piątek, 20 grudnia 2013

Koncepcja Czwarta i Tradycje

Koncepcja Czwarta: Wszystkie poziomy służby AA powinny mieć przyznane tradycyjne „Prawo do Uczestnictwa", pozwalające na głosowanie proporcjonalne do ponoszonej odpowiedzialności.
Tradycja Ósma: Działalność we Wspólnocie AA powinna na zawsze pozostać honorowa, dopuszcza się jednak zatrudnianie niezbędnych pracowników w służbach AA.
Tradycja Dziewiąta: Anonimowi Alkoholicy nie powinni nigdy stać się organizacją; dopuszcza się jednak tworzenie służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym służą.

 

Koncepcja Czwarta i Tradycje Wspólnoty AA

Usłyszałem niedawno, że jest w Polsce grupa AA, której prowadzący odczytuje podczas mityngu zawarte w scenariuszu zdanie: w związku z Czwartą Koncepcją, czyli prawem do uczestnictwa, proszę ograniczyć swoje wypowiedzi do trzech minut. Ups!  Kiedy osłupienie mi przeszło, pomyślałem, że może jednak napiszę coś o swoim rozumieniu tej kwestii. Oczywiście racji mieć nie muszę, to tylko takie moje… rozważania.

Dawno, dawno temu z wielkim zaskoczeniem odkryłem, że Program Dwunastu Kroków jest całością. Oczywiście Kroki należy realizować kolejno – przynajmniej za pierwszym razem, pracując ze sponsorem – ale później żyję przecież, stosując wszystkie wskazówki w nich zawarte, we wszystkich swoich codziennych poczynaniach. Czasem porównuję to do szkoły, na przykład technikum – najpierw klasa pierwsza, później druga, trzecia itd., bo nikt przecież nie uczy się we wszystkich klasach jednocześnie, ale nie zmienia to faktu, że technikum jest całością, po jego ukończeniu, w pracy, wykorzystywał będę wszystkie zdobyte wiadomości i umiejętności razem, nie dzieląc ich przecież na te pierwszo- czy drugoklasowe. W każdym razie zapewne dlatego właśnie zrozumienie, że Tradycje też są całością i że łączą się one w kolejną, większą całość z Koncepcjami, nie zaskoczyło mnie już aż tak bardzo, a i zrozumienie nie stanowiło wielkiego wyzwania.

Pierwszy kłopot pojawia się już podczas lektury samej Koncepcji Czwartej, bo głosowanie proporcjonalne do ponoszonej odpowiedzialności pozornie sugeruje, że osoby o większej odpowiedzialności mają proporcjonalnie więcej głosów do dyspozycji, albo że ich głosy mają większą wagę i znaczenie. Tak jednak nie jest, ale… najpierw odrobina historii.
Kiedy Wspólnota liczyła kilkuset członków albo kilka tysięcy, kiedy książki („Anonimowi Alkoholicy”) jeszcze nie było, albo była, ale sprzedawała się słabo, zawsze znajdowali się chętni do wykonania na rzecz Wspólnoty takich czy innych prostych zadań. Z czasem, wraz ze wzrostem liczebności, pojawiły się problemy, bo prace, które należało wykonać, przekraczały swoim rozmiarem dobrą wolę, możliwości albo kwalifikacje wolontariuszy. Pojawiło się też pytanie, czy ktokolwiek (oczywiście chodziło głównie o Bill W.) jest zobowiązany bez wynagrodzenia pisać książki dla Wspólnoty. W taki sposób narodziła się Ósma Tradycja, opublikowana bodajże w czerwcu 1946, ale przyjęta wraz z innymi przez Pierwszą Międzynarodową Konwencję AA w Cleveland dopiero w 1950 roku.
Pierwszym krokiem Billa W. i doktora Boba w tworzeniu struktury służb światowych była Fundacja Alkoholików (od 1954 roku Zarząd Służb Ogólnych, GSO), której członkami byli także nie alkoholicy.  Tak jest zresztą do dziś, choć obecnie proporcje są nieco inne niż wtedy. Tradycja Dziewiąta dopuszczała wprawdzie tworzenie służb i komisji odpowiedzialnych wobec tych, którym służą, ale jednocześnie nie pozwalała na przekształcenie Wspólnoty AA w organizację. O co tu chodzi?

Cech charakteryzujących organizację jest na pewno mnóstwo, ale w tym momencie chcę zwrócić uwagę na jedną: w typowej organizacji odpowiedzialność dość często nie jest bezpośrednio powiązana z władzą, rozumianą tu jako zdolność do podejmowania decyzji. W jednostce wojskowej albo korporacji rozkazy wydaje dowódca (dyrektor), ale ostateczna realizacja zadania należy, a odpowiedzialność za nie spoczywa w rękach szeregowych żołnierzy (robotników), którzy z kolei nie mają żadnego udziału w zarządzaniu, podejmowaniu decyzji. Oczywiście są firmy i instytucje, w których taka organizacja i struktura dobrze się sprawdzają, ale Wspólnota AA jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju.

Początkowo Wspólnota zarządzana była w sposób autorytarny – nieomalże o wszystkim decydowali Bill i Bob. Przekazali oni swoje uprawnienia (władzę) Powiernikom i… doszło do sytuacji szczególnej, o której Bill W. pisał: W ten właśnie sposób pierwsi Powiernicy otrzymali całą możliwą władzę. Większość faktycznej odpowiedzialności za postępowanie Centrali AA tak czy inaczej spoczywała jednak na mnie, na mojej asystentce i jej zespole. Z jednej strony stali więc Powiernicy, którzy mieli pełną władzę, a z drugiej założyciele i kierownicy biura, którzy mieli wielki zakres odpowiedzialności, ale praktycznie żadnych uprawnień. Był to rodzaj schizofrenii i powód poważnych kłopotów*.

W grupie AA (w Intergrupie, Regionie) wszyscy mamy równe prawa. Początkujący i weterani są takimi samymi anonimowymi alkoholikami, więc w równym stopniu mają prawo uczestniczyć w życiu Wspólnoty i kiedy przychodzi do głosowania, nie ma szefów, podwładnych, czcigodnych mężów zaufania, nowicjuszy, sponsorów i podopiecznych. Przede wszystkim jednak, żaden szczebel struktury Wspólnoty AA nie ma ostatecznej władzy nad innymi. Bill W. pisał: Za każdym razem, gdy powstaje władza absolutna, stanowi to zaproszenie dla tej samej skłonności do nadmiernej dominacji we wszystkich sprawach, małych i wielkich. Dopiero po latach zauważyliśmy, że nigdy nie można powierzać całej władzy jednej grupie, a praktycznie całej odpowiedzialności innej, a następnie oczekiwać wydajnego działania, nie mówiąc już o prawdziwej harmonii*, i to – jak się wydaje – stanowi istotę Czwartej Koncepcji: we Wspólnocie AA nie ma władzy bez odpowiedzialności, ani odpowiedzialności bez możliwości realnego uczestniczenia w podejmowaniu decyzji.
Jeśli chcesz uczestniczyć w podejmowaniu decyzji, musisz też zgodzić się na przyjęcie część odpowiedzialności za wprowadzenie jej w życie. Jeśli twoja grupa czyni cię za coś odpowiedzialnym (za twoją zgodą oczywiście), powierza ci jakieś zadanie, powinna też umożliwić ci realne uczestnictwo w procesie podejmowania decyzji w tej sprawie. Przy okazji - związek z Koncepcją Trzecią, zwaną w skrócie „Prawem do decyzji”, wydaje się tu wyraźny.
Oczywiście zakres znaczeniowy tej Koncepcji jest znacznie szerszy, bo tzw. „prawo do uczestnictwa” wyraźnie koliduje z przyjmowaniem do AA (pozwala mi uczestniczyć w każdym mityngu, jeśli tylko chcę przestać pić); dzięki niemu mogę też czynnie uczestniczyć w głosowaniach itd. itp.

Ciekawy problem podrzucił mi podopieczny, pytając o Delegatów Służby Krajowej AA, którzy, formalnie rzecz biorąc, mogą brać udział w głosowaniach właściwie każdego szczebla struktury Wspólnoty AA (struktury konferencji i struktury służb, ale to już inna sprawa). Oznacza to, że ktoś taki może przyjechać na inwenturę dowolnej grupy, wziąć udział w głosowaniu nad jakimś projektem, czyli uczestniczyć w podejmowaniu decyzji, a po mityngu może spokojnie wrócić do siebie, zostawiając realizację i odpowiedzialność grupie, na której gościł pierwszy i ostatni raz w życiu. Nie wiem, czy są jakieś regulacje formalno-prawne obowiązujące w tej sprawie, ale bardzo w to wątpię. Wspólnota AA, której jestem członkiem – i tak odpowiedziałem podopiecznemu – w 98% opiera się na dwóch tylko elementach: osobistej odpowiedzialności i zaufaniu. Jak dotąd – działa i to całkiem nieźle. Ale co tam Delegaci, po co sięgać aż tak daleko! Dwie grupy w mieście uważam za swoje grupy „domowe” („macierzyste”); mam, lub miewam w nich służbę. Podczas spotkań organizacyjnych albo inwentury tych grup biorę udział w głosowaniach z pełnym zaangażowaniem. Ale zdarza się też, że trafiam na inwenturę jakiejś innej grupy – nie pełnię w niej żadnej służby, bywam sporadycznie. Słucham wtedy uważnie, czasem podzielę się jakimś doświadczeniem, ale nie uczestniczę w głosowaniu, nie biorę udziału w podejmowaniu decyzji, bo wiem przecież, że nie zostanę tu „na zawsze” i w żaden sposób nie będę uczestniczył w realizacji podjętych decyzji i – co najważniejsze – w ponoszeniu odpowiedzialności za nie.

Grupa, w której decyzje podejmuje jej założyciel, weteran, lokalny guru, reszta natomiast odpowiada za realizację jego poleceń, nie jest grupą AA. Kilka osób, z których jedna tylko rządzi, na przykład alkoholik, który przestał pić i z tego tytułu przydzielił sobie jakieś szczególne prawa, a pozostałe osoby mają odpowiadać za wykonanie jego rozkazów oraz ich konsekwencje – nie jest rodziną. Tak to widzę.

 

--
* Bill W. „Dwanaście Koncepcji Służb Światowych” („Twelve Concepts for World Service”).


Po opublikowaniu tego tekstu kilka osób pytało mnie, czy w scenariuszu mityngu nie wolno umieścić zapisu o ograniczeniu czasowym poszczególnych wypowiedzi w związku z Czwartą Koncepcją – dzięki temu zorientowałem się, że nastąpiło pewne nieporozumienie, zapewne z mojej winy. Ależ oczywiście, że wolno! Bo i kto niby miałby tego zabronić? Tradycja Czwarta mówi przecież wyraźnie o autonomii grup AA i jeśli tylko sumienie grupy taki zapis przyjęło (sumienie, a nie lokalny weteran!), to wszystko jest w porządku. Zastanawiam się tylko, czy nie spłycamy Czwartej Koncepcji, redukując jej znaczenie do drobnych spraw porządkowych. Ograniczać wypowiedzi, jeśli na grupie taki problem rzeczywiście występuje, można i bez wytaczania ciężkich dział w postaci odwoływania się do Koncepcji. Zwłaszcza, że nadal są to jednak Koncepcje dla służb (światowych albo AA w Polsce, w tym kontekście to już mniej ważne).

sobota, 14 grudnia 2013

Notatki sponsora (odc. 015)

Tak sobie myślę, że spotkania AA potrafią przynosić wiele nowych, zaskakujących doświadczeń i to z dziedzin bardzo – wydawałoby się – od siebie odległych. Przykłady: cenę towaru/usługi negocjować należy przed zorientowaniem się, ile sztuk chcemy kupić, alkoholicy nie mają prawa (sic!) interesować się, czy ich działanie podejmowane w ramach realizacji V Tradycji przynosi w ogóle jakiekolwiek efekty, jednak wydawać bez skrupułów pieniądze Wspólnoty na to działanie mogą i powinni jak najbardziej, to sumienie grupy drogą głosowania decyduje, co jej członkowie mogą robić po mityngu, w imieniu grupy występować może każdy, komu się zachce…
Tak, świat stale się zmienia i wygląda na to, że powoli zaczyna mnie już przeganiać – za „moich czasów” (pracowałem w handlu 15 lat) inną cenę negocjowałem, gdy chciałem kupić 5 sztuk czegoś tam, a zupełnie inną, gdy zamawiałem 10 tysięcy, moja grupa AA nie próbowała decydować, co mi po mityngu wolno i co powinienem robić, grupę reprezentował na zewnątrz (poza strukturami AA) jej rzecznik, a trzeźwi ludzie zastanawiali się czasem, czy ich działania przynoszą w ogóle jakieś efekty, bo może tylko niefrasobliwie trwonią cudze pieniądze. Ale mniejsza z tym, starzeję się najwyraźniej i w obecnej rzeczywistości wymądrzać się już chyba nie powinienem.

Najciekawsza w grudniu (Boże Narodzenie nadchodzi?) była rozmowa z alkoholikiem, potencjalnym podopiecznym, o „Bogu, jakkolwiek Go pojmujemy” i o wyznaniu/religii współzałożyciela Wspólnoty, Billa. W wielkim skrócie postawa mojego rozmówcy: Bill W. był maklerem na Wall Street, a Wall Street to wiadomo, Żydzi; on musiał się im podlizywać, bo był tam poważnie zadłużony, ale my nie musimy, więc będziemy „robić” Program, jednak pod warunkiem, że określenie „Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy” zastąpimy Jezusem Chrystusem. Padł także argument odwołujący się do pewnego starego artykułu księdza Dziewickiego. Znam ten tekst, zresztą całkiem niedawno publikowany był w biuletynie okolicznościowym „Inna bajka bis”. Ksiądz Dziewiecki napisał w nim: „Zawsze jednak chodzi o odkrywanie prawdziwego Boga, którym dla Billa W. był Bóg objawiony w Jezusie Chrystusie”.

Na zamianę się nie zgodziłem („Boga, jakkolwiek Go pojmujemy” na Jezusa Chrystusa), źle też znoszę próby stawiania mi warunków, więc ze sponsorowania nic nie wyszło, ale samo stwierdzenie księdza szczególnie mnie zainteresowało – od wielu lat interesuję się historią Wspólnoty, jej założycieli, pierwszych weteranów, i przyszło mi na myśl, że tak naprawdę nie wiem, jakiego wyznania był Bill W., o ile w ogóle jakiegokolwiek. Ale od czego członkowie Wspólnoty AA mają literaturę AA?

Przekazy historyczne potwierdzają bliską znajomość, może nawet przyjaźń, Billa W. z prałatem Sheenem, ojcem Dowlingiem, pastorem Samem Shoemakerem z Kościoła Episkopalnego i zapewne innymi jeszcze duchownymi, jednak w oficjalnej literaturze Wspólnoty AA znaleźć można takie oto stwierdzenia:

Nie interesuje nas to, jakie są wierzenia naszych członków. Są to sprawy całkowicie prywatne. WK s. 23.

Właśnie w tym miejscu rozstałem się z pastorami i systemami religijnymi znanymi ludziom. Gdy mówili mi o uosobionym Bogu, który jest miłością, nadludzką siłą i wskazaniem, irytowałem się i odrzucałem tę teorię. Przyznawałem natomiast, że Chrystus  z pewnością był wielkim człowiekiem, niezbyt dokładnie naśladowanym przez tych, którzy Go wyznają. WK s. 9.

Patrząc z perspektywy, Lois [żona Billa] była przekonana, że Bill nie miał zamiaru, w żadnym wypadku, naprawdę się nawrócić. Mówiła: „Nigdy naprawdę nie nurtowała go myśl o nawróceniu się”. „Przekaż dalej” s. 303.

Jedyną rzeczą, która trochę mnie niepokoi jest niezdolność Kościoła do wyznania swoich grzechów. „Przekaż dalej” s. 304.

W pochodzącym z 1948 roku liście do Clerna L. czytamy między innymi: „Rzeczą, która wciąż drażni mnie we wszystkich instytucjonalnych religiach, jest to, że wszystkie one roszczą sobie cholerne pretensje do absolutnej racji. Każda z nich wydaje się sądzić, że ma bezpośrednie połączenie z Panem Bogiem, a jej duchowe wody są niczym kryształ. Wielkie religie, aby zapewnić sobie nowych wyznawców bądź ukarać niewiernych, gwałciły wszystkie znane prawa, ludzkie czy boskie”. „Przekaż dalej” s. 306.

 

Jeśli ktoś z czytelników zna jeszcze jakieś inne źródła informacji (w języku polskim) na temat stosunku Billa W. do takiej czy innej konkretnej religii, to proszę o informację.

środa, 13 listopada 2013

Notatki sponsora (odc. 014)

Nasi podopieczni to okazja, pretekst i szansa, żebyśmy mogli się rozwijać – tak uważam i w ten sposób przyznaję jednocześnie, że w specyficznej relacji sponsor-podopieczny w AA nie ma hierarchii; żaden z nas nie jest ważniejszy.

Jako sponsor nie jestem profesjonalistą czy zawodowcem (Tradycja Ósma AA), ani jakimś mędrcem, który ma do czynienia z nierozgarniętym tępakiem albo małym dzieckiem. Jesteśmy dorosłymi ludźmi i każdy z nas dysponuje bagażem własnych doświadczeń, przeżyć i przekonań.
Sponsor w AA ma przewagę tylko w jednym: zna, rozumie, zrealizował w swoim życiu Program Anonimowych Alkoholików, jest więc tym, który zna rozwiązanie. Dlatego też na problemach podopiecznego powinien (moim zdaniem) koncentrować się bardziej, niż na swoich własnych. Prezentacja moich osobistych przeżyć służy do budowania zaufania między nami, jest też poglądową ilustracją efektów (dobrych albo złych), jakie osiągałem podejmując określone wybory i decyzje życiowe.

Nie jestem samowystarczalny, także i ja - sponsor - potrzebuję wsparcia, rady, pomocy, ale nie uważam za właściwe emocjonalne „wieszanie się” na swoich podopiecznych, ani wykorzystywanie ich w jakikolwiek inny sposób.

Sponsorowanie to miłość i służba – to już wiem, jednak szczególnie powinienem zdawać sobie sprawę, że służbę bez miłości może cechować okrucieństwo.

wtorek, 12 listopada 2013

Notatki sponsora (odc. 013)

- Cześć, to ja, Kazik. Chciałem raz jeszcze podziękować za wczorajszą imprezę u was – było naprawdę super!
- Cieszę się Kaziu bardzo, że ci się podobało, tylko… przykro mi to mówić… wolałbym jednak, żebyś do nas więcej nie przychodził.
- Jak to, coś się stało?
- No… nie, po prostu nie przychodź.
- Ale co się stało?! Mówże wreszcie człowieku i nie owijaj w bawełnę!
- Bo widzisz… Wczoraj, po twoim wyjściu, okazało się, że zginał mój portfel.
- Zwariowałeś?! Chyba nie myślisz, że to ja?! Posądzasz mnie o kradzież???
- No nie… po godzinie portfel się znalazł, wpadł za kanapę, ale sam rozumiesz… pewien niesmak jednak pozostał.

Kawał ten przypomina mi się zawsze, gdy w pracy z podopiecznym dochodzimy do rozdziału poświęconego Krokowi Ósmemu w 12x12, a dokładnie zdania: „Będziemy trzymać się zasady, by uznawać własne przewiny, wybaczając jednocześnie wyrządzone nam krzywdy zarówno rzeczywiste, jak i urojone w naszej wyobraźni”. Alkoholicy – płci obojga – są jednak niesamowici, wręcz niezrównani! Potrafią najpierw uroić sobie, że ktoś wyrządził im jakąś krzywdę, a następnie łaskawie mu tę wymyśloną przez siebie krzywdę wybaczyć! Jacy to dobrzy ludzie! Jacy szlachetni! Jacy wyrozumiali!

Jest w tym rozdziale inna jeszcze sugestia budząca moje wątpliwości: „Jeśli teraz zamierzamy zwrócić się o wybaczenie, czemu nie zacząć od wybaczenia innym – wszystkim razem i każdemu z osobna”.  Możliwość takiego hurtowego wybaczenia może wydawać się kusząca, jednak z mojego doświadczenia wynika, że wybaczenie jest raczej procesem (bywa że długotrwałym i złożonym) niż tylko postanowieniem, czy decyzją. A szkoda…

poniedziałek, 4 listopada 2013

Notatki sponsora (odc. 012)

Rozmowa z podopiecznym, a dokładnie jedno jego stwierdzenie („zrobię to, jak się tylko lepiej poczuję”) przypomniała mi, jak pewnego razu psychoterapeutka zaproponowała mi afirmacje, to jest technikę, polegającą na wielokrotnym powtarzaniu głośno albo zapisywaniu pozytywnych twierdzeń na swój temat, co rzekomo powinno prowadzić do identyfikacji z ich treścią. Gdyby proponowała mi utwierdzanie się w przekonaniu, że jestem młody, piękny i bogaty, zapewne parsknąłbym śmiechem, ale sugerowała treści mniej absurdalne, a więc grzecznie wysłuchałem, ze zrozumieniem pokiwałem głową, podziękowałem i wyszedłem. Przez moment zastanawiałem się, czy nie opowiedzieć jej trochę o istocie alkoholizmu i rozwiązaniu, jakim dysponują Anonimowi Alkoholicy, ale dałem spokój – w parę minut i tak by się to nie udało, zakładając optymistycznie, że w ogóle chciałaby słuchać.

Program AA i afirmacje

Być może dla ludzi nieuzależnionych afirmacje są metodą wartą polecenia, nie wiem, nie znam się, natomiast ja jestem alkoholikiem, a to oznacza, że latami afirmowałem siebie, jednak nie powtarzając jakieś zdania przed lustrem, ani nie przepisując je setki razy, ale prościej, bardziej bezpośrednio i na pewno szybciej. Wystarczyła ćwiartka wódki i ja już byłem laureatem nagrody Nobla, tajnym agentem, mistrzem olimpijskim, podziwianym aktorem… kim tylko chciałem.  

Podczas mityngów, już od samego początku, słyszałem, że „Program AA jest Programem działania”, a także „ten Program działa, kiedy ty działasz”, a jednak potrzebowałem wielu lat, żeby uświadomić sobie, że dotąd żyłem w przeświadczeniu, że mógłbym zrobić… to czy tamto, ale pod warunkiem, że się dobrze poczuję, i zrozumieć, że Anonimowi Alkoholicy proponują rozwiązanie diametralne: jeśli zrobię rzetelnie to co sugeruje sponsor, to jest spora szansa, że dobrze się poczuję. To określone działanie poprawia samopoczucie, także satysfakcję, zadowolenie, poczucie własnej wartości itd., bo odwrotnie to nie skutkuje, a przynajmniej nie na mnie, alkoholika. Czekając na nastrój odpowiedni do podjęcia takiego czy innego działania, mogę się nie doczekać – tak długo ludzie nie żyją.

środa, 30 października 2013

Notatki sponsora (odc. 011)

Padał deszcz, więc postanowiłem pojechać autobusem. Już z daleka zauważyłem coś dziwnego: na przystanku (zadaszona, obudowana z trzech stron, przeszklona budka) było jeszcze sporo miejsca, ale mimo to kilka osób stało obok i mokło. Kiedy podszedłem bliżej, szybko zorientowałem się, o co chodzi:  na przystanku, nie zwracając uwagi na urażone spojrzenia kilku oczekujących pań, stał starszy mężczyzna i, paląc papierosa, wyjaśniał nieco jakby zahukanemu, młodszemu towarzyszowi, że od wad charakteru, w tym palenia, ma go uwolnić Bóg, a nie on siebie sam.  Acha! – pomyślałem bez wielkiego entuzjazmu – kolega z AA. Nic dziwnego, że kilka osób woli mieć ubranie wilgotne niż śmierdzące. Do tego jakoś nieprzyjemnie zgrzytnęło mi w uszach to ma mnie uwolnić!, bo zabrzmiało jak żądanie, a nawet groźba.
Zdecydowałem się pójść pieszo…

Po drodze szybko zapomniałem o przystanku i nieznanym AA-owcu, za to wróciły różne wspomnienia i przemyślenia związane z moim paleniem. Paliłem ćwierć wieku, czasem (przy wódce) ponad dwie paczki na dobę, więc może dlatego właśnie nigdy nie wpadło mi do głowy nazywać swojego uzależnienia (nałogu) wadą charakteru. A w takim razie, co nią jest?

Według obecnych cen papierosów okradałem rodzinę z jakichś 8-10 tysięcy rocznie. Nie byłem w porządku wobec pracodawcy, bo dwunastu przerw „na papierosa” w czasie ośmiogodzinnego dnia pracy nie gwarantuje żaden kodeks. Zmuszałem rodzinę, w tym dziecko, do biernego palenia, arogancko lekceważąc sobie ich zdrowie, a nawet wyraźnie sformułowane prośby (żona, jako pielęgniarka, nie mogła w swojej pracy pojawić się w fartuchu cuchnącym dymem, błyskawicznie żółknące firanki i tapety) – w końcu paliłem za swoje, a przynajmniej tak mi się wtedy roiło.  Okłamywałem ich przecież bezczelnie co do kwot przeznaczanych na papierosy. Bezmyślnie niszczyłem swoje zdrowie – gdybym dostał wylewu albo w wyniku miażdżycy straciłbym nogi, to rodzina musiałaby się mną opiekować. Skoncentrowany na sobie i swoim nałogu, kompletnie ignorowałem innych ludzi – na dworcu, w pociągu, w publicznej toalecie, w lokalach… Fakt, że będąc stale pod wpływem wziewnych środków chemicznych zmieniających świadomość, nie jestem i nie mogę być trzeźwy, nawet gdy nie piłem, zupełnie mnie nie interesował.

W tym momencie przypomniały mi się zdania z WK: Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie!…  To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów. Tak, to były moje wady, ale palenie – nie. Pamiętam też: Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Obietnice te urzeczywistnić się powinny już w połowie drogi, tylko… czy po drodze by im było z moim paleniem? Bo jest tam jeszcze warunek: jeśli nad nimi pracujemy...

Co to ma wspólnego ze sponsorowaniem? W parze sponsor/podopieczny jeden tylko alkoholik wie już „jak”, a więc który z nich powinien określać warunki, zasady, formy i metody?

czwartek, 24 października 2013

Notatki sponsora (odc. 010)

Napił się alkoholik z kilkuletnią abstynencją. Trwało to zaledwie kilka dni i jeszcze nie wiadomo, co będzie dalej, tym niemniej, jako że pracował ze sponsorem i „zrobił” Program, natychmiast posypały się pytania o to, kto zawinił, co zawiodło? Czy sponsor był niekompetentny, czy metoda nieskuteczna, czy może szkoła nie taka, czy książka…, czy miasto…?
Oczywiście, jest to zdarzenie przykre i nic specjalnie dziwnego, że u wielu alkoholików rodzić może rozliczne wątpliwości i lęki, natomiast jest to też okazja, żebym uświadomił sobie, jak łatwo zapominam, że wszystko co mam, zawdzięczam Bożej łasce, a łaska – jak sama nazwa wskazuje – nie należy mi się jak psu buda i w każdej chwili może zostać cofnięta. Bóg – jakkolwiek Go pojmujemy – jest suwerenny i człowiek nie może Go do niczego zmusić, do niczego zobowiązać, takim bądź innym swoim zachowaniem, postępowaniem. Jest to także okazja, żebym zrozumiał wreszcie, że Bóg nie jest moim kumplem (choć wierzę, że mnie na swój sposób kocha), ani sympatycznym staruszkiem o życzliwym obliczu papcia Wojtyły. Ot, kolejne doświadczenie…

À propos doświadczenia – napisałem artykuł i wysłałem do biuletynu. Podziękowano mi grzecznie i zwrócono uwagę, że za mało w nim doświadczeń. Osłupiałem – w moim przekonaniu tekst składał się głównie z doświadczeń. Szybko odrzuciłem podejrzenie, że alkoholik z którym koresponduję jest nietrzeźwy, albo że piszemy o różnych tekstach. Jak mnie nauczono w drugiej klasie szkoły podstawowej, sprawdziłem rzecz całą w słowniku języka polskiego, upewniając się w ten sposób, że „doświadczenie” jest to: ogół wiadomości i umiejętności zdobytych na podstawie obserwacji i własnych przeżyć (definicje eksperymentów fizycznych i chemicznych pomijam), a nie – jak się to wydaje anonimowym alkoholikom w Polsce – jedynie bezrefleksyjna i pozbawiona wniosków, relacja z wydarzeń.

À propos słownika i poprawnej polszczyzny – „akredytacja” jest to:
1. «uprawnienie udzielone przedstawicielowi dyplomatycznemu lub prasowemu do pełnienia funkcji przy obcym rządzie lub organizacji międzynarodowej»
2. «zgoda udzielona dziennikarzowi na przekazywanie korespondencji z imprez publicznych»

…i raczej nie należy jej mylić z kosztami uczestnictwa w zlocie radości czy AA-owskiej zabawie, bo choć wśród dyplomatów zdarzają się zapewne alkoholicy, to jednak nie każdy alkoholik jest dyplomatą.

niedziela, 20 października 2013

Notatki sponsora (odc. 009)

Zadzwoniła znajoma z AA z prośbą o… coś w rodzaju konsultacji. Otóż jej podopieczna od pewnego czasu zaczęła zachowywać się dziwnie, czyli: przestała realizować zalecenia (chodziło o wypełnianie jakichś tabel, ale o szczegóły nie dopytywałem), za to wyraźnie wzrosło jej zainteresowanie sponsorką i przy każdej okazji dopytuje, co u niej, jak tam sytuacja w domu, a jak się czuje, co robi itp. Stało się to podobno mocno irytujące.
Zaproponowałem, z własnego doświadczenia, kilka dość drastycznych rozwiązań, na co koleżanka zawołała: nie, nie, tego wolałabym jej nie robić, bo wiesz… jak trzy miesiące temu zmarła moja córka, to ta podopieczna była dla mnie wielką podporą i wsparciem!
I już wszystko było jasne, i już nie trzeba było nic więcej.

Profesjonaliści mogliby pewnie wyjaśnić psychologiczne aspekty tego oraz podobnych przypadków. Ja też mógłbym napisać na ten temat kilka stron, tylko czy jest to potrzebne? W układzie sponsor-podopieczny nie ma lepszych i gorszych, ale to nadal nie znaczy, że jest to równorzędna relacja partnerska. Zrozumienia, emocjonalnej podpory, wsparcia (takiego czy innego) mam szukać u swojego sponsora, u kolegów i znajomych z AA, ale nigdy – nigdy! – u swojego aktualnego podopiecznego nowicjusza. I to zdecydowanie bardziej w jego, a nie w moim interesie. Czy szukanie emocjonalnego wsparcia u podopiecznych, obarczanie ich własnymi emocjonalnymi problemami jest czymś innym, niż pożyczanie od nich pieniędzy? Tak – jest czymś gorszym (moim zdaniem).

Przewodnik nie jest lepszy od turysty, ani od niego gorszy, jeśli jednak będzie od klienta oczekiwał pomocy i wsparcia, bo się pogubił, to czy można się dziwić, że jego autorytet pryśnie jak mydlana bańka, że straci zaufanie, natomiast turysta – pozbawiony poczucia bezpieczeństwa – co trochę dopytywać będzie lękliwie, czy przewodnik jest pewien, że teraz idą we właściwą stronę?

Jeśli jesteś lekarzem, o swoich problemach opowiadaj innemu lekarzowi albo po prostu koledze, a nie pacjentom. Jeśli jesteś nauczycielem, nie szukaj wsparcia u uczniów. Jeśli jesteś ojcem, szukaj wsparcia u żony albo innych dorosłych krewnych, ale nie u swoich małych dzieci. Jeśli jesteś akademickim wykładowcą… księdzem…

W naszym środowisku w Opolu, kiedy ktoś barwnie opowiada o rozlicznych korzyściach ze stosowania Programu i pracy ze sponsorem wynikających, można czasem usłyszeć: pokaż, do czego mnie przekonujesz.

sobota, 19 października 2013

Notatki sponsora (odc. 008)

Opole to jest takie dziwne miejsce, w którym często pewne wydarzenia w skali mikro (około stu anonimowych alkoholików, siedem grup) mają miejsce trochę wcześniej niż, w skali makro, to jest w całej reszcie Polski. Czyżby poligon doświadczalny AA?
Kiedy podczas mityngu grupy „Wsparcie” liczyłem alkoholików zgłaszających gotowość do sponsorowania (osiem osób na dwadzieścia obecnych) uświadomiłem sobie, że zbliża się kolejny kryzys. W moim mieście za chwilę, a za kilka-kilkanaście lat w Polsce.

Wspólnotę AA nie założyli w Polsce alkoholicy, ale profesjonaliści i terapeuci, i zrobili to dla dobra swoich pacjentów, i chwała im za to, bo w tamtych czasach mało realne było, żeby udało się to jakimś pijakom. Zawodowcy zrobili to najlepiej jak umieli, tego jestem pewien, jednak faktem jest, że nie przenieśli na nasz grunt tego, co w AA najważniejsze: Programu i idei sponsorowania. To są sprawy znane, ale tym razem chciałbym zwrócić uwagę na jeden tylko Krok AA – Dwunasty, bo uważam, że ma on szczególne, wyjątkowe znaczenie dla naszej przyszłości.

W WK wyraźnie i jednoznacznie napisano: Praktyka dowodzi, że nic lepiej nie umacnia niezależności od alkoholu, jak intensywna praca z innymi z innymi alkoholikami oraz: Jeśli nie pomaga innym z pewnością wróci do picia, a jeśli będzie pił z pewnością umrze, a w „Jak to widzi Bill”: Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem.
Wyłaniający się problem polega na tym, że alkoholicy w Opolu już coraz częściej mają problem ze znalezieniem podopiecznych, nie mają kogo… zapoznawać z Programem, nie mają komu pomagać.
W tym momencie chciałem zażartować, że już niedługo sponsorzy w Opolu i w Polsce będą ze sobą konkurować (u mnie szybciej!, a u mnie skuteczniej!, a ja jestem z lepszej szkoły!), ale to chyba nie jest śmieszne.

Sponsor nauczył mnie szukania istoty rzeczy, odnajdowania tego co najważniejsze, więc pewnego razu postawiłem sobie ambitne zadanie – jednym tylko zdaniem odpowiedzieć na pytanie: jaki jest cel AA-owskich służb, struktur, konferencji, kart, poradników? Moim skromnym zdaniem odpowiedź brzmi: sprowadzić alkoholika na mityng AA.

Przez prawie czterdzieści lat w niesieniu posłania AA wyręczali nas terapeuci i lekarze, bo to przecież oni namawiali i wysyłali swoich pacjentów na mityngi AA, podczas gdy my trwaliśmy w trzeźwości w swoich przytulnych i bezpiecznych salkach mityngowych. Nie nauczyliśmy się jeszcze, a już na pewno nie tak skutecznie jakby należało, nieść posłanie AA poza obszar Wspólnoty AA.
Trudno zakładać, że profesjonaliści będą nas wyręczali w nieskończoność. Warunki się zmieniają… w gospodarce rynkowej…, ale to są tematy spoza Wspólnoty, więc roztrząsał ich nie będę. W każdym razie obawiam się i przewiduję, że to źródełko nowicjuszy może nam zacząć powoli wysychać.

W starej „Skrytce 2/4/3” w artykule „Nasz główny cel” znaleźć można stwierdzenie, za które jestem i będę wdzięczny mojemu sponsorowi do końca życia: Jeżeli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, oznacza, że jej nie było, albo umarła jak drzewo, które uschło zanim zakwitło, pozbawione życiodajnego środowiska. Pamiętam także słowa: grupa AA bez weteranów pozbawiona jest doświadczenia grupa bez alkoholików ze średnią abstynencją pozbawiona jest stabilizacji, grupa bez nowicjuszy nie ma przed sobą przyszłości, które w tym kontekście skłaniają chyba do poważniejszego rozważenia.

sobota, 28 września 2013

Służbowe rozważania i uwagi

Podczas większości mityngów AA w Opolu Program AA jest obecny. I nie mam tu na myśli rytualnego odczytywania w koło Kroków i Tradycji. W Opolu sponsora nie trzeba szukać, wystarczy go sobie wybrać, bo więcej mamy gotowych do pracy sponsorów niż nowicjuszy. Nadszedł czas, by zastanowić się nad jakością służb pełnionych w grupach i ewentualnie, jeśli pojawi się taka potrzeba, poprawą tej jakości.

Moje doświadczenia, czyli… dlaczego pozwalam sobie zabierać głos w tym temacie? W pierwszym i drugim roku abstynencji przez kilkanaście miesięcy pełniłem służbę, którą dziś nazywamy służbą gospodarza albo herbatkowego – wtedy taka u nas nie istniała; po prostu przychodziłem dużo wcześniej, szykowałem dziesiątki kaw i herbat, wycierałem stoły, rozkładałem paluszki, szykowałem materiały, świeczki itd. Czułem się dzięki temu potrzebny, coś wartościowego i ja dla grupy robiłem.
Pierwsze mityngi prowadziłem już pod koniec 1998 roku. Później się napiłem, więc zimą 1999 prowadziłem je już w ośrodku odwykowym. W latach następnych robiłem to mnóstwo razy na różnych grupach AA. Służba ta nie była dla mnie jakimś wielkim wyzwaniem – w firmie często prowadziłem zebrania, więc…
Od wielu lat kilka razy dziennie mam okazję korespondować (rzadziej rozmawiać) o AA z osobami spoza AA. Dlatego pilnie śledzę wszystkie relacje z warsztatów dotyczących kontaktów z innymi; zawarte w nich sugestie często przydają się na forach dyskusyjnych albo w korespondencji elektronicznej (e-mail). Doświadczeń o skutecznym przyciąganiu bez reklamowania nigdy za wiele.
Pełniłem też służbę mandatariusza, rzecznika grupy, łącznika internetowego intergrupy, rzecznika intergrupy. Nigdy nie byłem skarbnikiem – latami pieniądze były dla mnie wyzwalaczem, a więc do kontaktu z nimi się nie rwałem.


Służba w grupie AA - doświadczenia, przemyślenia, wnioski, wątpliwości, luźne uwagi


 W 2009 roku napisałem artykuł „Po co mi ta służba?”. Nie wpadło mi do głowy pisanie o celach i zadaniach poszczególnych służb, bo wydawało mi się to oczywiste (poza tym są przecież poradniki służb!) i najczęściej takie właśnie jest. Rzadko spotykam alkoholików przekonanych, że podstawowym, może nawet jedynym celem służby jest wspieranie ich abstynencji. W każdym razie jednoznaczne określenie celu służby wydaje się ważne, bo pomaga sprecyzować zadania do wykonania i predyspozycje zaufanego sługi.

Kolejna kwestia, która tu i ówdzie jakby odrobinę się zagubiła, to zrozumienie, że służbę powierza grupa. Nie podejmuje służby (samowolnie) alkoholik, któremu się zachciało, a ostatecznej decyzji nie podejmuje lokalny weteran/sponsor/guru. Powtórzę raz jeszcze: służbę powierza grupa. Grupa określa zakres czynności i sposób ich wykonania. Grupa powinna upewnić się, że kandydat do tej właśnie służby się nadaje, że będzie w stanie pełnić ją dla wspólnego dobra, że rozumie i zgadza się na to, czego się od niego oczekuje.
Jeśli jednak w grupie dochodzi do obsadzania ważnych „stanowisk” swoimi ludźmi albo realizację osobistych ambicji (np. zapewnienie służb tylko swoim podopiecznym), jakość pełnionej służby może okazać się niezadowalająca.

Sponsor sugeruje określoną służbę podopiecznemu i rekomenduje go grupie – może to zrobić, bo ma doświadczenie w tej służbie, sam ją pełnił, a swojego podopiecznego zna we Wspólnocie najlepiej. Grupa odpowiedzialnie, to jest po upewnieniu się, że kandydat do tej właśnie służby dobrze się nadaje i jest w stanie jej wymogom sprostać, powierza ją jednemu z 2-3 chętnych. Nowemu zaufanemu słudze pomocy i wsparcia, zwłaszcza na początku, udziela sponsor, grupa oraz jego poprzednik. Nieosiągalny ideał? Wierzę, że nie, że już za kilka lat, tu i ówdzie w Polsce, będzie to możliwe.


Gospodarz
Znakomita służba dla nowego członka Wspólnoty. Warto pamiętać, że gospodarz napoje przygotowuje tylko do momentu rozpoczęcia mityngu – on też ma prawo w pełni brać w nim udział, nie absorbowany zachciankami spóźnialskich, a osobom wypowiadającym się i słuchającym nie powinno przeszkadzać szczękanie naczyń.


Witający
Trzy-cztery grupy w Opolu od kilku lat wymagają, żeby witający pełnił tę służbę na ulicy. Poza tym, że czasem salę AA rzeczywiście nie tak łatwo jest znaleźć, założenie było takie, że witający to ktoś, udzielający pierwszych informacji o AA oraz wyławiający z ulicznego tłumu wahających się, niezdecydowanych.

Ze względu na stan zdrowia, na ulicy służby tej nie pełniłem, nie mam z ulicy własnych doświadczeń, a w takim razie tylko dwie obserwacje. Pewnego razu służbę witającego pełnił kolega – życzliwy, trzeźwy, dobry człowiek. Niestety, dziesiątki lat picia (także „wynalazków”), noclegi na melinach i po piwnicach, odcisnęły na jego twarzy wyraźne piętno. Zastanawiałem się, czy gdybym nie znał go osobiście, zwróciłbym się do kogoś takiego na ulicy obcego miasta, i doszedłem do wniosku, że chyba jednak bym się bał.

Do witającego podeszło dwóch młodych ludzi. Nie byli zainteresowani uczestnictwem w mityngu, szukali pomocy dla pijącego członka rodziny. Mijając ich usłyszałem jak pytają witającego: co się na tym mityngu AA odbywa, na czym to właściwie polega? Wydaje mi się, że na tak banalne (pozornie) pytania chyba nie umiałbym sensownie odpowiedzieć przez pierwsze dwa lata chadzania po mityngach. Na szczęście dzisiaj świadomość w AA jest już zapewne zupełnie inna.

Prowadzący
Jakiś czas temu usłyszałem opinię, że prowadzący powinien przede wszystkim dbać o to, by podczas mityngu AA wszyscy się wypowiedzieli. Jako, że zapachniało mi poprzednim ustrojem (wszystkim po równo) oraz psychoterapią (wyrzuć to z siebie, otwórz się, to ci ulży), zapytałem: a po co? Po co wszyscy mają się wypowiadać? Anonimowi Alkoholicy dysponują pełnym, kompletnym rozwiązaniem problemu alkoholizmu. Siłą Wspólnoty i nadzieją dla uzależnionych jest Program AA. Niektórzy z uczestników mityngów znają to rozwiązanie, mają doświadczenie w realizacji Programu ze sponsorem. Po co i o czym mieliby mówić ci, którzy rozwiązania dopiero poszukują, po nie właśnie do AA przyszli? Mityng AA nie jest zamiennikiem alkoholu (moim skromnym zdaniem), jego zadaniem nie jest sprawianie ulgi, ładowanie akumulatorów, poprawianie samopoczucia. Cel tych spotkań określa Preambuła. Może więc prowadzący powinien dbać, by wypowiedzieli się wszyscy, którzy dysponują doświadczeniem w rozwiązywaniu wspólnego problemu?
Grupy we własnym zakresie określają, ile abstynencji winien mieć alkoholik prowadzący mityng. Według mnie nie to jest sprawą najważniejszą, uważam, że zasadnicze znaczenie ma znajomość Tradycji, a więc swego rodzaju zasad, według których grupa działa oraz… odwaga. Prowadzący, który nie wie, co mu wolno, a co nie, jakie postawy i zachowania uczestników są dopuszczalne, a które wymagają jego zdecydowanej reakcji i interwencji, który boi się przerwać półgodzinną orację weteranowi albo swojemu sponsorowi, jest – jako prowadzący – dla grupy bezużyteczny.
Znam to, kiedyś w podobny sposób pełniłem służbę rzecznika – do dziś porównuję ją do pracy ratownika, który nie potrafi pływać i tylko się modli, żeby w czasie jego dyżuru nic się nie wydarzyło. Wartościowy mityng cechuje poczucie bezpieczeństwa, stabilizacja i spokój, a nie chaotyczność, niepewność i nerwowe zalęknienie prowadzącego i reszty.

Jak długo powinna trwać służba w grupie? W przypadku gospodarza albo witającego proponowałbym 1-3 miesiące. Co do prowadzącego mam więcej wątpliwości, bo rok to chyba jednak za dużo, ale jeden miesiąc zdecydowanie za mało – trudno zakładać, że prowadząc cztery mityngi w życiu można w tej służbie zdobyć jakieś doświadczenie. W chwili obecnej w grupie „Wsparcie” prowadzący pełni służbę przez trzy miesiące. Kilka dni temu zza wielkiej wody dotarła do mnie relacja z grupy, która służbę prowadzącego powierza jednocześnie dwóm osobom i nie chodzi tu o zastępstwo. Tacy prowadzący już tylko między sobą uzgadniają, który z nich prowadzi mityngi w określonym tygodniu czy miesiącu, dzięki czemu ani oni się tą służbą nie znużą, ani grupa nie znudzi. Przy takim systemie minimalizowany jest też problem absencji jednego z prowadzących z powodu choroby albo wakacyjnego wyjazdu.
28.09.2013, podczas mityngu organizacyjnego mojej grupy macierzystej, opowiedziałem o takim rozwiązaniu i ostatecznie grupa AA „Wsparcie” postanowiła zastosować je w praktyce. Począwszy od 01.10.2013 sumienie grupy powierzyło służbę prowadzących (Joannie i Adamowi) na sześć miesięcy.



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

sobota, 7 września 2013

Notatki sponsora (odc. 007)

Jest dobrze. Nawet czterdziestu lat nie trzeba było, żebyśmy się zorientowali, że chadzanie po mityngach to może jednak nie wszystko, co Wspólnota AA ma do zaoferowania, że jest tu jakiś Program i – niezbędne w przypadku potrzeby jego realizacji – sponsorowanie. Na razie wszystko to dzieje się może jeszcze trochę chaotycznie, ścierają się szkoły i mody, rodzą różne style i trendy, ale to też dobrze, bo siłą Wspólnoty AA jest różnorodność i wiele się można nauczyć, doświadczyć, przeżyć właśnie teraz.

Mogę sobie bagatelizować opinie osób, które mają przekonania dokładnie takie jak moje, ale w przypadku odmiennych, staję się bardziej uważny, staram się przemyśleć, dowiedzieć, poznać, zrozumieć, bo wiem już, że moja głowa może mnie oszukiwać, że racji mieć nie muszę. W taki właśnie sposób moje szczególne zainteresowanie wzbudziły doświadczenia kilku sponsorów zawarte w stwierdzeniu: podopiecznym przekazuję to i tylko to, co dostałem od swojego sponsora, nic więcej, nic od siebie. Ponad rok mi to zajęło, ale w chwili obecnej (bo ja też mogę z czasem zmienić zdanie!) jednak nie jest to moje przekonanie czy doświadczenie.

Wydaje mi się, racji mieć nie muszę, że przekazywanie podopiecznym tylko tego, co się samemu od sponsora otrzymało, wynikać może z dwóch powodów:

1. Na samym początku sponsorowania, przy pierwszych dwóch-trzech podopiecznych, jest to zapewne naturalne i zrozumiałe, ale jeżeli dziesięć lat później nadal przekazuję to samo, to może przez wszystkie te lata niczego nowego się nie nauczyłem, nie rozwijam się, niczego nowego nie doświadczyłem, a jeżeli nawet tak, to nie wyciągam z tych doświadczeń wniosków. Bo trudno chyba założyć, przy całym szacunku dla mojego sponsora, że jest on sponsorem absolutnie idealnym i najlepszym na świecie dla każdego alkoholika. Założenie to wydaje się mało realne, a nawet zupełnie nieprawdopodobne.

2. Strach i egocentryczny lęk. Prawie całe życie, bo to najpierw małe dziecko, a później czynny alkoholik, byłem człowiekiem nieodpowiedzialnym. Może więc nic dziwnego, że nadal, zupełnie odruchowo, a nawet automatycznie, unikam jakiejkolwiek odpowiedzialności? Jeżeli swojemu podopiecznemu przekazuję tylko i wyłącznie doświadczenia mojego sponsora, to chyba wszelka odpowiedzialność spoczywa na nim, nie na mnie, czyż nie?
Przekazując tylko to, co ostałem, mogę mieć nadzieję, że mój podopieczny nie okaże się z czasem ode mnie trzeźwiejszy, bardziej przebudzony, w jakiś sposób „lepszy”, nie wyrośnie ponad mnie w naszym środowisku, na przykład grupie AA. Niepiękna to postawa, na pewno, ale jakże ludzka.

Wspólnota AA działa prawie osiemdziesiąt lat. Być może właśnie dlatego, że nieustannie rośnie skarbiec naszych doświadczeń dotyczących Kroków, Tradycji, ich rozumienia, zastosowania, sposobów i metod realizacji Programu. Gdyby alkoholicy przez cały ten czas niczego nowego się nie nauczyli, nie wyciągali wniosków z własnych doświadczeń, Anonimowych Alkoholików już by pewnie nie było.
 

Nigdy nie obawiajmy się pożądanych zmian. Oczywiście musimy odróżniać zmiany na gorsze od zmian na lepsze. Gdy jednak potrzeba zmiany - w pojedynczym człowieku, w grupie AA czy w całej wspólnocie - staje się wyraźnie widoczna nie możemy pozostać bezczynni. Istotą wszelkiego wzrostu i rozwoju jest gotowość do zmian na lepsze i gotowość do wzięcia na siebie odpowiedzialności za konsekwentne ich wprowadzenie - „Jak to widzi Bill”.

piątek, 6 września 2013

Notatki sponsora (odc. 006)

Kolejny mityng, na którym – na prośbę prowadzącego, zgodnie zresztą ze scenariuszem – prawie połowa alkoholików podniosła ręce, sygnalizując w ten sposób gotowość podjęcia się sponsorowania. Problem polegał na tym, że nie widać było żadnych chętnych na podopiecznych.

Z pewną zazdrością słucham czasem relacji z miast, w których alkoholicy nie potrafią znaleźć sponsora, z którym mogliby „zrobić Program”. U nas, w Opolu, sponsora nie trzeba szukać – wystarczy go sobie wybrać z wielu gotowych do tej służby alkoholików. Obawiam się też, że z czasem z podopiecznymi będzie coraz gorzej. Kiedyś rzeczywiście wystarczyło podnieść rękę, zgłosić się, żeby w przerwie albo po mityngu podeszły dwie-trzy osoby, ale… wszystko się zmienia. „Zaopiekowani” przez sponsorów są już wszyscy, którzy tylko tego chcieli, a nowicjuszy na mityngach nie zjawia się znowu aż tak wielu.

Jeśli samo podnoszenie ręki na mityngu już nie wystarczy, trzeba podjąć inne działania. Może wziąć udział w warsztatach AA? Może wybrać się do jakiejś mniejszej, ale niezbyt odległej, miejscowości na spikerkę? Może podjąć się służb poza grupą i w ten sposób stać się lepiej widocznym? W każdym razie, jeśli podopieczni nie przychodzą do sponsorów, to sponsorzy muszą wyjść do podopiecznych, bo – jak napisano w „Skrytce 2/4/3” – Jeżeli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, oznacza, że jej nie było, albo umarła jak drzewo, które uschło zanim zakwitło, pozbawione życiodajnego środowiska…

czwartek, 5 września 2013

Notatki sponsora (odc. 005)

Tak się jakoś złożyło, że w ciągu tygodnia miałem okazję rozmawiać z ludźmi w bardzo różnym wieku. Kilku było nieco ode mnie starszych, wielu mniej więcej w moim wieku, paru dużo młodszych od mojego syna. Wszystko to byli alkoholicy „na Programie”, część z nich to moi podopieczni albo podopieczni podopiecznych.
Dzięki tym spotkaniom i rozmowom zrozumiałem pewne różnice, jakie obserwowałem w swojej sponsorskiej służbie. Oczywiście jest z tysiąc różnic związanych z osobowością, mentalnością, indywidualnymi predyspozycjami, ale jest chyba coś jeszcze: trzy etapy życia, rozwoju człowieka. Zaryzykuję stwierdzenie, że w wielkim przybliżeniu etapy te obejmują około trzydziestoletnie okresy, a więc 0-30, 30-60 i cała reszta.

Pierwszy etap, egoistyczno-egocentryczny. Człowiek skupia się wtedy głównie na sobie i swoich potrzebach, zachciankach; szuka zaspokojenia w zasadzie w każdej sferze życia, bo nie tylko w seksualnej. Nie dokonuje wtedy żadnych ważnych wyborów, bo ten jeden, podstawowy i zasadniczy obowiązuje bez przerwy. Nie ma pytania czy?, bo jest jak? Jak przeżyć, zdobyć, doświadczyć, posiąść to, co chcę, czego pragnę?

Drugi etap, moralno-etyczny. Nienasycony głód doznań ulega stopniowemu złagodzeniu; być może częściowo zaspokojony, ale niekoniecznie. Pojawiają się, i to coraz częściej, także inne pytania, w grę zaczynają wchodzić wybory i decyzje dotąd w ogóle nie brane pod uwagę. Pytanie czy? wreszcie nabiera znaczenia. Moje dobro, czy także innych? Moje potrzeby, czy jednak nie tylko moje? Rodzi się świadomość pewnych prawd i zasad moralnych, określonych duchowych wartości, kształtują się złożone priorytety, zdolność do poświęcania własnego ja w imię większego dobra które zaczyna być akceptowane.

Etap trzeci, nazwałem go roboczo religijnym, ale nie o konkretną religię mi chodzi, lecz o Boga, jakkolwiek Go pojmujemy, który w stopniu większym albo mniejszym staje się człowiekowi niezbędny. Kończy się intelektualna (ale nie tylko!) samowystarczalność, a pojawiają pytania o sens i znaczenie lat minionych oraz tych, które jeszcze pozostały.

W każdym razie z mojego sponsorskiego doświadczenia wynika, że najłatwiej pracuje mi się z alkoholikami, którzy są w połowie drugiego etapu. Realizacja Programu najbardziej spektakularne i trwałe przynosi wówczas efekty.
Oczywiście w przypadku osób podwójnie urodzonych (ludzie, którzy przeżyli jakieś traumatyczne doświadczenie duchowe, na przykład alkoholowe dno, jakąś katastrofę, czy poważną chorobę) podział na grupy wiekowe może ulec poważnemu zaburzeniu i drugi etap pojawia się w ich życiu nieco wcześniej.