niedziela, 28 września 2014

Notatki sponsora (odc. 039)

– Trzymaj z wygranymi! – jako uczestnik mityngów i podopieczny wiele razy słyszałem to stare AA-owskie powiedzenie, ale chyba dopiero jako sponsor zrozumiałem, że może ono dotyczyć także czegoś więcej niż banalnego podziału na alkoholików pijących, to jest przegranych albo jeszcze przegrywających oraz utrzymujących abstynencję, niepijących, a więc, wydawałoby się, wygranych.

W pierwszej połowie życia wielu z nas podejrzewa (zapewne słusznie!), że nie wszystko działa jak należy. Powinno być coś więcej1.

Ponad połowę życia spędziłem w przekonaniu, że to moje właściwe życie jeszcze się nie zaczęło. Czekałem na coś, nawet nie wyobrażając sobie zbyt dokładnie, co by to miało  być, spodziewałem się czegoś… nieokreślonego2.

Prawie czterdzieści lat wdrapywałem się na drabinę swego życia, starając się zdobywać wykształcenie, coraz lepszą pracę, pieniądze, stanowiska, poważanie, władzę i inne takie, aż pewnego dnia obudziłem się na detoksie; wszystko mi się posypało, rozpadło. Straciłem dobrą pracę i kierownicze stanowisko, całkiem przyzwoite zarobki i reputację (choć tę zapewne dużo wcześniej niż mi się wydawało). Wkrótce straciłem jeszcze jedną, teraz już kiepską pracę za marne pieniądze, i nawet ja sam zacząłem sobą pogardzać, bo nijak nie potrafiłem szanować oszusta, pijaka i złodzieja. Tak, przegrałem z kretesem i na całej linii.
Przez kilka następnych lat, już bez alkoholu, starałem się odzyskiwać utracone wcześniej dobra, jednak bez świadomości, że coś istotnego przeoczyłem, że chyba nie zrozumiałem tego, co najważniejsze: tu nie chodzi o sprawne wspinanie się po drabinie, ale o drzewo! Tak! Drabinę swojego życia oparłem o niewłaściwe drzewo! Z zapałem i determinacją zająłem się znowu wspinaniem po jej szczeblach, ale jakoś nie wpadło mi do głowy, że przecież nadal stoi ona oparta, nie o rajska jabłoń, ale o dąb, którego owoce (żołędzie) jakoś dziwnie przypominają kozie bobki…

Straciłem ostatecznie syna, o ile nie stało się to wcześniej, kobietę, którą kochałem do bezgranic, zdrowie, ale chyba przede wszystkim urojone poczucie sensu. Choć zakrawa to na paradoks, okazało się, że zacząć wygrywać (zrozumienie, co właściwie wygrywać i dla kogo, też było solidnym wstrząsem) mogę chyba tylko wtedy, kiedy przegram, kiedy stracę już prawie wszystko oprócz życia, ale przecież bywały momenty, że i z nim jakoś chciałem się rozstać.

Nikt z nas nie wkracza w dojrzałość duchową z własnej woli lub w wyniku całkowicie wolnego wyboru3.

Prawdę mówiąc nadal uważam, że jest to trochę niesprawiedliwe, ale kogo obchodzi, co ja tam sobie uważam? Poza tym, jeśli ktoś obiecywał mi, że na tym najpiękniejszym ze światów sprawiedliwość będzie się działa „po mojemu”, to kłamał albo nie wiedział, co plecie…




--
1. Richard Rohr – „Spadać w górę”, s. 18.
2. Meszuge – „Przebudzenie. Droga do świadomego życia”, s.71.
3. Richard Rohr – „Spadać w górę”, s. 16.

środa, 24 września 2014

Notatki sponsora (odc. 038)

Pewnego razu zajęcia mojej grupy prowadziła terapeutka, którą wcześniej znałem tylko z widzenia; zajmowała się zwykle współuzależnionymi, a do nas, alkoholików, przysłano ją jednorazowo, na zastępstwo. Opowiedziała nam wtedy historię swojego małżeństwa, które podzieliła na trzy etapy. W pierwszym, początkowym, było cudownie, co zresztą jest dość oczywiste i naturalne. Etap drugi to był koszmar, bo mąż uzależnił się i pił destrukcyjnie przez wiele lat. Cud, że z nim wytrzymała, bo związek z czynnym alkoholikiem do łatwych ani przyjemnych nie należy na pewno. Etap trzeci rozpoczął się wtedy, kiedy on rozstał się z alkoholem i wytrzeźwiał – terapeutka powiedział, że ten trzeci okazał się znacznie lepszy od… pierwszego. I tym mnie zaskoczyła.

W pierwszych trzech-czterech latach abstynencji parę razy wracałem myślami do jej relacji, ale dziś jestem przekonany, że wtedy wyciągnąłem z niej bardzo powierzchowne wnioski, nie jest wykluczone, że w ogóle błędne. I nie chodziło o to, że nie wierzyłem w prawdziwość historii terapeutki, bo w fakty wierzyłem. Jednak uznałem wówczas, że to w sumie dość prymitywna terapeutyczna sztuczka, która miała za zadanie przekonać słuchaczy, że życie bez picia jest piękne, po prostu wzmocnić motywację pacjentów w procesie terapeutycznym.

Mijały lata, jako sponsor obserwowałem związki alkoholików, a zwłaszcza ich ewolucję. I coś zaczynało mi świtać…

Pierwsze miesiące, nawet lata związku są często bardzo szczęśliwe – jesteśmy młodzi, zdrowi, zakochani, seks jest świetny, uwielbiamy wspólnie spędzać czas, pomysłów nam nie brakuje, ufamy sobie bezgranicznie, a planów i nadziei na przyszłość mamy mnóstwo. W naturalny sposób wierzymy, jesteśmy przekonani, że to dopiero początek, że na pewno z czasem będzie nie tylko tak samo dobrze, ale wręcz coraz lepiej.
Uzależnienie, nałóg, alkoholizm – porażka, rozpacz, rozczarowanie, żal, utrata zaufania, beznadzieja, poczucie krzywdy, problemy, problemy, problemy, problemy… finansowe, emocjonalne, seksualne, towarzyskie i wszystkie inne. Czarna dziura, skraj przepaści.
Wtedy (czasem) zdarza się cud. Dzięki Bogu, jakkolwiek Go pojmujemy, Wspólnocie AA, Wielkiej Księdze, Programowi Dwunastu Kroków, sponsorowi on/ona jest trzeźwa*. To oczywiście piękne, ponad wszelką wątpliwość lepsze od piekła i codziennej destrukcji rodziny alkoholowej, ale czemu niby miałoby być lepsze od tego pierwszego okresu?

Po latach znalazłem odpowiedź i – jak to często bywa – okazała się ona banalnie prosta: świadomość. W tym pierwszym okresie bywamy szczęśliwi bezrefleksyjnie, bez zrozumienia i świadomości, jak wiele z tego, co otrzymujemy jest darem, że wcale nie należy nam się, jak psu buda. Dopiero ludzie cudem uratowani, zatrzymani i zawróceni znad samej  krawędzi czarnej dziury potrafią w pełni docenić wartość każdej chwili, każdego gestu, każdego słowa, uśmiechu, pocałunku, każdego drobiazgu. To trochę tak, jak z chlebem – tak, takim zwyczajnym, powszednim, beztrosko wyrzucanym, gdy nie jest już całkiem świeży – smakowanym zupełnie inaczej, pełniej, po latach niedostatku, może nawet głodu.


Richard Rohr „Spadać w górę”: Na końcu nie tyle odzyskujemy to, cośmy utracili, co, w tym procesie i dzięki niemu, odkrywamy w znaczący sposób nowe „ja”. Dopóki nie znajdziemy się na granicach naszego obecnego planu gry, i nie przekonamy się, że jest on niewystarczający, dopóty nie będziemy szukać ani nie znajdziemy prawdziwego źródła, głębokiej studni lub nieprzerwanie płynącego potoku. Anonimowi Alkoholicy nazywają to „Siłą wyższą”. Jezus nazywa to Obfitym Źródłem „wody żywej” na dnie studni, i mówi o tym kobiecie, która wciąż napełnia swój czerpak.



--
* Nie chodzi mi tutaj o samą abstynencję, ale o prawdziwą trzeźwość umysłową, duchową i emocjonalną, którą niektórzy alkoholicy uzyskują dzięki duchowemu przebudzeniu (doświadczeniu, przeżyciu).

piątek, 19 września 2014

Notatki sponsora (odc. 037)

Są takie pary słów, które brzmią podobnie, są podobnie zbudowane albo pochodzą z tego samego pola znaczeniowego, jednak znaczenia ich są różne. Podobieństwo formalne jest przyczyną powstawania błędów leksykalnych, na przykład mylenia znaczeń wyrazów podobnych brzmieniowo lub morfologicznie i ich niepoprawne wymienne stosowanie (adaptować i adoptować, efektywny i efektowny, przynajmniej i bynajmniej) albo neosemantyzacji to jest używania wyrazów w niewłaściwym znaczeniu (sprzeciwiam się czemuś, stawiam opór, a więc zapewne jestem… oportunistą).  Nie jest wykluczone, że już niedługo, problematyczne stanie się też słowo „uczestnictwo” i w środowisku AA trzeba je będzie specjalnie definiować.

Radio Erewań – za „komuny” w ZSRR i PRL nazwa fikcyjnego źródła nierzetelnych informacji, parodiująca metody propagandy komunistycznej. Charakterystyczne dowcipy radia Erewań zbudowane są według schematu: pytanie słuchacza – odpowiedź radia.

Przykłady:
Pytanie słuchacza: Czy jest prawda, że kompozytor Chaczaturian wygrał samochód na loterii?
Odpowiedź radia: W zasadzie tak, ale z małymi poprawkami: nie Chaczaturian a Szostakowicz; nie samochód a motocykl; nie wygrał, ale przegrał i nie na loterii ale w pokera.

Pytanie słuchacza: Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają Mercedesy?
Odpowiedź radia: W zasadzie tak, ale z małymi poprawkami: nie w Moskwie tylko w Leningradzie, nie Mercedesy tylko rowery i nie rozdają tylko kradną.


Niedawno usłyszałem, że alkoholikowi nie wolno przerwać wypowiedzi podczas mityngu, choćby mówił nie na temat, bo zgodnie z Czwartą Koncepcją, zwaną „prawem do uczestnictwa”, każdy ma prawo czynnie uczestniczyć w mityngu (wypowiadać się) i nie ma tam warunku mówienia na temat. Wypowiadając to przekonanie dodał też chełpliwie, że on „robi” ze sponsorem Koncepcje, więc się na tych sprawach zna. No, tak…

Metoda nachalnego i agresywnego sponsorowania podzieliła grupy AA w Polsce na „programowe” i „staropolskie” (słyszałem też określenie „betonowe”, ale uważam je za obraźliwe) i teraz wszyscy musimy ciężko pracować, by niwelować różnice, leczyć urazy, burzyć granice, które między nami wyrosły. Bo przy mityngowych stołach jest miejsca dla każdego, kto chce przestać pić – to jest jedyny warunek.
Jeszcze z tym problemem nie uporaliśmy się w pełni (ani nawet w połowie), a już pojawia się kolejny, polegający na próbach podporzadkowania sobie grupy przez różnych… hm… nie będę się wyrażał, twierdzących, że znają Koncepcje i rzekomo w imię zgodności z tymi Koncepcjami domagających się, żeby grupa… żądających, żeby inni…  wzywających do… itd. Gdyby jeszcze faktycznie Koncepcje znali, prawie wszystko byłoby w porządku; kogoś z większym doświadczeniem zawsze warto jest słuchać. Czemu „prawie”? Bo decyzje w grupie podejmuje jej sumienie, a nie jeden alkoholik, któremu wydaje się, że zna Koncepcje i może nimi grupę terroryzować. Grupie wolno wypiąć się na Koncepcje albo Tradycje dokładnie tak samo, jak na „Poradnik dla służb AA”, choć oczywiście nie musi to być dobry pomysł – zwracam tylko uwagę na to, że wolno, nie jest to zakazane, zresztą… przez kogo niby miałoby być zakazane albo zabronione?

Czwarta Koncepcja dotyczy szczególnej relacji, związku zachodzącego we Wspólnocie AA między władzą, a odpowiedzialnością, a nie prawa do wypowiedzi na mityngach na dowolny temat. W swoim podręczniku na temat Dwunastu Koncepcji Bill W. pisał: Przestrzeganie zasady „Uczestnictwa” w strukturze naszych służb jest, dla tych z nas, którzy rozumieją już jej zastosowanie i płynące z niej korzyści, kwestią najwyższej wagi dla naszej przyszłości. […] „Prawo do Uczestnictwa” jest zatem środkiem korygującym najwyższą władzę, zmniejsza bowiem możliwość jej nadużywania lub nadmiernego radykalizmu.

Czy istnieje jakaś ochrona przed próbami podporzadkowania sobie grupy, manipulacją, straszeniem i terroryzowaniem Koncepcjami? Do głowy przychodzi mi właściwie tylko jedna – trzeba samemu poznać Dwanaście Koncepcji dla służb AA. Choćby z podręcznika Billa, który wspomniałem wyżej. W końcu to on je wymyślił i opracował, więc i on powinien najlepiej wiedzieć, czego dotyczą. Jeśli dobrze poszukać, podręcznik ten można znaleźć w internecie. Odnoszę wrażenie, że niektórzy pracujący na Koncepcjach ze sponsorem, nigdy tego podręcznika nie czytali, a swoje zrozumienie, na przykład Koncepcji Czwartej opierają na własnej (sponsora), dość swobodnej zresztą interpretacji słowa „uczestnictwo”. 

Sugestia: jeżeli ktoś mówi ci o którejś z Koncepcji albo Gwarancji, to sprawdź, czy to co mówi, zawarte jest w podręczniku Billa W. Jeśli tak, to słuchaj bardzo uważnie, bo będzie pewnie szansa czegoś wartościowego dowiedzieć się i nauczyć. Jeśli jednak usłyszysz treści zupełnie inne…


Do radia Erewań.
Pytanie słuchacza: Czy jest prawdą, że zgodnie z IV Koncepcją, każdy może mówić na mityngu nie na temat?

Odpowiedź radia: W zasadzie tak, ale z małymi poprawkami: być może tak będzie kiedyś, kiedy IV Koncepcja będzie dotyczyła gadania, a nie proporcjonalnego uczestnictwa we władzy i odpowiedzialności, i kiedy nie będzie już dotyczyła służb (jak sama ich nazwa wskazuje), ale wszystkich uczestników mityngu.

piątek, 12 września 2014

Deon: To jest pułapka kobiet

Pułapka kobiet – o „Alkoholiczce" Miki Dunin

Wszyscy jesteśmy, byliśmy albo w określonych warunkach bywamy złodziejami, oszustami i kłamcami, wielu cudzołożnikami, ale trzeźwe alkoholiczki i alkoholicy nie udają przynajmniej świętoszkowato, że to nieprawda, że oni nigdy nie…

Brudne ubrania, przykra woń dawno niemytych ciał, zmierzwione włosy… - wzrok dziki, suknia plugawa, chciałoby się przywołać słowa wieszcza - osiedlowi pijacy, może alkoholicy, ale niekoniecznie; niekoniecznie też bezdomni. W przeważającej większości mężczyźni, najczęściej w średnim wieku. Kobiety? Bardzo, bardzo rzadko, wyjątkowo, sporadycznie. Zapewne właśnie dlatego "alkoholik" to w naszej wyobraźni zawsze mężczyzna. Poza tym, jak to? Kobieta pracująca, matka dzieciom, katoliczka, Matka Polka - alkoholiczką?! Przecież to się w głowie nie mieści!

Nie mieści się w głowach wszystkich obłudnie zniesmaczonych wyznawców narodowych przekonań, wizji i mitów, powtarzających bzdurne teorie, że grzeczne dziewczynki z dobrych domów to nie… że porządne kobiety to by nigdy… Tak zaczyna się piekło kobiet i pułapka, bo powstrzymać się od picia już nie potrafią (uzależnienie oznacza TAKŻE bezsilność wobec alkoholu - choć to akurat wierzchołek góry lodowej, objaw niewątpliwie spektakularny, lecz chyba jednak nie najważniejszy), a poprosić o pomoc, zgłosić się na leczenie do poradni odwykowej albo do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików nie pozwala im wstyd, ale przede wszystkim piętno społeczne, stygmat: alkoholiczka = kobieta upadła… Swoją drogą od wielu lat zastanawiam się, cóż by to miało znaczyć i dlaczego takie bzdury?

Po wsiach powiadają, że lepiej jest być znanym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem, ale to też kobiet nie dotyczy, a przynajmniej nie bezpośrednio, bo niby jaka z niej anonimowa alkoholiczka? Przecież to Ziuta od Iksińskich, cała wieś ją zna! Nie mówiąc już o tym, że prawie każdy ją miał, bo przecież wiadomo: baba pijana - d… sprzedana (kolejna polska mądrość ludowa).

Historia opowiedziana przez Mikę Dunin jest wyjątkowo bolesna i przyznaję, że kilka razy łzy ciekły mi po policzkach (np. wyścigi w napychaniu się soloną cebulą, kiedy dzieci już nic innego nie miały w domu do zjedzenia), bo tak nie powinny żyć i być traktowane dzieci, ale i później nie była to relacja wesoła, choć jej bohaterka już dorosła i - wydawałoby się - sama decydowała o swoim życiu. Bo możliwość podejmowania rozmaitych decyzji nie oznacza jeszcze automatycznie poukładanego, szczęśliwego, satysfakcjonującego, spełnionego życia ani realnej zdolności do zbudowania takowego - w przypadku tytułowej alkoholiczki było wręcz przeciwnie: chaos, zagubienie, brak realnego kontaktu z rzeczywistością (alkoholicy żyją w swoim własnym świecie wyobrażeń, przekonań i pozorów, i to nie tylko wtedy, kiedy są pod wpływem), negowanie oczywistych faktów i związków między nimi, bezradność wobec banalnych problemów, nieudane najczęściej próby zgadywania, jak ma być, jak się zachować, jak postąpić, co wybrać…
 

poniedziałek, 8 września 2014

O "Poradniku dla służb AA"

Dawno, dawno temu powierzono nam (kilku alkoholikom z Opola) organizację kolejnego warsztatu Dwunastu Kroków; oznaczało to także potrzebę przygotowania nowych materiałów pomocniczych – stare przestały nam wystarczać, a wersje znajdowane w internecie albo w stosach starych AA-owskich szpargałów miały jedną wadę: nie wiadomo było, kto je napisał, kiedy i na jakiej podstawie. Wydaje się to mało ważne? No, cóż… dla mnie ma znaczenie, czy sugestia, podpowiedź, propozycja pochodzi od mojego sponsora, czy od menela spod budki z piwem, czy wynika z Wielkiej Księgi, czy może z jakiegoś podręcznika dla psychoterapeutów.
Przy tej okazji i w związku z powyższym postanowiliśmy, że nasze materiały opatrzone zostaną imionami autorów, datą powstania, że podamy źródła, z których korzystaliśmy oraz kontakt do organizatorów warsztatu.
Materiały te cały czas ewoluują, są sprawdzane, poprawiane i uzupełniane; wiosną 2014 roku w użyciu była bodajże trzecia ich edycja, jednak kolejni autorzy nadal uważają za ważne podawanie imion (wraz z datą trzeźwości), miasta, i aktualnego kontaktu. Tak oto alkoholicy, kompletnie nieodpowiedzialni z natury, uczyli się i nauczyli brać osobistą odpowiedzialność za to, co stworzyli, za pracę, którą wykonali.

Po wielu latach oczekiwań wydany został wreszcie „Poradnik dla służb AA”. W znacznej mierze napisany w stylu urzędniczo-administracyjnym z konstrukcjami typu: sugeruje się, zaleca się…  itp., które nieprzyjemnie przypominają mi: piło się, kradło się. Poza pseudo oficjalną, napuszoną manierą językową ma to jedną jeszcze zaletę – pozwala skutecznie uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo przecież nie wiadomo konkretnie, kto sugeruje ani kto zaleca; pod tym niewątpliwie ważnym dla AA w Polsce dziełem, nikt się nie podpisał. A szkoda. W każdym razie przyznam, że trochę mi brakuje cudownie prostego i bezpośredniego stylu Wielkiej Księgi: A oto Kroki, które postawiliśmy i które są proponowanym przez nas programem zdrowienia… Tak! My postawiliśmy i my proponujemy, a nie… „zaleca się”.

Zastanawiająca wydaje się determinacja, z jaką nieznani autorzy „Poradnika” lansują schemat podziału kapelusza 60:40. Schemat prawdopodobnie w ogóle nieznany w Wielkiej Brytanii, owszem, testowany krótko w USA  na przełomie lat siedemdziesiątych i  osiemdziesiątych, ale ostatecznie zarzucony, jako niespełniający oczekiwań1. Rzetelnie opracowany poradnik mógłby wskazywać także inne sposoby i metody, na przykład praktykowany w krajach anglojęzycznych (USA) oraz w Polsce (grupa AA „Wsparcie” w Opolu) schemat przelewającego się kapelusza2, ale z lektury naszego „Poradnika dla służb AA” nie wynika, żeby w ogóle istniało jakakolwiek inne rozwiązanie niż 60:40 (dokładnie to 60+20+10+10).

Jednak prawdziwy wstrząs miał dopiero nastąpić. Na stronie poświęconej finansom grupy, po standardowym już zachwalaniu podziału 60:40, czytam: Jeśli środki gromadzone w kapeluszu są niewielkie, skarbnik dba jedynie o najpilniejsze potrzeby grupy. Jeżeli natomiast środków jest na tyle dużo, że po przekazaniu 40% (20+10+10), powstaje finansowa nadwyżka, to – zgodnie z naszymi zasadami – po utworzeniu niewielkiej rezerwy nadwyżkę przekazuje dalej (s. 34).
Naszymi zasadami? Zaraz, zaraz! Jakimi zasadami, ale konkretnie?! Która Tradycja czy Koncepcja zaleca i sugeruje brak odpowiedzialności i brak konsekwencji w działaniu? Bo na pewno nie Tradycja Siódma i nie Koncepcja Dwunasta.

Jak wyglądałaby ta rzekoma zasada AA przełożona na inne sfery życia i dziedziny? Na przykład:

1. Regulamin pracy przewiduje (powiedzmy), że mam pracować od 7:00 do 15:00, ale byłaby w nim zawarta uwaga, że jeśli tylko będę miał jakieś osobiste sprawy, to mogę sobie przychodzić później albo wychodzić wcześniej, stosownie do własnych potrzeb, zachcianek i możliwości.

2. Na drodze pod znakiem zakazu skrętu w lewo byłaby tabliczka z informacją, że jeżeli gdzieś tam po lewej mam jakiś swój ważny interes, to skręcić jednak mogę.

3. W Biblii napisano „nie kradnij”, ale byłby do Dekalogu dołączony aneks, a w nim informacja, że  do kwoty 5 złotych, to jednak wolno albo, że pewne instytucje czasem jednak okradać można.

Za czasów picia, który w moim życiu był też okresem hucpiarskiego polactwa-cwaniactwa, uważałem, i jeszcze się tym chełpiłem, że przepisy są po to, żeby je łamać. Dziś, jako człowiek dorosły, trzeźwy i odpowiedzialny, jestem przekonany, że przepisy, zasady należy przestrzegać, a nie dopasowywać do siebie i naginać do własnych potrzeb.

Wydaje mi się, że jeżeli sumienie grupy zgodnie postanowiło przyjąć podział kapelusza według schematu, na przykład, 60:40, to schematu tego należy przestrzegać. Jeżeli jednak w praktyce nie sprawdza się on i 60% to raz za dużo pieniędzy, innym razem za mało, oznacza to, że grupa wybrała dla siebie niewłaściwą regułę, po prostu. Sumienie grupy, podczas jakieś inwentury czy mityngu organizacyjnego i po uważnym rozważeniu sprawy, może zmienić sposób podziału kapelusza na bardziej sensowny, możliwy do realizowania w konkretnych warunkach tej właśnie grupy.  Bo inne grupy, w innym mieście albo nawet innej dzielnicy, mogą mieć przecież zupełnie inne doświadczenia. Upieranie się, że podział 60:40 (dokładnie to 60+20+10+10) jest najlepszy i jedynie słuszny bez względu na lokalizację grupy i jej liczebność, wydaje mi się… hm… no, nieważne.

W książce „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” znalazłem kiedyś stwierdzenie, które  i dziś mocno mnie porusza: „nieodpowiedzialni stali się wreszcie odpowiedzialni”. Zastanawiam się, czy kolejne wydanie tej książki nie powinno mieć w tym miejscu gwiazdki i odnośnika: nie dotyczy Wspólnoty AA w Polsce, bo tu zaufani słudzy preferują… przepraszam… preferuje się, promuje się, zaleca się oraz sugeruje się brak konsekwencji w działaniu i odpowiedzialności za własne wybory i decyzje (jeśli ten żart wydaje się złośliwy, to przepraszam).

Podtrzymywanie fikcji, że mamy i stosujemy określony schemat (metodę, system, regułę itp.), a następnie łamanie go albo naginanie raz w jedną, a raz w drugą stronę, nie ma nic wspólnego z konsekwencją i odpowiedzialnością, wręcz przeciwnie – to oszukiwanie samych siebie. Kiedyś wmawialiśmy sobie, że czytanie w koło Kroków i Tradycji na początku mityngu jest formą realizacji Programu, ale od tamtych czasów coś się rzekomo zmieniło…
Biblii, kodeksu drogowego albo regulaminu pracy nie jesteśmy w stanie dowolnie sobie zmienić, ale wspólnie przyjętą regułę/sposób/metodę w naszej grupie – jak najbardziej tak. Wystarczy najbliższy mityng organizacyjny albo inwentura. Po co więc upierać się przy rozwiązaniu wadliwie działającym? Bo jeśli działa dobrze, to przecież znakomicie – nie ma sensu naprawiać czegoś, co nie jest popsute. Tylko, czy rzeczywiście dobrze działa?

Ja tam jestem prosty facet, na wielu rzeczach się nie znam, wielu nie rozumiem, więc może ktoś wyjaśniłby mi, co wspólnego z trzeźwym myśleniem oraz zdrowym rozsądkiem mają poniższe przekonania, działania i postawy?

1. Promowanie i nachalne forowanie metody, którą kilkadziesiąt lat temu Anonimowi Alkoholicy w USA przetestowali i odrzucili, jako nie spełniającą oczekiwań Wspólnoty.

2. Upieranie się, że schemat ten jest najlepszy3, mimo amerykańskich doświadczeń oraz mimo braku oficjalnych testów jakichkolwiek innych schematów, metod, czy sposobów.

3. Nakłanianie do praktykowania takiego właśnie schematu podziału kapelusza mimo świadomości, że w wyniku jego dotychczasowego stosowania zdecydowana większość grup w Polsce, po czterdziestu latach istnienia AA w naszym kraju, nadal nie jest samodzielna finansowo, a Wspólnota utrzymuje się głównie dzięki sprzedaży literatury swoim członkom (wysokie marże), co nawet w takiej Irlandii byłoby nie do pomyślenia. Wspólnota powinna utrzymywać się z dobrowolnych datków swoich członków/uczestników, a nie z zawyżonych marż na książki!!!


Sprawa następna to, najwyraźniej nieśmiertelny w AA w Polsce, problem z władzą: w Tradycji, w Koncepcji, ale największy chyba w świadomości. Wydaje mi się, że wielu alkoholików gotowych jest zrobić prawie wszystko, żeby tylko nie rezygnować z samowoli i nie poddać się jakiejkolwiek władzy.

„Poradnik dla służb AA” s. 24: …o jakiej władzy służb można mówić w AA, kiedy wszystko w naszej Wspólnocie jest jedynie sugestią, itp.  Zdaję sobie sprawę, że zapewne gorzała pół mózgu mi wyżarła, ale mimo to – taki ze mnie dziwak! – nie lubię, żeby traktowano mnie jak przygłupa. O jakiej władzy można mówić w AA? Oczywiście nie o władzy jednego człowieka nad drugim, bo czegoś takiego we Wspólnocie nie ma. Ale można, a nawet trzeba, mówić o władzy, sygnalizowanej choćby w Trzeciej Koncepcji, wyrażającej się w zdolności do podejmowania decyzji.

Tekst Drugiej Tradycji przytaczany jest w „Poradniku” raz jako Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest… a innym razem jako Jedynym najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest… To – mam nadzieję – przejściowe, a wynika z wątpliwości, czy stosować zapis błędny, ale oficjalny, czy prawidłowo przetłumaczony, ale niezatwierdzony.

Nadal uważam, że zakres znaczeniowy amerykańskiego określenia authority i polskiego autorytet jest różny4. W USA boss ma authority (szef ma władzę) z założenia, od tego jest szefem, co z niego byłby za szef, gdyby nie miał żadnej władzy? Polski kierownik czy dyrektor ma władzę z racji zajmowanego stanowiska, ale to nie znaczy automatycznie, że jest dla kogoś autorytetem; praktyka pokazuje, że czasami właśnie niestety nie jest. Ale ostatecznie i to nie wydaje się najważniejsze – skoro taką urazę żywimy do władzy i pod warunkiem, że wiemy, rozumiemy i w pełni zgadzamy się, że we Wspólnocie AA istnieją zarówno autorytety, jak i przywództwo, to nie ma o co tak bardzo kopii kruszyć.


I to by było na tyle. Tym razem. Czy nie dałoby się przyczepić do czegoś jeszcze? Ależ na pewno! Nie chodzi jednak o przekorne czepianie się, ale o zwrócenie uwagi na to, co wydaje się (chociaż być może tylko mnie) nie do końca przemyślane. Choćby określenie „służebny”, które we współczesnym języku polskim nie występuje w formie osobowej i nie pojawia się w żadnym Kroku, Tradycji, Koncepcji. Promowanie wydanej wiele lat temu, bombastycznej propozycji scenariusza mityngu. Tajne głosowania, które stwarzają realny problem z praktyczną realizacją Piątej Koncepcji przy braku konkretnej rady, jak tę Koncepcję stosować w praktyce. Autorytarny (zamiast poradnikowego) język „Poradnika”. Itd. Itp.

Tak, „Poradnik dla służb AA” nie jest doskonały i zapewne nigdy nie będzie, ale...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach





--
1. „Not-God – A History of Alcoholics Anonymous”, Ernest Kurtz, s. 280-282.
2. Schemat przelewającego się kapelusza praktykowany jest z powodzeniem przez wiele grup w USA oraz, od kilku lat, opolską grupę „Wsparcie” (i na pewno nie tylko). Według tego schematu grupa powinna zapewnić sobie niezbędne środki finansowe na prawidłowe funkcjonowanie, co oznacza czynsz oraz wydatki związane z niesieniem posłania (na napoje i inne takie składamy się osobno – grupa „Wsparcie” nie przepija i nie przejada pieniędzy Wspólnoty AA!). Drugie tyle grupa zachowuje w rezerwie (fundusz bezpieczeństwa, pozwalający, w razie czego, przetrwać miesiąc), natomiast całą resztę odprowadza do Intergrupy i Regionu, bo te pieniądze byłyby tylko przyczyną sporów i niepotrzebnych dyskusji.
3. „Poradnik dla służb AA” strona 33: …najlepiej według schematu 60-20-10-10…
4. Przykład: I am going to the authorities with my problem = Idę z tą sprawą do władz.

poniedziałek, 1 września 2014

Notatki sponsora (odc. 036)

Nie jestem zdrowy i nie chcę być zdrowy – usłyszałem na mityngu pełne przekonania słowa – boję się wyzdrowieć i mam nadzieję, że nigdy nie wyzdrowieję, bo to by znaczyło, że mogę wrócić do picia.
Smutno mi się zrobiło i, jak zawsze w takich sytuacjach, pomyślałem o ludziach, dla których najważniejszym objawem zdrowia jest możliwość bezkarnego (bez konsekwencji) przyjmowania etanolu w ilościach hurtowych, a myślenie: jestem zdrowy na umyśle, więc nie robię tego, co mi szkodzi – wydaje się im nie do przyjęcia.

Nieco wcześniej wpadło mi w uszy przekonanie, że absolutnie nie da się wytrzeźwieć w kilka-kilkanaście miesięcy, że jest to po prostu zupełnie niemożliwe. No, cóż… Na sobotnim mityngu „mojej” grupy naliczyłem takich osób co najmniej 6-7, a liczyłem tylko tych, których znam osobiście.

Większość ludzi twierdzi, iż pragnie jak najszybciej opuścić przedszkole. Ale nie wierz im. Nie mówią prawdy. Jedyne, czego naprawdę chcą, to by naprawić im popsute zabawki. „Oddaj mi moją żonę”. „Przyjmij mnie znowu do pracy”. „Oddaj mi moje pieniądze”. „Zwróć mi moją wcześniejszą reputację”. Tego właśnie naprawdę chcą. Pragną, aby zwrócić im dotychczasowe zabawki (życie). Tylko tego, niczego więcej. Psychologowie twierdzą, że ludzie chorzy w istocie rzeczy nie chcą naprawdę wyzdrowieć. W chorobie jest im dobrze. Oczekują ulgi, ale nie powrotu do zdrowia.  Leczenie bowiem jest bolesne i wymaga pracy, wyrzeczeń – pisał Anthony de Mello w „Przebudzeniu”.

Proces zdrowienia z alkoholizmu, który powinien zakończyć się wytrzeźwieniem, niewątpliwie wymaga ze strony alkoholika pewnego nakładu pracy i czynnego udziału, jest też bolesny, nie ma co ukrywać, a na to nie każdy ma ochotę. Jednak stan chorobowy ma jeszcze jeden plus: być wiecznie chorym, niedoleczonym (trzeźwiejącym, a nie trzeźwym), po prostu opłaci się i to nawet bardzo.

Jeśli wytrzeźwiałem, jestem zdrowy (emocjonalnie, duchowo, umysłowo), to w pełni, w całej rozciągłości biorę odpowiedzialność za siebie – na siebie. Biorę odpowiedzialność za swoje zachowania, uczynki, postawy, decyzje i wybory życiowe, często, choć może nie zawsze, za swoje samopoczucie. Jeżeli natomiast zdrowy w pełni nie jestem, może trochę zaleczony, ale – broń Panie Boże! – nie uzdrowiony, trzeźwiejący (w nieskończoność z założenia), a nie trzeźwy, to do pewnego stopnia odpowiedzialność za moje zachowania ponosi choroba.  Do dziś pamiętam karczemną awanturę, jaką zrobiłem przyjaciółce, a później zawiłe tłumaczenie jej, że jestem alkoholikiem, a alkoholizm to choroba emocji, więc… i nie jest to wspomnienie przyjemne.