sobota, 30 lipca 2011

Najpierw najważniejsze!

Pięcioletni chłopiec stara się przekonać mamę, że to wcale nie on porozrzucał klocki, że przyszedł zły czarownik (wielkolud, smok itp.) i to jego wina. Normalne i naturalne… w pewnym wieku, bo przecież wszyscy wiedzą, że ludzie dorośli nie dyskutują z faktami. Ale, czy rzeczywiście?


Najpierw sprawy najważniejsze, a uczciwość


Najpierw sprawy najważniejsze – powiedzenie dotyczące abstynencji i powtarzane w środowisku niepijących alkoholików na każdym prawie mityngu. I bardzo dobrze, bo to prawda: najważniejszą sprawą dla alkoholika jest zachowanie, utrzymanie abstynencji i warto, żebym o tym nie zapominał. Dopóki nie piję, wszystko jest możliwe. Jeżeli wrócę do picia, cała reszta rozsypie się jak zamek z piasku podczas huraganu.
Do tego momentu wszystko jest proste i oczywiste: abstynencja na pierwszym miejscu! A w takim razie, kiedy zaczynają się problemy? Ano zwykle wtedy, kiedy zadaję pytanie: Na pierwszym miejscu jest abstynencja, a co masz na miejscu piątym? A co na trzecim? Co na jedenastym? Pierwsze miejsce mamy obsadzone, ale wydaje się, jakbyśmy poza tą abstynencją, nie mieli zupełnie żadnych priorytetów, żadnych wartości o zróżnicowanej hierarchii ważności. A przecież, poza tym że jesteśmy alkoholikami, to także mężami, żonami, dziećmi, rodzicami, pracownikami, przyjaciółmi, szwagrami, sąsiadami…

W okresie uzależnionego picia, miałem trudności z wyrażaniem, rozpoznawaniem, nawet nazywaniem uczuć. Ale nadszedł czas, w którym samo tylko utrzymywanie abstynencji przestało być wyzwaniem, za to pojawił się nowy problem, z duchowością, czyli światem wartości. Wiedziałem, że chcę nie pić, to było najważniejsze, ale co dalej? Co naprawdę jest dla mnie ważne? Co na mojej liście priorytetów jest na drugim, trzecim, czwartym, kolejnym miejscu?
Po co mi to? Żeby wydobyć się z chaosu pijanego myślenia. I żeby być uczciwym, choćby tylko wobec siebie. To też dobrze znany element Programu AA, nieprawdaż? Uczciwość wobec siebie, ale uczciwość dorosłego, trzeźwego człowieka, a nie małego chłopca. Tu już nie chodzi o dziecinne zakłamywanie rzeczywistości i sprzeczanie się z faktami, ale o jedność między tym, co myślę, co robię, w co wierzę i co mówię.

Pierwszy raz listę priorytetów życiowych robiłem bardzo dawno temu, może na terapii, albo jakichś warsztatach z duchowości, już nie pamiętam. Na swojej liście miałem wtedy abstynencję, trzeźwienie (odróżniałem już wtedy samo niepicie, od trzeźwości), zdrowie, rodzinę, Boga i religię, uczciwość… Poza abstynencją, cała reszta to były fantazje, marzenia, z sufitu wzięte przekonania i chciejstwa. W ich rozpoznaniu, już dużo później, bardzo przydała mi się tabela czasu, czyli graficzne, albo procentowe przedstawienie, ile czasu i na co przeznaczam, na przykład w miesiącu. Kiedy to sobie ładnie wyrysowałem, moje iluzje zaczęły się sypać. Okazało się, że oszukuję. Siebie i innych.
Abstynencja? Tak, na to przeznaczałem dużo czasu, bo to i terapia i mityngi AA i jakieś warsztaty, maratony itp. zajęcia. Jakieś trzydzieści-czterdzieści godzin miesięcznie.
Trzeźwienie? Jakie niby trzeźwienie?! Nie pracowałem ze sponsorem, nie poznawałem i nie realizowałem Programu AA, nie czytałem literatury AA, nie pełniłem służb. Zero.
Zdrowie? Gębę miałem pełną połamanych i popsutych zębów, paliłem po czterdzieści papierosów na dobę, nie robiłem badań okresowych. Zero.
Rodzina? Z żoną rozeszliśmy się już dawno temu, syna wkurzałem tak, że uciekł z domu do internatu, na kontakty z resztą dość dużej rodziny nie miałem (jakoby) czasu. Może odrobinę więcej niż zero, ale…
Bóg i religia – owszem, był taki czas, w którym namiętnie latałem do kościoła, ale jakoś nie starczyło mi zapału, by poczytać Pismo Święte, a choćby tylko Nowy Testament, czy wreszcie zapoznać się z Dekalogiem i starać się żyć zgodnie z jego wskazaniami. Cztery godziny na miesiąc, ale i tego nie jestem pewien.

Ostatecznie wyszło mi, że poza snem i pracą zawodową, które w tych wyliczeniach nie biorą udziału z oczywistych względów, najwięcej czasu poświęcam… telewizorowi. Tak, dużo więcej nawet niż abstynencji, bo przynajmniej dwie-trzy godziny dziennie; czasem jeszcze więcej.

Najpierw sprawy najważniejsze, czyli…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

niedziela, 3 lipca 2011

Wspólnota AA po mityngu

W tym Opolu znowu coś wymyślają! – zdążyłem już usłyszeć i… właściwie to chyba powinienem potwierdzić. Daje się odczuć pewien niedobór, jakby brak czy deficyt, więc na różnych grupach w mieście, różni ludzie, niezależnie od siebie, szukają rozwiązania, to jest wymyślają, jak to nazwał mój przemiły rozmówca. Co wymyślają? Ja nazywam to Wspólnotą AA po mityngu AA, albo po prostu AA po mityngu AA. To oczywiście tylko taki skrót myślowy, bo w sumie nie jest ważne, czy to o co nam chodzi, odbywać się będzie akurat po mityngach AA, czy może przed, albo w ogóle w innych dniach i godzinach. A chodzi, tak w ogóle, o wspólnotę.

Całymi latami mieliśmy Wspólnotę AA, ale nie jestem pewien, czy mieliśmy wspólnotę. Wspólnota AA sprowadzała się, w naszym wydaniu, właściwie tylko do mityngów AA, a mityng… wiadomo: drobiazgowo opracowany scenariusz, nakazy, zakazy, regulaminy, zasady, ale przede wszystkim bardzo ograniczona interakcja uczestników – do nikogo nie wolno się odezwać, nikomu wprost odpowiedzieć, niczego skomentować, nikogo o nic dopytać… mityng to seria monologów. Może to nawet i dobrze, bo porządek, bo poczucie bezpieczeństwa itd., ale chodzi o coś innego: czy ludzie, którzy spotykają się na dwie godziny tygodniowo, by wygłosić po kilka monologów, których inni słuchają, albo i nie, a następnie szybciutko rozchodzą do swoich spraw, rzeczywiście tworzą jakąś wspólnotę?

W naszym mieście, choć oczywiście nie w całym, miał miejsce cud przemiany (jest książka o takim tytule, wydana z okazji trzydziestolecia AA). I ten cud trwa. Mamy już grupy AA działające zgodnie z Tradycjami AA, nie przejadamy i nie przepijamy pieniędzy Wspólnoty AA, mamy mityngi pozbawione obrzędów i ceremonii, na których obecny jest Program AA, mamy sponsorowanie, służby, w dobrze zorganizowany i efektywny sposób niesiemy posłanie na zewnątrz… czegóż chcieć więcej? Ano, może właśnie prawdziwej wspólnoty…
Kiedy jeszcze mieliśmy tylko mityngi, spoiwem był alkoholizm, i obawa przed złamaniem abstynencji. Koncentrowaliśmy się na problemie, a nie na rozwiązaniach. Dziś okazuje się, że łączy nas dużo więcej, niż tylko ta sama choroba, ale prawdziwy związek wymaga bliskości, obecności – nie wystarczą mityngowe monologi. Lubimy się, szanujemy, mamy do siebie zaufanie, współpracujemy, cieszymy ze swojego towarzystwa, lubimy razem przebywać i wspólnie spędzać czas…

Na mityngi jednej z grup, uczestnicy przychodzą czasem prawie godzinę wcześniej, żeby po prostu być razem, porozmawiać. Na innej testowany jest pomysł spotkań (mityngów) dyskusyjnych, na jeszcze innej padła propozycja zorganizowania klubu, jako miejsca nieco luźniejszych spotkań, albo grupy wsparcia. Wszystko to oczywiście jest na bardzo wczesnym etapie, nawet nie planowania, ale omawiania pomysłów, tym niemniej jedno nie ulega wątpliwości – alkoholikom w Opolu przestają wystarczać same tylko mityngi.

Czasem tylko ze zdziwieniem, ale i pewnym rozbawieniem zadaję sobie pytanie, czemu potrzebowaliśmy siedemdziesięciu lat, by zorientować się w potrzebach, które alkoholicy w Akron (i nie tylko tam) dostrzegli i nauczyli się realizować już od samego początku – spotykali się i godzinami rozmawiali…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach