niedziela, 20 lutego 2011

Pies macha ogonem

Jeżeli martwota duchowa alkoholika ma zostać czymś wypełniona w AA, to lepiej żeby to było indywidualne duchowe dzielenie się doświadczeniem, siłą i nadzieją. Robienie dogmatów z Kroków, Tradycji czy Koncepcji to zniszczenie duchowej Wspólnoty i przekształcenie AA w sektę” – nie, to nie ja, to z tekstu „A może ogon macha psem” (Grapevine, Does the Tail Wag the Dog, June 1999, „Mityng” 07/2000). Kapitalny artykuł swoją drogą.
To „psie” porównanie bardzo mi się podoba i dość często przydaje. Choćby wtedy, gdy obserwuję, jak sami sobie wymyślamy jakieś pokomplikowane, udziwnione zasady, reguły i prawa, które wprawdzie znakomicie utrudniają skuteczne działanie, ale za to całkiem nieźle uwalniają od trudu trzeźwego, zdroworozsądkowego myślenia, czy też ponoszenia osobistej odpowiedzialności za podejmowane decyzje.
Tym razem też będzie o psim ogonie, ale w nieco innym sensie.


Pies macha ogonem

Pewnego razu na mityngu było wyjątkowo tłoczno – przyjechali aowcy z dwóch czy trzech miejscowości naszego województwa. Nie pierwszy raz zresztą. A zaczęło się tak, jak to zwykle bywa u nas w AA, zresztą sami tak zaczynaliśmy: ktoś był, widział, słyszał, ktoś opowiedział, ktoś przekazał, ktoś przyjechał sprawdzić, bo wieści wydawały się nieprawdopodobne i wreszcie, kolejnym razem, przyjaciele spoza miasta przyjechali już liczniej. Co zobaczyli? Ano to, co na tej grupie (i nie tylko tej w moim mieście, aczkolwiek nie na wszystkich) jest w zasadzie normą i standardem: mityng, na którym nie uprawia się jęczydupstwa i użalania nad sobą, grupę, na której 70-80% alkoholików pracuje ze sponsorami, lub sponsoruje (często i jedno i drugie), mityng, na którym nie ma ceremoniałów i drobiazgowo opisanych w scenariuszu obrzędów, grupę, na której chętni do pełnienia służb zapisują się na nie z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem; zobaczyli mityng AA, na początku którego nie są odczytywane żadne zakazy i nakazy, i spotkanie Anonimowych Alkoholików, na którym treść jest ważniejsza od formy…

Miło było usłyszeć od kogoś, kto z takimi mityngami zetknął się po raz pierwszy w życiu, że wreszcie znalazł grupę, na której czuć ducha Wspólnoty AA. Jednak obecnie, poza poprawianiem sobie samopoczucia, potrafię się koncentrować także na innych rzeczach, a więc z uwagą wysłuchałem też wypowiedzi, z której wynikało, że alkoholik, który nie pracuje ze sponsorem, który nie „robi” Programu, może czuć się jakby gorszy, a entuzjazm i zapał tych, którym dzięki realizacji Programu życie dynamicznie zmienia się na lepsze, może odbierać jako swego rodzaju presję.  Na dokładkę, już po mityngu, na temat tej wypowiedzi usłyszałem jeszcze uwagę, że to bardzo dobrze, bo widać, jak inni tracą komfort nieskończonego trzeźwienia, którego jedynym konkretnym elementem jest chadzanie po mityngach.

Otóż nie – nie dobrze! Moim skromnym zdaniem, nie dobrze. Jest to poważny błąd, który wyjaśniać może chyba tylko zapał neofity. Odbieranie komfortu, wywieranie presji, motywowanie do działania, są to pewnie elementy zakresu obowiązków terapeuty w poradni odwykowej, ale czy mają należeć do arsenału środków stosowanych przez członków Wspólnoty AA, podczas mityngów AA? Nie sądzę…


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz