wtorek, 29 listopada 2011

Zerwana więź - 11 Krok AA

Pierwszy raz w życiu usłyszałem tekst Jedenastego Kroku prawdopodobnie w czerwcu 1998 roku. Byłem wówczas ateistą, więc natychmiast uznałem, że chodzi w nim o religię, jakieś modlitwy, kościół itp., czyli sprawy, które wtedy zupełnie mnie nie interesowały.


ZERWANA WIĘŹ – rozważania o Jedenastym Kroku i Utopii


Listopad 2011. Odwiedziło mnie dwóch przyjaciół. Pierwszy potrzebował mojej pomocy. Drugiego o pomoc prosiłem ja. Po załatwieniu spraw, o które chodziło, rozmawialiśmy jeszcze na różne tematy, przy herbacie i drożdżówkach. Wychodzili – takie przynajmniej odniosłem wrażenie – nie dlatego, że dosyć mieli naszego spotkania i towarzystwa, ale po prostu dlatego, że musieli, wzywały ich obowiązki. Kiedy poszli, zacząłem rozmyślać o Kroku Jedenastym i o tym, jak wiele zmieniło się od tego mojego pierwszego mityngu do dzisiejszego spotkania z przyjaciółmi.
Zmiana niewątpliwie odbywała się w sposób ciągły, tym niemniej wyznaczały ją pewne etapy, jak gdyby kamienie milowe. Na początku było to odrzucenie, później niechętna tolerancja, następnie  akceptacja, a wreszcie zrozumienie, że modlitwa i medytacja, same w sobie, nie są celem Jedenastego Kroku. Tym jest dopiero korekta relacji z Bogiem, ale przecież nie tylko z Nim.

Najbardziej istotną istotą moich błędów, którą odkryłem podczas realizacji Kroków IV-V, był egocentryczny strach, lęk; przed oceną, przed krytyką, śmiesznością, ale głównie przed odrzuceniem. W każdym razie to on właśnie kształtował moje związki z innymi ludźmi, które w efekcie właściwie chyba nigdy nie były naturalne i czyste w założeniach i intencjach.
Listopadowe spotkanie uświadomiło mi, jak wielka zaszła zmiana. Dziś mam przyjaciół. Dobrze się czuję w ich towarzystwie. Ich obecność, nawet bliskość oraz fakt, że od czasu do czasu robimy coś wspólnie, razem, są szczególnie satysfakcjonujące. Niezmiernie cieszy mnie i to, że czasem któremuś uda mi się pomóc; bezinteresownie, nie oczekując nagrody i nie domagając się niczego w zamian.

Więź – znakomicie dobrane określenie w tym Kroku. Poprawność jest oczywiście ważna, jak choćby kultura osobista, ale przecież to tylko początek drogi. Bo poprawny, a nawet dobry kontakt, może mieć na przykład sprzedawca z klientem, albo dyrektor z załogą. Z rodziną, przyjaciółmi, innymi ludźmi i to nie tylko na spotkaniach (mityngach) AA, mam budować bliskość, doskonalić więź. Tak… coraz doskonalsza więź tam, gdzie ona istnieje, gdzie przetrwała oraz budowana od podstaw wszędzie tam, gdzie jej wcześniej nie było, albo gdzie została zerwana.

Zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, najważniejsze przykazania mówią o miłości*, a więc budowa i odbudowa życzliwych, przyjaznych relacji z innymi ludźmi automatycznie i w sposób zupełnie naturalny (moim zdaniem) świadczą o naszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy; są wyrazem zrozumienia i szacunku dla Jego woli.

Pozornie, zwłaszcza jeśli popatrzeć z pewnego dystansu, niewiele się w tym moim życiu zmieniło...


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach






---
* Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy.  (Mt 22:37-40)
Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. (J 13, 34)

** Większość z nas czuje, że nie musi już poszukiwać Utopii. Jest ona z nami – tu i teraz. („Anonimowi Alkoholicy”, wydanie II, str. 13)

niedziela, 20 listopada 2011

Tajemnice Wielkiej Księgi

Latem roku 2011 w Nysie (miasteczko w województwie opolskim) dowiedziałem się, że w ogóle istnieje, a już kilka miesięcy później w Londynie poznawałem bliżej technikę, metodę, sposób realizacji Programu AA – podczas pracy sponsora z podopiecznym – w czasie i tempie, które w Polsce wydają się zupełnie nieprawdopodobne, bo tam zajmuje im to zaledwie kilka miesięcy, bywa, że trzy-cztery.

 W trakcie rozmów, co chyba oczywiste, prędzej czy później pojawić się musiało pytanie, na jakiej podstawie AA w Londynie zakładają, że coś takiego jest możliwe, skąd w ogóle taki pomysł? Odpowiedź: z Wielkiej Księgi, z książki pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”, wprawiła mnie w osłupienie. Wydawało mi się, że całkiem nieźle znam literaturę AA, a zwłaszcza Wielką Księgę i nie sądziłem, by było możliwe, żebym coś takiego przeoczył. No, to mi pokazali. W oryginalnym, to jest angielskim wydaniu Wielkiej Księgi. Niestety, zdania, o które chodzi, w mojej polskiej wersji „Anonimowych Alkoholików” z 2006 roku nie znalazłem. Najwyraźniej ktoś, kiedyś, uznał je za zbędne, może dla polskich alkoholików szkodliwe, nie wiem, i po prostu z treści książki usunął.

 Tłumaczenie materiałów AA, w tym zdaje się także Wielkiej Księgi, otrzymanej w darze od Franka J. z Kalifornii, psycholog mgr Maria Matuszewska powierzyła Rajmundowi, alkoholikowi, który dołączył do grupy „Eleusis” w Poznaniu w maju 1973 roku. Zgodnie z notatkami Marii Matuszewskiej z tamtych czasów, Rajmund …tłumaczenia robił z perfekcyjną wręcz dokładnością, doradzając się nieraz czy dobrze rozumie sens idei, trafnie dobiera słowa, a w takim razie wydaje się mało prawdopodobne, by zgubił całe zdanie. Czyżby ten fragment był obecny w pierwszym polskim wydaniu WK, ale został usunięty dopiero w wydaniu następnym? Dlaczego?

 Zdanie usunięte z WK, z dodatku pod tytułem „Przeżycie duchowe”, brzmi:
 What often takes a place in a few months could seldom have been accomplished by years of self disciplineTo, co często wydarza się w ciągu kilku miesięcy, rzadko może zostać osiągnięte poprzez lata samodyscypliny.

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

piątek, 18 listopada 2011

Mityng spikerski Meszuge

Mityng spikerski, podczas którego Meszuge mówił między innymi o Tradycjach AA*, odbył się 09.11.2011 na Angel w Londynie (2 Devonia Road).



Spikerka Meszuge: Tradycje AA – teoria, czy praktyka?


Uważam, że spikerskie mityngi AA stanowią ogromną siłę i wspaniałe rozwiązanie. Jeśli słuchało się dziesięciu spikerów, to pozornie może się wydawać, że mówią oni to samo, albo coś bardzo podobnego, natomiast to niezupełnie tak jest. Z mojego doświadczenia wynika, że to co zostało powiedziane, ja nie zawsze usłyszałem; często trzeba było kilka razy mówić jedno i to samo, żebym w ogóle usłyszał. Ale jeżeli już usłyszałem, to wcale jeszcze nie znaczy, że zrozumiałem. Jeżeli w końcu zrozumiałem, to wcale jeszcze nie znaczy, że zastosowałem. A jeżeli nawet raz czy drugi zastosowałem, to wcale jeszcze nie znaczy, że stało się to moją codzienną praktyką i stałym elementem życia.
Był taki okres w moim mieście, kiedy nawet dość często któraś grupa organizowała mityng spikerski, ale później jakoś tę dobrą praktykę zagubiliśmy i widzę, że czas wracać na szlak. Ale… mówić miałem o Tradycjach.

Kiedy szykowałem się do pracy ze sponsorem na Tradycjach, dostałem dwa zadania, pytania wprowadzające, wstępne. Po pierwsze sponsor zapytał mnie, kiedy na poważnie zaczyna się Wspólnota AA? Ale właśnie – na poważnie. Ja oczywiście najpierw pomyślałem, że w dniu, w którym po raz pierwszy trafiłem na mityng AA, ale najwyraźniej nie o to mu chodziło, więc zasugerował, żebym jeszcze przemyślał temat. Wymyślałem wtedy różne rzeczy, łącznie z tą, że Wspólnota AA zaczęła się dla mnie wraz z pierwszym kieliszkiem, bo przecież wszystko później było konsekwencją… Wreszcie, po długich i ciężkich cierpieniach doszedłem do tego, że są dwa elementy świadczące o tym, że Wspólnotę AA traktuję poważnie. Pierwszy element, to sponsor z prawdziwego zdarzenia, czyli ktoś, z kim robię Program. Zwracam na to szczególnie uwagę, bo z moim pierwszym sponsorem nie pracowałem na Programie; ja go tylko miałem i niewiele z tego wynikało. Element drugi to ten moment, w którym zaczynam poważnie traktować Tradycje AA, w którym Tradycje AA stają się ważne w moim życiu i to nie tylko tym… mityngowym i aowskim.
Było to dla mnie sporym szokiem, bo całymi latami wydawało mi się, że Tradycje AA dotyczą jakichś tam Regionów, może jakiejś centrali w Warszawie, a ja jestem zwykły alkoholik i jako taki mam Kroki, a Tradycje są dla jakichś organizatorów, działaczy, że mnie to nie dotyczy. Ogromnym zaskoczeniem było zrozumienie, że te Tradycje nie dość, że stanowią fundament prawidłowego funkcjonowania każdej grupy AA, to jeszcze są wskazówką na moje życie, życie poza Wspólnotą.

Trzy legaty: Dziedzictwo Zdrowienia, Dziedzictwo Jedności, Dziedzictwo Służby. Dopóki nie piję, wszystko jest możliwe – to jest 12 Kroków. Nie piję, porządkuję swoje życie, układam relacje z bliskimi. Ale jeśli nie chcę być sam, to powinienem podjąć się jakiejś działalności, pracować dla wspólnego dobra, podjąć się służb we Wspólnocie, ale to wypadałoby robić zgodnie z zasadami, a więc być w zgodzie z Tradycjami. Jednak, żeby pełnić służbę, to dobrze byłoby też wiedzieć, jak to robić, żeby nie narobić szkód, trzeba też znać nasze wspólne dobro i wspólny cel i to jest 12 Koncepcji.

Na początku, kiedy przyszedłem do Wspólnoty, nie byłem zainteresowany niczym, poza tym, żeby mnie nauczyli życia obok alkoholu bez alkoholu. Ja nie jestem z tego pokolenia, które jeszcze miało nadzieję, że tutaj dostaną jakąś tabletkę i będą mogli spokojnie pić po staremu, jak kiedyś, to jest bez komplikacji. Ja już chciałem niepić, ale nie wiedziałem, jak to zrobić. I po to poszedłem do AA, a wcześniej jeszcze na terapię. Żeby się nauczyć, dowiedzieć, jak mam żyć bezpiecznie obok alkoholu bez alkoholu. To się udało. Nawet stosunkowo szybko. I wtedy rozsiadłem się z wyrazem błogiego samozadowolenia na grubym pysku i bawiłem się w widza, w obserwatora, który z trybun obserwuje mecz.
Rola widza ma parę bardzo fajnych elementów: można sobie oceniać, można krytykować i to są przyjemne momenty, trochę dają samozadowolenia, trochę ulgi… są takie ludzkie i zwyczajne. Jest jednak w roli widza jeden element bardzo niebezpieczny – obserwując mecz z trybun mogę zacząć sobie wyobrażać, że wiem jak się gra. Tak nie jest! Nie wiem!
Z obserwacji zawodników niczego się nie uczę, nic nie wiem, ale im dłużej siedziałem na tych trybunach, tym bardziej wydawało mi się, że ja też to umiem, a po jeszcze dłuższym czasie, że umiem nawet lepiej niż oni.

W pewnym momencie mój sponsor delikatnie zasugerował, że jeśli nie zacznę podejmować się jakichś służb poza grupą, to on nie bardzo widzi możliwość czy sens naszej dalszej współpracy. Innymi słowy przekazał mi: nasiedziałeś się na tej widowni dosyć, to teraz zejdź na boisko i graj. W myśl zasady kto chce – szuka sposobów, kto nie chce – szuka powodów, wymyślałem niestworzone rzeczy i najrozmaitsze przeszkody: nie jestem gotowy, na pewno mi się nie uda, nie umiem… Wyjdź i graj! Najlepiej jak potrafisz. Kiedy sytuacja zaczęła się robić kryzysowa i albo sponsor, albo…  facet spadaj, jakoś w końcu wyszedłem na to boisko. To znaczy pojechałem na spotkanie Intergrupy i z dygoczącym sercem poprosiłem o przydzielenie mi jakiejś służby. Jakiejś. Oni mnie wypytali, co ja umiem, żeby wiedzieć, do czego się nadaję, żeby nie powierzać mi czegoś, czego nie mogę robić z jakichś tam względów i tak zostałem łącznikiem internetowym Intergrupy. Wcześniej pełniłem jakieś tam służby w grupie, ale teraz wyszedłem poza nią i musiałem zapoznać się z Tradycjami.

Był tu jeszcze jeden element. U nas często powtarzają, że jeśli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, to albo jej nie było, albo uschła jak roślina pozbawiona życiodajnych soków.
Do tego momentu trzeźwiałem dla siebie – zresztą w myśl wskazań terapeutycznych: ty jesteś najważniejszy, trzeźwiejesz dla siebie, więc ja to wszystko robiłem dla siebie i cała reszta świata guzik mnie obchodziła. Dobrze mi szło… Tylko nie wiem, z jakiego powodu życie mi się nie podobało…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

piątek, 11 listopada 2011

Londyn bez znieczulenia

W czwartek wieczorem, jak prawie zawsze, brałem udział w mityngu swojej domowej (macierzystej) grupy AA, czyli „u Franciszków”. Choć tego samego dnia rano byłem jeszcze w Londynie, na ten mityng musiałem się wybrać – pierwsza rocznica grupy oraz inwentura były ważniejsze niż zmęczenie i chrypa. Mówiliśmy o Kroku Pierwszym, Drugim i Trzecim razem, bo zdajemy sobie sprawę, że jeśli nawet uznanie bezsilności ma dla alkoholika znaczenie kluczowe, to jednak bez zawierzenia i powierzenia niewiele z tej bezsilności wynika.
Jako, że Program AA nie jest specyficznym sportem zamkniętych sal mityngowych, a jego efekty powinny być widoczne w codziennym życiu, opowiedziałem o podróży, z której właśnie wróciłem, czyli podzieliłem się własnym doświadczeniem. Bo wszystko zaczęło się dawno temu od mityngu spikerskiego… 


Londyn bez znieczulenia, czyli…
…PZPR w codziennym życiu alkoholika


Pewnego razu wybraliśmy się wraz z przyjaciółmi do Nysy (niewielkie miasteczko na Opolszczyźnie), na spikerski mityng AA. Spikerem miał być alkoholik z kilkumiesięczną chyba abstynencją i już samo to wydawało się frapujące, bo zwykle spikerami są osoby z długim, albo nawet bardzo długim stażem trzeźwienia. Spikerka ciekawa i zajmująca, ale o tym może innym razem. W przerwie mityngu spiker (aktualnie mieszkaniec Londynu), którego widziałem pierwszy raz w życiu, podszedł do mnie i… zaprosił na spikerkę do stolicy Wielkiej Brytanii. Uprzedziłem od razu, że w związku z wyraźnymi niedoborami środków płatniczych (skromna renta inwalidzka) oraz problemem z poruszaniem się (uszkodzony staw biodrowy i kręgosłup) może to być przedsięwzięcie logistycznie dość skomplikowane, kiedy jednak mój nowy znajomy stwierdził, że z tym gospodarze sobie poradzą i biorą to na siebie, nie pozostało mi nic innego jak się zgodzić. Kilkanaście minut później doszedłem do wniosku, że najpewniej zwariowałem już do reszty, ale nie wycofałem się – z różnych powodów zresztą: tak mi się dziwnie porobiło przez to całe trzeźwienie, że lubię dotrzymywać obietnic, a poza tym ciekaw byłem, jak to się robi na Wyspach Brytyjskich. A wyglądało na to, że robi się może i podobnie, ale bardzo szybko i tego właśnie byłem ciekaw.

Do Londynu poleciałem na początku listopada 2011. A co z tym powierzeniem i zawierzeniem, o którym wspomniałem wcześniej? Wybrałem się do obcego kraju, bez minimalnej nawet znajomości języka, bez pieniędzy, na zaproszenie alkoholika, którego widziałem tylko raz w życiu przez dwie godziny, którego nazwiska nie znam do dziś, nie mając przecież zupełnie żadnej gwarancji czy pewności, że ktokolwiek mnie z tego lotniska odbierze i jakoś się tam mną zaopiekuje. Osoby, z którą miałem się spotkać na lotnisku, jak się okazało bardzo atrakcyjnej pani w szykownym białym kapeluszu, też nigdy wcześniej na oczy nie widziałem. Zakrawało to na zupełne szaleństwo i dziesięć lat temu na takie zaufanie i powierzenie się zupełnie obcym ludziom  nie odważyłbym się na pewno. Widać jednak zaszła we mnie pewna zmiana…

Zaczęło się niezbyt szczęśliwie. Trochę błąkałem się po lotnisku (to jednak nie Wrocław, z którego startowałem), zmokłem i przemarzłem na parkingu, zorientowałem się, że zapomniałem leków, które powinienem regularnie zażywać, a jeśli dodać do tego fakt, że wstać musiałem w środku nocy, to i nic dziwnego, że byłem po prostu  rozdrażniony i mocno nieszczęśliwy. Zanim jednak zacząłem żałować całego tego przedsięwzięcia i zanim wyprodukowałem sobie przekonanie, że palnąłem głupstwo, gospodarze otoczyli mnie opieką i życzliwością o jakiej nawet nie marzyłem. W domach Moniki, Beaty, Andy’ego i Jacka znalazłem schronienie, własny pokój, wygodne łóżko i posiłki, na jakie u siebie niezbyt często mogę sobie pozwolić.

Jeszcze przed wyjazdem zaskoczyły mnie odrobinę pytania Tadeusza, przedstawiciela organizatorów, o to, czy zechcę poprowadzić…? czy zgodzę się uczestniczyć…? czy wezmę udział…? Wybrałem się tam w ramach praktycznej realizacji Dwunastego Kroku. Spiker na mityngu AA to służba, a ja byłem sługą (ewentualnie służącym, ale nie służebnym, bo takie słowo we współczesnym języku polskim nie występuje już w formie osobowej), który ma po prostu robić to, co do niego należy i to najlepiej jak potrafi. Tym niemniej wdzięczy jestem za taką kurtuazję. To było naprawdę miłe.
Gospodarze wypełnili mi czas po brzegi: każdego dnia służyłem jako spiker na mityngu, prowadziłem warsztat Tradycji, brałem udział w spotkaniu Intergrupy; dochodziły do tego dziesiątki godzin dyskusji panelowych. Po trzech dniach zacząłem chrypieć od tego gadania, ale dzielnie dotrwałem do końca – choć czasem zastanawiam się, jakim cudem wytrzymali ze mną sympatyczni i wyrozumiali Londyńczycy.

Zgodnie ze swoim przekonaniem, że pić umiemy wszyscy, więc opowieściami o piciu nikogo nie jestem w stanie nauczyć niczego dobrego, nie mówiłem na spikerkach o tym okresie mojego życia prawie wcale. Opowiadałem o Programie AA, o tym, jak zmieniło się dzięki niemu życie rodziny, bliskich, przyjaciół i moje, o sponsorowaniu, wreszcie o zastosowaniu w codziennym życiu, także tym pozamityngowym, Tradycji Wspólnoty AA. Tam, gdzie było to możliwe, prosiłem o pytania – ja oczywiście jestem przekonany, że najlepiej wiem, co słuchacze potrzebują i chcieliby usłyszeć, ale...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

wtorek, 1 listopada 2011

Badacze Pisma Świętego...


…we Wspólnocie AA w Polsce

Kilka razy miałem już okazję czytać i słyszeć, szydercze, drwiące, w każdym razie mocno pejoratywnie, nieomalże jak wyzwisko traktowane określenie, kierowane pod adresem różnych anonimowych alkoholików, a nawet całych grup: Badacze Pisma Świętego. Jako, że przykro mi zawsze, gdy przyjaciele z AA robią z siebie pośmiewisko, z powodu żenującej niewiedzy, albo popisują się rasizmem, wystawiając w ten sposób świadectwo całej Wspólnocie AA w Polsce, śpieszę z poniższym wyjaśnieniem.

Badacze Pisma Świętego jest to nurt religijny wywodzący się z chrześcijaństwa, zapoczątkowany w 1870 przez Charlesa Taze Russella w Pensylwanii (USA). Badacze Pisma Świętego uważali, że prawdy religijnej należy szukać tylko i wyłącznie w Biblii, a nie w kościelnych tradycjach i dogmatach. W 1931 najliczniejsza grupa Badaczy Pisma Świętego (związana z Towarzystwem „Strażnica”), przyjęła nazwę Świadkowie Jehowy. W hitlerowskich Niemczech byli oni prześladowani, więzieni i mordowani w obozach koncentracyjnych.
Traktowanie i używanie nazwy czyjegoś wyznania czy religii, jako obelgi, wyzwiska czy drwiny, uważam za niedopuszczalne i karygodne.

Pewnego razu ktoś zasugerował, że może chodzi tu o książkę pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”. Jeśli nawet zwana jest ona czasem Wielką Księgą, to jednak nadal nie jest Pismem Świętym, nie jest Biblią – takie porównania mogą być obraźliwe, deprecjonujące i nie do przyjęcia dla chrześcijan, a zwłaszcza katolików. Pismo Święte, Biblia, jest słowem bożym – autor Wielkiej Księgi, William Wilson, nie był bogiem i – z tego co mi wiadomo – nie jest nadal.

Inne, równie pokrętne tłumaczenie mówi, że ci „badacze pisma świętego”, to mieliby być rzekomo alkoholicy, którzy czytają i starają się zrozumieć literaturę aowską i zawarte w niej zalecenia, ale w to – od razu przyznam – uwierzyć nie jestem w stanie. Po prostu nie wydaje mi się możliwe, nie mieści mi się w głowie, by jeden alkoholik drwił z drugiego alkoholika, bo ten czyta, stara się zrozumieć i wdrażać w życie sugestie zawarte w literaturze Wspólnoty...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach