poniedziałek, 26 września 2011

Nasze wspólne dobro

Tradycja Pierwsza Wspólnoty Anonimowych Alkoholików uczy mnie, że… Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze; wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików.
 
Nasze wspólne dobro w praktyce codziennej  – Z notatnika alkoholika (odc.6) 
 
Dawno, dawno temu, za tak zwanej komuny (fuj, fuj, fuj!), jeśli na klatce schodowej w bloku przepaliła się żarówka, należało zawiadomić o tym ADM (Administracja Domów Mieszkalnych), czyli po prostu administrację, administratora budynku. I to w zasadzie było wszystko, bo po kilku dniach żarówka była zwykle wymieniona. Jak widać, nie było w tym niczego trudnego, wymagającego przemyślenia, budzącego jakieś wątpliwości. Ale czasy się zmieniły – wprawdzie budynek nadal ma administratora, nadal są to zdaje się ci sami ludzie, a przynajmniej część z nich i chyba nawet numer telefonu jest ten sam, tyle tylko, że teraz ich firma nosi – nie wiedzieć czemu – angielską nazwę. Ale mniejsza z tym, bo w każdym razie nadal wystarczy do nich zadzwonić, żeby… żeby w imieniu wspólnoty mieszkaniowej zawarli umowę-zlecenie z elektrykiem (właścicielem jednoosobowej zwykle firmy elektrycznej), który bardzo chętnie żarówkę wymieni. Usługa ta, łącznie z ceną najtańszej żarówki, kosztuje każdorazowo wspólnotę mieszkaniową 60,00 PLN.  
 
Uznałem, że to bez sensu. Od pewnego czasu wdrażam w życie – to codzienne, nie tylko mityngowe – Tradycje Wspólnoty AA, więc natychmiast przypomniała mi się Pierwsza, a zwłaszcza słowa Nasze wspólne dobro jest najważniejsze… Tak, nasze wspólne, także we wspólnocie mieszkaniowej! A trwonienie pieniędzy na banalną usługę wspólnemu dobru (mojemu i sąsiadów) chyba jednak nie służy.
W związku z tym drogą kupna wszedłem w posiadanie dwóch żarówek w cenie 3,99 PLN każda. Wybrałem takie trochę lepsze, odporne na wstrząsy, o podwyższonej trwałości (tak przynajmniej zapewniano na opakowaniu). Osobiście wdrapałem się na stołek i – dumny z siebie – przepalone żarówki wymieniłem.
 
Pragnąc żyć zgodnie z „Programem na 24 Godziny” (zwanym też „Oazą spokoju”), przed nikim się swoim dobrym uczynkiem nie pochwaliłem, ani nikomu go nie wypominałem. I bardzo dobrze zrobiłem; chwaląc się, wyszedłbym pewnie tylko na naiwniaka, czyli tak zwanego jelenia, bo drugą żarówkę któryś z sąsiadów ukradł następnego dnia. Pierwszą już po kilku godzinach…

środa, 17 sierpnia 2011

Rozwiązania - nie problemy!

Jak zawsze, chciałam powiedzieć, że cieszę się, że dzisiaj nie piję i tu z wami jestem, ale… mówiła lekko podniesionym, pełnym napięcia głosem, mnąc nerwowo higieniczną chusteczkę - … ale właśnie zdałam sobie sprawę, że to nieprawda. Wcale się nie cieszę! I nie mówicie mi, że mi się chce pić, albo że mam nawrót, bo to nie o to chodzi! – zawołała nieco histerycznie – pić nie chcę, ale to trzeźwe życie wcale mi się nie podoba! Tak długo, już za długo, okłamywałam siebie i innych – teraz wydawała się zmęczona i bezradna – bo przecież ja się nie cieszę, ja… cierpię… W tym momencie mogłem jej tylko pogratulować wielkiej szansy, którą chyba nie każdy z nas dostaje, niestety… 

Cieszę się, że dzisiaj nie piję

Kiedy trafiłem do AA, wszystkie mityngi w mieście odbywały się według tego samego scenariusza, a lwią część spotkania zajmowały zwykle tak zwane problemy i radości. Od kolegów z dłuższą abstynencją szybko nauczyłem się mówić: a ja się cieszę, że dzisiaj nie pije i tutaj dotarłem – wydawało mi się, że tak należy, tak trzeba, bo przecież byłoby czarną niewdzięcznością z mojej strony nie dawać świadectwa swojej radości z niepicia. Radości, którą czułem przez kilka, może kilkanaście miesięcy, bo później… po prostu kłamałem, choć początkowo i nawet dość długo, nie całkiem świadomie i bez złej woli.
 
Euforia, wynikająca z utrzymywanej coraz dłużej i już bez jakiegoś wielkiego wysiłku abstynencji, mijała. Niepicie powoli stawało się normą, czymś oczywistym i zwyczajnym. Odrobinę przetrzeźwiałem i rozglądając się po tym swoim nowym życiu odkryłem, że właściwie to ono wcale mi się aż tak bardzo nie podoba. Wracać do picia absolutnie i pod żadnym pozorem nie chciałem, ale to co jest też mnie nie satysfakcjonowało.
 
Trzeźwość to nieustanne poznawanie siebie + zmiana – to najkrótsza definicja, jaką znam. Jeśli jednak, zamiast mozolnego poznawania siebie, wmawiam sobie, że jestem szczęśliwy, zadowolony i się cieszę, to żadnego odkrycia na swój temat nie dokonam, a poza tym… po co cokolwiek zmieniać, jeśli jest tak dobrze? Trwaj chwilo, jesteś piękna! Tak? Naprawdę było tak pięknie? W domu, z rodziną, w pracy… wszędzie poza salkami mityngowymi?
 
Dopiero w drugim, albo i trzecim roku abstynencji zacząłem zadawać sobie pytanie: jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Powolutku zaczynało też do mnie docierać, że dobrostan – prawdziwy, albo tylko sobie wmówiony, obojętne – nie skłania do zmian, wręcz przeciwnie: motorem zmian jest cierpienie, nie radość. Zrozumiałem też, że przecież ja o tym wiedziałem od dawna: od cierpienia, szukając ulgi, uciekałem w picie i od cierpienia, wynikającego z picia, uciekłem na terapię odwykową i do AA.
Jeżeli dopuszczam do siebie świadomość cierpienia – mam szansę na zmianę, ale dopóki wmawiam sobie, że jest świetnie, że się cieszę – przegrywam.
 
Podobną, choć może nawet jeszcze bardziej perfidną sztuczką, którą latami uprawiałem na mityngach, była koncentracja na problemach, zamiast na rozwiązaniach. Jak to działało? Powiedzmy, że wydarzyło się coś złego; w domu, albo w pracy, a więc szedłem na mityng zaprzątnięty jakimś tam swoim problemem. Podczas spotkania, wysłuchałem kilku hardcorowych opowieści z czasów destrukcyjnego picia; sam też jakiś dramat przywołałem z pamięci i opowiedziałem. W porównaniu z tymi koszmarami mój aktualny problem tracił na znaczeniu, stawał się banalny. W ten oto prosty sposób zmniejszałem swoje cierpienie z poziomu, który wymagał określonego działania, pracy i wysiłku, do niewielkiego, w sumie akceptowanego dyskomfortu psychicznego. I znowu nic nie trzeba było robić. I znowu traciłem szansę na zmianę jakości swojego życia.
 
Pozornie mogłoby się wydawać, że całkiem sensownym i skutecznym rozwiązaniem jest w tym przypadku rezygnacja z porównań, ale po pierwsze, coś takiego nie jest możliwe, bo bez porównań nie da się normalnie funkcjonować, a po drugie, to nie porównania są problemem, lecz manipulowanie swoimi uczuciami (mechanizm nałogowego regulowania uczuć, jak to nazywają na terapii). Jeśli w sposób rzeczowy, trzeźwy, zdroworozsądkowy porównam dziś z okresem sprzed roku, mogę zorientować się, jakie postępy poczyniłem, z czym nadal sobie nie radzę, co wymaga zwiększenia wysiłku. Jeśli jednak swoje dzisiaj nieustannie porównywał będę do koszmaru uzależnionego, kasacyjnego picia, to wynik porównania będzie zafałszowany, bo w ten sposób zawsze sobie udowodnię i sam siebie przekonam, że teraz to jest cudownie, wręcz wspaniale i absolutnie niczego, a zwłaszcza siebie, zmieniać nie powinienem.
 
W chwili obecnej, ani się cieszę, ani nie cieszę, że dzisiaj nie piję. Normalność nie wydaje mi się wystarczającym powodem do uciechy i wiecznego świętowania. Jedno natomiast, od początku do dziś, nie uległo żadnej zmianie: za swoją trzeźwość jestem nieustannie wdzięczny i zdecydowanie nie tylko sobie.





Więcej w moich książkach

sobota, 30 lipca 2011

Najpierw najważniejsze!

Pięcioletni chłopiec stara się przekonać mamę, że to wcale nie on porozrzucał klocki, że przyszedł zły czarownik (wielkolud, smok itp.) i to jego wina. Normalne i naturalne… w pewnym wieku, bo przecież wszyscy wiedzą, że ludzie dorośli nie dyskutują z faktami. Ale, czy rzeczywiście?

Najpierw sprawy najważniejsze, a uczciwość

Najpierw sprawy najważniejsze – powiedzenie dotyczące abstynencji i powtarzane w środowisku niepijących alkoholików na każdym prawie mityngu. I bardzo dobrze, bo to prawda: najważniejszą sprawą dla alkoholika jest zachowanie, utrzymanie abstynencji i warto, żebym o tym nie zapominał. Dopóki nie piję, wszystko jest możliwe. Jeżeli wrócę do picia, cała reszta rozsypie się jak zamek z piasku podczas huraganu. 
Do tego momentu wszystko jest proste i oczywiste: abstynencja na pierwszym miejscu! A w takim razie, kiedy zaczynają się problemy? Ano zwykle wtedy, kiedy zadaję pytanie: Na pierwszym miejscu jest abstynencja, a co masz na miejscu piątym? A co na trzecim? Co na jedenastym? Pierwsze miejsce mamy obsadzone, ale wydaje się, jakbyśmy poza tą abstynencją, nie mieli zupełnie żadnych priorytetów, żadnych wartości o zróżnicowanej hierarchii ważności. A przecież, poza tym że jesteśmy alkoholikami, to także mężami, żonami, dziećmi, rodzicami, pracownikami, przyjaciółmi, szwagrami, sąsiadami…
 
W okresie uzależnionego picia, miałem trudności z wyrażaniem, rozpoznawaniem, nawet nazywaniem uczuć. Ale nadszedł czas, w którym samo tylko utrzymywanie abstynencji przestało być wyzwaniem, za to pojawił się nowy problem, z duchowością, czyli światem wartości. Wiedziałem, że chcę nie pić, to było najważniejsze, ale co dalej? Co naprawdę jest dla mnie ważne? Co na mojej liście priorytetów jest na drugim, trzecim, czwartym, kolejnym miejscu?
Po co mi to? Żeby wydobyć się z chaosu pijanego myślenia. I żeby być uczciwym, choćby tylko wobec siebie. To też dobrze znany element Programu AA, nieprawdaż? Uczciwość wobec siebie, ale uczciwość dorosłego, trzeźwego człowieka, a nie małego chłopca. Tu już nie chodzi o dziecinne zakłamywanie rzeczywistości i sprzeczanie się z faktami, ale o jedność między tym, co myślę, co robię, w co wierzę i co mówię.
 
Pierwszy raz listę priorytetów życiowych robiłem bardzo dawno temu, może na terapii, albo jakichś warsztatach z duchowości, już nie pamiętam. Na swojej liście miałem wtedy abstynencję, trzeźwienie (odróżniałem już wtedy samo niepicie, od trzeźwości), zdrowie, rodzinę, Boga i religię, uczciwość… Poza abstynencją, cała reszta to były fantazje, marzenia, z sufitu wzięte przekonania i chciejstwa. W ich rozpoznaniu, już dużo później, bardzo przydała mi się tabela czasu, czyli graficzne, albo procentowe przedstawienie, ile czasu i na co przeznaczam, na przykład w miesiącu. Kiedy to sobie ładnie wyrysowałem, moje iluzje zaczęły się sypać. Okazało się, że oszukuję. Siebie i innych.
Abstynencja? Tak, na to przeznaczałem dużo czasu, bo to i terapia i mityngi AA i jakieś warsztaty, maratony itp. zajęcia. Jakieś trzydzieści-czterdzieści godzin miesięcznie.
Trzeźwienie? Jakie niby trzeźwienie?! Nie pracowałem ze sponsorem, nie poznawałem i nie realizowałem Programu AA, nie czytałem literatury AA, nie pełniłem służb. Zero.
Zdrowie? Gębę miałem pełną połamanych i popsutych zębów, paliłem po czterdzieści papierosów na dobę, nie robiłem badań okresowych. Zero.
Rodzina? Z żoną rozeszliśmy się już dawno temu, syna wkurzałem tak, że uciekł z domu do internatu, na kontakty z resztą dość dużej rodziny nie miałem (jakoby) czasu. Może odrobinę więcej niż zero, ale…
Bóg i religia – owszem, był taki czas, w którym namiętnie latałem do kościoła, ale jakoś nie starczyło mi zapału, by poczytać Pismo Święte, a choćby tylko Nowy Testament, czy wreszcie zapoznać się z Dekalogiem i starać się żyć zgodnie z jego wskazaniami. Cztery godziny na miesiąc, ale i tego nie jestem pewien.
 
Ostatecznie wyszło mi, że poza snem i pracą zawodową, które w tych wyliczeniach nie biorą udziału z oczywistych względów, najwięcej czasu poświęcam… telewizorowi. Tak, dużo więcej nawet niż abstynencji, bo przynajmniej dwie-trzy godziny dziennie; czasem jeszcze więcej.
 
Najpierw sprawy najważniejsze, czyli… telewizja. Później długo nic i abstynencja, później bardzo, bardzo, bardzo długo nic i jakieś tam śladowe ilości reszty życia. Tak właśnie wyglądała moja trzeźwa uczciwość wobec siebie – co innego deklarowałem, w co innego wierzyłem i zupełnie co innego robiłem. I dziwiłem się, że pić nie piję, ale życie mi się nie podoba! A co mi się niby miało podobać?! Mieszanina skandali, katastrof, mityngów AA, afer korupcyjnych i zajęć terapeutycznych? Jeśli na takich to priorytetach budowałem sobie nowe życie, to trudno się dziwić, że w konsekwencji zbierałem wątpliwe efekty swoich trzeźwych wyborów i decyzji.
 
Minęło ponad dziesięć lat. W dużej mierze rozpoznałem już swoje priorytety, swój świat wartości i zwykle potrafię na rzeczy dla mnie ważne przeznaczać więcej czasu, na mniej ważnie mniej, a na te zupełnie nieważne staram się nie tracić czasu w ogóle, ale to nie zawsze mi się jeszcze udaje.
 
W Wielkiej Księdze jedna z obietnic brzmi: Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Może i intuicyjnie, sprzeczać się nie mam zamiaru, jednak uważam, że ta intuicja nie pojawiła się wraz z odstawieniem alkoholu, ale raczej w związku z pracą ze sponsorem i realizowaniem Programu w życiu oraz w wyniku wysiłku, jaki włożyłem w rozpoznanie i uporządkowanie duchowości.
Jeśli wiem już, co jest u mnie najważniejsze, co jest drugie w kolejności, trzecie, piąte, to okazuje się, że wybór właściwego postępowania w określonej sytuacji, zdecydowanie mniej stwarza problemów. Oczywiście mniej nie znaczy jeszcze, że wcale, ale przecież to dopiero… połowa drogi.





Więcej w moich książkach


niedziela, 3 lipca 2011

Wspólnota AA po mityngu

W tym Opolu znowu coś wymyślają! – zdążyłem już usłyszeć i… właściwie to chyba powinienem potwierdzić. Daje się odczuć pewien niedobór, jakby brak czy deficyt, więc na różnych grupach w mieście, różni ludzie, niezależnie od siebie, szukają rozwiązania, to jest wymyślają, jak to nazwał mój przemiły rozmówca. Co wymyślają? Ja nazywam to Wspólnotą AA po mityngu AA, albo po prostu AA po mityngu AA. To oczywiście tylko taki skrót myślowy, bo w sumie nie jest ważne, czy to o co nam chodzi, odbywać się będzie akurat po mityngach AA, czy może przed, albo w ogóle w innych dniach i godzinach. A chodzi, tak w ogóle, o wspólnotę.
 
Całymi latami mieliśmy Wspólnotę AA, ale nie jestem pewien, czy mieliśmy wspólnotę. Wspólnota AA sprowadzała się, w naszym wydaniu, właściwie tylko do mityngów AA, a mityng… wiadomo: drobiazgowo opracowany scenariusz, nakazy, zakazy, regulaminy, zasady, ale przede wszystkim bardzo ograniczona interakcja uczestników – do nikogo nie wolno się odezwać, nikomu wprost odpowiedzieć, niczego skomentować, nikogo o nic dopytać… mityng to seria monologów. Może to nawet i dobrze, bo porządek, bo poczucie bezpieczeństwa itd., ale chodzi o coś innego: czy ludzie, którzy spotykają się na dwie godziny tygodniowo, by wygłosić po kilka monologów, których inni słuchają, albo i nie, a następnie szybciutko rozchodzą do swoich spraw, rzeczywiście tworzą jakąś wspólnotę?
 
W naszym mieście, choć oczywiście nie w całym, miał miejsce cud przemiany (jest książka o takim tytule, wydana z okazji trzydziestolecia AA). I ten cud trwa. Mamy już grupy AA działające zgodnie z Tradycjami AA, nie przejadamy i nie przepijamy pieniędzy Wspólnoty AA, mamy mityngi pozbawione obrzędów i ceremonii, na których obecny jest Program AA, mamy sponsorowanie, służby, w dobrze zorganizowany i efektywny sposób niesiemy posłanie na zewnątrz… czegóż chcieć więcej? Ano, może właśnie prawdziwej wspólnoty…
Kiedy jeszcze mieliśmy tylko mityngi, spoiwem był alkoholizm, i obawa przed złamaniem abstynencji. Koncentrowaliśmy się na problemie, a nie na rozwiązaniach. Dziś okazuje się, że łączy nas dużo więcej, niż tylko ta sama choroba, ale prawdziwy związek wymaga bliskości, obecności – nie wystarczą mityngowe monologi. Lubimy się, szanujemy, mamy do siebie zaufanie, współpracujemy, cieszymy ze swojego towarzystwa, lubimy razem przebywać i wspólnie spędzać czas…
 
Na mityngi jednej z grup, uczestnicy przychodzą czasem prawie godzinę wcześniej, żeby po prostu być razem, porozmawiać. Na innej testowany jest pomysł spotkań (mityngów) dyskusyjnych, na jeszcze innej padła propozycja zorganizowania klubu, jako miejsca nieco luźniejszych spotkań, albo grupy wsparcia. Wszystko to oczywiście jest na bardzo wczesnym etapie, nawet nie planowania, ale omawiania pomysłów, tym niemniej jedno nie ulega wątpliwości – alkoholikom w Opolu przestają wystarczać same tylko mityngi.
 
Czasem tylko ze zdziwieniem, ale i pewnym rozbawieniem zadaję sobie pytanie, czemu potrzebowaliśmy siedemdziesięciu lat, by zorientować się w potrzebach, które alkoholicy w Akron (i nie tylko tam) dostrzegli i nauczyli się realizować już od samego początku – spotykali się i godzinami rozmawiali… po mityngach AA.
 
Wierzę, że potrafimy już nie wylać dziecka z kąpielą, czyli nowe tworzyć obok, a nie zamiast tego, co miało i nadal, nieustannie, ma dużą wartość. A w takim razie pozostaje mi już tylko jedna wątpliwość, bo ja jestem z tych, co to zawsze doszukują się dziury w całym, ale tacy ludzie też się czasem przydają, zwłaszcza w chwilach, gdy dobra wola i autentyczny zapał zaburzają trzeźwą ocenę sytuacji i grożą zagubieniem naszego wspólnego celu. Chodzi mi mianowicie o kwestie związane z naszą Siódmą Tradycją, bo problem nie w tym, skąd wziąć na to wszystko pieniądze – niektórzy z nas to ludzie majętni – ale… Jak uczy nas Siódma Tradycja AA (w tej dłuższej wersji): doświadczenie przekonało nas wielokrotnie, że nic nie niszczy naszego duchowego dziedzictwa tak niezawodnie, jak daremne spory o własność, pieniądze i władzę.




Więcej w moich książkach

sobota, 18 czerwca 2011

Modlitwa alkoholików

Modlitwa alkoholików – Z notatnika alkoholika (odc.5)
 
Nasze wspólne dobro jest najważniejsze… Nasze? Czyżby? Wiosną 2011 roku podczas mityngu i wspólnego odmawiania „Modlitwy o pogodę ducha”, odruchowo wypowiedziałem słowa użycz nam…, zamiast użycz mi… No, bo jak to w tej Wspólnocie jest? Witamy  się wspólną modlitwą, odmawiamy ją razem, we wspólnocie, trzymając się za ręce, ale każdy chce tylko dla siebie? Boże, użycz mi… Właśnie tak – mi. To mi użycz Boże.  Nie nam – mi! 
Znam też inną modlitwę, podobno często odmawianą na mityngach AA w USA, ale w niej pojawiają się słowa nas zbaw, odpuść nam, nie wódź nas… 





Więcej w moich książkach

czwartek, 9 czerwca 2011

Alkoholizm w konsekwencji

W moim mieście, które pewnie nie odbiega w tym względzie od całej reszty, więcej jest rozmaitych instytucji finansowych, niż żłobków i przedszkoli razem wziętych. Instytucje te (banki, ale nie tylko) oferują rozmaite kredyty, pożyczki, chwilówki, przedstawiając się jako partner w interesach, albo wręcz przyjaciel, który pomoże w trudnej chwili. Reklama jest nachalna, agresywna i profesjonalna. Trudno się na nią nie skusić. 
Wewnątrz poczęstują nas kawą, nawet jakiś prezent oferują w zamian za wzięcie kredytu. Po kilkudziesięciu minutach, otumanieni zalewającym nas non-stop fachowym żargonem, dostajemy do podpisania wielostronicowy dokument. Niepozornej uwagi, umieszczonej na dole strony jedenastej, albo w ogóle nie zauważamy, albo zauważamy ale nie rozumiemy i wstydzimy się o nią dopytać – przecież tłumaczono nam wszystko prawie godzinę. Tak więc ostatecznie podpisujemy.
Po kilku miesiącach okazuje się, że wpadliśmy w tak zwaną pułapkę kredytową, a nasz świetny partner, czy życzliwy przyjaciel, zmienia się w chciwego wierzyciela, bezwzględnie egzekwującego swoje należności. Miało być lepiej, jest gorzej, miało być pięknie, a zaczyna się koszmar. 
 
 
Chciwy wierzyciel – Z notatnika alkoholika (odc.4)
 
Alkohol, niczym chciwy wierzyciel, dosłownie wysysa z nas wszelką niezależność i całą wolę oporu wobec jego żądań – w tym zdaniu z 12x12* zainteresował mnie szczególnie ten chciwy wierzyciel. Wierzyciele, zwłaszcza chciwi, nie pojawiają się znikąd. Najpierw do czegoś ich potrzebowaliśmy, a oni rzeczywiście musieli dysponować tym czymś, czego nam brakowało, czymś, czego pragnęliśmy. To warunek podstawowy. Drugi, już nie aż tak niezbędny, ale jednak powszechny, dotyczy wizerunku: gdyby od początku wlepiała w nas kaprawe gały paskudna gęba chciwego wierzyciela, to pewnie w interesy z kimś takim w ogóle byśmy nie wchodzili.  Potrzebna była maska, rola: Patrzycie! Jaki z tego Franka równy i fajny gość! Z nim zawsze jest wesoło!
 
Dzisiaj wiem już, że nadużywając alkoholu, radośnie i beztrosko, choć nieco bezmyślnie, zaciągałem kredyt. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy (ale czy faktycznie chciałem o to dopytywać?), że rachunek opiewa na coś więcej, niż tylko pieniądze, czy też niewielki ból głowy dnia następnego. Część może i płaciłem na bieżąco, ale reszta narastała. Dopiero kiedy wywalili mnie z drugiej pracy, zdałem sobie sprawę, że sytuacja mnie przerosła, że potrzebuję pomocy. Konsekwencją alkoholizmu jest detoks, leczenie odwykowe, mityngi AA, konieczność zmagania się z Programem AA i wiele innych atrakcji, których wcześniej zupełnie nie brałem pod uwagę – chciwy wierzyciel pokazał prawdziwą kalkulację.
 
Wszystko, co napisałem, jest znane i oczywiste dla większości trzeźwiejących alkoholików. Konsekwencje alkoholizmu wyliczyłem wyżej, ale w takim razie, czego konsekwencją jest sam alkoholizm? Nadużywania? W pewnej mierze tak, ale na pewno nie tylko. Przecież problemem alkoholika nie jest alkohol. A w takim razie pytanie: jakie długi i u kogo zaciągnąłem przed uzależnieniem? – pozostaje na razie bez odpowiedzi.
 
 
 
--
* „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”, BSK 2006, strona 23.