czwartek, 21 lutego 2013

WK: obietnice i... obietnice

Planuj działania, a nie efekty! – to skrót myślowy, moje życiowe motto, pierwsze które dla siebie wymyśliłem, jeszcze w czasie terapii odwykowej. Nadal jestem z niego dumny, nadal bardzo mi się przydaje, chroniąc mnie przed zawodami, rozczarowaniami, żalami, urazami, pretensjami, rozgoryczeniem, frustracją… Dzięki niemu nie zachłystywałem się obietnicami, takimi czy innymi, ale po prostu robiłem swoje. Przynajmniej od czasu, gdy w ogóle zacząłem cokolwiek robić, poza chadzaniem po mityngach.
Z tamtych czasów pamiętam też powiedzenie: jeśli chcesz mieć to, co my w AA posiadamy, rób to, co my zrobiliśmy. W okresie niepodzielnie panujących na mityngach „problemów i radości” (a tak… w Opolu też tak kiedyś było) czasami wcale nie chciałem mieć takiego życia, jakie oni w AA posiadali i o jakim słyszałem do przerwy (bywało, że i dłużej), ale to już inna bajka – miało być o obietnicach.  
 
Pierwszą... obietnicę usłyszałem na mityngu: ty tylko nie pij i chodź na mityngi, a w twoim życiu będą się dziać cuda. Nie piłem, pilnie chadzałem na mityngi i faktycznie – w moim życiu działy się cuda, takie cuda, że… Może bez wdawania się w szczegóły powiem tylko, że mało brakowało, a bylibyśmy się w domu pozabijali. Wtedy, po ponad trzech latach abstynencji, pojawił się w moim życiu drugi sponsor, a ja powoli przestałem wyczyniać cuda. 
 
Kiedy Program AA się o mnie upomniał, prędzej czy później musiałem natknąć się w WK na obietnice. Najpierw te, które w wydaniu II znaleźć można na stronie 72:
…już w połowie drogi zadziwią nas osiągnięte rezultaty. Poznamy nową wolność i nowe szczęście. Nie będziemy żałować przeszłości ani zatrzaskiwać za nią drzwi. Pojmiemy sens słów "pogoda ducha" i zaznamy spokoju. Bez względu na to, jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że i z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni. Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Zmieni się nasz cały stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami nie byliśmy w stanie dla siebie uczynić
 
Czasem, pół żartem, pół serio, zastanawialiśmy się w gronie przyjaciół, gdzie leży ta połowa drogi i połowa drogi… do czego? Jednak pomijając te płoche rozrywki (wiadomo, że chodzi o działania związane z zadośćuczynieniem), obietnicami nie zajmowałem się zbytnio; starałem się koncentrować na działaniach bez rojeń o rezultatach. Poza tym, z niektórymi z tych obietnic miałem pewne problemy. Czy rzeczywiście bardziej niż sobą interesuję się bliźnimi? Czasem na pewno tak, ale czy tak jest zawsze? A co ze strachem przed niepewnością materialną? Jeśli mnie nie opuszczał, to czy była to moja „wina”, czy może niezbyt normalnych warunków, w których przyszło mi żyć? Bo wiadomo, że są na świecie rzeczy, które nie śniły się filozofom, ale dlaczego większość z nich w Polsce?

I jeszcze jedno – jeśli chcesz mieć to, co my w AA posiadamy… Bardzo chciałem, ale z tzw. Obietnic Dziewiątego Kroku nie wynika, że ci w AA to wszystko już posiadają. Poznamy, a nie poznaliśmy, pojmiemy, a nie pojęliśmy, zniknie, a nie zniknęła, opuści, a nie opuścił, zmieni się, a nie zmienił się itd. Obietnice ze strony 72 WK pisane są w czasie przyszłym. Czy ma to jakieś znaczenie? Nie wiem. Może i nie. Warto jednak zauważyć, że Obietnice Kroku Dziesiątego pisane są już w czasie teraźniejszym dokonanym. To są stwierdzenia, a nie nadzieje czy oczekiwania:
Przestaliśmy (w WK błędnie przetłumaczone jako „przestańmy”) walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek, nawet z alkoholem, jako że odzyskaliśmy już rozsądek i poczucie umiaru. Alkohol przestał nas pociągać. Jeśli zaś ogarnia nas chwilowa pokusa unikamy jej jak ognia. Reagujemy na nią rozsądnie i normalnie. Stwierdziliśmy, że dzieje się to wręcz automatycznie. Przekonujemy się, że mamy nowy stosunek do alkoholu, który uzyskaliśmy bez świadomego udziału z naszej strony. Został on nam po prostu dany. I jest to właśnie cud! Już nie musimy walczyć z piciem, ani też bronić się przed pokusami. Czujemy, jakby umieszczono nas na jakimś neutralnym terytorium. Jesteśmy bezpieczni, czujemy się chronieni.. Nawet nie ślubowaliśmy wstrzemięźliwości, a nasz problem został rozwiązany. Nie jesteśmy z tego powodu zarozumiali, ale też nie czujemy się zastraszeni. To jest właśnie, przeżywane przez nas doświadczenie duchowe
 
Nie, nie zawsze byłem zdolny odróżnić „chcę” od „chciałbym”, „mam” od „pragnę mieć”, „wiem” od „mam”. W pierwszych latach abstynencji opowiadałem na mityngach o swoim życiu, ale… czy rzeczywiście o tym, jakie ono jest? Bo może tylko o życiu, jakie chciałbym mieć? W „Nowej parze okularów” Chuck C. pisał: …wydaje ci się, że jesteś ponad prawem i próbujesz kontrolować swoje myślenie. Nie dostajesz tego, czego chcesz, ale uważasz, że możesz myśleniem wywołać to, czego chcesz. Tak, to ja, to o mnie. 
 
Swoim podopiecznym proponuję zapoznanie się z Dziesiątym Krokiem natychmiast po realizacji Kroku Piątego. Wtedy też odnajdują oni te drugie obietnice (bez względu na to, czy tak je nazywamy), moim zdaniem na początku drogi ważniejsze, ale odkrywają też, czym jest to sławetne doświadczenie, przebudzenie, przeżycie duchowe.  I już nie muszą się go bać… ani wstydzić. 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Warsztaty sponsorowania

Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem – wiele razy zastanawiałem się, czy to stwierdzenie Billa W. jest prawdziwe również w Polsce? Odpowiedź nie nastrajała optymistycznie, ale ważniejsze było to, że poza rozgoryczeniem i żalem, właściwie nic z niej nie wynikało. Zmiana nastąpiła dopiero wtedy, kiedy zapytałem inaczej: co ja mogę zrobić, żeby słowa Billa miały sens i znaczenie także u nas?

      Warsztaty sponsorowania Poznań 10.02.2013 – i ja tam byłem…

W lutym 2013 roku Intergrupa „Wielkopolska” zorganizowała warsztaty sponsorowania w Poznaniu. Nie liczyłem uczestników, ale wydaje mi się, że było tam ze dwieście osób z całej Polski. Organizatorzy z logistyką tego przedsięwzięcia poradzili sobie znakomicie. W klimatyzowanych salach World Trade Center w Poznaniu wszystko działało, wszystko było na czas, żadnego zamieszania, bałaganu, nerwów… aż miło było patrzeć. Sprawność organizatorów była ważna. Jeszcze ważniejsza wysoka frekwencja, ale najważniejsze…

Nie pojechałem na warsztaty sponsorowania do Puław, nie byłem na warsztatach w Kozach, ani w Zielonej Górze, ani… czemu wybrałem się do Poznania? Jak to się stało, że gotów byłem spędzić ponad osiem godzin w samochodzie i ponieść spore (jak dla mnie) koszty? Dlaczego akurat poznańskie warsztaty sponsorowania uznałem za tak ważne? Odpowiem na to za chwilę, ale najpierw kawałek niezbyt odległej przeszłości.

01.03.2008 odbyły się w Pierwsze Warsztaty Sponsorowania organizowane przez Intergrupę Śląska Opolskiego (za rok drugie, później trzecie, czwarte…). Czy to znaczy, że wcześniej w Opolu i na Opolszczyźnie nic kompletnie się w tym temacie nie działo? No, niby działo, ale… Pierwszego sponsora miałem już w 1998 roku i na pewno nie był on pierwszym i jedynym sponsorem w mieście i województwie, ani ja pierwszym i jedynym podopiecznym. Tak więc coś tam się działo, a jednak całymi latami (raczej dziesiątkami lat) wszystko szło niemrawo, opornie, jak krew z nosa. Albo i gorzej.

W Opolu systematycznie rosła liczba alkoholików zawiedzionych, rozczarowanych wieloletnią czasem abstynencją. Jeśli nawet umieliśmy już nie pić, to nadal nie wiedzieliśmy, jak żyć. Ani jak, ani po co… Na mityngach recytowaliśmy formułkę „a ja się cieszę, że dzisiaj nie piję”, ale bez radości, bez przekonania. Wieczny lęk przed „wpadką”, nadal niezadowolone żony (niektóre nawet twierdziły, że łatwiej było wytrzymać nasze picie niż tzw. trzeźwienie), mityngowe „problemy i radości”, które ulgę sprawiały tylko na chwilę, ale nie przynosiły trwałego rozwiązania, pogłębiający się brak nadziei, wszystko to powodowało, że byliśmy już znużeni cierpieniem… i sobą. A to oznaczało, że stawaliśmy się gotowi, by zrozumieć, że objawem obłędu jest oczekiwanie odmiennych efektów stale tych samych działań. Powoli stawaliśmy się (i wygląda na to, że wreszcie skutecznie staliśmy się) gotowi na zmianę.
Wspominam o tym nie dlatego, by wychwalać swoje miasto, ale żeby pokazać, że mam pewne doświadczenie w rozpoznawaniu narastającego kryzysu. W każdym razie, kiedy już byliśmy gotowi (wielu z nas), wszystko nabrało tempa; podjęliśmy konkretne działania, pojawiły się pożądane efekty.

Od tych pierwszych warsztatów minęło pięć lat. W Opolu, na grupach na które chodzę (oczywiście nie bywam na wszystkich w mieście), sponsorowanie określiłbym na jakieś 85%, może więcej. W Opolu sponsora nie trzeba szukać – można go sobie po prostu wybrać. Podczas mityngów niewiele mówi się o piciu, dużo więcej o Programie, o konkretnych rozwiązaniach i realnych zmianach, jakie one przyniosły.  A po mityngu często jeszcze wybieramy się wspólnie do herbaciarni („AA po mityngu AA”), żeby dłużej być razem, ze sobą, wspólnie.

Przez tych kilka lat dokonały się zmiany większe niż przez poprzednie ćwierćwiecze. Czasem porównuję to do śnieżnej kuli – początkowo trzeba ją mozolnie popychać, a i tak albo co chwila się rozlatuje, albo przetoczy kawałek, z oporami, jakby niechętnie i znowu staje. Jednak kiedy przekroczona zostanie jej masa krytyczna, śnieżna kula zaczyna toczyć się sama, coraz szybciej i już nie można jej zatrzymać.

Do Poznania pojechałem, bo już kilka miesięcy wcześniej podejrzewałem, czułem, że może to być wydarzenie o ogromnym znaczeniu, możliwe, że jedno z ważniejszych w całej naszej dotychczasowej AA-owskiej historii. Pojechałem, żeby sprawdzić, upewnić się, czy intuicja i przeczucie mnie nie myli, czy rzeczywiście Wspólnota AA w Polsce – jak kilka lat temu znaczna część anonimowych alkoholików w Opolu –  osiągnęła już swoją… krytyczną masę cierpienia, czy osiągnęła gotowość na zmiany. A jeśli tak, na co liczyłem, miałem nadzieję, to chciałem w tym uczestniczyć, być obecnym.
Pojechałem. Sprawdziłem. Odpowiedź brzmi – tak. Tak, TO się stało.

Wspomniałem już, że wysoką frekwencję (chętnych okazało się dwa razy więcej niż organizatorzy początkowo zakładali) uważam za ważną, jednak ważniejsze wydaje mi się to, że w warsztatach brali udział alkoholicy z całej Polski, z miejscowości naprawdę bardzo odległych od Poznania. To oznacza, że przyjechali alkoholicy, którym naprawdę zależy, zdeterminowani, tacy,  którym autentycznie chce się chcieć.

Najważniejszy sprawdzian był jednocześnie ostatnim punktem programu warsztatów – chodzi mi o panel dyskusyjny. To wtedy wszystko miało się rozstrzygnąć.  Z własnego doświadczenia (różne warsztaty, spikerki, praca z podopiecznymi) wiem już przecież, że brak gotowości na przyjęcie proponowanych rozwiązań zawsze przejawia się w złości,  sprzeciwach, w szukaniu „dziury w całym”, w wynajdowaniu argumentów, w negowaniu i deprecjonowaniu doświadczeń i przekonań spikerów, czy prowadzących , w próbach udowodnienia im, a może samemu sobie, że nie mają racji… W Poznaniu czegoś takiego (prawie) w ogóle nie było. Nie widziałem i nie słyszałem. Ani podczas samych zajęć, ani w kuluarach, na przerwach. Wniosek? Alkoholicy przejechali setki kilometrów nie po to, żeby walczyć czy udowadniać swoje racje – przyjechali, żeby usłyszeć rozwiązanie, usłyszeć odpowiedź na zawarte w WK pytanie: „co ja mam robić?”.  I byliśmy tam wszyscy – współzałożyciele pierwszych grup AA w Polsce, weterani o abstynencji niebotycznej (Andrzej „plastyk”, Roman "marynarz"), powiernicy i rzecznicy, prowadzący (dwóch alkoholików mieszkających aktualnie w Londynie), tacy jak ja średniacy, początkujący i nowicjusze… nareszcie razem, we wspólnocie ducha. Bo duchowy program AA zaczyna się wtedy, kiedy jeden alkoholik mówi do drugiego o własnych doświadczeniach, o tym, kim był, co się z nim później stało i jak żyje obecnie.
 
Taka wygląda moja osobista, mocno skondensowana i wysoce subiektywna, relacja z warsztatów sponsorowania w Poznaniu. Oczywiście nie o wszystkim napisałem, jednak starałem się ująć to, co wydawało mi się najważniejsze… dla naszego wspólnego dobra.

środa, 30 stycznia 2013

Rozważania o wolności

Poznamy nową wolność… obiecują Anonimowi Alkoholicy w Wielkiej Księdze. Czym jest wolność, tak w ogóle, jak ją rozumiem i czym nowa wolność różni się od starej?
 
Definicji wolności znalazłem mnóstwo, bo to wolność religijna, wolność gospodarcza albo polityczna, wolność egzystencjalna, wolność według Platona, Marksa, Fromma, wolność w buddyzmie… Szybko dałem sobie spokój – to do niczego nie prowadziło. Postanowiłem, sam dla siebie, poszukać odpowiedzi na pytanie o wolność i jej atrybuty oraz sklecić definicję, którą bym rozumiał i był w stanie wykorzystać.
 
Wolność – według mnie – to niezależność, brak przymusu czy presji, to możliwość podejmowania decyzji zgodnie z własną wolą i ich realizacji, to zdolność dokonywania wyborów ze świadomością wszystkich dostępnych możliwości, ale i ich konsekwencji.
 
Tak rozumiana wolność ma dwa ograniczenia: bezsilność i zniewolenie. Bezsilność nie wzbudza chyba wątpliwości: podejmowałem decyzję, że przez miesiąc nie sięgnę po alkohol, a pijany byłem już po kilku godzinach. Co z tego, że podjąłem decyzję, jeśli nie byłem w stanie jej zrealizować? Uzależnienie, którego istotą jest bezsilność, wyklucza niezależność. Ludzie opętani obsesją picia nie są wolni. 
 
W Wielkiej Księdze czytamy: Powtórzmy raz jeszcze: alkoholik niekiedy nie posiada wystarczająco skutecznej obrony psychicznej przed pierwszym kieliszkiem. Oprócz bardzo rzadkich przypadków ani on sam, ani z pomocą innego człowieka, nie jest w stanie obronić się przed chęcią wypicia. Owa obrona musi nadejść od Siły Wyższej.
 
Nieco większym problemem okazało się w praktyce zniewolenie. Wybrałem ten termin na określenie stanu, sytuacji, w której nie jestem wprawdzie bezsilny, ale i zdolność podejmowania decyzji, dokonywania wyborów, mam poważnie zaburzoną, ograniczoną.
Zniewolony mogę być przez własne uczucia i emocje (np. przerażenie, wściekłość), nad którymi nie potrafię zapanować, ale też przez wynaturzone instynkty i wady charakteru (np. egoizm i chciwość prowadzące do kradzieży i nieuczciwych interesów).
 
Czy wolny jest człowiek, podejmujący działanie bez świadomości, że miał jakiś wybór? Albo przekonany, że dostępne rozwiązania były dwa, podczas gdy było ich siedem? Albo bez upewnienia się, jakie konsekwencje wynikną z tego działania? Głupota, bezmyślność i lekkomyślność to też niewola.
 
Zakładam, że ludzie dorośli, trzeźwo myślący, a przynajmniej większość z nich, mają przekonania wynikające z wiedzy i doświadczenia, ale przecież ja jestem alkoholikiem, a to oznacza, że całymi latami miałem przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia. 
Ciasnota umysłowa, ignorancja i arogancja, brak wyobraźni, absurdalne przekonania, nierealistyczna ocena sytuacji, fanatyzm – to też są formy zniewolenia… umysłowego… duchowego… 
 
Wolność może mi odebrać (albo znacznie ograniczyć) urząd, instytucja, jakaś władza, lub inny człowiek, i to jest tragedia, jednak koszmar zaczyna się wtedy, gdy pozbawiam się jej sam… 

czwartek, 17 stycznia 2013

Mityng, Wars i Emitent

Doktor Woronowicz w „Wyznaniu lekarza” zawartym w Wielkiej Księdze przyznał, że w drodze do pracy, codziennie próbuje zgadnąć, co tym razem wykombinowali alkoholicy, ale rzadko mu się to udaje. Rozumiem go znakomicie – ja sam już dawno rozstałem się z naiwnym przekonaniem, że w AA nic mnie już nie zaskoczy, bo manifestacje choroby alkoholowej mogą przyjmować formy zupełnie nieprawdopodobne i nieprzewidywalne.
 
W 2012 roku redakcja biuletynu „Mityng” zwróciła się do kolegi i za jego pośrednictwem do anonimowych alkoholików z Opola z apelem, prośbą o napisanie do listopadowego numeru jakichś tekstów na temat medytacji, bo redakcja nie ma żadnych i bezradnie się miota. W efekcie kilku z nas do „Mityngu” napisało i redakcja biuletynu nasze artykuły wykorzystała (zostały wydrukowane) – wygląda na to, że mój też.
 
W sprawozdaniu intergrupy Wars z listopada czytamy: Uwaga Mirka do jednego z tekstów z listopadowego Mityngu - podpis pod tekstem "Meszuge" to w pewnym sensie kryptoreklama pewnej osoby czerpiącej materialne korzyści z uczestnictwa we Wspólnocie AA. Dobrze by było unikać publikacji tekstów takich osób, gdyż nasz biuletyn nie powinien firmować, reklamować ani promować inicjatyw nie związanych z AA.
 
Tak oto znowu zostałem zaskoczony, bo czegoś takiego chyba jeszcze w AA nie było: 
a) poprosić o pomoc,
b) przyjąć i wykorzystać bezinteresownie udzieloną pomoc,
c) pomagającemu napluć w twarz obrzucając plugawymi oszczerstwami.
 
Mocne!
 
Dość dawno uświadomiłem sobie, że bezsilny jestem nie tylko wobec alkoholu, ale także wobec przekonań innych alkoholików, budowanych na bazie wyobrażeń i fantazji. Wiem już też, że rację miała Matka Teresa z Kalkuty pisząc: Jeśli uczynisz coś dobrego, zarzucą ci egoizm i ukryte intencje (Czyń dobro, mimo wszystko). Oczywiste jest dla mnie, że każdy alkoholik, na dokładnie każdy temat, może sobie wyprodukować dowolne przekonania – wolno mu. W takim razie, w czym problem? Jeśli nie o osobistą urazę, to o co mi chodzi?
W Warszawie, na poziomie intergrupy albo regionu, anonimowi alkoholicy widać uznali, że systemu Emitent można i należy używać do rozsyłania po całym kraju absurdalnych spekulacji jednego alkoholika na temat źródeł zarobkowania innego członka Wspólnoty AA, a to wydaje się już podejściem zupełnie bezprecedensowym i wręcz szokującym.
 
W tym mieście ma się odbyć Światowy Mityng Służb. Zastanawiam się, czy bezpiecznie mogą i będą się tu czuli delegaci innych krajów.  Zwłaszcza, kiedy Emitentem zaczną być rozsyłane informacje np. o alkoholikach, którzy przylecieli sobie do nas za pieniądze AA, a może też i inne komentarze na temat ich strojów, koloru skóry, religii itp. Zastanawiam się, czy Wspólnota AA w Polsce dorosła do tego przedsięwzięcia i… trochę się martwię.   

czwartek, 10 stycznia 2013

Zagadka Szóstego Kroku

Jeżeli ktoś z czytających ten tekst jest alkoholikiem może już w tym miejscu postawić pytanie: „Co ja mam robić?”. Odpowiedź na to pytanie jest głównym celem tej książki – słowa te pochodzą z „Anonimowych Alkoholików”, a znaleźć je można w rozdziale „Jest sposób”. Były i są one dla mnie niezwykle, wręcz strategicznie ważne.

Zagadka Szóstego Kroku

Całymi latami szukałem odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Wielkiej Księdze Bill W. na temat Szóstego Kroku napisał zaledwie trzy zdania? W 12x12, w rozdziale poświęconym temu zagadnieniu, treści jest znacznie więcej, ale przyznam, że do dziś nie spotkałem ani jednego alkoholika, który znalazłby tam instrukcję, konkretną odpowiedź na to pytanie: co konkretnie mam w tym Kroku zrobić? Mnie się to też nie udało.

Czy oznacza to, że w trakcie realizacji Kroku Szóstego stare powiedzenie „program AA jest program działania” traci ważność? Czy anonimowi alkoholicy nic w związku z tym nie robią, nie podejmują żadnego działania? Niektórzy faktycznie nie, mają zresztą w tym przypadku znakomite usprawiedliwienie – brak jakichkolwiek wskazówek czy sugestii Billa W. w Wielkiej Księdze. Inni podejmują rozmaite postanowienia o różnym stopniu skuteczności, stosują metodę zamienników opracowaną przez duet Joe&Charlie (albo przez Wally'ego P.), niektórzy korzystają z mojej metody „ostrzenia gwoździa”, albo jeszcze jakiejś innej, bo fakt, że Bill nie wyjaśnił, co mamy zrobić w Kroku Szóstym i jak to zrobić, nie oznacza jeszcze, że jesteśmy wobec własnych wad charakteru kompletnie bezradni,  albo że nic nie powinniśmy robić.

Zakładam, że oczywiste jest, że od wad charakteru uwalnia Bóg (Krok Siódmy), a nie my sami siebie, i kiedy On uzna to za stosowne, natomiast nasze zadanie (w Kroku Szóstym) polega na rezygnacji z używania wad charakteru, a nawet – jak twierdzili Joe&Charlie – na praktykowaniu ich przeciwieństw, na przykład bezwzględnej szczerości zamiast dotychczasowych kłamstw, czy wierności zamiast dotychczasowego cudzołóstwa.

Tym razem podszedłem do tematu z innej strony. Bill W. był takim samym alkoholikiem jak i ja, ani lepszym, ani gorszym. W takim razie, zamiast zastanawiać się: „czemu Bill…?” zadałem pytanie sobie: w jakich przypadkach ja starannie omijam temat, zgrabnie się nad nim prześlizguję w kilku słowach (podobnie jak Bill z Krokiem Szóstym w WK)? Kiedy to ja topię wypowiedź w morzu pięknych słów, nie prezentując jednak żadnych konkretów, żadnych określonych rozwiązań (podobnie jak Bill z Krokiem Szóstym w 12x12)? I od razu na te pytania odpowiadam: tak właśnie robię, taką przybieram postawę, tak się zachowuję, kiedy czegoś nie rozumiem i nie chcę, żeby się to wydało, albo kiedy na coś nie chcę się zgodzić, czegoś nie chcę zrobić, choć zdaję sobie sprawę, że powinienem.

W tym momencie już słyszę gromki śmiech – Bill W. nie rozumiał, na czym polega Krok Szósty?! Ha, ha, ha! Kto miałby to wiedzieć lepiej niż on?! Tak, wiedział, ja też jestem przekonany, że wiedział. A co z konkretnym działaniem, na które mógł nie mieć ochoty?

W „Przekaż dalej” można przeczytać, że Bill W. uważał, że czynnikiem utrwalającym jego wieloletnią depresję było to, że nie udało mu się przepracować Kroków AA. Sam pisał: „Kiedy indziej obwiniałem się za to, że nie potrafię stosować programu w niektórych dziedzinach życia”. W przypisach do tego rozdziału czytamy też: „Wielu członków AA to potwierdzało; wielu z nich namawiało Billa, by próbował pracować nad Krokami”.

Jeszcze jeden ważny cytat*: „Zawarte w 1918 roku małżeństwo Wilsona z Lois Burnham przetrwało aż do jego śmierci w 1971 roku. Lois wierzyła mu ślepo i miała do niego słabość. Mimo to, szczególnie w okresie jego trzydziestu pięciu lat trzeźwości od alkoholu, Bill był kompulsywnym kobieciarzem. Jego flirty, romanse i cudzołóstwa obarczały go wielkim poczuciem winy – jak wspominają to ci weterani AA, którzy znali go bliżej – lecz mimo to uciekał przed narzuceniem sobie restrykcji. Swój ostatni i najpoważniejszy romans, z kobietą aktywną w służbach AA, Bill Wilson nawiązał po sześćdziesiątce i utrzymywał aż do śmierci”.
Ano, właśnie… uciekał przed narzucenie sobie restrykcji… Może zbyt jednoznaczne postawienie sprawy w Kroku Szóstym pozbawiłoby go możliwości dalszego lawirowania i uwodzenia?

O co mi chodzi, czy o zdemaskowanie słabości Billa? Ależ skądże! Bill W., jak wielu z nas, był po prostu jeszcze jednym niedoskonałym narzędziem w rękach Siły większej niż nasza własna (może nawet Siły Wyższej). A mnie w tym momencie chodzi o coś znacznie ważniejszego, bo o priorytety. Jeśli jestem człowiekiem trzeźwym, jeśli mam za sobą jakieś przeżycia i doświadczenia duchowe (mam nadzieję, że przed sobą też, ale to już inna historia), powinienem poznać, zrozumieć i uporządkować swoje priorytety, ale przede wszystkim – umieć kierować się nimi w życiu. Wymaga to znalezienia odpowiedzi na pytania kardynalne, na przykład: Jeżeli jestem chrześcijaninem, to co stanowi fundament mojej postawy religijnej? Bóg? Kościół? Biblia? I analogicznie – jeśli jestem alkoholikiem, to czy w moim trzeźwieniu i dalszym duchowym rozwoju stawiam na Program Anonimowych Alkoholików, czy raczej na autora tego Programu? Na czym się opieram? Jak zamierzam swój wybór realizować w praktyce? Co z mojej decyzji wynika?

Jak zwykle… wybory i decyzje…






--
* Cytat pochodzi z książki Patrica Carnesa „Od nałogu do miłości”, wyd. Media Rodzina.  Carnes powołuje się na książkę Nan Robertson, laureatki nagrody Pulitzera, pt. „Getting Better: Inside Alcoholic Anonymous”.

niedziela, 23 grudnia 2012

Nie jestem bezinteresowny

Pewnie nie tylko w grudniu, ale w tym miesiącu chyba najczęściej, teksty z „Codziennych refleksji” i mityngowe wypowiedzi ociekają wręcz bezinteresownością, odmienianą przy tej okazji przez wszelkie możliwe przypadki i rodzaje. Pewnego zimowego wieczoru, na mityngu, słuchałem kolejnej deklaracji dotyczącej bezinteresowności i zastanawiałem się, czy starczy mi odwagi, żeby powiedzieć, że ja w AA bezinteresowny nie jestem i nie zamierzam… A może po prostu niezupełnie tak samo rozumiemy bezinteresowność?

Bezsilność = bez siły.
Bezinteresowność = bez (własnego) interesu, czyli po prostu działanie, postępowanie, z którego nie odnoszę żadnych korzyści, nie mam w tym żadnego własnego interesu.
Tak właśnie rozumiem bezinteresowność, ale może ja źle ją rozumiem… W każdym razie uważam, że „czysta” bezinteresowność może mieć miejsce jedynie w przypadku działań nieświadomych. Takie też występują w ramach realizacji Dwunastego Kroku, ale o tym za chwilę.

Za niesienie posłania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią oraz za sponsorowanie, które jest służbą, uważam też, że w AA najważniejszą i najtrudniejszą, nie pobieram zapłaty ani wynagrodzenia. Nie spodziewam się i nie oczekuję absolutnie żadnej gratyfikacji (nawet wdzięczności) od osób, którym niosę posłanie ani od swoich podopiecznych. Tyle tylko, że to wszystko nie oznacza jeszcze automatycznie, że jestem bezinteresowny.

Jaki ja mam w tym interes, jakie korzyści odnoszę z tego „bezinteresownego” działania? Odpowiadając na to pytanie posłużę się cytatami z literatury AA, bo tak będzie chyba bezpieczniej – doświadczenia i zdanie Meszuge można ignorować i wydrwić, ale Billa W. i innych alkoholików, trochę trudniej.

1. Praktyka dowodzi, że nic lepiej nie umacnia niezależności od alkoholu, jak intensywna praca z innymi. Ten sposób jest zawsze skuteczny (WK).

2. Praca z innymi wniesie w życie każdego z nas nowe wartości (WK).

3. Przekonałem się, że niesienie posłania innym alkoholikom jest rzeczą łatwą, ponieważ pomaga mi zachować trzeźwość i daje pełne zadowolenia poczucie, że mój własny proces zdrowienia przebiega prawidłowo („Codzienne refleksje”).

4. Najwięcej korzyści i satysfakcji można osiągnąć poprzez służbę (CR).

5. Umacniam własną trzeźwość, dzieląc się tym, co za darmo otrzymałem (CR).

6. Dzięki niesieniu posłania w ramach Dwunastego Kroku zrozumiałem, na czym polega radość i satysfakcja, jaka płynie z dawania, gdy nie oczekuje się niczego w zamian (CR).

To tylko kilka przykładów. W literaturze AA i w życiu każdego anonimowego alkoholika, który niesie posłanie, znalazłoby się ich dużo więcej. A w takim razie, czy w imię pełnej bezinteresowności gotów byłbym zrezygnować z zaznaczonych korzyści?

W pełni bezinteresownie niosę posłanie nieświadomie – poprzez mój obecny styl życia, sposób zachowania, postępowanie, postawę. Obracam się w pewnym środowisku; część osób z mojego otoczenia wie, że jestem alkoholikiem, pamięta mnie z tych złych czasów. Niektórzy zdają sobie sprawę, że biorę udział w spotkaniach Wspólnoty AA. Ludzie ci obserwują i… wyciągają wnioski. Dzięki temu może działać moja stara reguła:
- O AA mówić, kiedy pytają.
- Żyć w taki sposób, by pytali.





Więcej w moich książkach