wtorek, 25 czerwca 2013

Sponsorowanie kobiet w AA

Dlaczego, czasem, w pewnych warunkach, podejmuję się sponsorowania alkoholiczek? Ano, wynika to z mojego wychowania, którym zajmowały się same kobiety, mężczyzny w moim dzieciństwie właściwie żadnego nie było i w konsekwencji do dziś łatwiej mi jest  porozumieć się w jakimś trudnym, osobistym temacie z kobietą niż z mężczyzną. Oczywiście nie znaczy to, żebym dla alkoholiczki był lepszym sponsorem od innej alkoholiczki – po prostu odrobinę lepiej porozumiewam się z kobietami, niż przeciętny, typowy facet i to wszystko.
 
Dlaczego sponsorowanie alkoholiczek może czasem nie być (dla mnie!) najlepszym pomysłem?  Wynika to z mojego wychowania, które przebiegało w klimacie nienawiści do ojca, a przy okazji i w efekcie do wszystkich mężczyzn. Od wczesnego dzieciństwa miałem niejako wdrukowane w psychikę przeświadczenie, że mężczyźni to szubrawcy i gnoje, natomiast wszystkie kobiety są kulturalne, dobre, szczere, otwarte, mądre, prawe, odpowiedzialne, uczciwe, wierne, szlachetne itp.
 
Wiem już, wynika to z mojego doświadczenia, że alkoholicy to kanalie i szuje – bez względu na płeć, ale co z tego, jeśli prawda ta nie jest w stanie przebić się emocjonalnie przez pokłady dziecinnych przekonań? Wiem jedno – czuję drugie… przynajmniej przez moment.
 
Jeśli alkoholik napluje mi w twarz albo narzyga na buty (to przenośnia, proszę tego nie traktować dosłownie), nie podoba mi się to oczywiście, jestem przez chwilę zły, ale w sumie nic mi to nie robi. Myślę wtedy: człowieku, przecież decydując się pomagać alkoholikom, wiedziałeś z czym się to wiążę, więc teraz nie jęcz! I sprawa jest załatwiona. Kiedy jednak jakiś świński numer wyrżnie mi alkoholiczka, to w pierwszym odruchu wskakuję się w stare buty i znów – na chwilę – staję się małym chłopcem, rozżalonym, skrzywdzonym, który nie rozumie co się dzieje i chciałby zapytać: czemu mi to robisz, czemu mnie ranisz, przecież nic złego ci nie zrobiłem? Nie trwa to długo, na szczęście, ale zwykle potrzebuję wtedy kilku godzin albo nawet dni, żeby dojść do ładu ze swą duszą i „przypomnieć sobie”, że alkoholicy są tacy sami – bez względu na płeć, a więc moja chwilowa uraza wynika z nierealistycznych, dziecinnych oczekiwań wobec kobiet, a nie z faktów, czyli to nie alkoholiczki za nią odpowiadają, ale ja sam i… ewentualnie moje pokręcone wychowanie.

wtorek, 4 czerwca 2013

Krok 5, mandarynki, ulga i...

Niedawno usłyszałem, z założenia zabawną, anegdotę o mityngach w pewnym odległym mieście. Podobno słuchacze, po wypowiedziach uczestników spotkania, bez problemu rozpoznają, czy wywodzą się oni ze szkoły sponsorowania opolskiej czy londyńskiej. Historyjka jest, być może, faktycznie pocieszna, ale jest też sygnałem, że nad paroma sprawami warto się chyba poważniej zastanowić.

Krok Piąty, mandarynki, ulga i dwie szkoły

Po pierwsze – nie istnieje żadna opolska szkoła sponsorowania. Z perspektywy bardzo odległej, nasze stosunkowo niewielkie środowisko (uczestników mityngów AA w Opolu) może wydawać się jednolite, ale to złudzenie. Ja miałem trzech sponsorów, z czego tylko pierwszy pochodził z Opola. Koledzy pracowali ze sponsorami z Jastrzębia, Koszalina, Rybnika itd., a więc nasze doświadczenia nie są identyczne, a wręcz przeciwnie – są bardzo różne. Nie robiliśmy Programu AA w ten sam sposób. Nasi podopieczni korzystali i korzystają nadal z naszych doświadczeń, a więc mowy nie ma o jakiejkolwiek unifikacji. Choć zapewne kiedyś to nastąpi. Szkoła londyńska to jeszcze większy skrót myślowy – w końcu byłem tam, znamy się, utrzymujemy kontakty, więc odrobinę pojęcia na ten temat mam. Generalizacja niewątpliwie ułatwia życie, ale chyba nie zawsze dobrze nam służy.
 
Krok Czwarty: Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny.
Krok Piąty: Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.
 
Jedna z rzekomych różnic ma polegać na uldze, która powinna albo właśnie nie powinna pojawić się u alkoholika realizującego Program ze sponsorem po wykonaniu przez niego Kroku Piątego. W tym momencie mógłbym dodać, że alkoholik to takie cacuszko, co to aby żyć, musi mieć problemy, a jak ich nie ma, to sobie wymyśli, a jak już wymyśli, to musi je rozwiązywać, a jak nie potrafi, to użala się nad sobą, ale… to już inna sprawa.
 
Większość zawodowego życia spędziłem w handlu, a więc moje porównanie dotyczące tych dwóch Kroków będzie dotyczyło hipermarketu. Korzystam z niego od wielu lat, gdy alkoholikom z nieco mniejszym doświadczeniem staram się przybliżyć, wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi.
 
Krok Czwarty to inwentaryzacja, remanent. W sklepie wynikiem tego… kontrolnego spisu towarów jest wykaz towarów jakie w magazynie posiadamy (rodzaj, liczba) oraz – co bardzo ważne zwłaszcza w sklepach z działem spożywczym – w jakim są one stanie. Podczas inwentaryzacji odkrywamy, na przykład, że mamy w magazynie sto kilogramów zgniłych mandarynek, a także, że brakuje pięćdziesiąt solniczek. Kierownik sklepu ma do dyspozycji taki spis (alkoholik zaś tabele Kroku Czwartego, z których wynika, jakich wad charakteru używa i po co). Trudno chyba zakładać, żeby goła informacja o tym, że mamy sto kilogramów zgniłych mandarynek, sprawiała ulgę, prawda? 
Praca Kroku Piątego to, w naszym sklepowym przykładzie, analiza wyników remanentu (spisu towarów) oraz wnioski z niej płynące. A wniosków, do przedstawienia Wielkiemu Szefowi, podstawowych jest kilka: 
- zgniłe mandarynki trzeba wyrzucić, bo do sprzedaży już się one nie nadają,
- mandarynki zgniły, bo w magazynie składowane są w zbyt ciepłym miejscu,
- magazyn trzeba zorganizować inaczej tak, żeby w miejsce owoców trafiły narzędzia, bo na owoce trzeba znaleźć chłodniejszą lokalizację, inaczej nadal będą nam gniły,
- solniczek brakuje zapewne dlatego, że regał z drobnymi artykułami, ulokowaliśmy w miejscu trudnym do obserwacji przez ochronę, a więc są one łatwym łupem złodziei,
- solniczki i inne takie trzeba przenieść bliżej kas, w miejsce łatwe do obserwacji; może na przykład w miejsce grabi, które ukraść nie jest tak łatwo.
 
Powtarzam raz jeszcze: Krok Piąty to są wnioski z inwentury Kroku Czwartego. Wnioski! Zgniłe owoce jeszcze wywiezione nie zostały, magazyn nie jest jeszcze zreorganizowany, solniczki i grabie jeszcze nie zostały zamienione miejscami. Ulga? A z jakiego powodu?
 
Nie chciałbym przy tej okazji wylewać dziecka z kąpielą. Ja Krok Piąty realizowałem w życiu kilka razy, z różnych powodów zresztą, i przynajmniej za pierwszym i drugim ulgi doznałem. Jednak nie wynikała ona z faktu uświadomienia sobie wad charakteru oraz wynaturzonych instynktów, ale ze świadomości, że oto podołałem trudnemu zdaniu, nie uciekłem, nie przerwałem, dałem radę – podjąłem się i skończyłem. Kroki Cztery-Pięć to trudna, nieprzyjemna praca, ale… to jest już za mną – uf!
 
W moim przypadku pojawiła się też inna, jakby dodatkowa, korzyść płynąca z rzetelnej realizacji Kroku Piątego. Całe życie bałem się odrzucenia, krytyki, śmieszności; wiecznie się bałem, co oni (jacykolwiek oni, rodzina, współpracownicy, szkolni koledzy itd.) sobie o mnie pomyślą, jak zareagują, kiedy dowiedzą się, jaki ja naprawdę jestem i kim jestem. Czytając swoją pracę Piątego Kroku innym alkoholikom wyjawiałem im właśnie pełną prawdę o sobie, wychodziłem naprzeciw swoim lękom, mierzyłem się z nimi. Od tego czasu nigdy już się nie bałem, że przez kogoś zostanę odrzucony… choć bywałem.
Oczywiście z ulgą nie ma to zupełnie nic wspólnego.
 
Pamiętam jeszcze z „Rozprawy o metodzie” Kartezjusza: Tak więc rozbieżność mniemań nie pochodzi stąd, aby jedni byli roztropniejsi od drugich, ale jedynie stąd, iż prowadzimy myśli nasze rozmaitymi drogami i nie rozważamy tych samych rzeczy.
 
A sponsorowanie ocenić można ewentualnie po jego efektach, bo na pewno nie po takiej czy innej (lepszej albo gorszej?) szkole. Nawet najlepsza szkoła to jeszcze nie wszystko – trzeba się jeszcze pilnie uczyć i być na dokładkę przyzwoitym człowiekiem… po prostu. 


środa, 24 kwietnia 2013

Trzeźwość. Ciągłe poznawanie...

Trzeźwość. Ciągłe poznawanie siebie i zmiana

Trzeźwość to nieustanne poznawanie siebie + zmiana - to najkrótsza definicja, jaką znam. Jeśli jednak, zamiast mozolnego poznawania siebie, wmawiam sobie, że jestem szczęśliwy, zadowolony i cieszę się, to żadnego odkrycia na swój temat nie dokonam; a poza tym - po co cokolwiek zmieniać, jeśli jest tak dobrze?

Trwaj chwilo, jesteś piękna! Tak? Naprawdę było tak pięknie? W domu, z rodziną, w pracy... wszędzie poza salkami mityngowymi?

Dopiero w drugim, albo i trzecim roku abstynencji zacząłem się zastanawiać: jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Powolutku zaczynało też do mnie docierać, że dobrostan - prawdziwy, albo tylko sobie wmówiony, obojętne - nie skłania do zmian, wręcz przeciwnie: motorem zmian jest cierpienie, nie radość. Zrozumiałem też, że przecież ja o tym wiedziałem od dawna: od cierpienia, szukając ulgi, uciekałem w picie, i od cierpienia, wynikającego z picia, uciekłem na terapię odwykową i do AA.

Jeżeli dopuszczam do siebie świadomość cierpienia - mam szansę na zmianę, ale dopóki wmawiam sobie, że jest świetnie, że się cieszę - przegrywam.

Podobną, choć może nawet jeszcze bardziej perfidną sztuczką, którą latami uprawiałem na mityngach, była koncentracja na problemach zamiast na rozwiązaniach. Jak to działało? Powiedzmy, że wydarzyło się coś złego w domu albo w pracy, szedłem więc na mityng zaprzątnięty tym swoim problemem. Podczas spotkania wysłuchałem kilku hardcorowych opowieści z czasów destrukcyjnego picia; sam też jakiś dramat przywołałem z pamięci i opowiedziałem. W porównaniu z tymi koszmarami mój aktualny problem tracił na znaczeniu, stawał się banalny. W ten oto prosty sposób zmniejszałem swoje cierpienie z poziomu, który wymagał określonego działania, pracy i wysiłku, do niewielkiego, w sumie akceptowanego dyskomfortu psychicznego.

Czytaj  cały artykuł: https://deon.pl/inteligentne-zycie/poradnia/trzezwosc-ciagle-poznawanie-siebie-i-zmiana,241455 

środa, 10 kwietnia 2013

Zwycięzców poznaje się...

Zwycięzców poznaje się na starcie

Gawędę o "Antyporadniku" Miki Dunin zamierzałem początkowo zatytułować "Narodziny gwiazdy" - zrezygnowałem z tego pomysłu tylko ze względu na skojarzenia ze starymi, znanymi filmami o takim właśnie tytule, bo - jak podpowiada mi księgarskie doświadczenie i instynkt - Mika Dunin już niedługo stanie się znaczącą postacią polskiego pisarstwa.

Pisarstwa, zaznaczam, bo to dla mnie ważne - skandalizujących wynurzeń celebrytów czy polityków, pisanych oczywiście przez ghostwriterów, do pisarstwa przez duże "P" jakoś nadal nie zaliczam. Właściwie… przez małe "p" też nie, ale mniejsza z tym. Mika Dunin: czy to na pewno narodziny pisarki? Mam pewne podejrzenia, ale… o tym później.

Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu znalazłem się w tak bardzo odpowiednim czasie w tak właściwym miejscu, miałem więc okazję obserwować, jak się to wszystko zaczęło.

W pewnym poważnym portalu internetowym, wyjątkowo dalekim od skandali i plotek, pojawiło się kilka tekstów Miki Dunin, a zwłaszcza "Jak stracić męża?" i "Jak stracić żonę?". Wywołały one lawinę komentarzy, prawdopodobnie największą w dziejach tego portalu, którego czytelnicy słyną wręcz z powściągliwości. Temperatura dyskusji rosła: oburzenie, bo w tekstach było też dość odważnie o seksie, i złość przeplatały się w komentarzach z podziękowaniami, wyrazy zachwytu z agresywnymi pretensjami i zarzutami. Pojawiły się też prośby, pomysły, propozycje następnych tematów z serii "jak stracić…". Wtedy Mika Dunin zamilkła.

Mijały tygodnie i miesiące, nowych tekstów w portalu nie było. Jakoś nie chciało mi się wierzyć w nagłą utratę zainteresowania autorki poruszanymi tematami - to po pierwsze. Po drugie, trochę w końcu znam tę branżę, więc domyślałem się, co mogło się stać i nawet miałem na to nadzieję. Wreszcie, wiem, do kogo należy portal, czyli - gdzie szukać informacji, gdzie wypatrywać zapowiedzi. I w połowie lutego 2013 doczekałem się tego, czego się spodziewałem, na co liczyłem, na co miałem nadzieję: Wydawnictwo WAM na swojej stronie internetowej zapowiedziało książkę Miki Dunin "Antyporadnik". Miesiąc później trafiła ona do moich rąk (książka, a nie Mika Dunin) i… "łyknąłem" ją w kilka godzin, czytając łapczywie, a nawet zachłannie, ale bez wyrzutów sumienia w związku z tym, bo wiem już przecież, że będę do niej wracał i to nie raz.

Przyznaję od razu, że okres fascynacji poradnikami minął mi dawno temu. Wielką falą napłynęły one do nas, głównie z Ameryki, w latach dziewięćdziesiątych XX wieku i wtedy po prostu się nimi… przekarmiłem. Jednak najważniejsze było coś innego - nic, albo prawie nic dzięki nim w moim życiu (domu, rodzinie, środowisku) się nie zmieniło. Stosowałem się do zawartych w nich zaleceń, ale albo efekty były odmienne od zamierzonych, albo moje starania opacznie rozumiano i odbierano. Lektura poradników adresowanych do Amerykanów należących do middle middle class, urodzonych i wychowanych w zupełnie innych warunkach, w innej kulturze religijnej, środowisku itd., czyli do ludzi o ewidentnie odmiennej mentalności, nie przyniosła (w moim przypadku) pożądanych rezultatów.



środa, 3 kwietnia 2013

Zamiast – w moim życiu

Nie ma takiego poświęcenia, na jakie człowiek się nie zdobędzie, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia (Joshua Reynolds) – sporo uciechy miałem, kiedy natrafiłem w jakiejś książce na te słowa. Jednak frajda nie trwała długo, bo przywołała zdecydowanie przykre skojarzenia i wspomnienia.
 
„Zamiast” – jedno z przeklętych słów mniej lub bardziej obecnych w całym moim życiu alkoholika. Najpierw, a trwało to całymi latami, zamiast poszukać rozwiązania swojego problemu, szukałem okazji do kolejnego picia, pieniędzy na kolejne picie, argumentów wyjaśniających poprzednie picie, usprawiedliwień tłumaczących skutki picia. Nie byłem w stanie połączyć pewnych wydarzeń w jedną całość, a zamiast niej widziałem zupełnie oderwane od siebie, pojedyncze zdarzenia. Wydawało mi się, że wyjątkowo upiłem się, bo piłem na pusty żołądek (albo byłem zmęczony, miałem gorszy dzień itp.), wyjątkowo tylko dostałem torsji, bo pewnie grzybki mi zaszkodziły (tatar był nieświeży, gospodarz upierał się przy mieszaniu alkoholi itp.), wyjątkowo nie dotrzymałem słowa, spóźniłem się do pracy, zapomniałem… 
 
Wreszcie sięgnąłem swego dna i przestałem pić, jednak „zamiast” nie zniknęło z mojego życia, uległo tylko pewnej… modyfikacji. Zamiast  realnie wytrzeźwieć, przez dwa i pół roku uczestniczyłem w terapii odwykowej, przez prawie rok w terapii DDA, przez pół roku w warsztatach z duchowości, regularnie chodziłem na mityngi AA… Pewnego razu usłyszałem, że choroba alkoholowa „inteligentnieje” wraz ze mną i zapewne coś w tym jest, bo moje „zamiast” robiło się coraz bardziej wyrafinowane. Bo czy jest coś złego w leczeniu odwykowym albo w warsztatach rozwoju osobistego? Skądże! Tyle tylko, że  zorientowałem się (po latach), że podejmuję te działania zamiast tego, co faktycznie powinienem zrobić. To tak jak z uczniem, który zamiast odrabiać zadanie domowe albo pilnie się uczyć (zbliża się klasówka), zaczyna sprzątać swój pokój, porządkować szafki, nawet czyścić buty. Przez kilka miesięcy mieszkałem w akademiku i do dziś pamiętam, jak przed sesją egzaminacyjną wpadliśmy na genialny pomysł, że właśnie teraz musimy koniecznie wyprać wykładzinę w naszym pokoju. Notabene egzaminów nie zdałem.
 
W końcu wszystkie możliwe terapie pokończyłem (gdyby szef poradni nie powiedział mi pewnego razu, że nie ma mi już nic do zaoferowania, nie wiem, ile by to jeszcze trwało), więc moje „zamiast” przechodziło kolejne metamorfozy: zamiast podjąć pracę ze sponsorem, zafundowałem sobie nadaktywność organizacyjną, zakładałem nowe grupy i pełniłem w nich służby. Czy jest coś złego w służbach w AA? Ależ skądże! Problem w tym, że zaufany sługa może być dla swojej grupy, intergrupy, regionu, realnie bardzo przydatny, a nawet chwalony, jednak dla niego samego działania podejmowane zamiast (rzetelnej realizacji Programu na przykład) mogą okazać się jakby nieco mniej korzystne.
Następne moje „zamiast” wiązało się już z poważnym zaangażowaniem w życie religijne i kościelne. I znowu mógłbym spytać, czy w obrzędach religijnych i liturgii jest coś złego, ale… Byłem coraz bardziej zmęczony nieskutecznymi działaniami i cierpieniem, więc po trzech-czterech latach abstynencji poprosiłem o pomoc drugiego alkoholika.
 
Perfidia „zamiast” polega na podejmowaniu pożytecznych, a nawet pożądanych działań, które jednak nie przynoszą ze sobą rozwiązania problemu. Chodzi tu o brak gotowości (albo nie wiem, co zrobić, jak zrobić i kiedy, albo po prostu i zwyczajnie nie chcę zrobić tego, co powinienem), jak i uczciwości wobec siebie. Co najgorsze – wcale nie musi to być w pełni świadome i prawdopodobnie często nie jest. 
Pamiętam jak kiedyś sporo wysiłku kosztowało mnie uświadomienie sobie, że nie muszę właśnie dziś sprzątać piwnicy – tak naprawdę chodziło o strach przed planowaną wizytą u dentysty. Jeszcze moment i pewnie skutecznie wmówiłbym sobie, że ja naprawdę nie mogę iść dziś do dentysty, bo muszę sprzątać piwnicę. W rozpoznawaniu takich sytuacji pomocne okazuje się stare powiedzenie: kto chce – szuka sposobów, kto nie chce – szuka powodów. Przydaje się też dowcip o pijaku, który zgubionej monety szukał pod latarnią, bo jasno, a nie tam, gdzie faktycznie ją zgubił, czyli w ciemnym zaułku. A na mityngach AA usłyszeć można po prostu: rąbiesz nie to drzewo.
 
Czy od „zamiast” jestem w stanie uwolnić się całkowicie i na zawsze? Przybiera ono tak różne formy, że zapewne nie, a to oznacza potrzebę nieustannej czujności i pracy. O doświadczeniu duchowym Bill W. pisał w WK: Będziemy je przeżywać tak długo dopóki zachowamy odpowiedni stan ducha. Dopóki! Czyli nawet tym, którzy go doświadczyli, nie jest ono dane raz na zawsze i bezwarunkowo, i to ja mam dbać o odpowiedni stan ducha, który jest (także) wynikiem równowagi. Lepiej teraz rozumiałem cytat z książki „Uwierzyliśmy”: Dowiedziałam się też, że niektórym dane było to doświadczenie, ale potem odrzucili oni swoje skrzydła, ponieważ mylnie spodziewali się, że Absolut będzie je automatycznie podtrzymywał za nich
 
Może warto czasem zatrzymać się w biegu i w ciszy zapytać samego siebie, czy gromadę podopiecznych mam, bo jestem w stanie im pomóc i mam takie możliwości, czy może są to działania, jakie podejmuję zamiast rozwiązywania problemów w swojej rodzinie? Czy kolejne warsztaty w tym roku organizuję w interesie potrzebujących, czy może zamiast pracy, którą sam powinienem podjąć w ramach Kroku Szóstego albo Dziesiątego?
 
Mogłoby się wydawać, że jeśli trzeźwy alkoholik chce, dla wspólnego dobra, poświęcać własną rodzinę, zdrowie, może trzeźwość, to w końcu jego sprawa, jest dorosły, wie co robi, a więc wszystko jest w porządku, ale czy rzeczywiście? Czy w taki sposób powinno się traktować (czytaj: wykorzystywać) przyjaciół? Krótkotrwałe zyski, czy długofalowe efekty? – dla trzeźwego alkoholika wybór nie powinien stanowić problemu, ale może już nie tylko o swoje długofalowe efekty powinienem zadbać? Na takie wątpliwości i pytania usłyszałem pewnego razu odpowiedź: jeśli ktoś chce dawać, to przecież nic mi do tego. No, nie wiem… A jeśli nawet tak jest, to zastanawiam się, czy alkoholik, który – być może – pogubił się w swoim życiu, bo dopuścił do poważnego zachwiania równowagi (duchowej, emocjonalnej, społecznej), ma jeszcze co dawać? I jaka, ewentualnie, jest jakość tego, co w tych warunkach, choć w dobrej wierze, stara się rozdawać innym? 

środa, 27 marca 2013

Jestem alkoholikiem, czyli...

Alkoholik – przez ostatnich dziesięć lat używałem tego określenia zdecydowanie częściej niż nazwiska. „Jestem alkoholikiem” – co stwierdzenie to oznacza dla mnie dzisiaj? Jak zmieniało się to w czasie? Bo przecież nie zawsze było tak samo…

W dzieciństwie wydawało mi się, że alkoholik to taki bardziej zdegenerowany pijak, a pojęcie „nałóg” wiązałem głównie z papierosami (moja matka paliła nałogowo), jednak wiele uwagi temu zagadnieniu nie poświęcałem, bo i cóż mnie ono wtedy obchodziło?

Całe życie dużo czytałem, przez wiele lat byłem też zapalonym kinomanem, tak więc, jako starszy nastolatek i później, z alkoholizmem i alkoholikami zacząłem stykać się w książkach i filmach – pamiętam na przykład powieść „Pilot” Roberta Davisa i na jej podstawie nakręcony film z Cliffem Robertsonem, czy polski film „Nie będę cię kochać” Janusza Nasfetera. Doświadczenia te okazały się z czasem bardzo pomocne, oszczędziły mi wiele cierpień. Przyjaciele opowiadają czasem, jak rozpaczliwie walczyli z samym określeniem „alkoholik”, nie chcieli zgodzić się na to poniżające piętno i plugawe wyzwisko, a więc i na konsekwencje, które wynikają z uznania się za alkoholika,  czyli konieczność leczenia odwykowego i/lub uczestniczenia w spotkaniach AA. Ja wiedziałem już dawno, że alkoholizm to choroba, że to się leczy, że są jacyś Anonimowi Alkoholicy (wydawało mi się wtedy, że to coś w rodzaju klubu abstynenta). Dzięki temu szybciej gotów byłem się poddać, zaoszczędziłem sobie zapewne parę lat pijanego obłędu. Wtedy wydawało mi się jeszcze, że cały problem tkwi w alkoholu i jego nadużywaniu.

Świadkiem jakiegoś mojego pijackiego wyczynu była znajoma Al-anonka po terapiach.  Diagnozę postawiła mi bezbłędnie i pożyczyła książki na temat uzależnienia. Z jednej z nich  (Osiatyńskiego „Grzech czy choroba”?) dowiedziałem się, że problemem alkoholika nie jest alkohol, że chyba chodzi tu jednak o coś więcej, o coś jeszcze. W tym czasie była to  wiedza, z której nic dla mnie nie wynikało, której nie potrafiłem wykorzystać jednak, jak widać, informację tę zapamiętałem. Choć piłem jeszcze ze trzy-cztery lata, w końcu mi się ona przydała, okazała się pomocna.

Znalezienie odpowiedzi na pytanie: jeśli nie alkohol, to co w takim razie jest moim, jako alkoholika,  głównym problemem? - zajęło mi wiele lat. Nie pomogła w tym psychoterapia odwykowa, nie pomogła mityngowa „liturgia słowa” (problemy i radości i ceremonialnie odczytywane długaśne teksty zawarte w scenariuszach). Pomógł Program AA i literatura Wspólnoty – w głównej mierze, bo oczywiście także sponsorzy, różne warsztaty, pierwsi podopieczni, a nawet przypadkowe (czyżby?) mityngowe wypowiedzi.

Czwarty i Piąty Krok realizowałem kilka razy – z powodów, które w tym momencie nie są ważne – z różnymi ludźmi, w różnych miejscach, w różny sposób. Za pierwszym razem odkryłem, że istotę moich błędów stanowi głównie egocentryzm i egoizm. Nie zaskoczyło mnie to jakoś, bo przecież w WK wyraźnie napisano: Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie!…  To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów. Jednak za drugim razem zorientowałem się, że jest tu jeszcze głębsze dno, bo ten egocentryzm i egoizm wynikał ze strachu i lęku. Kiedy w 12x12 przeczytałem: Głównym motorem naszych wad był samolubny lęk, że możemy utracić coś co już posiadamy, albo że nie uda nam się zdobyć czegoś, czego pragniemy – wiedziałem już, że to ja, że to o mnie, że o to właśnie chodzi: kradłem przedmioty, rzeczy, bo bałem się, że nie będę miał tego, na co mam ochotę, czego potrzebuję i starałem się zniewolić ludzi z lęku przed odrzuceniem.

Znowu minąć musiały lata, zanim zadałem sobie kolejne niewygodne pytanie: dlaczego się bałem? Właśnie tak! Dlaczego się bałem, a nie czego się bałem, bo czego się bałem, to przecież już wiedziałem. Czyli po prostu: skąd wziął mi się ten strach czy też lęk?
Nie jestem socjopatą, nie wychowałem się w pustyni i w puszczy, gdzie dobry uczynek to jak Kali komuś ukraść krowy. Wiedziałem i zdawałem sobie sprawę, że cudzołóstwo, kłamstwo, kradzież, są to zachowania i postępowanie moralnie naganne, ale… Ale ilekroć musieliśmy wybierać między charakterem a przyjemnością, troska o szlachetność charakteru ginęła w pogoni za urojonym szczęściem (12x12). Cóż z tego, że miałem jakieś zasady, jeśli permanentnie brakowało mi siły, by żyć zgodnie z nimi. Jaka była geneza mojego strachu i lęku? Wreszcie zrozumiałem, że strach (lęk, obawa, panika itp.) wynika ze słabości, z braku siły. Boją się słabi i bezsilni. Głównym naszym problemem okazał się kompletny brak siły duchowej (WK).
Czyli: najbardziej rzucające się w oczy spektakularne picie – niżej egoizm i egocentryzm – jeszcze niżej strach – na samym dole to, co najważniejsze… brak siły duchowej. Tak wygląda to w ujęciu graficznym:




Opisane na dwóch kartkach wydaje się to proste, ale w rzeczywistości zajęło mi całe lata. Jednak chyba nawet nie to jest najbardziej irytujące, ale fakt, że odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości i rozwiązanie problemu alkoholizmu miałem cały czas pod nosem, w dwóch książkach. Koziołek Matołek też musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko, tylko dlaczego, na jakiej podstawie wydawało mi się, że jestem od niego bardziej roztropny?

Jestem alkoholikiem – rozumiem już, że alkohol nie był głównym problemem w moim życiu (Alkohol jest bowiem tylko symptomem naszej choroby. Musieliśmy zatem dotrzeć do jej istotnych przyczyn i warunków, które sprzyjały jej rozwojowiWK). Moje problemy ujawniały się i potęgowały właśnie wtedy, kiedy przestawałem pić. A tak! Bo kiedy piłem, byłem po prostu pijany. To właśnie podczas przerw w piciu podejmowałem decyzje o… następnym piciu i to pomimo koszmarnych konsekwencji poprzedniego (także wiele innych, równie absurdalnych). Dlatego sądzimy, że człowiek, który uważa iż tylko wystarczy nie pić nie przemyślał wszystkiego (WK). Do czasu alkohol nie tylko nie był problemem – był nawet rozwiązaniem. Żyjąc pod presją wiecznie niezaspokojonych wymagań, pozostawaliśmy w stanie chronicznego rozdrażnienia i rozczarowań (12x12) – w tych stanach alkohol przynosił ulgę. „Terror szybkiej ulgi” (znakomity tytuł Miki Dunin – do dziś nie mogę jej wybaczyć, że to nie ja go wymyśliłem) – właśnie tak! Szybkiej ulgi, która skutecznie niweczy każdą szansę na długofalowe efekty.

Anonimowi Alkoholicy… rozwiązali problem alkoholizmu (WK). To rozwiązanie zapewne usłyszeć można na każdym mityngu AA, bo zawarte jest w Drugim Kroku. Koniecznością dla nas stało się znalezienie takiej siły, z pomocą której moglibyśmy żyć. Musiała to być SIŁA POTĘŻNIEJSZA NIŻ NASZA WŁASNA – WK.

Być może tu właśnie należy szukać źródeł popularności grupy „Wsparcie”, zorientowanej głównie na nowicjuszy i początkujących, której mityngowe tematy nie wychodzą poza problematykę pierwszych trzech Kroków (Krok 1 – precyzuje problem, Krok 2 – określa rozwiązanie, Krok 3 – to postanowienie). Alkoholicy – z różnym stażem i płci obojga – przychodzą tu, żeby usłyszeć o skutecznym rozwiązaniu. Resztę zrobią już ze swoimi sponsorami. Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem („Jak to widzi Bill”). Sponsor – dla tych, którzy tego nie wiedzą – to po prostu alkoholik z nieco większym doświadczeniem, który pomaga podopiecznemu  odnaleźć tę Siłę, o której była mowa wcześniej oraz pokazuje, jak czerpać z jej zasobów.