Bardzo dawno temu AA-owskie biuletyny czytywałem w miarę regularnie, zwłaszcza warszawski „Mityng”. Czytałem numery bieżące oraz archiwalne, kiedy mi tylko wpadły w ręce. W jednym z nich znalazłem przedruk artykułu z Grapevine, z czerwca 1999, „A może ogon macha psem” (Does the Tail Wag the Dog). Była w nim mowa o tym, że z połączonych doświadczeń alkoholików powstała podstawa Dwunastu Kroków, które miały być wskazówkami dla innych alkoholików, pragnących osiągnąć trzeźwość. I że sekretem powodzenia AA stało się dzielenie się doświadczeniem duchowym, siłą i nadzieją, ale bez odwoływania do jakichkolwiek dogmatów. To zresztą stanowi podstawową różnicę między Anonimowymi Alkoholikami, a dogmatycznymi sektami i religiami. Jest to także jeden z powodów, dla których, zbudowane na dogmatach religie, nie były dotąd w stanie pomóc alkoholikom; choć niektóre wyrażają w tym celu naprawdę dobrą wolę.
Z tego artykułu utkwił mi w głowie taki oto fragment:
Jeżeli martwota duchowa alkoholika ma zostać czymś wypełniona w AA, to lepiej żeby to było indywidualne duchowe dzielenie się doświadczeniem, siłą i nadzieją. Robienie dogmatów z Kroków, Tradycji czy Koncepcji to zniszczenie duchowej Wspólnoty i przekształcenie AA w sektę.
Wtedy, przed wielu laty, wydawało mi się, że całkiem dobrze rozumiem, co napisano. Przecież to było proste – w AA nie ma dogmatów, więc co tu roztrząsać, nad czym się zastanawiać. Oczywistość i tyle. I wtedy w AA w Polsce zapewne rzeczywiście tak było, to znaczy nie było dogmatów. Tyle, że czasy, warunki i okoliczności się zmieniają, i także w Polskiej wersji AA pojawili się dogmatycy.
Ale najpierw wyjaśnienie. Dogmat to stwierdzenie przyjmowane za pewne i prawdziwe jedynie na mocy autorytetu osoby, która je wygłasza, a dogmatyzm to bezkrytyczny stosunek do pewnych poglądów, odrzucający możliwość poddania ich weryfikacji.
Doktor Bob stwierdził, że… A jak jeszcze dodawać do tego „sam”, to przekaz staje się jeszcze bardziej dogmatyczny. Sam doktor Bob stwierdził, że… sam Bill W. napisał, że… sam Clarence Snyder ogłosił… itd. No tak, skoro sam doktor Bob, sam Bill, sam Clarence, to to musi być święta i jedyna prawda, czyż nie?
Najpierw pojedynczo, ale bardzo szybko lawinowo, zaczęli pojawiać się w środowisku AA w Polsce alkoholicy, przekonani, że do wytrzeźwienia w AA wiedzie tylko jedna droga – ta ich, oczywiście, że oni sami znają jedynie słuszną metodę stawiania Kroków, że Programu nie wolno w żaden sposób interpretować, że jeśli ktoś nie robi tego tak, jak oni, to robi to źle itp. Obecnie w każdym większym mieście można się na takich natknąć lub różne historie o nich usłyszeć.
W „Grapevine” z marca 1964 (przedrukowanym w „Mityngu”), w artykule „Czy coś złego dzieje się ze Wspólnotą AA?” wyczytałem kiedyś: Wiedziałem, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego.
Tak dawno temu, a wszystko to nadal tak bardzo aktualne. Straszne to!
Czasem zastanawiam się, czy u niektórych z nas lęk jest tak wielki, że uniemożliwia nam uczenie się, wyklucza zdolność do zmian, zrozumienie, że świat i doświadczenia ludzi się zmieniają, że brak otwartej głowy wyklucza rozwój, a o przebudzeniu duchowym w ogóle nie ma co marzyć?
Innym istotnym czynnikiem hamującym nasz rozwój jest przyzwyczajenie do swoich poglądów i przekonań. Wiąże się to z niską samooceną i lękiem przed utratą dobrego mniemania na własny temat. Boimy się zmiany zdania odbierając to jako przyznanie się do błędu. Nasze napuszone ego nam na to nie pozwala, duma i przekonanie o swojej nieomylności. Właśnie w ten sposób rekompensujemy sobie niskie poczucie własnej wartości. Jak miło jest myśleć, że jesteśmy nieomylni i racja jest po naszej stronie. Jak to miło głaszcze nasze ego. I jak szkodzi nowicjuszom i Wspólnocie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz