poniedziałek, 2 lipca 2012

Trudna sztuka hamowania

Nigdy nie chciałem wyrosnąć na „zawodowego AA-owskiego działacza”, czyli kogoś, kto pojęcia o Programie Dwunastu Kroków wielkiego nie ma, nigdy też ich ze sponsorem nie przepracował, kto całą swoją aktywność skierował na służby i działania organizacyjne we Wspólnocie, podporządkowując im dom, rodzinę, czasem nawet sprawy zawodowe. Kpiłem i drwiłem z takich postaw bez litości. Nie miałem racji. Zamiast być wdzięcznym, za naukę i podpowiedź, kim nie chcę się stać, jak nie chciałbym żyć, za pokazanie, gdzie w naszym AA-owskim życiu mogą czaić się zagrożenia, pyszniłem się w przekonaniu, że MNIE coś takiego nigdy nie spotka. Dzisiaj trochę się tego wstydzę, ale… takie są fakty, tak było.

Trudna sztuka hamowania

Mijały lata. Do połowy 2012 roku brałem udział w warsztatach Kroków w Woźniakowie, podobnych na Górze św. Anny, wpłaciłem zaliczkę na jesienną edycję warsztatów  KpK w Woźniakowie, zacząłem kombinować, jak tu jednak pojechać jesienią po raz kolejny na warsztaty Kroków na Górze św. Anny, planowałem spikerkę w X, warsztaty Kroków w Y, warsztaty sponsorowania w Z…
Tak się złożyło, że w międzyczasie uczestniczyłem w Central Europe Friends Gathering (europejski mityng kwakrów). Chociaż wśród ludzi tego samego wyznania czułem się bardzo dobrze, to jednak pojawił się pewien dyskomfort. Początkowo wiązałem go tylko z nieznajomością języka i oczywistą w związku z tym niewygodą, jednak po pewnym czasie okazało, że nie tylko o to tu chodzi – nie byłem organizatorem tego spotkania, ani lektorem, czy wykładowcą, nawet nie liderem grupy… Byłem po prostu nikim. Zupełnie zwyczajnym, przeciętnym uczestnikiem. Może nawet odrobinę mniej niż przeciętnym, bo co trochę potrzebowałem pomocy i wsparcia tłumacza.

Zorientowałem się też, że bycie nikim (to tylko taki skrót myślowy, bo przecież każdy z nas jest kimś) ma dwie strony. W związku z zaangażowaniem i aktywnym udziałem we wszystkich tych AA-owskich warsztatach i z dystansu swoich kilkunastu lat abstynencji oraz pracy wkładanej w organizację warsztatów, trochę już zapomniałem, jak to jest być nikim. Ale z drugiej strony ulga: to nie ja odpowiadam, to nie ja muszę się martwić (o to, czy tamto), to nie ja muszę być dyspozycyjny, to nie ja muszę pilnować dyscypliny, czasu wypowiedzi, materiałów i stu innych spraw. Obie strony tego medalu mają swoje plusy i minusy.

Zadowolony, że wykierowanie się na „zawodowego AA-owskiego działacza” mi nie grozi, byłbym wpadł w inną pułapkę. Jeszcze z rok, może dwa, a wykreowałbym, jeśli dotąd nie istnieje, i natychmiast sam objął, rolę, stanowisko „AA-owskiego szkoleniowca”.
Temat ten wydaje się wyjątkowo delikatny i trudny, bo jednocześnie obejmuje bardzo ważny element AA-owskiej działalności, może nawet najważniejszy: niesienie posłania. O cóż więc chodzi? Ano, o równowagę. Tylko o nią.

Nie ulega wątpliwości, że różnorakie służby we Wspólnocie muszą być pełnione, tak i oczywista jest potrzeba nieustannego niesienia posłania; coraz lepiej, coraz skuteczniej. Tym niemniej to ja – sam przed sobą – odpowiadam za zachowanie równowagi między własnym trzeźwieniem, rozwojem i wzrastaniem, a pomocą udzielaną innym. Żebym w którymś momencie nie zaczął dawać więcej, niż faktycznie mam do dyspozycji, żebym nie zaczął innych, ważnych dziedzin swojego życia podporządkowywać AA-owskim warsztatom; przede wszystkim Kroków i sponsorowania, bo na warsztatach na przykład Koncepcji nigdy w życiu nie byłem i nie miałbym się na takich czym popisać.
W tym momencie dotykam kolejnego aspektu tego zagadnienia, to jest prawdziwych intencji mojego działania i uczciwości wobec siebie. Czy na czwarte w tym roku warsztaty Kroków, a ze dwudzieste w życiu, wybierałem się bardziej dla potrzebujących pomocy przyjaciół, czy może...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

2 komentarze:

  1. Meszuge, trafnie ująłeś problem. Jestem początkującym trzeźwiejącym alkoholikiem, na razie obserwatorem a raczej tym, który czerpie z doświadczenia innych, dla siebie. Są we wspólnocie i "szkoleniowcy" i "związkowi działacze". Ale myslę sobie, że i oni są potrzebni.

    OdpowiedzUsuń