wtorek, 22 grudnia 2015

Notatki sponsora (odc. 066)


Wyobraźmy sobie, że w mieście przemysłowym średniej wielkości, trzy grupy AA powołały do życia intergrupę, która dziarsko zabrała się do pracy, opracowała i zaczęła realizować kilka obiecujących projektów w zakresie niesienia posłania Anonimowych Alkoholików. Po kilku miesiącach, nagle, nie czekając na zakończenie rozpoczętych wspólnie prac, jedna z grup postanowiła z intergrupy się wypisać. Żeby uniknąć kompromitującej wpadki, podobno, rozpoczętymi pracami grupy jakoś tam się podzieliły, ale pewności nie mam, nie wiem, nie byłem. W tej sytuacji intergrupa automatycznie przestała istnieć – przypomnę tu, że zgodnie z Poradnikiem Służb intergrupę tworzy przynajmniej kilka grup, co w praktyce oznacza trzy albo więcej.

Jednak wbrew pozorom nie chodzi mi o intergrupę, to jedynie tło. Uważam poza tym, że grup, intergrup, regionów, komisji, mamy w Polsce za dużo, podobnie jak organizacji i urzędowania, którego jest więcej niż działania i niesienia posłania, ale… to temat na zupełnie inny artykuł. Poza tym wierzę, że się z czasem poprawi. Już widać zmiany na lepsze. 

Czy wycofanie się grupy z intergrupy dotyczy Wspólnoty AA jako całości? Ależ skądże! 
Czy wycofanie się grupy z trzygrupowej intergrupy dotyczy innych grup, na przykład samej tej intergrupy (pewnej struktury AA powołanej wspólnie) i dwóch pozostałych grup AA? Oczywiście! To przecież jest wyraźnie widoczne i nie ulega wątpliwości. 

W tym momencie zastanawiam się, ilu alkoholików, biorących czynny udział w tym spektakularnym pogwałceniu Czwartej Tradycji, twierdzi, że pracowali ze sponsorem „na Tradycjach”? Jeden? Połowa? Wszyscy? A ilu z nich… nie, coś takiego chyba nie jest możliwe, ale… no, dla porządku niech będzie i to pytanie: ilu z nich uważa, że może być i jest sponsorami „na Tradycjach”? Czyli że znają je i rozumieją oraz potrafią zastosować w praktyce?

Dawno, dawno temu, sponsor spytał mnie, po co mi służba w AA, zwłaszcza poza grupą. Wymyśliłem wtedy, że po to, żebym stawał się lepszym człowiekiem. I nadal tak właśnie uważam. A po co mi Tradycje AA? Ano po to, żebym – jako zaufany sługa – służył swojej Wspólnocie świadomie, kompetentnie, odpowiedzialnie. Tak, służył…

Nie wracają do zdrowia ludzie, którzy nie mogą lub nie chcą całkowicie poddać się temu prostemu programowi (WK, s. 49). A co z tymi, którzy nie chcą albo nie mogą (tak, może naprawdę nie mogą, bo pycha, samowola i osobiste ambicje im to po prostu uniemożliwiają) poddać się Tradycjom AA i stosować te zasady we wszystkich swoich poczynaniach?
Tak, tak, wiem… w AA jest tylko jeden człowiek zobowiązany do przestrzegania zasad.

Mam nadzieję, że we Wspólnocie AA alkoholików, którzy traktują pracę ze sponsorem „na Tradycjach” jako nobilitującą sprawność (jak na harcerskim rękawie), dzięki której mogą się czuć w jakimś sensie lepsi od pozostałych, jest naprawdę niewielu. Gdyby miało ich być coraz więcej, to… chyba bliżej mi do tych pozostałych, tych bez medali i oznak typu 12K albo 12T.

 

 

--
PS. 29.12.2015
Przyznam, że zaskoczyło mnie pytanie o to, jak w tej sytuacji należałoby rozwiązać problem grupy, pragnącej opuścić trzygrupową intergrupę. Zaskoczyło dlatego, bo wydawało mi się, że w tym przypadku nie potrzeba nawet jakiejś zaawansowanej znajomości Tradycji AA, że wystarczy trzeźwość, odpowiedzialność i… tak, i zwykła przyzwoitość.
Na spotkaniu intergrupy przedstawiciel grupy informuje: planujemy wypisać się z tej intergrupy; oczywiście dokończymy projekty, które wspólnie zaczęliśmy, ale przy następnych przedsięwzięciach proszę nie brać nas już pod uwagę.  Ot i wszystko.

I jeszcze jedna podpowiedź dla niezorientowanych. Tradycja Czwarta: Każda grupa powinna być niezależna we wszystkich sprawach, z wyjątkiem tych, które dotyczą innych grup lub AA jako całości. Jak widać, taka "sprawa" nie musi być szkodliwa, wystarczy, że innych grup DOTYCZY.

niedziela, 20 grudnia 2015

Notatki sponsora (odc. 065)


Krótka rozmowa.

- Napisałeś gdzieś, że nie obiecujesz swoim podopiecznym, że po Programie będą szczęśliwi – zaczął z wyraźną pretensją w głosie.

- Tak, to prawda, napisałem* i rzeczywiście nie obiecuję ani nie gwarantuję; także tego, że będzie lepiej – przyznałem zgodnie – bo nasze wyobrażenie tego „lepiej” może być przecież różne, a po co komu rozczarowania? – Nie dodałem już, mógłby nie zrozumieć żartu, że od uszczęśliwiania są dziewczyny i gorzałka.

- Ale przecież w Krokach IV-IX dowiadujemy się całej prawdy o sobie, zdobywamy świadomość samych siebie, a napisane jest w Biblii „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”, nie? Wolność to szczęście przecież. I gdzieś jeszcze wyczytałem, że człowiek świadomy nie czyni zła – ewidentnie chciał mnie przekonać, coś mi udowodnić.

- Tak, masz rację – odparłem spokojnie – tak jest napisane i, do pewnego stopnia, nawet w to wierzę, jednak odnoszę wrażenie, że zaszła tutaj pewna pomyłka, bo w Piśmie Świętym napisano, że prawda wyzwala, ale nie napisano, że uszczęśliwia, prawda?

- O, kur…!

- Ano, właśnie… Jestem skłonny zaryzykować twierdzenie, że prawda, zwłaszcza o sobie, początkowo częściej właśnie unieszczęśliwia – starannie dobierałem słowa, bo uważam to za ważne – dopiero nieszczęśliwość, cierpienie, może w konsekwencji prowadzić do czegoś dobrego, przecież cierpimy, by wyzdrowieć, to taki AA-owski paradoks, nie jedyny zresztą.


W tym momencie uznał, że niepotrzebnie wszystko komplikuję i odszedł. A ja nadal zastanawiam się, czy miał rację. Tak już mam – Anonimowi Alkoholicy nauczyli mnie, że moja głowa może mnie oszukiwać, więc bagatelizować mogę sobie pochwały, ale zawsze zastanawiam się, gdy mnie krytykują.




--
* Meszuge, „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”, wyd. WAM, 2015, s. 323.

środa, 9 grudnia 2015

Notatki sponsora (odc. 064)

Wyliczyłem, że do szkół rozmaitych uczęszczałem jakieś piętnaście lat. Kiedy przeglądam w pamięci ten czas, a także wspominam szkolnych kolegów, dochodzę do zaskakującego wniosku: ani ja, ani nikt ze znanych mi rówieśników, nie traktował wiedzy jako wartości samej w sobie. Uczyłem się, podobnie jak inni, żeby zdawać z klasy do klasy, żeby jakoś zaliczać klasówki i egzaminy, żeby nie zrobić z siebie pośmiewiska przed resztą klasy… Z odległej perspektywy wydaje mi się, że było to coś w rodzaju gry: jak dobrze wypaść, ale żeby się jednak za bardzo nie narobić. Nagrodą w tej grze było świadectwo albo dyplom, ale nie wiedza czy umiejętności.
Owszem, zdarzało się, że przez moment, kilka-kilkanaście tygodni coś mnie mocniej zainteresowało (historia architektury) albo pociągało z powodów banalnych, na przykład matematyka albo język polski, z których to przedmiotów, przez pewien czas, mogłem być dobry bez większego wysiłku, ale to były wyjątki potwierdzające regułę.

Mityngowe wypowiedzi oraz kolejni podopieczni, następni i znowu nowi, opowiadający swoje historie z terapii odwykowej, ale też moje własne przeżycia, powodują, że powoli zaczynam rozumieć, czemu psychoterapia alkoholików jest tak mało skuteczna: wygląda bowiem na to, że większość z nas traktowała ją podobnie jak szkołę. I nie dotyczy to tylko pacjentów do leczenia przymuszonych.
Na samym początku mogliśmy sobie być naprawdę bardzo zdeterminowani, mogliśmy rozpaczliwie pragnąć rozwiązania i pomocy, ale z czasem… kiedy widmo alkoholu oraz związane z nim zagrożenie przestawało być tak bezpośrednie, po kilku tygodniach albo miesiącach, wartością pożądaną przestawała być enigmatyczna trzeźwość (według psychoterapeutów i tak nie do osiągnięcia), ale… święty spokój. I gładkie awansowanie, przechodzenie do coraz bardziej zaawansowanych grup. I żeby prowadzący terapeuta był usatysfakcjonowany. I żeby koledzy z grupy się nie czepiali.

Po trzydziestu miesiącach psychoterapii, w terminie wcześniej wybranym, po zaliczeniu wszelkich możliwych terapii (pogłębionych, zaawansowanych itp.), zakończyłem triumfalnie i z sukcesem (bo nie piłem) leczenie odwykowe. Właściwie osiągnąłem cel, ale… jaki cel? Co naprawdę było moim celem, ale nie w pierwszych dniach, ale choćby w drugim roku? Trzeźwość? Nie sądzę… Bo gdyby tak właśnie było, nie musiałbym chyba prosić o pomoc drugiego alkoholika, jęcząc, że wprawdzie nie piję, ale wszystko mi się wali, że nie radzę sobie z abstynencją, życiem i samym sobą.

sobota, 7 listopada 2015

Notatki sponsora (odc. 063)

Z chwilą, gdy przyjęliśmy możliwość istnienia Twórczej Inteligencji, Ducha Wszechświata, spłynęło na nas poczucie celowości, rodzaj ukierunkowanej energii; jedynym warunkiem było przestrzeganie paru prostych zasad (WK, s. 39)

Mój przyjaciel obiecywał, że kiedy dopełnię tych podstawowych warunków będę w stanie osiągnąć następny etap "komunikowania" się ze Stwórcą i będą mi dane nowe środki do uporania się z moimi problemami (WK, s. 11).

Tymczasem mężczyzna ten żyje i jest wolnym człowiekiem. Nie potrzebuje pielęgniarza ani nie przebywa w zamknięciu. Może udać się dokąd chce, tak jak inni wolni ludzie, bez ryzyka czy groźby upadku, pod warunkiem, że będzie przestrzegał pewnego prostego sposobu postępowania (WK, s. 22).

Będąc Wszechmocną Potęgą, zaspokajał nasze potrzeby, pod warunkiem, że pozostawaliśmy w bliskiej z Nim łączności i wypełnialiśmy właściwie nasze obowiązki wobec Niego (WK, s. 53).

Dzięki takim stwierdzeniom zawartym w Wielkiej Księdze, dzięki setkom mityngowych wypowiedzi oraz własnych doświadczeń, całymi latami powtarzałem – z czasem trochę bezrefleksyjnie – że dobrostan psycho-emocjonalno-duchowy, pogoda ducha albo po prostu trzeźwość, jest warunkowa. Że nie dostałem jej raz na zawsze, że nie zachowam jej bez względu na to, co zrobię albo właśnie nie zrobię. Kilka dni temu usłyszałem, że to nie jest prawda. Że może takie stwierdzenia dobre są i wartościowe dla nowicjuszy, ale na dłuższą metę, na całe życie, nie są prawdziwe.

Było to tak zaskakujące, że nie odpowiedziałem od razu i odruchowo, i całe szczęście, że postanowiłem zastanowić się nad tym, co usłyszałem. Rozważałem sprawę przez kilka dni, nawet grupie AA podrzuciłem ten temat, jako dodatkowy na mityngu i dzięki temu jakoś określiłem swoje aktualne (aktualne, bo nie wiem wcale, czy na zawsze) zdanie.

Po pierwsze, i to był chyba błąd, w rozmowie nie pomyśleliśmy o tym, żeby jednoznacznie określić te warunki, które są ponoć niezbędne dla zachowania trzeźwości. Wielu alkoholików prowadzi dzienniczek wdzięczności, ale ja nie i mimo to dobrze się mam. Ja piszę codziennie obrachunek moralny Kroku Dziesiątego, ale mnóstwo alkoholików nie, i nie wydaje się, żeby im to w utrzymaniu trzeźwości jakoś przeszkadzało. Takich przykładów jest oczywiście znacznie więcej.


Druga sprawa to dwa fragmenty z WK, które zawsze mocno mnie intrygowały.

Nie zawróciłbym już teraz z nowej drogi, nawet gdybym mógł (WK, s. 36).

Problem alkoholizmu został usunięty tej pamiętnej nocy, wiele lat temu, przestał po prostu istnieć. Z wyjątkiem kilku przelotnych pokus, myśl o alkoholu nigdy nie powróciła. Wręcz wzbudzała w nim obrzydzenie. Wydawało się, że nie mógłby pić nawet gdyby chciał. Bóg przywrócił mu rozsądek (WK, s. 48).

Nawet gdybym mógł… Nawet gdyby chciał…
Czy wierzę albo chociaż jestem gotów uwierzyć w przebudzenie duchowe tak potężne i trwałe, że czyni ono mozolnie wypełniane warunki czymś tak oczywistym i zwyczajnym, że przestają być  one wykonywane pod presją, z rozmysłem, często wbrew sobie, rozliczane przez sponsora itd., czyli że przestają być traktowane jako niezbędne warunki właśnie, a są po prostu normalną oczywistością, stają się częścią osobowości tak głęboko i zasadniczo przemienionego alkoholika? Odpowiedź na to pytanie nie była łatwa, ale ostatecznie brzmi: tak, wierzę. Choć, przyznaję natychmiast i bez oporów, że ja na takim etapie nie jestem. Ale może kiedyś…

niedziela, 25 października 2015

Notatki sponsora (odc. 062)


Medycyna nieustannie się rozwija, naukowcy co trochę odkrywają dla nas wciąż nowe, ciekawe choroby – zasłyszany gdzieś, dawno temu, odrobinę złośliwy żarcik. 

W klasyfikacji DSM-5 wprowadzona jest nowa kategoria diagnostyczna „zaburzenia spowodowane używaniem alkoholu”, która zawiera występujące dotąd oddzielnie w DSM-IV: „nadużywanie alkoholu” i „uzależnienie od alkoholu”. 

Na swoje pierwsze leczenie odwykowe trafiłem w czerwcu 1998 roku. Na kolejne w styczniu 1999. Zarówno w poradni odwykowej przy ulicy Wodociągowej w Opolu, jak i w ośrodku w Woskowicach Małych, część terapeutów to byli niepijący, odpowiednio przeszkoleni alkoholicy. Pacjenci uważali takich terapeutów za najlepszych, wierzyli, że nie da się ich oszukać, bo wiedzą oni z własnego doświadczenia, a nie tylko z teorii, jak to jest być uzależnionym. Ja mam inne zdanie na ten temat, ale nie o to w tej chwili chodzi. 

W terapii byłem 30 miesięcy i przez cały ten czas terapeuci-alkoholicy (i wszyscy inni), wbijali mi do głowy, że picie kontrolowane dla mnie skończyło się raz na zawsze. Chyba początkowo trudno mi w to było uwierzyć – stąd konieczność podjęcia drugiej terapii – ale ostatecznie przekonali mnie i oni, i własne bolesne doświadczenie. Skutecznie. 

Latem 2015 roku, po przeczytaniu artykułu na temat terapii, która polega na nauce picia kontrolowanego, proponowanej pacjentom w Wojewódzkiej Poradni Terapii Uzależnień i Współuzależnienia w Toruniu („Picie na limicie”), pomyślałem przez chwilę, że pewnie chciałbym wiedzieć, jak się z tym czują terapeuci-alkoholicy, jeśli w poradniach jeszcze tacy zostali, ale… szybko mi przeszło. Obrachunek moralny nauczony jestem robić sobie, nie innym.

niedziela, 27 września 2015

Notatki sponsora (odc. 061)


Od dzieciństwa wiedziałem, byłem przekonany, wierzyłem, bo tak właśnie mnie wychowano i nauczono, że ważna jest w życiu uczciwość, przyjaźń, lojalność, dom, odpowiedzialność, że liczy się inteligencja, oczytanie, kultura osobista, że bardzo ważna jest wiedza. Tej ostatniej nie należało mylić z dyplomami, które – choć pożądane – nie wydawały się najważniejsze; ktoś w rodzinie kpił nawet, że to takie urzędowe potwierdzenie, że nie jest się wioskowym „głupim Jasiem” (rodzina mieszkała kiedyś na wsi, więc…). Wychowujące mnie kobiety ukształtowały moje przekonania, priorytety i system wartości. Nawet nieźle im wyszło, ale…

 Jestem alkoholikiem, a to oznacza, że długo brakowało mi siły duchowej, by żyć zgodnie ze swoim światem wartości i niedobory te oceniam jako rażące. Z moich duchowych priorytetów nie wynikało nic, poza może wyrzutami sumienia, że nie potrafię realizować ich w praktyce, nie umiem być przyzwoitym człowiekiem.

W końcu kiedyś tam przestałem pić, a jakiś czas później wytrzeźwiałem. Otrzymałem i nadal czerpię z zasobów duchowej siły, która pomaga mi żyć w koherencji (jakby poczuciu spójności) z priorytetami, ze światem duchowych wartości, okazało się jednak, że wiele tematów czy zagadnień wymaga weryfikacji. Normalne to i oczywiste, w końcu minęły lata. 

W Wielkiej Księdze (strona 39) napisano, że Bóg nie  rzuca kłód pod nogi tym, którzy za nim podążają. Może i tak, może to tylko… wyzwania? Przecież Bóg wystawia ludzi na ciężkie próby, to fakt. Nakazał Abrahamowi zabić syna Izaaka, straszliwie doświadczył Hioba; trudne próby są udziałem moim i wielu przyjaciół. Mam się kłócić z faktami?

Jeśli nawet moje przekonanie na temat samej tylko dobroci Boga nie mają tu wielkiego znaczenia, to może oddam głos… samemu Bogu. W Biblii Tysiąclecia u Izajasza (45:7) napisane jest: - Ja tworzę światło i stwarzam ciemności, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę. Ja, Pan, czynię to wszystko*. 

Podczas Kazania na górze Jezus uczył modlitwy (Mt 6: Wy zatem tak się módlcie: Ojcze nasz, który jesteś w niebie…) i dzięki temu do dziś powtarzam w modlitwie słowa: niech się dzieje wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi. Natomiast w Wielkiej Księdze (s. 73) Bill W. proponował inną wersję …Wola Twoja (nie moja) niech się dzieje.  

Jestem człowiekiem wierzącym, choć Bóg jeden wie, jak trudny to dla mnie temat, a więc – jako trzeźwy alkoholik! – może powinienem mieć jakieś pojęcie, w co/kogo wierzę? Bo trudno za zdroworozsądkowe uznać stwierdzenie: głęboko wierzę, choć kompletnie nie mam pojęcia, w co. Jeśli mam już uporządkowane priorytety, to umiem też odpowiedzieć na pytanie, kto jest dla mnie bardziej wiarygodny, komu się powierzam, czyimi wskazówkami się kieruję; po prostu, kto jest w moim życiu ważniejszy, Bóg, czy Bill Wilson? 

Dawno, dawno temu, w jednej z moich ulubionych książek wyczytałem zdanie: I tylko w jednym różnicie się od Boga – Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej, i latami bardzo mnie ono bawiło, ale… ostatnio jakby znacznie mniej. Pytam też często siebie podczas moralnego obrachunku, czy nadal mnie ono dotyczy, czy jeszcze jest o mnie…

I jeszcze jedno. W styczniu 2015, podczas ignacjańskich rekolekcji, prowadzący zadał inspirujące, ale też niepokojące pytanie: wierzę w Boga, czy może tylko w swoje o Nim wyobrażenie?
 

 

 

 

 

--
* Inne wersje :
- Ja jestem tym, co przygotowuje światło oraz wytwarza ciemność, co sprawia dobro oraz formuje zło – Ja, WIEKUISTY to wszystko czynię. (NBG - Nowa Biblia Gdańska)
- Ja tworzę światłość i stwarzam ciemność, Ja przygotowuję zarówno zbawienie, jak i nieszczęście, Ja, Pan, czynię to wszystko. (BW - Biblia Warszawska)
- Który czynię światłość, i stwarzam ciemności; sprawuję pokój, i stwarzam złe. Ja Pan czynię to wszystko. (BG - Biblia Gdańska)

środa, 19 sierpnia 2015

Notatki sponsora (odc. 060)


Pewnego razu alkoholik wykombinował sobie, że zarabiam na Wspólnocie AA. Nasza rozmowa wyglądała tak:

- Tobie sumienie pozwala na zarabianie na AA? Ja bym tak nie mógł – wyznał z teatralnie zdegustowaną miną.

- Nie jestem pewien, czy tak samo rozumiemy określenie „zarabiać na AA” – odparłem, widząc, że czeka na moją reakcję – jeśli wydaje ci się, że Wspólnota AA za coś mi płaci, to nie, nic takiego się nie dzieje; to raczej ja, wraz z innymi alkoholikami, utrzymuję Wspólnotę AA, wrzucając dobrowolne datki do kapelusza.

- Przecież wiesz, że nie o to chodzi!

- Nie, nie wiem, o co tobie chodzi – położyłem delikatny akcent na „tobie” – może wyjaśnij?

- AA-owcy kupują twoje książki – wypalił.

- Moje książki kupują różni ludzie, na pewno alkoholicy też – poinformowałem, jakby nie wiedział – w Merlinie, Matrasie, Empiku, na Allegro itd., nie ma ich za to na stolikach AA-owskich kolporterów, dbających o „czysty stolik”*.

- Miejsce nie ma znaczenia – wyraźnie był coraz bardziej rozdrażniony – twoje książki kupują członkowie AA, więc zarabiasz na AA!

Do tego momentu jeszcze miałem nadzieję, że to jakiś żart, ale najwyraźniej nie, on naprawdę wierzy w te swoje brednie, a więc i ja kontynuowałem – jesteś członkiem AA?

- Pewnie, że jestem! Od wielu lat! I znam nasze tradycje – poinformował mnie z przekąsem.

- Jadasz chleb? – pytałem dalej.

- No… tak, a o co ci chodzi? – niepewnie rozglądał się wokół, jakby szukając wsparcia wśród innych słuchaczy.

- Ja też jem, i większość znanych mi członków AA też… Nie przeszkadza ci, że piekarze zarabiają na Wspólnocie AA?

- Yyyy?!

- Nago nie chodzisz, jak widzę – kontynuowałem – inni alkoholicy też nie, więc czemu nie przeszkadza ci, że krawcy zarabiają na Wspólnocie AA? Tyłek, jak inni AA-owcy, podcierasz zapewne papierem toaletowym…

- Książki to nie jedzenie i nie ubranie! – wydawało mu się, że znalazł ripostę.

- Masz rację – odparłem szybko – różnica jest taka, że jedzenie i ubranie, jako członek AA kupić musisz, a książki – nie. Więc może produkuj swoje urazy wobec tych, którzy biednych AA-owców zmuszają do wydawania pieniędzy – na koniec już kpiłem.

Wybałuszył oczy jak żaba na piorun i odszedł prychając ze złością, nieświadom zupełnie jak bardzo się ośmieszył. A ja kolejny raz musiałem przyznać, że alkoholizm to straszna psychiczna choroba, która sprawia, że dotknięty nią człowiek przedkłada własne absurdalne albo groteskowe wręcz rojenia nad rzeczywistość, nad fakty. Chociaż z drugiej strony… może w tym przypadku chodziło o zwyczajną głupotę?




--
Propagowana od lat reguła czystego stolika AA-owskiego kolportera zakłada sprzedaż tylko i wyłącznie literatury Wspólnoty AA. Ciekawe jest to, że najwyraźniej nie dotarła ona jeszcze na główną stronę AA w Polsce, gdzie do dziś (stan na 19.08.2015) oferowany jest tekst, który ze Wspólnotą AA nie ma kompletnie nic wspólnego, wątpię też, żeby Wspólnota AA w Polsce posiadała na niego licencję, czyli przypisywany Rudayardowi Kiplingowi „Jeśli zdołasz”, znany też jako „List Kiplinga do syna”: http://aa.org.pl/main/literatura.php?op=3  

piątek, 14 sierpnia 2015

Nigdy nie zrobisz tego sam

Nikt tego za ciebie nie zrobi, ale nigdy nie zrobisz tego sam - powiedzenie popularne w środowisku Anonimowych Alkoholików. 

 Sponsor, sponsorowanie, sponsoring - określenia wyjątkowo problematyczne w naszym kraju, bo większości Polaków, nie tylko alkoholików, kojarzą się w sposób całkiem naturalny z finansowaniem, dotowaniem, fundowaniem i wreszcie stawianiem - zwykle alkoholu. Sponsorem programu jest firma... - komunikat, który często można usłyszeć w telewizji. Niestety, jak dotąd nie pojawił się żaden sensowny odpowiednik polski, a przynajmniej ja o takim do dziś nie słyszałem. Na pewnej konferencji padła wprawdzie propozycja zastąpienia angielskiego sponsora naszym polskim opiekunem w programie zdrowienia indywidualnego, ale... Więcej sensu mogłyby mieć chyba takie określenia, jak przewodnik albo trener, jednak nie sądzę, żeby wyparły one sponsora; w końcu to ponad czterdzieści lat tradycji, nawyków i przyzwyczajeń (w Polsce, bo w USA ponad osiemdziesiąt).

Na temat sponsorowania wypowiadałem się w kilkunastu artykułach, na blogu oraz w trzech książkach, ale prawdą jest, że były to informacje mniej czy bardziej rozproszone, więc kiedy kolejny raz zetknąłem się z powtarzającymi się pytaniami i wątpliwościami, postanowiłem zebrać to wszystko w jedną całość i…
Czytaj…cały artykuł

wtorek, 11 sierpnia 2015

Notatki sponsora (odc. 059)


Podróż pociągiem to świetna okazja do medytacji i rozważań; dla mnie – jeśli tylko nie muszę stać na jednej nodze z walizką w ręku w toalecie – nie jest to czas stracony. Tak też było i tym razem. Po kilku latach przerwy jechałem do Poznania, miasta w pewnym sensie szczególnego – w Poznaniu wydana została moja pierwsza książka, w Poznaniu uczestniczyłem pierwszy raz w życiu w Zlocie Radości, w Poznaniu uczestniczyłem w największych chyba warsztatach sponsorowania…

Dzień wcześniej słuchałem u nas, w Opolu, spikerki amerykańskiego weterana polskiego pochodzenia (Z. przestał pić w 1979 roku). Nie usłyszałem od niego niczego nowego, niczego zaskakującego, niczego, czego bym nie znał. I to było ważne i dobre, bo kolejny raz zyskiwałem potwierdzenie, że to, co robię i jak robię, nie jest niczym wyjątkowym i egzotycznym, że Program rozumiemy i realizujemy bardzo podobnie, bez względu na szerokość geograficzną. Różnice bywają kosmetyczne.
Jedno tylko sformułowanie zwróciło moją uwagę. Omawiając Krok Piąty Z. tłumaczył, czemu i co wyznawać mamy Bogu – przecież jest On wszystkowiedzący, więc… po co? Spiker powiedział, że mnóstwo razy byliśmy wobec Boga bezwstydni: dokonywaliśmy złych uczynków, wiedząc, że są one złe i wiedząc, że Bóg jest ich świadkiem. Teraz, w Kroku Piątym, nie chodzi o to, żebym informował Boga, że ukradłem, bo to rzeczywiście wie On i wiedział, ale bym wreszcie wyznał, że latami byłem bezwstydny – wiedząc, że mnie obserwuje arogancko łamałem Jego przykazania. Jakbym pluł Mu w twarz…

Resztę podróży poświęciłem na próby odgadnięcia, jak zostanie przyjęte to, co planowałem powiedzieć. Lata temu (5-7?), także uczestnicząc w Otwartych Mityngach Spikerskich, cytowałem doktora Boba (Bob twierdził, że istnieje trudna droga i droga łatwa. Ta trudna polegała, jego zdaniem, na samum chodzeniu na mityngi – „Doktor Bob i dobrzy weterani”), w trakcie spikerki i podczas rozmów później, w kuluarach, mówiłem, że siłą Wspólnoty i nadzieją dla uzależnionych jest Program AA, a nie chadzanie po mityngach i mityngowe jęczydupstwo, że najmniej AA jest na mityngu AA i inne takie. Odniosłem wtedy wrażenie, że paru słuchaczy z chęcią skoczyłoby mi do gardła, a pytania i komentarze niektórych uczestników mityngu nie były przyjazne, delikatnie rzecz ujmując.
Co zmieniło się w umysłach i duszach słuchaczy, najlepiej wiedzą oni sami, ja wiem, co zmieniło się we mnie – nauczyłem się przez te lata, że jeśli chcę coś komuś zabrać, to jednocześnie muszę mieć coś, do ofiarowania w zamian. I może dlatego tym razem, w sierpniu 2015, było zupełnie inaczej. Pytania nie miały podtekstów, nie zadawano ich, by spikera na czymś złapać, a przynajmniej tak to odbierałem. Wyraźnie też czułem, że pytający po prostu chcą się czegoś dokładniej dowiedzieć, że jakaś kwestia jest dla nich ważna szczególnie. Sporo też było osób, które podchodziły do mnie po spikerce, życzliwie zamienić kilka słów, podziękować… Zmiana.


Nigdy nie obawiajmy się pożądanych zmian. Oczywiście musimy odróżniać zmiany na gorsze od zmian na lepsze. Gdy jednak potrzeba zmiany – w pojedynczym człowieku, w grupie AA czy w całej wspólnocie – staje się wyraźnie widoczna nie możemy pozostać bezczynni. Istotą wszelkiego wzrostu i rozwoju jest gotowość do zmian na lepsze i gotowość do wzięcia na siebie odpowiedzialności za konsekwentne ich wprowadzenie („Jak to widzi Bill”).

niedziela, 19 lipca 2015

Notatki sponsora (odc. 058)


Kilkanaście lat temu wyrobiłem sobie pewne przekonania, dotyczące wspólnoty, bliskości, przyjaźni, więzi i paru jeszcze podobnych pojęć. Kilka dni temu zostałem sprowokowany (i bardzo dobrze, bo już czas był najwyższy) do rozważenia, co one znaczą dla mnie dzisiaj, czy jest dokładnie tak, jak było, czy może zaszła jakaś zmiana.
Zastanowić się nad tym było warto tym bardziej, że podczas ostatniego mityngu jakoś dziwnie często pojawiał się w wypowiedziach uczestników temat samotności. 

Według Słownika Języka Polskiego PWN (http://sjp.pwn.pl/sjp/wspolnota;2537996.html) WSPÓLNOTA to:

1. «odznaczanie się wspólnymi cechami, wspólne posiadanie lub przeżywanie czegoś»

2. «to, co łączy, zespala»

3. «grupa osób związana wspólnym pochodzeniem, wspólną kulturą lub wspólnymi interesami, wspólną własnością»
 

Naszą wspólną cechą jest alkoholizm, razem dysponujemy wspólnym rozwiązaniem problemu alkoholizmu, który jakoś nijak nie chce działać poza Wspólnotą AA. Więc tak, wspólnota jest mi potrzebna (może nie każda, ale Wspólnota AA jak najbardziej), a ja jestem jej częścią. 

Z samotnością było trudniej. Terapeutyczne zadanie: Jak sobie radzisz z samotnością? złościło mnie i frustrowało; nie wiedziałem, o co tu chodzi. Jestem… a na pewno byłem, indywidualistą, introwertykiem, egoistą i egocentrykiem, i inni ludzie potrzebni mi byli w stopniu daleko mniejszym niż wynosi średnia krajowa. Często wręcz marzyłem o tym, by wszyscy oni dali mi święty spokój i zostawili mnie samego. Mieszkanie/przebywanie samemu w pustym domu nie kojarzyło mi się z samotnością, nie przeszkadzało mi, dość często w życiu czegoś takiego właśnie pragnąłem.

Ostatecznie uważam, że nie ma niczego złego w tym, że czasem chcę, potrzebuję, może nawet powinienem spędzić trochę czasu sam. To jest w porządku – pod warunkiem, że ta higieniczna (higiena emocjonalna i duchowa) samotność nie wynika z uraz, złości, pretensji, użalania się nad sobą itp. 

Wreszcie przyjaźń.

1. «osoba pozostająca z kimś w bliskich, serdecznych stosunkach»

2. «osoba okazująca komuś lub czemuś swoją sympatię, sprzyjająca czemuś»
 

Czy mieszkaniec Pernambuco, którego nigdy nie spotkałem i raczej nie spotkam jest moim przyjacielem? A jakim cudem, skoro go nie znam, nigdy nie widziałem! Czy stanie się on przyjacielem, jeśli zachoruje na alkoholizm? A kiedy/jeśli wstąpi do AA? Przecież to jakiś absurd! 
Czterdzieści lat przeżyłem w postawie wrogości wobec każdego, zapewne z sobą włącznie. Ale to się zmieniło, głównie dzięki Programowi AA. Obecnie moje nastawienie do innych ludzi (nie tylko alkoholików), to umiarkowanie zaangażowana życzliwość. Nadal jednak nie uważam, żeby moim obowiązkiem była przyjaźń z każdym członkiem AA.

Pamiętam z dawnych czasów powiedzenie: Jeśli nadal uważasz wszystkich w AA za przyjaciół, to widocznie zbyt rzadko chodzisz na mityngi. Cyniczne? Zapewne. Złośliwe? Być może. Jednak twierdzenie, że każdy anonimowy alkoholik jest moim przyjacielem, a ja jego, to chyba urojenie, oszukiwanie samego siebie. 

Czasem ktoś pyta mnie, po co mi te wszystkie definicje, to odwoływanie się do słowników. Odpowiadam cytatem: Jest dla mnie ważne, żeby używać słów w ich rzeczywistym znaczeniu. Dzięki temu zwykle jestem odpowiedzialny za to, co mówię i robię, za to, jaki jestem – za siebie*.  Zbyt często obserwuję ludzi, którzy nie potrafią się porozumieć, bo pewne określenia czy zwroty rozumieją inaczej; alkoholików też to dotyczy, może nawet bardziej niż reszty. 

Jedno od lat nie uległo zmianie – nadal ważniejsze jest dla mnie, bym był przyjacielem, niż miał przyjaciół.
 

 

 

 

--
* Jorge Bucay „Listy do Klaudii”, Wydawnictwo Replika 2007, tłumaczyła Ilona Ziętek-Segura, s. 43.

piątek, 26 czerwca 2015

Notatki sponsora (odc. 057)

W lipcowej Warcie (07/225) przeczytałem trzynastą część ciekawego cyklu „Powrót do źródeł”, a w nim przekonania jego autora dotyczące Kroku Jedenastego (konkretnie pytań zawartych w WK na stronie 74): Wielu ludzi nazywa to robieniem wieczornego 10 kroku, ale to nieporozumienie, jest to część 11 kroku. Moim zdaniem jest to typowy błąd alkoholików, którzy pracowali tylko i wyłącznie na Wielkiej Księdze. Oczywiście jest to w pełni zrozumiałe w przypadku weteranów, którzy żyli przed wydaniem 12x12. 

Czy jest to jakiś wielki problem? Może nawet nie – pod warunkiem, że Program traktuje się i rozumie jako całość, bo ważne jest, żeby w ogóle podejmować określone działania, a nie to, do którego Kroku one formalnie należą. Jednak, jako że podopieczni często gubią się w tym miejscu, postanowiłem zaprezentować moje rozumienie tej kwestii, oparte na wieloletnich doświadczeniach Anonimowych Alkoholików zawartych w literaturze Wspólnoty (nie tylko jednej książce). 

Na stronie 74 drugiego wydania Wielkiej Księgi Bill W. przystępuje do rozważań na temat Kroku Jedenastego, co wyraźnie wyróżnione jest wersalikami. Jednak w tekście tym pojawiają się takie oto pytania:

Czy byliśmy nieprzyjaźni, egoistyczni, nieuczciwi, czy targały nami obawy? Czy jesteśmy komuś winni przeprosiny? Czy zatailiśmy w sobie coś, co powinno być natychmiast przedmiotem dyskusji z zaufaną osobą? Czy to, co zrobiliśmy mogło zostać wykonane lepiej? Czy myśleliśmy wyłącznie o sobie przez większość dnia? Czy znaleźliśmy czas, aby zastanowić się, co moglibyśmy uczynić dla innych? Czy wnieśliśmy coś od siebie dla ogólnego dobra?  

W tym momencie w naturalny sposób rodzą się pewne wątpliwości, no bo jak to, Krok Jedenasty zaleca modlitwę i medytację, a tu znowu mamy obrachunek moralny? Autor „Powrotu do źródeł” uważa te pytania za część Kroku Jedenastego, więc co, mamy takie albo podobne pytania zadawać sobie dwa razy, bo raz w Kroku Dziesiątym i znowu w Jedenastym? 

Nie dowiemy się już, co Bill miał na myśli, ale jestem przekonany, że pytania osobistego obrachunku moralnego zawarł w opisie Kroku Jedenastego celowo, jednak nie po to, żeby obrachunek ten powtarzać, ale żeby pokazać, że Kroki te ściśle się ze sobą łączą, jeden wyraźnie wynika z drugiego. W podobny zresztą sposób, jak Kroki Szósty i Siódmy albo Ósmy i Dziewiąty. Z czasem Bill W. zorientował się chyba, że nie dla wszystkich jest to w pełni zrozumiałe i oczywiste, więc więcej wyjaśnień zawarł w 12x12. 

Istnieje bezpośredni związek między badaniem samego siebie, medytacją i modlitwą – 12x12, s. 97. Właśnie tak! Istnieje bezpośredni związek między Krokiem Dziesiątym a Jedenastym i warto to wreszcie zrozumieć. 

Krok Dziesiąty, który zaleca kontynuowanie osobistego obrachunku, składa się z dwóch części: bieżącej korekty zachowań oraz rozpoznania prawdziwych motywów (pobudek, intencji) naszych działań. Krok Jedenasty natomiast to doskonalenie więzi z Bogiem w celu (między innymi) korekty intencji, jeśli w poprzednim Kroku zorientowaliśmy się, że są one nieczyste, pokrętne, egoistyczne, nieuczciwe. 

Nasze życie wewnętrzne znajdzie się na wyższej płaszczyźnie, jeśli nasze myśli zostaną oczyszczone ze złych pobudek – WK, s. 75. 

W tym momencie warto zauważyć analogię: Kroki Sześć-Siedem – mam wpływ na swoje zachowanie, mogę nie używać wad charakteru, mogę przestać z nich korzystać, jednak uwolnić mnie od nich może tylko Bóg, to przekracza moje możliwości; Kroki Dziesięć-Jedenaście – mogę na bieżąco korygować swoje zachowanie i postępowanie, ale ze złych pobudek (motywów, intencji) nie uwolnię się sam, to już przekracza moje możliwości, muszę prosić o pomoc Boga, muszę nauczyć się z Nim współdziałać. 

…abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, 
odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.