sobota, 28 września 2013

Służbowe rozważania i uwagi

Podczas większości mityngów AA w Opolu Program AA jest obecny. I nie mam tu na myśli rytualnego odczytywania w koło Kroków i Tradycji. W Opolu sponsora nie trzeba szukać, wystarczy go sobie wybrać, bo więcej mamy gotowych do pracy sponsorów niż nowicjuszy. Nadszedł czas, by zastanowić się nad jakością służb pełnionych w grupach i ewentualnie, jeśli pojawi się taka potrzeba, poprawą tej jakości.

Moje doświadczenia, czyli… dlaczego pozwalam sobie zabierać głos w tym temacie? W pierwszym i drugim roku abstynencji przez kilkanaście miesięcy pełniłem służbę, którą dziś nazywamy służbą gospodarza albo herbatkowego – wtedy taka u nas nie istniała; po prostu przychodziłem dużo wcześniej, szykowałem dziesiątki kaw i herbat, wycierałem stoły, rozkładałem paluszki, szykowałem materiały, świeczki itd. Czułem się dzięki temu potrzebny, coś wartościowego i ja dla grupy robiłem.
Pierwsze mityngi prowadziłem już pod koniec 1998 roku. Później się napiłem, więc zimą 1999 prowadziłem je już w ośrodku odwykowym. W latach następnych robiłem to mnóstwo razy na różnych grupach AA. Służba ta nie była dla mnie jakimś wielkim wyzwaniem – w firmie często prowadziłem zebrania, więc…
Od wielu lat kilka razy dziennie mam okazję korespondować (rzadziej rozmawiać) o AA z osobami spoza AA. Dlatego pilnie śledzę wszystkie relacje z warsztatów dotyczących kontaktów z innymi; zawarte w nich sugestie często przydają się na forach dyskusyjnych albo w korespondencji elektronicznej (e-mail). Doświadczeń o skutecznym przyciąganiu bez reklamowania nigdy za wiele.
Pełniłem też służbę mandatariusza, rzecznika grupy, łącznika internetowego intergrupy, rzecznika intergrupy. Nigdy nie byłem skarbnikiem – latami pieniądze były dla mnie wyzwalaczem, a więc do kontaktu z nimi się nie rwałem.


Służba w grupie AA - doświadczenia, przemyślenia, wnioski, wątpliwości, luźne uwagi


 W 2009 roku napisałem artykuł „Po co mi ta służba?”. Nie wpadło mi do głowy pisanie o celach i zadaniach poszczególnych służb, bo wydawało mi się to oczywiste (poza tym są przecież poradniki służb!) i najczęściej takie właśnie jest. Rzadko spotykam alkoholików przekonanych, że podstawowym, może nawet jedynym celem służby jest wspieranie ich abstynencji. W każdym razie jednoznaczne określenie celu służby wydaje się ważne, bo pomaga sprecyzować zadania do wykonania i predyspozycje zaufanego sługi.

Kolejna kwestia, która tu i ówdzie jakby odrobinę się zagubiła, to zrozumienie, że służbę powierza grupa. Nie podejmuje służby (samowolnie) alkoholik, któremu się zachciało, a ostatecznej decyzji nie podejmuje lokalny weteran/sponsor/guru. Powtórzę raz jeszcze: służbę powierza grupa. Grupa określa zakres czynności i sposób ich wykonania. Grupa powinna upewnić się, że kandydat do tej właśnie służby się nadaje, że będzie w stanie pełnić ją dla wspólnego dobra, że rozumie i zgadza się na to, czego się od niego oczekuje.
Jeśli jednak w grupie dochodzi do obsadzania ważnych „stanowisk” swoimi ludźmi albo realizację osobistych ambicji (np. zapewnienie służb tylko swoim podopiecznym), jakość pełnionej służby może okazać się niezadowalająca.

Sponsor sugeruje określoną służbę podopiecznemu i rekomenduje go grupie – może to zrobić, bo ma doświadczenie w tej służbie, sam ją pełnił, a swojego podopiecznego zna we Wspólnocie najlepiej. Grupa odpowiedzialnie, to jest po upewnieniu się, że kandydat do tej właśnie służby dobrze się nadaje i jest w stanie jej wymogom sprostać, powierza ją jednemu z 2-3 chętnych. Nowemu zaufanemu słudze pomocy i wsparcia, zwłaszcza na początku, udziela sponsor, grupa oraz jego poprzednik. Nieosiągalny ideał? Wierzę, że nie, że już za kilka lat, tu i ówdzie w Polsce, będzie to możliwe.


Gospodarz
Znakomita służba dla nowego członka Wspólnoty. Warto pamiętać, że gospodarz napoje przygotowuje tylko do momentu rozpoczęcia mityngu – on też ma prawo w pełni brać w nim udział, nie absorbowany zachciankami spóźnialskich, a osobom wypowiadającym się i słuchającym nie powinno przeszkadzać szczękanie naczyń.


Witający
Trzy-cztery grupy w Opolu od kilku lat wymagają, żeby witający pełnił tę służbę na ulicy. Poza tym, że czasem salę AA rzeczywiście nie tak łatwo jest znaleźć, założenie było takie, że witający to ktoś, udzielający pierwszych informacji o AA oraz wyławiający z ulicznego tłumu wahających się, niezdecydowanych.

Ze względu na stan zdrowia, na ulicy służby tej nie pełniłem, nie mam z ulicy własnych doświadczeń, a w takim razie tylko dwie obserwacje. Pewnego razu służbę witającego pełnił kolega – życzliwy, trzeźwy, dobry człowiek. Niestety, dziesiątki lat picia (także „wynalazków”), noclegi na melinach i po piwnicach, odcisnęły na jego twarzy wyraźne piętno. Zastanawiałem się, czy gdybym nie znał go osobiście, zwróciłbym się do kogoś takiego na ulicy obcego miasta, i doszedłem do wniosku, że chyba jednak bym się bał.

Do witającego podeszło dwóch młodych ludzi. Nie byli zainteresowani uczestnictwem w mityngu, szukali pomocy dla pijącego członka rodziny. Mijając ich usłyszałem jak pytają witającego: co się na tym mityngu AA odbywa, na czym to właściwie polega? Wydaje mi się, że na tak banalne (pozornie) pytania chyba nie umiałbym sensownie odpowiedzieć przez pierwsze dwa lata chadzania po mityngach. Na szczęście dzisiaj świadomość w AA jest już zapewne zupełnie inna.

Prowadzący
Jakiś czas temu usłyszałem opinię, że prowadzący powinien przede wszystkim dbać o to, by podczas mityngu AA wszyscy się wypowiedzieli. Jako, że zapachniało mi poprzednim ustrojem (wszystkim po równo) oraz psychoterapią (wyrzuć to z siebie, otwórz się, to ci ulży), zapytałem: a po co? Po co wszyscy mają się wypowiadać? Anonimowi Alkoholicy dysponują pełnym, kompletnym rozwiązaniem problemu alkoholizmu. Siłą Wspólnoty i nadzieją dla uzależnionych jest Program AA. Niektórzy z uczestników mityngów znają to rozwiązanie, mają doświadczenie w realizacji Programu ze sponsorem. Po co i o czym mieliby mówić ci, którzy rozwiązania dopiero poszukują, po nie właśnie do AA przyszli? Mityng AA nie jest zamiennikiem alkoholu (moim skromnym zdaniem), jego zadaniem nie jest sprawianie ulgi, ładowanie akumulatorów, poprawianie samopoczucia. Cel tych spotkań określa Preambuła. Może więc prowadzący powinien dbać, by wypowiedzieli się wszyscy, którzy dysponują doświadczeniem w rozwiązywaniu wspólnego problemu?
Grupy we własnym zakresie określają, ile abstynencji winien mieć alkoholik prowadzący mityng. Według mnie nie to jest sprawą najważniejszą, uważam, że zasadnicze znaczenie ma znajomość Tradycji, a więc swego rodzaju zasad, według których grupa działa oraz… odwaga. Prowadzący, który nie wie, co mu wolno, a co nie, jakie postawy i zachowania uczestników są dopuszczalne, a które wymagają jego zdecydowanej reakcji i interwencji, który boi się przerwać półgodzinną orację weteranowi albo swojemu sponsorowi, jest – jako prowadzący – dla grupy bezużyteczny.
Znam to, kiedyś w podobny sposób pełniłem służbę rzecznika – do dziś porównuję ją do pracy ratownika, który nie potrafi pływać i tylko się modli, żeby w czasie jego dyżuru nic się nie wydarzyło. Wartościowy mityng cechuje poczucie bezpieczeństwa, stabilizacja i spokój, a nie chaotyczność, niepewność i nerwowe zalęknienie prowadzącego i reszty.

Jak długo powinna trwać służba w grupie? W przypadku gospodarza albo witającego proponowałbym 1-3 miesiące. Co do prowadzącego mam więcej wątpliwości, bo rok to chyba jednak za dużo, ale jeden miesiąc zdecydowanie za mało – trudno zakładać, że prowadząc cztery mityngi w życiu można w tej służbie zdobyć jakieś doświadczenie. W chwili obecnej w grupie „Wsparcie” prowadzący pełni służbę przez trzy miesiące. Kilka dni temu zza wielkiej wody dotarła do mnie relacja z grupy, która służbę prowadzącego powierza jednocześnie dwóm osobom i nie chodzi tu o zastępstwo. Tacy prowadzący już tylko między sobą uzgadniają, który z nich prowadzi mityngi w określonym tygodniu czy miesiącu, dzięki czemu ani oni się tą służbą nie znużą, ani grupa nie znudzi. Przy takim systemie minimalizowany jest też problem absencji jednego z prowadzących z powodu choroby albo wakacyjnego wyjazdu.
28.09.2013, podczas mityngu organizacyjnego mojej grupy macierzystej, opowiedziałem o takim rozwiązaniu i ostatecznie grupa AA „Wsparcie” postanowiła zastosować je w praktyce. Począwszy od 01.10.2013 sumienie grupy powierzyło służbę prowadzących (Joannie i Adamowi) na sześć miesięcy.



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

sobota, 7 września 2013

Notatki sponsora (odc. 007)

Jest dobrze. Nawet czterdziestu lat nie trzeba było, żebyśmy się zorientowali, że chadzanie po mityngach to może jednak nie wszystko, co Wspólnota AA ma do zaoferowania, że jest tu jakiś Program i – niezbędne w przypadku potrzeby jego realizacji – sponsorowanie. Na razie wszystko to dzieje się może jeszcze trochę chaotycznie, ścierają się szkoły i mody, rodzą różne style i trendy, ale to też dobrze, bo siłą Wspólnoty AA jest różnorodność i wiele się można nauczyć, doświadczyć, przeżyć właśnie teraz.

Mogę sobie bagatelizować opinie osób, które mają przekonania dokładnie takie jak moje, ale w przypadku odmiennych, staję się bardziej uważny, staram się przemyśleć, dowiedzieć, poznać, zrozumieć, bo wiem już, że moja głowa może mnie oszukiwać, że racji mieć nie muszę. W taki właśnie sposób moje szczególne zainteresowanie wzbudziły doświadczenia kilku sponsorów zawarte w stwierdzeniu: podopiecznym przekazuję to i tylko to, co dostałem od swojego sponsora, nic więcej, nic od siebie. Ponad rok mi to zajęło, ale w chwili obecnej (bo ja też mogę z czasem zmienić zdanie!) jednak nie jest to moje przekonanie czy doświadczenie.

Wydaje mi się, racji mieć nie muszę, że przekazywanie podopiecznym tylko tego, co się samemu od sponsora otrzymało, wynikać może z dwóch powodów:

1. Na samym początku sponsorowania, przy pierwszych dwóch-trzech podopiecznych, jest to zapewne naturalne i zrozumiałe, ale jeżeli dziesięć lat później nadal przekazuję to samo, to może przez wszystkie te lata niczego nowego się nie nauczyłem, nie rozwijam się, niczego nowego nie doświadczyłem, a jeżeli nawet tak, to nie wyciągam z tych doświadczeń wniosków. Bo trudno chyba założyć, przy całym szacunku dla mojego sponsora, że jest on sponsorem absolutnie idealnym i najlepszym na świecie dla każdego alkoholika. Założenie to wydaje się mało realne, a nawet zupełnie nieprawdopodobne.

2. Strach i egocentryczny lęk. Prawie całe życie, bo to najpierw małe dziecko, a później czynny alkoholik, byłem człowiekiem nieodpowiedzialnym. Może więc nic dziwnego, że nadal, zupełnie odruchowo, a nawet automatycznie, unikam jakiejkolwiek odpowiedzialności? Jeżeli swojemu podopiecznemu przekazuję tylko i wyłącznie doświadczenia mojego sponsora, to chyba wszelka odpowiedzialność spoczywa na nim, nie na mnie, czyż nie?
Przekazując tylko to, co ostałem, mogę mieć nadzieję, że mój podopieczny nie okaże się z czasem ode mnie trzeźwiejszy, bardziej przebudzony, w jakiś sposób „lepszy”, nie wyrośnie ponad mnie w naszym środowisku, na przykład grupie AA. Niepiękna to postawa, na pewno, ale jakże ludzka.

Wspólnota AA działa prawie osiemdziesiąt lat. Być może właśnie dlatego, że nieustannie rośnie skarbiec naszych doświadczeń dotyczących Kroków, Tradycji, ich rozumienia, zastosowania, sposobów i metod realizacji Programu. Gdyby alkoholicy przez cały ten czas niczego nowego się nie nauczyli, nie wyciągali wniosków z własnych doświadczeń, Anonimowych Alkoholików już by pewnie nie było.
 

Nigdy nie obawiajmy się pożądanych zmian. Oczywiście musimy odróżniać zmiany na gorsze od zmian na lepsze. Gdy jednak potrzeba zmiany - w pojedynczym człowieku, w grupie AA czy w całej wspólnocie - staje się wyraźnie widoczna nie możemy pozostać bezczynni. Istotą wszelkiego wzrostu i rozwoju jest gotowość do zmian na lepsze i gotowość do wzięcia na siebie odpowiedzialności za konsekwentne ich wprowadzenie - „Jak to widzi Bill”.

piątek, 6 września 2013

Notatki sponsora (odc. 006)

Kolejny mityng, na którym – na prośbę prowadzącego, zgodnie zresztą ze scenariuszem – prawie połowa alkoholików podniosła ręce, sygnalizując w ten sposób gotowość podjęcia się sponsorowania. Problem polegał na tym, że nie widać było żadnych chętnych na podopiecznych.

Z pewną zazdrością słucham czasem relacji z miast, w których alkoholicy nie potrafią znaleźć sponsora, z którym mogliby „zrobić Program”. U nas, w Opolu, sponsora nie trzeba szukać – wystarczy go sobie wybrać z wielu gotowych do tej służby alkoholików. Obawiam się też, że z czasem z podopiecznymi będzie coraz gorzej. Kiedyś rzeczywiście wystarczyło podnieść rękę, zgłosić się, żeby w przerwie albo po mityngu podeszły dwie-trzy osoby, ale… wszystko się zmienia. „Zaopiekowani” przez sponsorów są już wszyscy, którzy tylko tego chcieli, a nowicjuszy na mityngach nie zjawia się znowu aż tak wielu.

Jeśli samo podnoszenie ręki na mityngu już nie wystarczy, trzeba podjąć inne działania. Może wziąć udział w warsztatach AA? Może wybrać się do jakiejś mniejszej, ale niezbyt odległej, miejscowości na spikerkę? Może podjąć się służb poza grupą i w ten sposób stać się lepiej widocznym? W każdym razie, jeśli podopieczni nie przychodzą do sponsorów, to sponsorzy muszą wyjść do podopiecznych, bo – jak napisano w „Skrytce 2/4/3” – Jeżeli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, oznacza, że jej nie było, albo umarła jak drzewo, które uschło zanim zakwitło, pozbawione życiodajnego środowiska…

czwartek, 5 września 2013

Notatki sponsora (odc. 005)

Tak się jakoś złożyło, że w ciągu tygodnia miałem okazję rozmawiać z ludźmi w bardzo różnym wieku. Kilku było nieco ode mnie starszych, wielu mniej więcej w moim wieku, paru dużo młodszych od mojego syna. Wszystko to byli alkoholicy „na Programie”, część z nich to moi podopieczni albo podopieczni podopiecznych.
Dzięki tym spotkaniom i rozmowom zrozumiałem pewne różnice, jakie obserwowałem w swojej sponsorskiej służbie. Oczywiście jest z tysiąc różnic związanych z osobowością, mentalnością, indywidualnymi predyspozycjami, ale jest chyba coś jeszcze: trzy etapy życia, rozwoju człowieka. Zaryzykuję stwierdzenie, że w wielkim przybliżeniu etapy te obejmują około trzydziestoletnie okresy, a więc 0-30, 30-60 i cała reszta.

Pierwszy etap, egoistyczno-egocentryczny. Człowiek skupia się wtedy głównie na sobie i swoich potrzebach, zachciankach; szuka zaspokojenia w zasadzie w każdej sferze życia, bo nie tylko w seksualnej. Nie dokonuje wtedy żadnych ważnych wyborów, bo ten jeden, podstawowy i zasadniczy obowiązuje bez przerwy. Nie ma pytania czy?, bo jest jak? Jak przeżyć, zdobyć, doświadczyć, posiąść to, co chcę, czego pragnę?

Drugi etap, moralno-etyczny. Nienasycony głód doznań ulega stopniowemu złagodzeniu; być może częściowo zaspokojony, ale niekoniecznie. Pojawiają się, i to coraz częściej, także inne pytania, w grę zaczynają wchodzić wybory i decyzje dotąd w ogóle nie brane pod uwagę. Pytanie czy? wreszcie nabiera znaczenia. Moje dobro, czy także innych? Moje potrzeby, czy jednak nie tylko moje? Rodzi się świadomość pewnych prawd i zasad moralnych, określonych duchowych wartości, kształtują się złożone priorytety, zdolność do poświęcania własnego ja w imię większego dobra które zaczyna być akceptowane.

Etap trzeci, nazwałem go roboczo religijnym, ale nie o konkretną religię mi chodzi, lecz o Boga, jakkolwiek Go pojmujemy, który w stopniu większym albo mniejszym staje się człowiekowi niezbędny. Kończy się intelektualna (ale nie tylko!) samowystarczalność, a pojawiają pytania o sens i znaczenie lat minionych oraz tych, które jeszcze pozostały.

W każdym razie z mojego sponsorskiego doświadczenia wynika, że najłatwiej pracuje mi się z alkoholikami, którzy są w połowie drugiego etapu. Realizacja Programu najbardziej spektakularne i trwałe przynosi wówczas efekty.
Oczywiście w przypadku osób podwójnie urodzonych (ludzie, którzy przeżyli jakieś traumatyczne doświadczenie duchowe, na przykład alkoholowe dno, jakąś katastrofę, czy poważną chorobę) podział na grupy wiekowe może ulec poważnemu zaburzeniu i drugi etap pojawia się w ich życiu nieco wcześniej.

środa, 4 września 2013

Notatki sponsora (odc. 004)

- Czy mój sponsor ma prawo wymagać ode mnie, żebym rzucił palenie? – pytanie to słyszę ostatnio wyjątkowo często (i zwykle z wyraźną urazą w głosie), być może dlatego, że u nas, w Opolu, nikotynizm podopiecznych niektórym sponsorom jakoś wcale nie jest obojętny. Swoją drogą zauważam, że słowo „prawo” na mityngach AA w Polsce pojawia się chyba częściej niż we wszystkich sądach razem wziętych, ale… to potrafię już zrozumieć – jak prawie zawsze, gdy chodzi o strach. Zapewne wszystko byłoby prostsze i wydawało się bardziej bezpieczne, gdyby to sponsorowanie ujęte było w jakieś obowiązujące normy, zasady i reguły. Łatwo byłoby wtedy sprawdzić, czy mój sponsor robi to we właściwy sposób, a ja sponsorowany jestem zgodnie z prawidłami sztuki.  Jednak odpowiednich przepisów ani jakiegoś specjalnego kodeksu nie ma i raczej nie będzie, więc… wytrzeźwieć trzeba bez nich.

Mówi się, że sponsor nie może podopiecznego do niczego zmusić, niczego mu narzucić – to jest prawda, podopieczni zawsze mają wybór, zawsze mogą odmówić, choć konsekwencje odmowy mogą być różne, aż do natychmiastowego zakończenia współpracy włącznie. Zakładam, że o taką właśnie sytuację chodzi: sponsor domaga się rozstania z nikotyną, informując, że w przypadku odmowy, nie widzi możliwości dalszej wspólnej pracy „na Programie”.

Gdyby chodziło o odmowę rozstania z piwem albo marihuaną czy kokainą, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej, nieprawdaż? Nikotyna jest wziewnym środkiem chemicznym zmieniającym świadomość, jest neurotoksyną, bezpośrednią przyczyną wielu groźnych chorób, wreszcie – uzależnia. Czy rzeczywiście jest coś niewłaściwego w sugerowaniu osobie, na której nam zależy, żeby przestała się zabijać? Żeby przestała okradać rodzinę? Żeby przestała zmuszać dzieci do biernego palenia?
Anonimowi Alkoholicy obiecują (WK str. 72), że w efekcie realizacji Programu, już w połowie drogi, bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi, że zniknie egoizm…

Paliłem ćwierć wieku. W ostatniej dekadzie po dwie paczki dziennie albo i więcej. Przestałem w czternastym miesiącu abstynencji. Nikt mi tego nie nakazał, bo był to czas, gdy nie miałem już pierwszego sponsora, a nie pracowałem jeszcze z drugim. Być może dlatego właśnie nie potrafię jednoznacznie i bez wahania odpowiedzieć na postawione na początku pytanie. W związku z tym od pewnego czasu, bo nie od zawsze, radzę sobie z tym problemem tak: Potencjalnym podopiecznym (alkoholikom, którzy proszą mnie o pomoc) przedstawiam warunki naszej współpracy. Mówię o służbie, którą trzeba będzie podjąć w grupie AA, o podopiecznym, którego trzeba będzie sobie znaleźć, co u nas nie jest takie proste, mówię też (palącym), że w pewnym momencie, zwykle podczas realizacji Kroków Sześć-Siedem, będą musieli rozstać się z nikotyną. W ten sposób, jeśli rzeczywiście czegoś od nich później wymagam, to tylko tego, na co już się zgodzili, co zaakceptowali, co wcześniej przyjęli. W końcu nie muszą „robić Program” właśnie ze mną.

Parę razy słyszałem cyniczną sugestię: jeśli nadal chcesz kraść, znajdź sobie sponsora złodzieja, jeżeli w dalszym ciągu chcesz zdradzać żonę, poszukaj sponsora cudzołożnika, jeśli nie chcesz prowadzić firmę uczciwie, szukaj sponsora kanciarza. Jeśli nadal chcesz palić tytoń, marihuanę albo coś jeszcze innego…
Jak widać, na wszystko znajdzie się sposób, ale pamiętam też, co Anonimowi Alkoholicy mają do powiedzenia na temat półśrodków oraz opolski skrót PZPR – Pieniądze, Zęby, Papierosy, Rodzina.

wtorek, 3 września 2013

Notatki sponsora (odc. 003)

Służba na różnych szczeblach struktury Wspólnoty AA jest kontynuacją, rozwinięciem, dopełnieniem sponsorowania, a zwłaszcza jednego z najważniejszych jego elementów: rezygnacji, pozbywania się egoistycznej samowoli i egocentrycznego sobiepaństwa (odgrywania roli Boga) na rzecz wypracowywanej mozolnie umiejętności, zdolności do podporządkowania się i działania w interesie wspólnego dobra, a nie wiecznie tylko i wyłącznie własnego. Tak więc naturalna wydaje mi się kolejność: najpierw sponsor – później służba… taka czy inna; w końcu to sponsor pierwszy dokonywać winien oceny, czy, a jeśli tak to do jakiej, służby ewentualnie już się nadaję. Rzecz jasna zdanie, opinia sponsora, to jedynie rekomendacja – to nie sponsor powierza służbę ale sumienie grupy.
Proste, prawda? A jak się ma do rzeczywistości?

Trafiłem do Wspólnoty, w której scenariusze wszystkich grup AA w mieście zawierały pytanie: czy ktoś chciałby poprowadzić mityng (ma taką potrzebę)? Tak więc wystarczyło wyrazić zachciankę, a grupa niewiele tu miała do powiedzenia. Nigdy w życiu, a trwało to latami, nie widziałem, żeby sumienie grupy wyraziło sprzeciw, zadecydowało, że nie, nie chcemy, żebyś to ty prowadził mityng, nie uważamy, żebyś się do tej służby dobrze nadawał. Coś takiego uznano by za akt wrogości, za napaść, zepsułoby to przecież dobre samopoczucie chętnego i milutki nastrój podczas mityngu, a te uważaliśmy wówczas za najważniejsze.

No, właśnie… Jak to wygląda obecnie? Czy rzeczywiście służbę powierza sumienie grupy, a z jej pełnienia zaufanego sługę później rozlicza? Czy są grupy AA, w których do służby kandydat zapisuje się bądź zgłasza sam, a uczestnicy mityngu cieszą się, że znalazł się jeleń do roboty, że to nie oni muszą podjąć się takiej czy innej pracy? I nie pozwolą sobie na żadną krytyczną ocenę, bo jeszcze się obrazi i służbę porzuci? Czy są jeszcze grupy, w których o służbie decyduje właściwie lokalny weteran/guru/sponsor i żadne sumienie nie odważy się głosować przeciwko zgłoszonej przez niego kandydaturze albo później nie najlepiej ocenić służbę jego podopiecznego, czy przyjaciela?

Bill W. stworzył fantastyczną, samonaprawiającą się maszynkę (Tradycje i Koncepcje) i bylejakość, połowiczność w służbach Wspólnocie w żaden sposób nie zagrozi, zresztą… rozwija się ona w Polsce (i nie tylko przecież) tak dynamicznie, że aż miło patrzeć i serce rośnie. Czy jednak nie wyrządzamy czasem niedźwiedziej przysługi swoim przyjaciołom i podopiecznym, chroniąc ich dobre samopoczucie i zadowolenie z siebie?

Wiele ostatnio słyszałem krytyki pod adresem niektórych powierników i delegatów do służby krajowej. Część zarzutów była, być może, uzasadniona, ale nie o to w tej chwili mi chodzi. Zastanawiam się, czemu tak trudno jest zrozumieć, że nasi przewodnicy, będący ponoć zaufanymi sługami, nie zostali tu zrzuceni na spadochronach w ramach wrogiej akcji imperialistów amerykańskich, że to my ich wybraliśmy głosami naszych własnych mandatariuszy, to my nauczyliśmy ich takiego a nie innego pełnienia służb, zrozumienia i odpowiedzialności za wspólne dobro, pokory… Zgoda na bylejakość, połowiczność w służbach i oczekiwanie satysfakcjonujących efektów takiej służby chyba jednak nie idą w parze.

poniedziałek, 2 września 2013

Notatki sponsora (odc. 002)

Z potencjalnym podopiecznym rozmawiałem o wierze – bez poruszania jakichkolwiek kwestii dotyczących religii, kościoła, wyznania – o szukaniu i rozpoznawaniu woli Boga wobec nas. Bez większych problemów uzgodniliśmy, że ani on, ani ja nie oczekujemy i raczej nie domagamy się, by Bóg – jakkolwiek Go pojmujemy – objawiał nam swoją wolę w formie bezpośrednich poleceń wydawanych w cztery oczy/uszy. Nieco więcej czasu wymagało zrozumienie, że woli Boga niekoniecznie trzeba szukać w układzie chmur, fusach po kawie, smugach błota na zderzakach samochodów, że jest bardzo możliwe, że Bóg przekazuje nam swoją wolę ustami innych ludzi. W tym momencie zadałem pytania najtrudniejsze: Czy uważasz za możliwe, że jednym z tych innych ludzi może być sponsor? Czy Bóg może zwracać się do ciebie za pośrednictwem twojego sponsora?

Mój rozmówca podskoczył jakby go coś ugryzło i podniesionym głosem, z wyraźną złością poinformował mnie, że najwyraźniej nie znam i nie rozumiem Tradycji AA i nie wiem, że we Wspólnocie nie wolno mieć autorytetów, że owszem, Bóg mówi do nas ustami innych ludzi, ale na pewno nie ustami sponsora czy innego alkoholika. I poszedł. A ja rozmyślałem o tym, że Bóg jest wszechmocny, ale oto miałem okazję rozmawiać z kimś ważniejszym, z człowiekiem, który uznał, że to on decydować może, czyimi ustami Bogu wolno do niego mówić, a którymi nie. Przypomniałem też sobie stwierdzenie: I tylko w jednym różnicie się od Boga – Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej (Erich Maria Remarque).

niedziela, 1 września 2013

Notatki sponsora (odc. 001)

Między sponsorem, a podopiecznym jest  Program AA – tak uważam. Jeśli go nie ma i nigdy nie było, to nie ma tu sponsorowania. Może być koleżeństwo, przyjaźń, bliskość, ale sponsorowanie – nie. Sponsor pozorny, to dość typowy u nas schemat typu: mam sponsora, ale z nim nie pracuję i nigdy nie pracowałem „na Programie”. Oczywiście, nikt nikomu nie zabrania używać określenia sponsor. Chodzi tu jednak o pewną uczciwość wobec siebie oraz innych ludzi. Nazywanie zwykłej kradzieży pożyczką, organizacją, czy skubnięciem, też nie jest zakazane, ale z elementarną uczciwością wobec siebie i innych nie ma chyba nic wspólnego...
Podobne, w moim rozumieniu również pozorne rozwiązania, to: moim sponsorem jest Bóg, moim sponsorem jest moja żona, mój terapeuta, mój spowiednik itp. Sponsor to drugi alkoholik! Oraz Program Wspólnoty AA. Ksiądz może być znakomitym przewodnikiem duchowym, jeśli ktoś takiego potrzebuje, ale nie jest sponsorem, bo duchowy Program AA zaczyna się wtedy, kiedy jeden alkoholik mówi do drugiego o tym, co sam zrobił we własnym życiu, najczęściej z pomocą swojego sponsora.

Sponsor tajny to ktoś, kogo nie poprosiłem o sponsorowanie, nie pracuję z nim „na Programie”, a jedynie staram się go podpatrywać i naśladować. Moim zdaniem jest to jeszcze jeden sposób na oszukiwanie samego siebie. Nie ma sponsorowania, jeśli w tym układzie sponsor nawet nie wie, że jest sponsorem. Podobnie bywa z grupami: moim sponsorem jest grupa AA! Tak? A czy ta grupa w ogóle wie, że jest Twoim sponsorem i czy podejmuje w związku z tym jakieś zorganizowane, konkretne działania?

(Fragment rozdziału „Sponsorowanie w AA” z książki „Alkoholizm zobowiązuje”)