wtorek, 9 maja 2017

Alkoholicy i byli alkoholicy

Oczywiście temat wyzdrowienia z alkoholizmu poruszany był już wiele razy (a który nie był?), ale to charakterystyczne dla Wspólnoty AA, że po jakimś czasie wracają w naszym środowisku zagadnienia i problemy – wydawałoby się – raz już załatwione, omówione i zamknięte. Może to kogoś zaskoczyć, ale nie uważam, żeby było w tym coś wyjątkowo szkodliwego.

Muszę też przyznać, że wielokrotnie byłem przykładem członka AA, zadowolonego z siebie, a jednak skostniałego. Wiedziałem, że Wspólnota AA powinna być ciągle giętka, gotowa do niewielkich zmian w swoich strukturach, zdolna zaspokoić indywidualne potrzeby nowo przybyłych alkoholików. Wiedziałem, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego*.

Wszystkie wielkie (i całkiem małe) odkrycia i wynalazki, nowe koncepcje i rozwiązania, powstają w głowach ludzi, którzy właśnie nie zgadzają się z czymś powszechnie znanym i uznanym za jedynie słuszne. Co nie znaczy, że każda negacja status quo ma sens. A ja wracam do tematu, bo tych byłych alkoholików spotkałem wreszcie osobiście, miałem więc okazję spędzić z nimi trochę czasu, porozmawiać, poobserwować (ich i innych). Dotąd takie przekonania i postawy znane mi były tylko ze słyszenia i działy się bardzo daleko od mojego miasta.

Do rzeczy – byli alkoholicy twierdzą, że dzięki Programowi AA całkowicie wyzdrowieli z alkoholizmu, a więc nie są alkoholikami, lecz byli alkoholikami. Tak też przedstawiają się na mityngach AA: mam na imię… byłem alkoholikiem. Twierdzą też, że są absolutnie pewni, że nie napiją się już nigdy w życiu. Dowiedziałem się również, że w mityngach AA uczestniczą już nie dla siebie, bo im to przecież niepotrzebne, ale po to, by nieść posłanie uzależnionym: można całkowicie wyzdrowieć z alkoholizmu. Wygląda na to, że wcześniej spotykali się często z napastliwą i wrogą krytyką, bo choć tym razem nie słyszałem, żeby ktokolwiek ich atakował, to jakby na zapas, udowadniali swoje prawo do uczestnictwa w spotkaniach AA Trzecią Tradycją Wspólnoty.

Mnie w całej tej sprawie zainteresowały dwa aspekty:
1. Możliwość całkowitego (ważne!) wyzdrowienia z alkoholizmu.
2. Reakcja alkoholików na byłych alkoholików we Wspólnocie AA.


Ad. 1
Od swojego pierwszego mityngu do dziś słyszę, że alkoholizm jest chorobą ciała, duszy i umysłu, dodałbym też, że chorobą społeczną. Doktor Robert Smith, współzałożyciel AA, uważał alkoholizm za połączenie obsesji umysłowej z alergią na alkohol. Uważam, że dzięki Programowi AA uzdrowiona może zostać sfera duchowa alkoholika, psychiczna (umysłowa), a nawet – dzięki właściwej realizacji Kroków 8-9, do pewnego stopnia także społeczna. Jednak jeśli chodzi o ciało, organizm, metabolizm, to… klapa.
Alkoholicy Joe McQ. i Charlie P., ci od „Joe & Charlie Big Book Study”, ujęli to w sposób następujący (przekład nieoficjalny):
Po jego wypiciu, wprowadzeniu go do organizmu, zostaje rozpoznany przez umysł i ciało, rozpoczyna się produkcja enzymów, które zaczynają atakować alkohol i metabolizować, rozkładać go. W pierwszym etapie rozkładają go do substancji zwanej aldehydem octowym; po pewnym czasie powstaje z niego aceton, w ostatniej fazie zostaje rozłożony na prosty węglowodan, który ostatecznie rozpadnie się na wodę, cukier i dwutlenek węgla. Teraz organizm może przyswoić cukier. Cukier posiada kalorie, dostarcza energii, którą twoje ciało może wykorzystać. Organizm ją wykorzysta, a resztę przechowa w postaci tłuszczu. Woda będzie wydalona przez układ moczowy oraz jelita, dwutlenek węgla – przez płuca.
[…]
 Kiedy my, alkoholicy, wypijamy kieliszek, rozpoczyna się ten sam proces. Umysł i ciało rozpoznają, co spożyłeś. Rozpoczyna się produkcja enzymów, które atakują alkohol i rozkładają go w pierwszej kolejności do aldehydu octowego; następnie do kwasu dioctowego; po pewnym czasie do acetonu. W tym momencie wygląda na to, że w ciele alkoholika enzymy potrzebne do dalszego rozkładu acetonu do węglowodanów prostych nie są obecne w niezbędnej ilości i jakości, jak to ma miejsce w ciele niealkoholika. Rozkład zachodzi wolniej. 
To w tym momencie i dlatego właśnie rodzi się głód alkoholowy, nieodparta potrzeba picia coraz więcej.

Na zmienioną biochemię komórki, na tą odmienną, niż u ludzi zdrowych, metabolizację etanolu, medycyna na jak dotąd rozwiązań nie ma. Nie dokonują też tego Anonimowi Alkoholicy, taką mocą nie dysponują. Organizm alkoholika niewątpliwie może zmienić Bóg. Czy jednak zrobił to w przypadku byłych alkoholików? Ja tam nie wiem…

Wyobraźmy sobie taką rozmowę:
- Twierdzisz, że całkowicie wyzdrowiałeś z alkoholizmu, ale widzisz, u nas na mityngach często słyszy się słowa „pokaż mi to, do czego mnie przekonujesz”. Bo sam wiesz, że gadać na mityngach można różne rzeczy, ale wykazać, że dzieją się one naprawdę, w codziennym życiu, bywa czasem trudniej.

- Mam się napić, żeby ci to udowodnić? Nie napiję się już nigdy w życiu, nie jest mi to potrzebne.

- Rozumiem i wierzę, że nie jest potrzebne tobie, ale może czas przestać zajmować się tylko sobą, więc zrób to dla mnie, przekonaj mnie, pomóż mi uwierzyć. Jeśli kilka razy wypijesz po 1-2 setki i głód alkoholowy nie wystąpi, to ja natychmiast poproszę cię o sponsorowanie i nauczenie mnie, czy pokazanie, jak mam taki sam efekt osiągnąć.

- Nie napiję się! Wyzdrowiałem z alkoholizmu, a ludzie zdrowi na umyśle nie robią czegoś, co im szkodzi.

- Zaraz, zaraz… Twierdziłeś wcześniej, że całkowicie wyzdrowiałeś z alkoholizmu. Ludziom zdrowym alkohol w niewielkich dawkach nie szkodzi, więc czego się boisz?


Mógłbym tę hipotetyczną rozmowę ciągnąć dalej, na przykład dopytując, skąd mój rozmówca wie z taką pewnością, że wyzdrowiał całkowicie, czyli, że jego organizm inaczej niż poprzednio metabolizuje alkohol. Czy robił w tym celu jakieś specjalistyczne badania? Ale nie w tym rzecz przecież, żeby walczyć ze sobą, udowadniając sobie jakieś racje.


Ad. 2
Zauważyłem, że w przeterapeutyzowanym środowisku Anonimowych Alkoholików w Polsce, reakcja na przekonania i postawy byłych alkoholików jest… niezbyt przyjazna, a czasem nawet zwyczajnie wroga. Czerwone, wykrzywione złością twarze, drwiny, kpiny, złośliwości. Co się dzieje? O co chodzi? Dlaczego tak wielu alkoholikom tak bardzo przeszkadza, że ktoś tam uważa i wierzy, że całkowicie wyzdrowiał z alkoholizmu?
Zapytałem i usłyszałem w odpowiedzi, że chodzi o dobro nowicjuszy. Tak, z dobrem nowicjuszy w AA w Polsce nie dyskutuje się, to zawsze jest świetny argument, ale… mnie jakoś zupełnie nie przekonał.

W „Jak to widzi Bill” (s. 105) czytamy: Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem. W pełni się z tym zgadzam, ale najpierw trzeba tego nowicjusza sprowadzić na mityng i we Wspólnocie zatrzymać. A w takim razie, które podejście będzie bardziej skuteczne, lepiej sprawdzi się w praktyce, czy terapeutyczne: alkoholizm jest nieuleczalny, będziesz trzeźwiał do końca życia zmagając się z głodami i nawrotami, ale nigdy nie wytrzeźwiejesz? Czy jednak obietnica byłego alkoholika, zgodnie z którą, dzięki pracy na Programie ze sponsorem, można całkowicie wyzdrowieć z alkoholizmu?
Ostatecznie tymi nowicjuszami aż tak bym się nie przejmował. Jeśli trafią do AA i realnie wytrzeźwieją pracując ze sponsorem na Programie, to też z czasem znajdą swoją prawdę na temat możliwości całkowitego wyzdrowienia.

Dawno, dawno temu i ja nie potrafiłbym słuchać spokojnie teorii o możliwości całkowitego wyzdrowienia z alkoholizmu. Moja złość wynikałaby oczywiście ze strachu, że ktoś, swoimi poglądami i przekonaniami, coś mi odbiera, czegoś próbuje mnie pozbawić. Ale… czego? Ze sporym wysiłkiem i długo budowałem system przekonań, który – jak sądzę – dobrze mi służy (nie piję i nieźle mi się żyje), a tu przychodzi ktoś i kwestionuje moje podstawowe założenia, odbiera mi spokój.

Ludzie są bardzo przywiązani do swoich przekonań. Nie dążą do poznania prawdy, chcą tylko pewnej formy równowagi i potrafią zbudować sobie w miarę spójny świat na swoich przekonaniach. To daje im poczucie bezpieczeństwa, więc podświadomie trzymają się tego, w co uwierzyli**.

Czasami wydaje się nam, że strach powinien być traktowany jak kradzież. Powoduje on chyba więcej nieszczęść***.

Jednak najważniejsze wydaje mi się to, by przy mityngowych stołach zawsze było miejsce dla tych, którzy pragną rozwiązać nasz wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu, dla tych, których celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu.






--
* „Grapevine”, marzec 1964, artykuł (przedrukowany w „Mityngu”) „Czy coś złego dzieje się ze Wspólnotą AA?”.
** Laurent Gounelle, „O człowieku, który chciał być szczęśliwy”, s. 49.
*** WK, wyd. II, str. 58.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Notatki sponsora (odc. 083)

Dzięki zaproszeniu przez dwie warszawskie grupy (Nowy świat” i „12 Kwadrat”) kilka dni temu, miałem okazję wybrać się do stolicy i, po latach przerwy, spotkać się osobiście z moim sponsorem. W głównej mierze to spotkanie, ale również  warsztaty, w których uczestniczyłem, skłoniły mnie (nie pierwszy raz zresztą) do rozważań na temat form, metod i sposobów komunikacji sponsorów z podopiecznymi.

Czym różnią się, jeśli w ogóle czymkolwiek się różnią, takie oto dwa komunikaty?
1. Przeczytaj rozdział pierwszy WK i w środę o tym porozmawiamy.
2. Uważam, że warto przeczytać pierwszy rozdział Wielkiej Księgi.

Pierwszy z nich to polecenie. Jasne, możemy je nazwać sugestią albo radą sponsora, ale to jednak jest po prostu polecenie i to z wyraźnie określonym terminem realizacji. Czy w tak sformułowanym zdaniu jest cokolwiek niewłaściwego? Czy jest ono niegrzeczne? Oczywiście, że nie. To zwyczajny, prosty przekaz.

Drugi komunikat to… nawet nie propozycja, to tak bardzo delikatnie sformułowana podpowiedź, że – przy odrobinie złej woli – można by ją nawet zupełnie przeoczyć oraz zignorować. On (ktoś) uważa, że coś tam warto – no i dobrze, ale co mnie to obchodzi?

Ta druga forma była typowa dla mojego sponsora. Jeśli nawet coś takiego miało miejsce, to ja nie pamiętam, żeby kiedykolwiek coś mi bezpośrednio kazał. Na przykład praca „na Tradycjach”. Nie powiedział mi, że mam miesiąc czasu na opracowanie każdej z nich, nie, stwierdził patrząc na mnie pytająco – że miesiąc chyba powinien wystarczyć. Zostawiał w ten sposób kwestię, do pewnego stopnia, otwartą. Nie wiem, co by było, gdybym miał inny pomysł, inną propozycję. Wtedy nie miałem.

Z pierwszymi swoimi podopiecznymi próbowałem komunikować się tak samo. Efekt był wątpliwy. Albo współpraca rozciągała nam się na kilkadziesiąt miesięcy, albo (i tak było częściej) w ogóle nic z niej nie wychodziło. Różne miałem pomysły na taką okoliczność. A to, że ja jestem wyjątkowym alkoholikiem i tylko ze mną mój sponsor może się w taki nieautorytarny* sposób porozumiewać, a to, że trafiam na jakichś mało rozgarniętych alkoholików, a może oni złośliwie nie chcą słuchać, co do nich mówię?

Pomysł, który jako ostatni przyszedł mi do głowy, i który znalazł potwierdzenie podczas naszego osobistego spotkania kilka dni temu, okazał się najmniej dla mnie przyjemny: mój sponsor w taki właśnie sposób nadal porozumiewa się z innymi swoimi podopiecznymi, po prostu – on to potrafi, a ja nie. Chciałbym mieć nadzieję, że jeszcze nie, że może już niedługo także i ja…

Podczas spotkania obserwowałem również z przyjemnością w tej Warszawie moje dwie koleżanki, które świetnie się bawiły, prawiąc sobie przeróżne złośliwości oraz wytykając pół żartem, pół serio to i owo. Nawet nie próbowałem w tej konwencji do zabawy się przyłączać – taki eksperyment mam już za sobą. Starałem się czynnie do podobnej gry towarzyskiej włączyć podczas warsztatów w Woźniakowie z rok albo dwa temu. Wyszło mi beznadziejnie. To, co w wykonaniu innych było lekką żartobliwą paplaniną, w moim wydaniu było ciężkawe, nieśmieszne i ocierało się o niegrzeczność.

Tak więc może nigdy nie będę się komunikował z podopiecznymi w taki sposób, jak to robi mój sponsor, i może w ogóle nie powinienem się starać, żeby się tego za wszelką cenę nauczyć. Może określone zachowania, postawy, formy i sposoby porozumiewania się, po prostu są tak dalece nie moje, że czas przestać się przy nich upierać, nawet jeśli tak bardzo podobają się u kogoś innego, i tak bardzo chciałbym je naśladować…







--
* Autorytarny: narzucający swoją wolę albo opinię, wymuszający posłuszeństwo.

niedziela, 19 marca 2017

Notatki sponsora (odc. 082)

Scenariusz jest to tekst stanowiący podstawę filmu lub teatralnego spektaklu albo szczegółowo przygotowany program jakiejś imprezy, wydarzenia, spotkania, ceremonii.

Kiedy trafiłem na mityngi AA, przez rok, a może dwa albo nawet trzy, wydawało mi się, że scenariusz mityngu jest najważniejszym dokumentem we Wspólnocie. Domyślałem się, że zawiera go tajemnicza Wielka Księga, której nie widziałem na oczy bardzo długo, bo przed prowadzącym leżały tylko „24 godziny” (trzytomowe wydanie Duszpasterstwa Trzeźwości w Opolu), kartka z Krokami i Tradycjami i właśnie scenariusz. Przekonany też byłem, że identyczny scenariusz obowiązuje (właśnie tak - obowiązuje!) wszędzie na świecie, na każdym mityngu AA.

Z czasem jakoś dotarło do nas (mam na myśli grupy, z którymi czuję się związany), że scenariusz nie jest świętym tekstem Anonimowych Alkoholików, że każda grupa może sobie wymyślić w zasadzie dowolny, byle nie naruszał Tradycji AA, zaczynaliśmy też poznawać te Tradycje, więc najpierw zrezygnowaliśmy z przyjmowania nowicjuszy do AA, a z czasem z umieszczania w nim jakichś nakazów i zakazów, które wprawdzie ze Wspólnotą nie mają kompletnie nic wspólnego, ale za to obowiązują podczas zajęć grupowych psychoterapii odwykowej. Obawy, że na mityngach zapanuje chaos, okazały się zupełnie nieuzasadnione. Ostatecznie ludzie dorośli i trzeźwi potrafią i mogą brać na siebie odpowiedzialność za swoje zachowanie. Dyscyplinować trzeba dzieci i pijanych.

Znów minęły lata, więc może już czas zastanowić się, czy nam w ogóle potrzebny jest jakikolwiek scenariusz spotkania, podczas którego mamy dzielić się doświadczeniem, siłą i nadzieją, że możemy rozwiązać nasz wspólny problem (czy nie tak właśnie powinno być w naszej Preambule?). Czy, żeby spotkać się i pogadać o tym, jak trwać w trzeźwości i pomagać innym ją osiągnąć, naprawdę potrzebujemy szczegółowo przygotowanego scenariusza, jak gdyby zwyczajny mityng AA był jakimś obrzędem lub ceremonią? Czy nie mieliśmy – zgodnie z sugestią doktora Boba – zachować to w prostocie? Czyżby ktokolwiek wierzył, że pierwszą sprawą, jaką zajęli się Bill i Bob, było opracowanie szczegółowo przygotowanego programu spotkań? Przecież żadnych scenariuszy nie było w AA przez lata!

Podrzuciłem ten pomysł do rozważenia dwóm grupom. Ktoś zapytał: po co rezygnować ze scenariusza? A choćby po to, żeby nie marnować czasu na odczytywanie zawartych w nim tekstów oraz po to, by coraz lepiej uczyć się odpowiedzialności.
Ktoś inny zastanawiał się: jak sobie poradzą z prowadzeniem mityngu nowi członkowie Wspólnoty? A czy nie powinniśmy powierzać służby najlepszym, najodpowiedniejszym do konkretnego zadania osobom? Alkoholicy z krótkim stażem i doświadczeniem we Wspólnocie chyba nie są w stanie zapewnić kilkudziesięcioosobowej grupie poczucia bezpieczeństwa, a tym samym nie są najlepszymi kandydatami na prowadzących. Poza tym mityngi AA nie służą przeprowadzaniu szkoleń, ale o tym już pisałem. O Jedenastej Koncepcji też już było.
I wreszcie: co ty znowu wymyślasz? Nie, to nie ja – rozwiązanie to pochodzi z zagranicy. 

Ostatecznie – nie wiem, czy to dobry pomysł, nie wiem, czy do niego dorośliśmy, nie wiem, czy cokolwiek z niego wyniknie. Wolałbym tylko, żeby przy podejmowaniu decyzji (takich lub innych) nie blokował nas strach.

czwartek, 9 marca 2017

Notatki sponsora (odc. 081)

Mężczyzna wbija gwoździe. Jednak robi to jakoś tak… dziwnie, a i narzędzia używa wyraźnie problematycznego. Podchodzi do niego drugi facet, przez chwilę obserwuje i wreszcie pyta:

- Dlaczego w taki właśnie sposób wbijasz gwoździe?

- Bo to jest sposób najlepszy!

- Najlepszy? Czy w „Historii domowych napraw i remontów” nie pisali, że ten twój sposób jest archaiczny, że w taki sposób nie wbija się gwoździ już od dawna, że od lat są w użyciu inne, znacznie lepsze narzędzia, techniki i metody?

- Owszem, pisać-pisali, ale co mnie to obchodzi. W taki sposób, jak ja to robię, jest najlepiej!

- A próbowałeś chociaż tego sposobu, który opisali w „Historii” i który od lat praktykują tysiące ludzi?

- Nie, nie próbowałem, po co, skoro mój jest najlepszy?!

- Sposób dobry albo zły… to się poznaje nie po przekonaniach, ale po efektach, prawda?

- Jasne! Właśnie tak! I mój jest zdecydowanie najlepszy!

- Jak możesz twierdzić, że jest najlepszy, skoro wszędzie wokół walają się pogięte gwoździe, deska jest poobijana chybionymi uderzeniami, a ty masz poranione palce?!

- I co z tego? To normalne przy wbijaniu gwoździ najlepszą, czyli stosowaną przeze mnie, metodą. Tak po prostu być musi.

Na tym rozmowa się kończy.
  

Zadanie: zastanów się i odpowiedz, czy mężczyzna wbijający gwoździe i upierający się, że robi to w najlepszy sposób, jest poczytalny, czy kieruje się zdrowym rozsądkiem, czy można go nazwać człowiekiem trzeźwo myślącym?



15.03.2017
Minęło kilka dni, więc zgodnie z obietnicą ciąg dalszy nastąpił, czyli rozwiązanie zagadki.

W roku 2014, jeśli dobrze pamiętam, ukazał się „Poradnik dla służb AA” oznaczony jako wersja robocza 8 (w brązowej okładce). Wersje wcześniejsze dostępne były w formie elektronicznej i, z założenia, służyć miały publicznej konsultacji. Zgłaszałem swoje uwagi, sygnalizowałem błędy, proponowałem rozwiązania, z wielkim zapałem, a nawet nadzieją, do czasu aż „Poradnik” ukazał się drukiem i okazało się, że większość moich sugestii i uwag została zwyczajnie zignorowana.
W roku 2016 pewien alkoholik proponował mi wzięcie udziału z pracach nad kolejną, nową wersją „Poradnika”, ale odmówiłem. Dlaczego? Bo przestałem już walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek… a przynajmniej się staram.

Na początku roku 2017 wydany został „Poradnik dla służb AA” wersja 9, rozszerzony o podręcznik Billa na temat Dwunastu Koncepcji AA. Wydanie z Koncepcjami wydaje mi się świetnym pomysłem, mimo że pewne rozbawienie wywołuje określenie „my pijący”, ale mniejsza z tym.  Teraz jednak wrócę do anegdoty o przemiłym panu (tak, ja też uważam, że trzeźwe myślenie mocno u niego szwankuje), wbijającym gwoździe. Okazuje się, że rzecz cała – tak naprawdę – dotyczy kwestii podziału mityngowego kapelusza.

W zakresie Tradycji Siódmej moje wiele razy powtarzane uwagi do kolejnych wersji „Poradnika” sprowadzały się do trzech podstawowych elementów:

1. Według „Poradnika dla służb AA” procentowy podział kapelusza jest najlepszy – choć Wspólnota AA w Polsce nigdy na szeroką skalę nie testowała żadnego innego sposobu.

2. Według „Poradnika służb AA” procentowy podział kapelusza jest najlepszy* – choć z książki, będącej najrzetelniejszą historią AA**, wynika, że był to nieudany eksperyment we Wspólnocie AA w Ameryce, bodajże w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Sposób ten się nie sprawdził, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. To był po prostu niewypał.

3. Według „Poradnika służb AA” procentowy podział kapelusza jest najlepszy – choć nie ulega wątpliwości, że mimo jego dość powszechnego stosowania w naszym kraju od lat, we Wspólnocie AA Polsce, nie „jesteśmy samowystarczalni poprzez własne dobrowolne datki”, jak sugeruje Preambuła i jak to działa na przykład w Irlandii, ale nasza Wspólnota utrzymuje się w znacznej mierze z wyśrubowanych marż na książki.

Moim skromnym zdaniem jest to też kolejna próba przekształcenia Wspólnoty AA w organizację, w której od osobistej odpowiedzialności ważniejsze są regulaminy, zakazy, nakazy, normy itd. Jeśli jest przepis – nie potrzeba myśleć, zastanawiać się, decydować, brać odpowiedzialność za swoją decyzję.

Przy okazji… „Dlaczego „Poradnik dla służb AA”, a nie „Poradnik dla służb AA w Polsce”? Czyżby próba sugerowania, że taki sam „Poradnik” jest w użyciu we Wspólnocie AA wszędzie na świecie?

Inne moje wątpliwości też pozostały aktualne, mimo wydania nowej wersji „Poradnika”, na przykład urzędniczo-nakazowa nowomowa:, „sugeruje się”, „zaleca się” – nie taki jest język Anonimowych Alkoholików; Wielka Księga i 12x12 pisane są w pierwszej osobie liczmy mnogiej, to jest: uwierzyliśmy, zrobiliśmy, postanowiliśmy, przyznaliśmy… tak, my, MY we Wspólnocie AA.

Próby decydowania, komu wolno nazywać się weteranem. To jest i miał być „Poradnik służb”! Czyżby w AA w Polsce weteraństwo było jakąś służbą?

Lansowanie wzoru scenariusza sprzed lat. Tak, tego niebieskiego, chyba z 2008 roku, który sugeruje, że świeczka pali się na wszystkich mityngach AA na świecie (sic!), a anonimowi alkoholicy mogą udawać, że nie poznają się na ulicach (ale mi wspólnota!).

Zastanawialiście się wraz ze mną nad zdrowym rozsądkiem i trzeźwością tego wbijacza gwoździ, a co z naszymi zaufanymi sługami, którym, w dobrej wierze, powierzyliśmy zadanie napisania „Poradnika”, i którzy na początku bieżącego roku, za nasze pieniądze, wyprodukowali to… dzieło? Czy rzeczywiście im ufamy i czy mamy podstawy, żeby ufać ich wiedzy, doświadczeniu, zdrowemu rozsądkowi? W pewnej mądrej księdze napisano, że poznacie ich po ich owocach, a te są (delikatnie mówiąc) co najmniej problematyczne.





--
* „Poradnik dla służb AA” v.9 rok 2017, strona 52: “…najlepiej według schematu 60-20-10-10…”,  „Zaleca się, aby zebrane datki dzielić zgodnie ze schematem: 60-20-10-10”. 
** „Not-God” – Ernest Kurtz, str. 280-282.

niedziela, 5 marca 2017

Notatki sponsora (odc. 080)

Krwawiący diakon zabrał głos po raz kolejny i perorował namiętnie o sprawach, które zupełnie nie dotyczyły tematu mityngu, ani alkoholizmu, ani Programu AA. Uczestnicy zaczęli się nerwowo kręcić, znacząco wzdychać, dawać prowadzącemu  jakieś znaki, a ten… siedział zagubiony, z niepewnym uśmiechem na ustach, wystraszony, kompletnie niezdolny do podjęcia jakiegokolwiek działania, do reakcji.

Młody człowiek, którego grupa „obdarowała” służbą prowadzącego, zestresowany i zawstydzony, zdawał sobie sprawę i przyznawał po spotkaniu, że sobie nie poradził. Koledzy z dłuższym stażem nie oponowali, nie dało się już udawać, że wszystko było w porządku, ani nawet, że nie było aż tak źle, bo było, natomiast przekonywali go, że w taki sposób zdobywa się w AA doświadczenie, a on przecież musi się kiedyś w końcu nauczyć dobrze prowadzić mityng. Pocieszyli go tym zapewne, ale… Czy naprawdę musi?

Dwa kolejne wieczory zastanawiałem się nad regułą jedynego celu Wspólnoty AA, która chyba gdzieś nam się tu zagubiła, a także nad Jedenastą Koncepcją, która mówi o tym, żeby na każdym poziomie służb wybierać (zapewniać) najlepszych kandydatów, gwarantujących rzetelne i prawidłowe wykonywanie powierzanych im obowiązków.
Przyznaję od razu, że do żadnych ostatecznych, najlepszych i jedynie słusznych wniosków nie doszedłem, a jedynie sformułowałem kilka pytań i wątpliwości.

1. Wyłączność celu. Czy celem grupy AA jest realizacja Piątej Tradycji, czy organizowanie szkoleń w zakresie prowadzenia mityngu – umiejętności niezwykle ważnej, która bardzo się przyda alkoholikowi w życiu? Swoją drogą podobne pytania stawiałem, gdy okazało się, że niektórzy sponsorzy w AA, uważają za słuszne leczenie swoich podopiecznych z nieśmiałości. Czy do służb powinniśmy wybierać odpowiednie osoby (dysponujące predyspozycjami do ich właściwego pełnienia), czy tych bez predyspozycji szkolić?

2. Służba w AA dostępna jest dla każdego, ale to chyba nie znaczy, że każdy alkoholik może i powinien pełnić każdą służbę, którą mu się pełnić zachce, bez względu na swoje realne ograniczenia, predyspozycje, możliwości. Niewidomy skarbnik? Spiker niemowa? Chorobliwie nieśmiały, jąkający się prowadzący? W Drugiej Tradycji mowa jest o zaufanych sługach – czy ktoś, kto jakiejś czynności nie jest w stanie wykonywać właściwie, może wzbudzać zaufanie w kwestii optymalnej realizacji powierzonego mu zadania? Ziutek to wspaniały kumpel, bardzo go lubię, jest kryształowo uczciwy, więc bez wahania pożyczę mu pieniądze, ale ma dwie lewe ręce i nie zna się na mechanice, więc naprawy auta mu nie powierzę.

3. W opisanym na początku wydarzeniu, cenę szkolenia nowego prowadzącego (czy był zdolny czegokolwiek się nauczyć, to się dopiero okaże, bo na razie okazało się tylko, że z zadaniem sobie nie radzi), a była to cena wysoka, zapłacili wszyscy uczestnicy mityngu. Zawstydzony, wystraszony, upokorzony prowadzący, rozdrażnieni, z zachwianym poczuciem bezpieczeństwa, uczestnicy spotkania, obrażony krwawiący diakon. Gdyby jeszcze na tym mityngu był jakiś nowicjusz, to mielibyśmy już pełny komplet „zysków” wynikających z lekceważenia sugestii zawartych w Jedenastej Koncepcji.
Ale może kosztem całej grupy, weteranów, nowicjuszy, powinniśmy jednak szkolić?

Być może lektura ósmego tomiku z Biblioteczki Zdroju („Wyłączność celu”) pomoże uczestnikom mityngów AA w Polsce rozwikłać te dylematy, ale… Dlaczego jakoś w to wątpię? 

Bill W. spisał Tradycje i Koncepcje między innymi po to, żeby oszczędzić grupom konsekwencji powtarzania w kółko tych samych błędów – powinny wystarczyć nowe.  Kiedy jednak wybrał się do Europy, ze zdumieniem stwierdził, że grupy „postanowiły” powtarzać u siebie amerykańską historię AA, wraz ze wszystkimi popełnionymi już błędami. Więc i my w Polsce, osiemdziesiąt lat po powstaniu Wspólnoty, zapewne musimy odkrywać i uczyć się reguły jedynego celu AA oraz optymalnych sposobów jej realizacji, raz jeszcze, od nowa. Tyle, że cena wydaje mi się za wysoka… 

środa, 1 marca 2017

Notatki sponsora (odc. 079)

Tradycja Druga AA w wersji oryginalnej wygląda tak: For our group purpose there is but one ultimate authority - a loving God as He may express Himself in our group conscience. Our leaders are but trusted servants; they do not govern.

W Polsce, na razie jeszcze, ma postać: Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą.
Te dwa zdania zawierają trzy błędy w tłumaczeniu, które zaznaczone są na czerwono.

Jedyny i najwyższy – nielogiczne i problematyczne nawet po polsku. Jeśli w klasie jest tylko jeden (jedyny) chłopiec, to jest on najwyższym chłopcem w klasie, czy może najniższym? Jeśli w koszyku jest jedno tylko jabłko, to jest ono największym jabłkiem w koszyku, czy może najmniejszym?

Nami nie rządzą - sugeruje, że nami to może nie rządzą, ale kimś/czymś innym, to kto wie, może i rządzą. Tak naprawdę oni nie rządzą nikim i niczym, ich zadaniem jest realizacja sugestii płynących z grup (spływających w dół odwróconej piramidy służb), a więc po prostu wystarczy, że nie rządzą. Poza tym takie określenie wprowadza niebezpieczny podział: oni – nami, a to dzieli Anonimowych Alkoholików na my i oni, co stoi w wyraźnej sprzeczności z Tradycją Pierwszą, podważa naszą jedność.

O autorytecie, który w tej Tradycji tak naprawdę jest władzą, pisałem już wiele razy.

Tradycja Druga – dziś moim zdaniem, a kiedyś może we Wspólnocie AA w Polsce:
Jedyną najwyższą władzą w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nie rządzą.

Jeśli przestaniemy tworzyć dziwaczne teorie na temat rzekomej szkodliwości autorytetów, Tradycja Druga okazuje się prosta. Zgodnie z nią, Wspólnota AA kieruje się dobrowolnie przyjmowanymi zasadami, nie jest zarządzana przez osoby. Ot i wszystko! Owszem, są w AA liderzy, przewodnicy, alkoholicy pełniący służby, czcigodni mężowie zaufania, ale ludzie ci nie mają władzy. Tu warto zapoznać się z tekstem „Przywództwo w AA: zawsze ważna potrzeba” zawartym w książce Billa W. o Koncepcjach, a także w naszym nowym Poradniku Służb.

Szczególnie ważna wydaje mi się dobrowolność w przyjmowaniu, stosowaniu, wreszcie podporządkowywaniu się zasadom. Zasady kojarzą się zwykle z przepisami, normami, w każdym razie z czymś obowiązującym; za naruszenie/złamanie tak pojmowanych zasad, można zostać ukaranym. Owszem, we Wspólnocie są zasady, ale (powtarzając słowa mojego sponsora) w AA jest tylko jeden człowiek zobowiązany do ich przestrzegania – ten, kto sam tak postanowi.
Jesteśmy gotowi dobrowolnie podporządkować się zasadom nie ze strachu przed karą, ale dlatego, że – od kiedy Bóg przywrócił nam poczytalność, zdrowy rozsądek – wiemy, zdajemy sobie sprawę, że to dla nas i innych w AA jest po prostu korzystne. 

Staram się, żeby tak właśnie rozumieli Drugą Tradycję moi podopieczni, pilnując przy tym, żeby znali też wersję obecnie jeszcze oficjalną.

sobota, 25 lutego 2017

Atrakcyjna oferta Wspólnoty

Alkoholiczka doszła do wniosku, że dopóki musi (zalecenie jej psychoterapeutki odwykowej) prowadzić dzienniczek głodu alkoholowego, to nie może pracować ze sponsorką na Krokach, bo to nieustannie produkowałoby stany, uczucia i myśli, które w tym dzienniczku musiałaby odnotowywać; wiadomo przecież, że podczas pracy ze sponsorką, to się stale o alkoholu, piciu i jego konsekwencjach mówi.

Alkoholik stwierdził, że na zajęciach terapeutycznych właśnie zaczęła się praca z ciałem, a to mu robi tak dobrze, tak poprawia mu samopoczucie, że czuje, że już żadnego Programu AA robić nie musi i nie potrzebuje.

Alkoholiczka uznała, że nie może realizować Programu AA ze sponsorką, bo właśnie na psychoterapii, lada moment, za kilka tygodni albo miesięcy, ma nadzieję dokopać się do najgłębszej istoty swojego alkoholizmu, poznać ją i zrozumieć, a to jest zajęcie tak ciekawe i absorbujące, że na rozmowy ze sponsorką nie ma już siły, czasu ani ochoty.

Klient zgłosił się do poradni odwykowej, bo przeszkadzać mu zaczęły narastające konsekwencje picia. Rozumiał i gotów był (choć bez entuzjazmu oczywiście) na pełną abstynencję. Po długiej rozmowie z psychologiem usłyszał, że nie jest jeszcze tak mocno uzależniony, więc proponują mu naukę kontrolowania picia. Oczywiście z propozycji skorzystał… skoro okazało się, że nie jest z nim jeszcze tak źle, to i czemu nie? To jednak oznacza, że nie może uczestniczyć w zamkniętych mityngach AA, bo tam warunkiem jest chęć zaprzestania picia, a on najwyraźniej przestawać nie musi, więc i nie chce. Praca ze sponsorem odpada w tych warunkach automatycznie.

W ciągu ostatnich kilku lat takich i podobnych opowieści nasłuchałem się dziesiątki. Jedne sytuacje dotyczyły mnie bezpośrednio, z innymi stykali się moi znajomi, koledzy i przyjaciele z AA. A to skłoniło mnie do zadania pytania…

Czy oferta Wspólnoty Anonimowych Alkoholików jest atrakcyjna?

Kroki I-III. Zaczynam pracę z podopiecznym od sugestii, by spisał pokrótce kilka-kilkanaście przykładów najbardziej paskudnych przeżyć z czasów picia. Nie praktykowałem tego „od zawsze”, pomysł przyszedł mi do głowy, kiedy zaczynałem pracę z alkoholikiem, który nigdy nie był na żadnej psychoterapii. Zakładałem, że ci, którzy na odwyku byli, czyli zdecydowania większość, z takim albo podobnym zadaniem już się zetknęli. Szybko okazało się, że nie miałem racji, że coś mi się wydawało. Wyszło bowiem na to, że dla wielu alkoholików po terapiach, choćby kilku i długich, wieloletnich, takie zadanie było wstrząsem. Podczas terapii – twierdzili – nigdy pewnych spraw nie ujawniali, a nawet ich sobie nie uświadamiali. W trakcie pracy na Krokach II-III przez chwilę wydaje się, że ten Program w sumie nie jest taki straszny, ale… Później jest przecież coraz trudniej i nieprzyjemniej.

Kroki IV-V to zderzenie z własnymi urazami, czyli urojonymi krzywdami, z krzywdami, jakie realnie wyrządziliśmy innym, z własnymi słabościami, lękami, pokomplikowanym życiem seksualnym, wynaturzonymi instynktami, kryminalnymi zachowaniami itp. Owszem, są tam i zalety, ale jednak przede wszystkim zaczynamy rozumieć, że określenia „kanalia” i „szuja”, to o mnie.

Krok VI – Zaczynamy dostrzegać, jak w podły i bezwzględny sposób używamy swoich wad charakteru, korzystamy z nich, dla osiągnięcia określonych korzyści. Podejmujemy też realne działania, by przestać to robić.

Krok IX – Ze sponsorem, w cztery oczy, jeszcze jakoś to szło, ale teraz trzeba spotkać się z innymi ludźmi i zadość im czynić, przepraszać, zwracać, ale przede wszystkim głośno i wyraźnie przyznawać, że zachowaliśmy się w sposób niedopuszczalny, egoistyczny, podły, czasem wręcz odrażający.

Krok X – Okazuje się, że nadal często, zbyt często wyłażą na wierzch nasze wady, wynaturzone instynkty, szkodliwe przekonania. I coś konkretnego należy z tym zrobić.

Krok XI – Modlitwa i medytacja? Cholera! Przecież nigdy nie byłem religijny!

Krok XII – Bezinteresowna pomoc innym? Poświęcanie im czasu i uwagi? I tak do końca życia? I jakieś służby w AA? A co to, matka Teresa jestem, czy co?

Bill W. bardzo łagodnie i oględnie ujął to w Wielkiej Księdze (wyd. II, s. 21): Prawie nikt z nas nie lubi analizowania samego siebie, obniżania we własnych oczach poziomu swej dumy, przyznawania się do własnych niedoskonałości, a wszystkie te czynniki są niezbędne, by powrócić do zdrowia. Niektórym się to udało.

Obniżać? A nie wyrównać? Ale mniejsza z tym, ważniejsze jest …by powrócić do zdrowia. Tylko, czy każdy alkoholik naprawdę chce wrócić do zdrowia, czy każdy wierzy, że jest to możliwe, czy każdy gotów jest zrobić wszystko, by to osiągnąć?

Chyba rację miał jezuita de Mello, pisząc w pierwszym rozdziale swojego „Przebudzenia”: Większość ludzi twierdzi, iż pragnie jak najszybciej opuścić przedszkole. Ale nie wierz im. Nie mówią prawdy. Jedyne, czego naprawdę chcą, to by naprawić im popsute zabawki. „Oddaj mi moją żonę”. „Przyjmij mnie znowu do pracy”. „Oddaj mi moje pieniądze”. „Zwróć mi moją wcześniejszą reputację”. Tego właśnie naprawdę chcą. Pragną, aby zwrócić im dotychczasowe zabawki (życie). Tylko tego, niczego więcej. Psychologowie twierdzą, że ludzie chorzy w istocie rzeczy nie chcą naprawdę wyzdrowieć. W chorobie jest im dobrze. Oczekują ulgi, ale nie powrotu do zdrowia.  Leczenie bowiem jest bolesne i wymaga pracy, wyrzeczeń.

Czasem, podczas rozmowy, widzę w oczach bunt i nieomalże słyszę myśli: Zaraz, hola, przecież nie jest tak źle, przecież nie piję już… miesięcy albo lat i nawet mnie nie ciągnie, więc czemu mam tak orać???

Czy w chwili obecnej, w 2017 roku, w Polsce, oferta Anonimowych Alkoholików jest atrakcyjna? Moim zdaniem absolutnie nie. Czemu więc dziwimy się, że nowicjuszy na mityngi trafia niewielu, a zostaje na stałe jeszcze mniej?

W „Języku serca”, w rozdziale 'Rules' Dangerous but Unity Vital (s. 6, tłumaczenie nieautoryzowane), Bill pytał i odpowiadał jednocześnie: Czy Anonimowi Alkoholicy mają strategię public relations*? Czy jest ona adekwatna do naszych aktualnych i przyszłych potrzeb? Chociaż nigdy nie była ona definitywnie sformułowana lub precyzyjnie uzgodniona, z pewnością mamy częściowo przynajmniej uformowaną strategię public relations. Jak wszystko inne w AA, wyrosła ona  z prób i błędów. Nikt jej nie wymyślił. Nikt nigdy nie ustalił jej zasad i reguł, i mam nadzieję, że nikt nigdy tego nie zrobi. A to dlatego, że zasady i reguły wydają się dla nas niezbyt korzystne. Rzadko kiedy się sprawdzają.

Nie są nam potrzebne nowe zasady i reguły, ale może już czas na realnie i na szeroką skalę praktykowaną, ale przede wszystkim skuteczną strategię public relations, bo zachęcanie do służby rzecznika (czyli alkoholika reprezentującego grupę na zewnątrz, poza strukturami AA) słowami: zostań rzecznikiem, w tej służbie nic nie trzeba robić, chyba nie przynosi już oczekiwanych efektów… właściwie to chyba żadnych efektów.

Nasza oferta, w porównaniu do propozycji psychoterapii odwykowej, akupunktury, hipnozy, korzonków kudzu i pewnie kilku innych jeszcze pomysłów, wydaje się najmniej atrakcyjna, ale być może moglibyśmy coś konkretnego zrobić, by taką się stała? Nawet nie w interesie nas samych, bo ten jest oczywisty (czy na pewno?), ale tych, którzy wciąż jeszcze cierpią… Pamiętajmy przy tym, że wyboru mają dokonywać ludzie, delikatnie rzecz ujmując, solidnie zaburzeni albo, mówiąc wprost, psychicznie chorzy.

Przy naszej bierności ci, którzy wciąż jeszcze cierpią, będą nadal szukali oraz wybierali łatwiejszą, łagodniejszą drogę i półśrodki, a my, wśród starych przyjaciół, w naszych przytulnych i bezpiecznych piwnicach, ugotujemy się z czasem we własnym gronie i sosie, zadowoleni z siebie, trwając w trzeźwości może i skutecznie, ale coraz rzadziej pomagając innym ją osiągnąć.

Czy jest to wizja przesadnie mroczna? Są miejsca (miasta, grupy), gdzie nadal i to często pojawiają się nowicjusze. Czy jednak jest to efektem określonych działań członków Wspólnoty AA, czy jednak terapeutów, którzy proponują i namawiają alkoholików do uczestnictwa w mityngach? Na mityng mojej grupy, i to specjalnie zorientowanej na szczególne potrzeby nowicjuszy i początkujących, trafia nowych alkoholików może z pięciu-siedmiu… rocznie. Za kilka-kilkanaście lat tak może być i w innych miastach w Polsce.

Może warto przypomnieć i przypominać do znudzenia:

- Jeżeli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, oznacza, że jej nie było, albo umarła jak drzewo, które uschło zanim zakwitło, pozbawione życiodajnego środowiska.

- Grupa AA bez weteranów pozbawiona jest doświadczenia, grupa bez alkoholików ze średnią abstynencją pozbawiona jest stabilizacji, grupa bez nowicjuszy nie ma przed sobą przyszłości.





-- 
* Public relations – jest to kształtowanie stosunków i relacji z otoczeniem. Celem działań public relations jest dbałość o dobry wizerunek, akceptację i życzliwość wobec działań grupy osób, organizacji, instytucji, firmy itp., a w tym przypadku Wspólnoty AA.

środa, 8 lutego 2017

Notatki sponsora (odc. 078)

Kiedy na mityngu pojawił się temat i wątpliwości dotyczące słów z Biblii, a konkretnie z Listu św. Jakuba Apostoła: „Wiara bez uczynków jest bezowocna” (w innym tłumaczeniu – martwa), nieco się zdziwiłem. To przecież takie proste – pomyślałem – nad czym się tu zastanawiać? Wypowiedzi też nie wniosły do tematu niczego nowego. Jeśli w coś wierzę, to to robię, jeśli nie wierzę, to nie robię, ot i cała filozofia.

Że takie to proste, przekonany byłem podczas mityngu i może z godzinę po nim. Później pojawiły się wątpliwości.

- Rozumiem, że jesteś głodny, ale nie mogę cię wspomóc, bo jutro muszę dać na tacę w kościele.

- Wierzę, że źle się czujesz, ale nie mogę cię podwieźć, bo śpieszę się na mszę.

- Chętnie poświęciłbym ci trochę czasu, ale innym razem, bo teraz modlę się i medytuję.


Czy tego typu postawy i zachowania mają coś wspólnego z przekonaniem św. Jakuba, że bez działania, wiara nie przynosi owoców?


Przypomniało mi się...
…z jakiegoś powodu ludzie religijni często mylą środki z właściwie określonym celem. Początkowo człowiek jest przekonany, że Bóg przywiązuje wagę do stosownej postawy ciała, do tego, w którym dniu tygodnia powinno się odbywać konkretne nabożeństwo, do autorstwa i sposobu formułowania modlitw czy innych tego typu spraw. Tymczasem gdy życie człowieka przeobrazi się w nieustanną łączność duchową z Bogiem, okaże się, że wszystkie techniki, formuły, sakramenty i zwyczaje były tylko próbą generalną przed czymś autentycznym, przed samym życiem, które rzeczywiście może się stać nieustanną intencjonalną modlitwą. („Spadać w górę” – Richard Rohr, wyd. WAM, 2013, s. 29). 

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Notatki sponsora (odc. 077)

- Mam wady, jak zresztą wszyscy ludzie.

Dopiero gdy padły te słowa, zorientowałem się, że podczas mityngów dwóch-trzech grup, na których zwykle bywam, nie słyszałem ich już bardzo dawno. Stwierdzenie to jest banalne – niewątpliwie, zawiera element usprawiedliwienia  – oczywiście, jednak nie zmienia to faktu, że jest ono jak najbardziej prawdziwe. Wszyscy ludzie mają jakieś wady i wszyscy mają jakieś zalety. Alkoholicy nie mają monopolu na wady charakteru i tym tylko różnią się od ludzi zdrowych, że mają je bardziej. Bardziej wynaturzone, bardziej rozbuchane, bardziej widoczne.

Czemu zdanie to zwróciło moją uwagę? Bo niestety, kompletnie nic z niego nie wynika. To coś w stylu: takim mnie Panie Boże stworzyłeś, to takim mnie masz. I… co w związku z tym?

Trzeźwi alkoholicy, z którymi się kontaktuję, częściej zastanawiają się i stawiają pytanie: jak korzystam z moich wad charakteru, jak ich używam? Z „mam wady” nic się zrobić nie da, nie jestem przecież w stanie ich w sobie zniknąć, ale, jeśli wad używam i ciągnę z tego określone korzyści, to może mógłbym przestać, może jakoś dałbym radę z tego niecnego procederu zrezygnować?
Ale… to są sprawy oczywiste, nie ma potrzeby kolejny raz się nimi zajmować.

O cóż więc chodzi? Ano, o tych… wszystkich ludzi. Wszystkich ludzi, bo nie tylko pijaków, Stwórca, Siła Wyższa, Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy, obdarował wadami charakteru i zaletami, zdolnościami, talentami. To teraz zadam pytanie wprost: po co? W jakim celu Bóg sprezentował nam talenty (zalety), mniej więcej wiadomo, a przynajmniej łatwiej odkryć, ale po co dał nam wady???
Przy okazji łatwo zauważyć, że podobna wątpliwość dotyczyć też może przyjemnych i nieprzyjemnych uczuć i emocji. Świetnie, że otrzymałem w darze zdolność kochania (miłość), ale po co mi strach, złość albo nienawiść?

W Biblii Tysiąclecia u Izajasza (45:7) napisane jest: - Ja tworzę światło i stwarzam ciemności, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę. Ja, Pan, czynię to wszystko.

Tak, to Bóg dał mi wady charakteru, ale dał mi też wolny wybór. Nie sądzę, żeby Boga jakoś szczególnie interesował mój nastrój albo humor, ale niewykluczone, że rozliczał mnie będzie z moich działań i zaniechań, z zachowań i życiowych postaw.

Łatwo jest nie kraść komuś, komu nigdy w życiu nie wpadło nawet do głowy, żeby cokolwiek sobie przywłaszczyć, nie potrafiłby tego i nie chce, ale rezygnacja z kradzieży dla złodzieja jest poważnym wyzwaniem, może tak wielkim, jak abstynencja dla pijaka, czyż nie? 

W ten oto sposób już wiem, już zrozumiałem, po co Bóg dał ludziom wady charakteru – nie, nie jako usprawiedliwienie, dał nam je, żeby formować i doskonalić wiernych…