niedziela, 3 sierpnia 2014

Notatki sponsora (odc. 033)

Dawno, dawno temu nie uczestniczyłem w mityngu, na którym byli obecni moi podopieczni – ot, tak się akurat złożyło. W następnych dniach, podczas naszych roboczych spotkań, pytałem ich o ten mityng: jaki był temat, czy coś usłyszeli ciekawego, ilu było uczestników… takie tam. Nie miałem na myśli niczego szczególnego, żadnego celu czy planu, niczego nie chciałem w ten sposób sprawdzać ani kontrolować – po prostu luźne, grzecznościowe pytania na początku spotkania, zanim pochylimy się nad Wielką Księgą. Odpowiedzi wprawiły mnie w osłupienie – różniły się tak bardzo, że przez chwilę miałem wątpliwości, czy rzeczywiście byli na tym samym mityngu. Po kilku dniach ostatecznie ustaliłem, że: ponad wszelką wątpliwość uczestniczyli w tym samym spotkaniu i… co niesamowite – nie kłamali, to znaczy nie mówili celowo nieprawdy.

Dotąd niby to wiedziałem, że nieco inna jest prawda ofiary wypadku, inna jego sprawcy, a jeszcze inna świadka, ale tym razem, chyba po raz pierwszy w trzeźwym, a więc nie aż tak długim życiu, namacalnie doświadczyłem zasady: uczestnicy tego samego zdarzenia, widzą i słyszą coś innego. Zapewne nie zawsze tak się to dzieje, może nie zawsze rozbieżności mają znaczenie strategiczne, ale jednak.

Minęły miesiące i lata. Wprowadziłem do pracy z podopiecznymi pewną innowację: staram się i nalegam, żebyśmy uczestniczyli w tych samych mityngach, choćby jednym na tydzień, choćby od czasu do czasu, a następnie, bezpośrednio po mityngu, rozmawiamy kilkanaście minut. Zadaję wtedy, standardową już właściwie, serię pytań: co słyszałeś? czego doświadczyłeś? co zwróciło twoją uwagę? co uważasz za ważne? 
Krótko – doświadczeń zebrałem już tyle, że dziś uważam takie rozmowy za nieocenione i więcej niż bardzo, bardzo wartościowe.

Mam konkretne doświadczenia w sponsorowaniu internetowym, byłem zarówno podopiecznym jak i sponsorem. Tym niemniej uważam takie rozwiązanie za wyjątkowe. Moim zdaniem, jeśli inaczej się nie da, to nie ma co grymasić, trzeba po prostu robić swoje, ale… Ale mam coraz większą świadomość i zrozumienie, że pracując na odległość, rozmawiamy nie o rzeczywistości mojego podopiecznego, ale o jego przekonaniach i wyobrażeniach o niej, i jeśli nie siedzimy przy tym samym mityngowym stole, nie spotykamy się osobiście w rożnych sytuacjach życiowych, to  zbyt wielkiej szansy na weryfikację nie mam. I wcale nie chodzi o to, żeby podopieczni kłamali, choć i to się zdarza.

Argumentów jest na pewno więcej, ale przytoczę jeszcze jeden. Nowicjusz nie zawsze trafia na mityng i do Programu w styczniu (Pierwszy Krok), ale nawet gdyby tak było, to na jakiej podstawie miałby weryfikować przydatność i sens zasłyszanych przekonań, poglądów, przeżyć, doświadczeń, wiedzy i opinii, na które składa się każda zapewne rzeczywistość mityngowa? Jako sponsor mógłbym mu pomoc uporządkować ten chaos, ale przecież ja nie wiem, co on usłyszał, bo mnie na tym mityngu nie było. Jeżeli nawet podopieczny opowie mi, co usłyszał, to… wróć do początku tego tekstu.

2 komentarze:

  1. Jestem sponsorowany przez Internet. Nie było wyjścia, więc nie grymasiłem ;-)
    Z moim sponsorem, miałem dwa razy kontakt bezpośredni, za każdym razem od czwartku do niedzieli. Wkrótce spotkamy się pewnie w tej formule po raz trzeci. Niedawno rozpocząłem pracę z moim pierwszym podopiecznym, "w realu", chodzimy na wspólne mityngi, mamy kontakt osobisty.
    Uważam, na podstawie moich doświadczeń, że jeśli działa podopieczny, to działa Program. Zakładam, że sponsor jest na tyle przebudzonym duchowo alkoholikiem, że jego "wadliwością" nie musimy się martwić ;-)
    To oczywiste, że nic nie zastąpi osobistego kontaktu, wspólnego bywania i rozmowy na temat tego, co się usłyszało, zobaczyło. Jednak bywanie na mityngach to jedynie fragment, w dodatku chyba nie najważniejszy, funkcjonowania podopiecznego. Większość życia spędza on w rodzinie, pracy. Tam nie bywa z nim sponsor, który jakość relacji w tych środowiskach zna z relacji podopiecznego. I tutaj nie ma chyba większego znaczenia to, czy sponsor usłyszy o życiu podopiecznego w rozmowie bezpośredniej, czy przez Internet. A moja relacja ze sponsorem, dzięki Bogu, obejmuje również, a może przede wszystkim to, co mnie najbardziej boli na co dzień w pracy (lub na bezrobociu), w rodzinie, wśród znajomych.
    Na mityngu jestem 2 godziny w tygodniu.
    Cieszę się, że mój sponsor zgodził się mi sponsorować, że nie czekałem dłużej z poproszeniem o sponsorowanie, że stało się tak - lub "zadziało" - a nie inaczej.
    Dla wytrzeźwienia gotów byłem zrobić wszystko. No, jednak prawie, bo do Opola się jednak nie przeprowadziłem ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatecznie i tak najważniejszy jest efekt. :-)

      Usuń