobru (mojemu i sąsiadów) chyba jednak nie służy.
W związku z tym drogą kupna wszedłem w posiadanie dwóch żarówek w cenie 3,99 PLN każda. Wybrałem takie trochę lepsze, odporne na wstrząsy, o podwyższonej trwałości (tak przynajmniej zapewniano na opakowaniu). Osobiście wdrapałem się na stołek i – dumny z siebie – przepalone żarówki wymieniłem.

Pragnąc żyć zgodnie z „Programem na 24 Godziny” (zwanym też „Oazą spokoju”), przed nikim się swoim dobrym uczynkiem nie pochwaliłem, ani nikomu go nie wypominałem. I bardzo dobrze zrobiłem; chwaląc się, wyszedłbym...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

środa, 17 sierpnia 2011

Rozwiązania - nie problemy!

Jak zawsze, chciałam powiedzieć, że cieszę się, że dzisiaj nie piję i tu z wami jestem, ale… mówiła lekko podniesionym, pełnym napięcia głosem, mnąc nerwowo higieniczną chusteczkę - … ale właśnie zdałam sobie sprawę, że to nieprawda. Wcale się nie cieszę! I nie mówicie mi, że mi się chce pić, albo że mam nawrót, bo to nie o to chodzi! – zawołała nieco histerycznie – pić nie chcę, ale to trzeźwe życie wcale mi się nie podoba! Tak długo, już za długo, okłamywałam siebie i innych – teraz wydawała się zmęczona i bezradna – bo przecież ja się nie cieszę, ja… cierpię…
W tym momencie mogłem jej tylko pogratulować wielkiej szansy, którą chyba nie każdy z nas dostaje, niestety… 


Cieszę się, że dzisiaj nie piję

Kiedy trafiłem do AA, wszystkie mityngi w mieście odbywały się według tego samego scenariusza, a lwią część spotkania zajmowały zwykle tak zwane problemy i radości. Od kolegów z dłuższą abstynencją szybko nauczyłem się mówić: a ja się cieszę, że dzisiaj nie pije i tutaj dotarłem – wydawało mi się, że tak należy, tak trzeba, bo przecież byłoby czarną niewdzięcznością z mojej strony nie dawać świadectwa swojej radości z niepicia. Radości, którą czułem przez kilka, może kilkanaście miesięcy, bo później… po prostu kłamałem, choć początkowo i nawet dość długo, nie całkiem świadomie i bez złej woli.

Euforia, wynikająca z utrzymywanej coraz dłużej i już bez jakiegoś ogromnego wysiłku abstynencji, mijała. Niepicie powoli stawało się normą, czymś oczywistym i zwyczajnym. Odrobinę przetrzeźwiałem i rozglądając się po tym swoim nowym życiu odkryłem, że właściwie to ono wcale mi się aż tak bardzo nie podoba. Wracać do picia absolutnie i pod żadnym pozorem nie chciałem, ale to co jest też mnie nie satysfakcjonowało.

Trzeźwość to nieustanne poznawanie siebie + zmiana – to najkrótsza definicja, jaką znam. Jeśli jednak, zamiast mozolnego poznawania siebie, wmawiam sobie, że jestem szczęśliwy, zadowolony i się cieszę, to żadnego odkrycia na swój temat nie dokonam, a poza tym… po co cokolwiek zmieniać, jeśli jest tak dobrze? Trwaj chwilo, jesteś piękna! Tak? Naprawdę było tak pięknie? W domu, z rodziną, w pracy… wszędzie poza salkami mityngowymi?

Dopiero w drugim, albo i trzecim roku abstynencji zacząłem zadawać sobie pytanie: jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Powolutku zaczynało też do mnie docierać, że dobrostan – prawdziwy, albo tylko sobie wmówiony, obojętne – nie skłania do zmian, wręcz przeciwnie: motorem zmian jest cierpienie, nie radość. Zrozumiałem też, że przecież ja o tym wiedziałem od dawna: od cierpienia, szukając ulgi, uciekałem w picie i od cierpienia, wynikającego z picia, uciekłem na terapię odwykową i do AA.
Jeżeli dopuszczam do siebie świadomość cierpienia – mam szansę na zmianę, ale dopóki wmawiam sobie, że jest świetnie, że się cieszę – przegrywam.

Podobną, choć może nawet jeszcze bardziej perfidną sztuczką, którą latami uprawiałem na mityngach, była koncentracja na problemach, zamiast na rozwiązaniach. Jak to działało? Powiedzmy, że wydarzyło się coś złego; w domu, albo w pracy, a więc szedłem na mityng zaprzątnięty jakimś tam swoim problemem. Podczas spotkania, wysłuchałem kilku hardcorowych opowieści z czasów destrukcyjnego picia; sam też jakiś dramat przywołałem z pamięci i opowiedziałem. W porównaniu z tymi koszmarami mój aktualny problem tracił na znaczeniu, stawał się banalny. W ten oto prosty sposób zmniejszałem swoje cierpienie z poziomu, który wymagał określonego działania, pracy i wysiłku, do niewielkiego, w sumie akceptowanego dyskomfortu psychicznego. I znowu nic nie trzeba było robić. I znowu traciłem szansę na...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

sobota, 30 lipca 2011

Najpierw najważniejsze!

Pięcioletni chłopiec stara się przekonać mamę, że to wcale nie on porozrzucał klocki, że przyszedł zły czarownik (wielkolud, smok itp.) i to jego wina. Normalne i naturalne… w pewnym wieku, bo przecież wszyscy wiedzą, że ludzie dorośli nie dyskutują z faktami. Ale, czy rzeczywiście?


Najpierw sprawy najważniejsze, a uczciwość


Najpierw sprawy najważniejsze – powiedzenie dotyczące abstynencji i powtarzane w środowisku niepijących alkoholików na każdym prawie mityngu. I bardzo dobrze, bo to prawda: najważniejszą sprawą dla alkoholika jest zachowanie, utrzymanie abstynencji i warto, żebym o tym nie zapominał. Dopóki nie piję, wszystko jest możliwe. Jeżeli wrócę do picia, cała reszta rozsypie się jak zamek z piasku podczas huraganu.
Do tego momentu wszystko jest proste i oczywiste: abstynencja na pierwszym miejscu! A w takim razie, kiedy zaczynają się problemy? Ano zwykle wtedy, kiedy zadaję pytanie: Na pierwszym miejscu jest abstynencja, a co masz na miejscu piątym? A co na trzecim? Co na jedenastym? Pierwsze miejsce mamy obsadzone, ale wydaje się, jakbyśmy poza tą abstynencją, nie mieli zupełnie żadnych priorytetów, żadnych wartości o zróżnicowanej hierarchii ważności. A przecież, poza tym że jesteśmy alkoholikami, to także mężami, żonami, dziećmi, rodzicami, pracownikami, przyjaciółmi, szwagrami, sąsiadami…

W okresie uzależnionego picia, miałem trudności z wyrażaniem, rozpoznawaniem, nawet nazywaniem uczuć. Ale nadszedł czas, w którym samo tylko utrzymywanie abstynencji przestało być wyzwaniem, za to pojawił się nowy problem, z duchowością, czyli światem wartości. Wiedziałem, że chcę nie pić, to było najważniejsze, ale co dalej? Co naprawdę jest dla mnie ważne? Co na mojej liście priorytetów jest na drugim, trzecim, czwartym, kolejnym miejscu?
Po co mi to? Żeby wydobyć się z chaosu pijanego myślenia. I żeby być uczciwym, choćby tylko wobec siebie. To też dobrze znany element Programu AA, nieprawdaż? Uczciwość wobec siebie, ale uczciwość dorosłego, trzeźwego człowieka, a nie małego chłopca. Tu już nie chodzi o dziecinne zakłamywanie rzeczywistości i sprzeczanie się z faktami, ale o jedność między tym, co myślę, co robię, w co wierzę i co mówię.

Pierwszy raz listę priorytetów życiowych robiłem bardzo dawno temu, może na terapii, albo jakichś warsztatach z duchowości, już nie pamiętam. Na swojej liście miałem wtedy abstynencję, trzeźwienie (odróżniałem już wtedy samo niepicie, od trzeźwości), zdrowie, rodzinę, Boga i religię, uczciwość… Poza abstynencją, cała reszta to były fantazje, marzenia, z sufitu wzięte przekonania i chciejstwa. W ich rozpoznaniu, już dużo później, bardzo przydała mi się tabela czasu, czyli graficzne, albo procentowe przedstawienie, ile czasu i na co przeznaczam, na przykład w miesiącu. Kiedy to sobie ładnie wyrysowałem, moje iluzje zaczęły się sypać. Okazało się, że oszukuję. Siebie i innych.
Abstynencja? Tak, na to przeznaczałem dużo czasu, bo to i terapia i mityngi AA i jakieś warsztaty, maratony itp. zajęcia. Jakieś trzydzieści-czterdzieści godzin miesięcznie.
Trzeźwienie? Jakie niby trzeźwienie?! Nie pracowałem ze sponsorem, nie poznawałem i nie realizowałem Programu AA, nie czytałem literatury AA, nie pełniłem służb. Zero.
Zdrowie? Gębę miałem pełną połamanych i popsutych zębów, paliłem po czterdzieści papierosów na dobę, nie robiłem badań okresowych. Zero.
Rodzina? Z żoną rozeszliśmy się już dawno temu, syna wkurzałem tak, że uciekł z domu do internatu, na kontakty z resztą dość dużej rodziny nie miałem (jakoby) czasu. Może odrobinę więcej niż zero, ale…
Bóg i religia – owszem, był taki czas, w którym namiętnie latałem do kościoła, ale jakoś nie starczyło mi zapału, by poczytać Pismo Święte, a choćby tylko Nowy Testament, czy wreszcie zapoznać się z Dekalogiem i starać się żyć zgodnie z jego wskazaniami. Cztery godziny na miesiąc, ale i tego nie jestem pewien.

Ostatecznie wyszło mi, że poza snem i pracą zawodową, które w tych wyliczeniach nie biorą udziału z oczywistych względów, najwięcej czasu poświęcam… telewizorowi. Tak, dużo więcej nawet niż abstynencji, bo przynajmniej dwie-trzy godziny dziennie; czasem jeszcze więcej.

Najpierw sprawy najważniejsze, czyli…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

niedziela, 3 lipca 2011

Wspólnota AA po mityngu

W tym Opolu znowu coś wymyślają! – zdążyłem już usłyszeć i… właściwie to chyba powinienem potwierdzić. Daje się odczuć pewien niedobór, jakby brak czy deficyt, więc na różnych grupach w mieście, różni ludzie, niezależnie od siebie, szukają rozwiązania, to jest wymyślają, jak to nazwał mój przemiły rozmówca. Co wymyślają? Ja nazywam to Wspólnotą AA po mityngu AA, albo po prostu AA po mityngu AA. To oczywiście tylko taki skrót myślowy, bo w sumie nie jest ważne, czy to o co nam chodzi, odbywać się będzie akurat po mityngach AA, czy może przed, albo w ogóle w innych dniach i godzinach. A chodzi, tak w ogóle, o wspólnotę.

Całymi latami mieliśmy Wspólnotę AA, ale nie jestem pewien, czy mieliśmy wspólnotę. Wspólnota AA sprowadzała się, w naszym wydaniu, właściwie tylko do mityngów AA, a mityng… wiadomo: drobiazgowo opracowany scenariusz, nakazy, zakazy, regulaminy, zasady, ale przede wszystkim bardzo ograniczona interakcja uczestników – do nikogo nie wolno się odezwać, nikomu wprost odpowiedzieć, niczego skomentować, nikogo o nic dopytać… mityng to seria monologów. Może to nawet i dobrze, bo porządek, bo poczucie bezpieczeństwa itd., ale chodzi o coś innego: czy ludzie, którzy spotykają się na dwie godziny tygodniowo, by wygłosić po kilka monologów, których inni słuchają, albo i nie, a następnie szybciutko rozchodzą do swoich spraw, rzeczywiście tworzą jakąś wspólnotę?

W naszym mieście, choć oczywiście nie w całym, miał miejsce cud przemiany (jest książka o takim tytule, wydana z okazji trzydziestolecia AA). I ten cud trwa. Mamy już grupy AA działające zgodnie z Tradycjami AA, nie przejadamy i nie przepijamy pieniędzy Wspólnoty AA, mamy mityngi pozbawione obrzędów i ceremonii, na których obecny jest Program AA, mamy sponsorowanie, służby, w dobrze zorganizowany i efektywny sposób niesiemy posłanie na zewnątrz… czegóż chcieć więcej? Ano, może właśnie prawdziwej wspólnoty…
Kiedy jeszcze mieliśmy tylko mityngi, spoiwem był alkoholizm, i obawa przed złamaniem abstynencji. Koncentrowaliśmy się na problemie, a nie na rozwiązaniach. Dziś okazuje się, że łączy nas dużo więcej, niż tylko ta sama choroba, ale prawdziwy związek wymaga bliskości, obecności – nie wystarczą mityngowe monologi. Lubimy się, szanujemy, mamy do siebie zaufanie, współpracujemy, cieszymy ze swojego towarzystwa, lubimy razem przebywać i wspólnie spędzać czas…

Na mityngi jednej z grup, uczestnicy przychodzą czasem prawie godzinę wcześniej, żeby po prostu być razem, porozmawiać. Na innej testowany jest pomysł spotkań (mityngów) dyskusyjnych, na jeszcze innej padła propozycja zorganizowania klubu, jako miejsca nieco luźniejszych spotkań, albo grupy wsparcia. Wszystko to oczywiście jest na bardzo wczesnym etapie, nawet nie planowania, ale omawiania pomysłów, tym niemniej jedno nie ulega wątpliwości – alkoholikom w Opolu przestają wystarczać same tylko mityngi.

Czasem tylko ze zdziwieniem, ale i pewnym rozbawieniem zadaję sobie pytanie, czemu potrzebowaliśmy siedemdziesięciu lat, by zorientować się w potrzebach, które alkoholicy w Akron (i nie tylko tam) dostrzegli i nauczyli się realizować już od samego początku – spotykali się i godzinami rozmawiali…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

sobota, 18 czerwca 2011

Modlitwa alkoholików


Nasze wspólne dobro jest najważniejsze… Nasze? Czyżby? Wiosną 2011 roku podczas mityngu i wspólnego odmawiania „Modlitwy o pogodę ducha”, odruchowo wypowiedziałem słowa użycz nam…, zamiast użycz mi… No, bo jak to w tej Wspólnocie jest? Witamy  się wspólną modlitwą, odmawiamy ją razem, we wspólnocie, trzymając się za ręce, ale każdy chce tylko dla siebie? Boże, użycz mi… Właśnie tak – mi. To mi użycz Boże.  Nie nam – mi!
Znam też inną modlitwę, podobno często odmawianą na mityngach AA w USA, ale w niej pojawiają się słowa nas zbaw, odpuść nam, nie wódź nas


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

czwartek, 9 czerwca 2011

Alkoholizm w konsekwencji

W moim mieście, które pewnie nie odbiega w tym względzie od całej reszty, więcej jest rozmaitych instytucji finansowych, niż żłobków i przedszkoli razem wziętych. Instytucje te (banki, ale nie tylko) oferują rozmaite kredyty, pożyczki, chwilówki, przedstawiając się jako partner w interesach, albo wręcz przyjaciel, który pomoże w trudnej chwili. Reklama jest nachalna, agresywna i profesjonalna. Trudno się na nią nie skusić.
Wewnątrz poczęstują nas kawą, nawet jakiś prezent oferują w zamian za wzięcie kredytu. Po kilkudziesięciu minutach, otumanieni zalewającym nas non-stop fachowym żargonem, dostajemy do podpisania wielostronicowy dokument. Niepozornej uwagi, umieszczonej na dole strony jedenastej, albo w ogóle nie zauważamy, albo zauważamy ale nie rozumiemy i wstydzimy się o nią dopytać – przecież tłumaczono nam wszystko prawie godzinę. Tak więc ostatecznie podpisujemy.
Po kilku miesiącach okazuje się, że wpadliśmy w tak zwaną pułapkę kredytową, a nasz świetny partner, czy życzliwy przyjaciel, zmienia się w chciwego wierzyciela, bezwzględnie egzekwującego swoje należności. Miało być lepiej, jest gorzej, miało być pięknie, a zaczyna się koszmar.

Chciwy wierzyciel

Alkohol, niczym chciwy wierzyciel, dosłownie wysysa z nas wszelką niezależność i całą wolę oporu wobec jego żądań – w tym zdaniu z 12x12* zainteresował mnie szczególnie ten chciwy wierzyciel. Wierzyciele, zwłaszcza chciwi, nie pojawiają się znikąd. Najpierw do czegoś ich potrzebowaliśmy, a oni rzeczywiście musieli dysponować tym czymś, czego nam brakowało, czymś, czego pragnęliśmy. To warunek podstawowy. Drugi, już nie aż tak niezbędny, ale jednak powszechny, dotyczy wizerunku: gdyby od początku wlepiała w nas kaprawe gały paskudna gęba chciwego wierzyciela, to pewnie w interesy z kimś takim w ogóle byśmy nie wchodzili.  Potrzebna była maska, rola: Patrzycie! Jaki z tego Etanka równy i fajny gość! Z nim zawsze jest wesoło!

Dzisiaj wiem już, że nadużywając alkoholu, radośnie i beztrosko, choć nieco bezmyślnie, zaciągałem kredyt. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy (ale czy faktycznie chciałem o to dopytywać?), że rachunek opiewa na coś więcej, niż tylko pieniądze, czy też niewielki ból głowy dnia następnego. Część może i płaciłem na bieżąco, ale reszta narastała. Dopiero kiedy wywalili mnie z drugiej pracy, zdałem sobie sprawę, że...


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach




--
* „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”, BSK 2006, strona 23.

niedziela, 29 maja 2011

Przyznaliśmy: ja, oni, czy…?

Przyznaliśmy, uwierzyliśmy, postanowiliśmy, zrobiliśmy… Stwierdzeń takich i podobnych wiele jest w Programie Dwunastu Kroków oraz w naszej, to jest aowskiej, literaturze. Kiedy czytelnik już się z tą formą oswoi, co zresztą zwykle nie trwa długo i nie stanowi też jakiegoś wielkiego problemu, przestaje je zauważać, zastanawiać się, pytać, dociekać, kogo one dotyczą? Tylko ich, czy może już i mnie także?

Przyznaliśmy: ja, oni, czy…?

To, że oni, weterani sprzed kilkudziesięciu lat, przyznali, uwierzyli i zrobili, jest oczywiste i ja im wierzę. W zdecydowanej większości przypadków i ja, na swój własny użytek, zrozumiałem, postanowiłem, przyznałem itd. Teraz pytanie dotyczy następnego etapu: czy jeszcze tylko oni i ja, czy może już… my? A jeżeli my, to na ile? Bo, chociaż idziemy w tę samą stronę, to nasze przeżycia i doświadczenia są i pozostaną różne…

W starych scenariuszach mityngów były słowa: tak powstaje skarbiec mądrości AA, wspólnota ducha… Czy z tego skarbca tylko biorę? Czy może także coś wartościowego dokładam? Czy jest to już nasz wspólny skarbiec?
Zerkam na początek tego tekstu i widzę, że odruchowo napisałem o naszej literaturze. Naszej, a więc...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

niedziela, 22 maja 2011

Skazani? Może i skazani...

W środowisku Anonimowych Alkoholików często można usłyszeć określenie „skazani na rozwój”. Czasami drażni mnie ono swoją bombastyczną naiwnością, innym razem rozumiem i doceniam jego głęboki sens i znaczenie, jednak tym razem zastanawiam się na innym nieco skazaniem, innym dożywociem.

Skazani? Może i skazani, ale...

Uczyli mnie, jak być grzecznym dzieckiem, spokojnym dzieckiem, cichym dzieckiem, nie sprawiać kłopotów i nikomu nie przeszkadzać. Uczyli mnie, jak być dobrym uczniem, jak szanować dorosłych, starszych, panią nauczycielkę, panią dentystkę, pana gospodarza domu i ciocię z Widawy. Nauczyli mnie, jak zdobywać przyjaźń ludzi na stanowiskach, takich, którzy dużo mogą, a przynajmniej...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

niedziela, 8 maja 2011

Trudny problem z zaletami

W Ewangelii według św. Mateusza (Mt 25, 14-30) warto odnaleźć przypowieść o talentach. Jak wiele biblijnych przypowieści, ma ona zapewne kilka różnych znaczeń, i chociaż wydaje mi się, że w tej historii chodziło faktycznie o jednostkę wagi (wynoszącą około 35 kilogramów srebra), to niewątpliwie współcześnie mamy na myśli raczej talenty rozumiane jako pozytywne cechy charakteru, zalety, cnoty, uzdolnienia, predyspozycje, którymi Bóg tak szczodrze obdarował każdego człowieka.


Trudny problem z tymi zaletami

Kwiecień i maj. Na mityngach AA mowa jest o Czwartym i Piątym Kroku i kolejny raz, jak bumerang, powraca ważne pytanie: dlaczego dużo łatwiej jest nam mówić o swoich wadach niż o zaletach i dlaczego, podczas pracy nad tymi Krokami, koncentrujemy się raczej na tych pierwszych?

W moim Kroku Czwartym i Piątym zalety były obecne, także podopiecznym przypominam, że rzetelnie i uczciwie przeprowadzony obrachunek moralny obejmuje zarówno wady, jak i zalety; w końcu nikt nie składa się z samych tylko wad, a upieranie się przy tym byłoby fałszowaniem rzeczywistości. Ale faktycznie, prawdą jest, że w tych tematach koncentrujemy się głównie na wadach.
Pierwszy z powodów wydaje się prosty: moje zalety mnie nie zabiją, ale wady – mogą. Drugi, też prosty, przerzuca odpowiedzialność na rodziców, którzy z uporem godnym lepszej sprawy, wmawiali wielu z nas, że mówienie o sobie dobrze, jest czymś złym, nagannym, że nie wolno się chwalić, nawet, jeśli jest czym. Trzeci powód, już banalny, to obawa przed zazdrością, a nawet zawiścią bliźnich. Jednak jest jeszcze powód czwarty, prawdopodobnie najważniejszy. Zdecydowanie łatwiej jest go pojąć, jeśli się zna (pozna, przeczyta) biblijną przypowieść o talentach. Zachęcam. Do tego nie trzeba być katolikiem, ani nawet człowiekiem wierzącym.

Ten podstawowy problem polega na tym, że talenty (zalety, cnoty) – zobowiązują. I tu jest pies pogrzebany! Jeśli do siebie dopuszczę, a tym bardziej wyjawię głośno innemu człowiekowi (ludziom), że mam jakieś tam zalety, cnoty, talenty, cechy pozytywne, to przecież natychmiast będę zobowiązany, wręcz zmuszony do...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach