środa, 17 sierpnia 2011

Rozwiązania - nie problemy!

Jak zawsze, chciałam powiedzieć, że cieszę się, że dzisiaj nie piję i tu z wami jestem, ale… mówiła lekko podniesionym, pełnym napięcia głosem, mnąc nerwowo higieniczną chusteczkę - … ale właśnie zdałam sobie sprawę, że to nieprawda. Wcale się nie cieszę! I nie mówicie mi, że mi się chce pić, albo że mam nawrót, bo to nie o to chodzi! – zawołała nieco histerycznie – pić nie chcę, ale to trzeźwe życie wcale mi się nie podoba! Tak długo, już za długo, okłamywałam siebie i innych – teraz wydawała się zmęczona i bezradna – bo przecież ja się nie cieszę, ja… cierpię…
W tym momencie mogłem jej tylko pogratulować wielkiej szansy, którą chyba nie każdy z nas dostaje, niestety… 


Cieszę się, że dzisiaj nie piję

Kiedy trafiłem do AA, wszystkie mityngi w mieście odbywały się według tego samego scenariusza, a lwią część spotkania zajmowały zwykle tak zwane problemy i radości. Od kolegów z dłuższą abstynencją szybko nauczyłem się mówić: a ja się cieszę, że dzisiaj nie pije i tutaj dotarłem – wydawało mi się, że tak należy, tak trzeba, bo przecież byłoby czarną niewdzięcznością z mojej strony nie dawać świadectwa swojej radości z niepicia. Radości, którą czułem przez kilka, może kilkanaście miesięcy, bo później… po prostu kłamałem, choć początkowo i nawet dość długo, nie całkiem świadomie i bez złej woli.

Euforia, wynikająca z utrzymywanej coraz dłużej i już bez jakiegoś ogromnego wysiłku abstynencji, mijała. Niepicie powoli stawało się normą, czymś oczywistym i zwyczajnym. Odrobinę przetrzeźwiałem i rozglądając się po tym swoim nowym życiu odkryłem, że właściwie to ono wcale mi się aż tak bardzo nie podoba. Wracać do picia absolutnie i pod żadnym pozorem nie chciałem, ale to co jest też mnie nie satysfakcjonowało.

Trzeźwość to nieustanne poznawanie siebie + zmiana – to najkrótsza definicja, jaką znam. Jeśli jednak, zamiast mozolnego poznawania siebie, wmawiam sobie, że jestem szczęśliwy, zadowolony i się cieszę, to żadnego odkrycia na swój temat nie dokonam, a poza tym… po co cokolwiek zmieniać, jeśli jest tak dobrze? Trwaj chwilo, jesteś piękna! Tak? Naprawdę było tak pięknie? W domu, z rodziną, w pracy… wszędzie poza salkami mityngowymi?

Dopiero w drugim, albo i trzecim roku abstynencji zacząłem zadawać sobie pytanie: jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Powolutku zaczynało też do mnie docierać, że dobrostan – prawdziwy, albo tylko sobie wmówiony, obojętne – nie skłania do zmian, wręcz przeciwnie: motorem zmian jest cierpienie, nie radość. Zrozumiałem też, że przecież ja o tym wiedziałem od dawna: od cierpienia, szukając ulgi, uciekałem w picie i od cierpienia, wynikającego z picia, uciekłem na terapię odwykową i do AA.
Jeżeli dopuszczam do siebie świadomość cierpienia – mam szansę na zmianę, ale dopóki wmawiam sobie, że jest świetnie, że się cieszę – przegrywam.

Podobną, choć może nawet jeszcze bardziej perfidną sztuczką, którą latami uprawiałem na mityngach, była koncentracja na problemach, zamiast na rozwiązaniach. Jak to działało? Powiedzmy, że wydarzyło się coś złego; w domu, albo w pracy, a więc szedłem na mityng zaprzątnięty jakimś tam swoim problemem. Podczas spotkania, wysłuchałem kilku hardcorowych opowieści z czasów destrukcyjnego picia; sam też jakiś dramat przywołałem z pamięci i opowiedziałem. W porównaniu z tymi koszmarami mój aktualny problem tracił na znaczeniu, stawał się banalny. W ten oto prosty sposób zmniejszałem swoje cierpienie z poziomu, który wymagał określonego działania, pracy i wysiłku, do niewielkiego, w sumie akceptowanego dyskomfortu psychicznego. I znowu nic nie trzeba było robić. I znowu traciłem szansę na...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach