sobota, 15 czerwca 2019

Notatki sponsora (odc. 119)


Na pewnym AA-owskim warsztacie pojawiły się pytania i wątpliwości, dotyczące cytatu z książki „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” (s. 85):

Pchał mnie podwójny napęd, którego jednym motorem była prawdziwa duchowość, ale drugim - moje stare pragnienie, aby być człowiekiem Numer Jeden. To połączenie nie działało dobrze.

Każdy człowiek jest stworzeniem duchowym - mniej lub bardziej (tak samo, jak każdy ma jakąś tam, jakąkolwiek, osobowość). Ten duchowy aspekt skłania nas do określonych czynów, zachowań, postaw, wyborów, decyzji - to chyba oczywiste. Jednak Bill napisał w tym cytacie, a przynajmniej tak można się domyślić, że pragnienie bycia człowiekiem numer jeden, jakoby było, i musiało być, przeciwieństwem duchowości. Gdybym znał angielski, to sprawdziłbym to zdanie (przekład, tłumaczenie), bo wydaje mi się wątpliwe. Ale możliwe jest i to, że to Bill W. nie całkiem jasno wyraził, o co mu chodzi.

Bycie człowiekiem numer jeden nie wyklucza duchowości, gdyby tak było, to papież (jakikolwiek prezydent, ordynator, rektor itd.) nie mógłby być człowiekiem duchowym – z samego założenia, a to przecież kompletna bzdura. Natomiast wydaje mi się możliwe, że duchowość kolidować będzie z rządzą władzy oraz pychą, którą ta władza buduje. Nie u każdego, ale często… zbyt często.

Niestety, pewnych wypaczeń, zaburzeń duchowych, dewiacji nawet, związanymi wyraźnie z władzą, nie da się uniknąć zgrabnymi, manipulacyjnymi określeniami. Czy sekretarz lub sekretarka to wysokie stanowisko? Oczywiście, nie! Ale wiadomo, że Polską przez pół wieku rządził człowiek nazywany pierwszym sekretarzem PZPR. Czy sługa to wysokie stanowisko? Oczywiście, nie! Ale jeśli do tego dodać "zaufany" (jak w poprzednim przykładzie "pierwszy"), uzyskuje się pokrętny przekaz: niby to jest rola i funkcja służebna, ale ten cały "zaufany sługa", np. powiernik albo delegat, ma realną możliwość podejmowania decyzji strategicznie ważnych dla całej Wspólnoty i jej przyszłości, czyli... po prostu ma władzę. I malowanie odwróconych piramidek niczego tu nie zmieni. Trzeba naprawdę solidnego źródła siły duchowej, by nie ulec ciągotom takim jak: arogancja, pycha, pomiatanie i pogardzanie innymi, wywyższanie się, lekceważenie zasad, które to często obserwować można u ludzi dysponujących realną władzą, rozumianą jako możliwość podejmowania decyzji.

Ja nie miałem takich ciągotek, nigdy nie chciałem być człowiekiem numer jeden – nie moja to zasługa, ani mojego wysokiego morale, bo nie chciałem pewnie z lenistwa, z lęku przed odpowiedzialnością albo obu tych czynników razem. Ale to nie znaczy też wcale, że chciałem być nikim, zerem – obłuda i fałszywa skromność to też już nie moja bajka. Moje ambicje i ograniczenia kierowały mnie nie na wierzchołek, ale też niezbyt daleko od szczytu. Ostatecznie dzięki Programowi moje wewnętrzne konflikty tego typu, jeśli jakieś istniały, przestałem zauważać. Nawet nie wiem, kiedy.

piątek, 14 czerwca 2019

Kto naprawdę rządzi w AA?


Od wielu już lat dostępna jest w Polsce, choć początkowo z trudem, książka „Dwanaście Koncepcji służb Światowych”, napisana przez Billa W. Koncepcje te, przyjęte przez 12 Doroczną Konferencję Służb Ogólnych Anonimowych Alkoholików w dniu 26 kwietnia 1962 r., w wersji polskiej, Alcoholics Anonymous World Services, Inc. zaaprobowało w roku 2007.

Oto kilka cytatów z tej książki:
Ostateczna odpowiedzialność oraz najwyższa władza służb światowych AA powinny zawsze należeć do zbiorowego sumienia całej naszej Wspólnoty. [s. 6]

Istniały też inne powody zasadniczego przeniesienia najwyższej władzy i odpowiedzialności na barki całego ruchu AA. [s. 8]

Główne zasady Tradycji Drugiej są zupełnie jasne: grupy AA mają być ostateczną władzą; ich przywódcom należy powierzać tylko wyznaczone obowiązki. [s. 8]

Oraz jeden cytat z „Anonimowych Alkoholików” w wersji z 2018 roku (Tradycja Druga):
Dla naszego grupowego celu istnieje tylko jedna ostateczna władza – miłujący Bóg, tak jak może On wyrażać Siebie w naszym grupowym sumieniu. Nasi liderzy są tylko zaufanymi sługami; oni nie rządzą.

Pewne określenia pozwoliłem sobie zaznaczyć, wyróżnić, żeby w miarę szybko można było się zorientować, o co chodzi. A wygląda na to, że stworzyliśmy sobie kolejny kłopot, bo oczywista jest w tym momencie wątpliwość, pytanie – czy najwyższą, ostateczną władzą we Wspólnocie jest Bóg, czy grupy AA (zbiorowe sumienie całej Wspólnoty)?

Dorobiliśmy się „niechrześcijańskiego polskiego katolicyzmu”, co mocno mi się nie podoba, a teraz wydaje się, że jesteśmy w trakcie tworzenia jakiejś własnej polskiej odmiany Wspólnoty AA, a to nie tylko mi się nie podoba, ale uważam za niebezpieczne.

niedziela, 2 czerwca 2019

"Historia AA w Polsce" tom 2


Czym alkoholicy różnią się od innych ludzi? Alkoholicy są tacy sami jak inni ludzie, tylko bardziej.

Drugi tom „Historii AA w Polsce”, spisany przez Tadeusza z grupy AA „Ster” z Poznania, to historia samowoli, sobiepaństwa, kompletnej niezdolności do respektowania przepisów, zasad i norm, obłudy, wybujałych ambicji… ale też historia fantastycznej idei, jej polskiej realizacji, historia poświęcenia i dobrej woli wielu prawie anonimowych osób. Czemu „prawie”? Mnie może nic nie mówić informacja o Ryszardzie S. z Lęborka albo Krystynie T. z Warszawy, ale może ich rodziny, przyjaciele, znajomi z grupy AA, są w stanie jakoś ich rozpoznać. Historia ewolucji Wspólnoty AA, jej przekształceń formalno-prawnych, zmian mniejszych i większych w strukturach, historia którą momentami czyta się jak kryminał, a czasem nużąca. Książka zawiera tabele, wykresy, schematy organizacyjne i tysiące danych.

Pierwszych kilkadziesiąt stron autor poświęcił – moim zdaniem – nie tyle na prezentację historii, bo ta pojawia się jedynie jakby w tle, co na wyjaśnienie czytelnikowi, czym/kim jest mandatariusz, intergrupa, region, konferencja, powiernik, delegat, fundacja. Bez tego elementu reszta lektury mogła by być mało zrozumiała. Ale i tak nie wszystko było takie jasne i oczywiste, bo na przykład, znaczenia określenia „rekomendacja”[1] musiałem się domyślić. W każdym razie tych kilkadziesiąt stron pełni raczej rolę przewodnikową niż historyczną.

Pisząc o jednym z wydań książki „Anonimowi Alkoholicy”, Tadeusz cytuje decyzję Vinnie McCarthy oraz informuje lakonicznie, jak została ona zrealizowana:

Ponieważ do Wielkiej Księgi włączone zostaną nowe materiały (a mianowicie cały tekst początkowy, dodatki i niektóre historie osobiste – przetłumaczone z języka angielskiego) muszę otrzymać wypełnione formularze cesji praw autorskich (Assignment of Copyrighty) na te NOWE (podkreślenie w oryginale – przyp. aut.) tłumaczenia. Musi się znaleźć uwaga, że jest to DRUGIE WYDANIE
[…]
Zalecenie „AA World Service Inc.” żeby w książce obowiązkowo zaznaczyć, że jest to drugie polskie wydanie Wielkiej Księgi, zostało zignorowane[2].

Wydawać by się mogło, że samowola i hece z numeracją wydań, to już przeszłość, ale… Mam w swoich zbiorach sześć lub siedem różnych tych Wielkich Ksiąg AA, ale z jakiegoś tajemniczego powodu wydanie z roku 2018 (oraz nieco zmienione z 2019) oznaczone jest numerem czwartym. Jeśli, jak to relacjonuje Tadeusz, numeracja wydań tych książek zawarta w stopkach jest niewiarygodna, nie można na niej polegać, to chyba najprościej byłoby zastosować poprawne znaczenie specjalistycznego określenia „wydanie” (to jest ogół egzemplarzy książki, czasopisma itp., odbitych z tego samego składu drukarskiego), jednak Anonimowi Alkoholicy w Polsce najwyraźniej nadal wiedzą lepiej.

Postawa typu nikt nam nie będzie mówił, co i jak mamy robić, powtarza się w opowieści o AA w Polsce wiele razy. Choćby w opisywanej na stronie 87 relacji z pojawienia się, nie wiadomo jakim cudem i skąd, Komisji ds. Zakładów Karnych. Tylko Konferencja Służby Krajowej mogła powoływać nowe komisje, a ta nie przewidywała w ogóle istnienia tej Komisji. Z czasem oczywiście jakoś zostało to „wyprostowane”, podobnie jak poważne wątpliwości księgowo-finansowe i wiele innych problemów wynikających z samowoli i braku poszanowania dla norm prawnych i zasad.

Rada Powierników wyraziła zgodę na druk reprintu amerykańskiego oryginału Wielkiej Księgi w nakładzie 1000 egzemplarzy[3].

…okazało się, że przy wydawaniu reprintu – z niewiedzy popełniono gafę, nie uzyskując wcześniejszej zgody „AAWS, Inc.”[4].

Ciekawe nazewnictwo, swoją drogą, bo coś mi się wydaje, że zlekceważenie czyichś autorskich praw majątkowych i osobistych, chyba jednak nie nazywa się gafą i jest karalne. Wygląda jednak na to, że alkoholicy z Polski jakoś się w tej kwestii dogadali z amerykańskimi. No i bardzo dobrze.
Tutaj widoczna jest też pewna tendencja albo skłonność alkoholików – ludzie trzeźwo myślący, jeśli czegoś nie wiedzą, to dopytują, doczytują, konsultują, radzą się, natomiast nietrzeźwi po prostu wymyślają, tworzą w swoich chorych umysłach jakąś alternatywną rzeczywistość i sami w nią wierzą. Pewna Amerykanka dała Polakom na pamiątkę starą Wielką Księgę swojego zmarłego męża, więc alkoholicy w Polsce natychmiast uznali, że mogą ją sobie powielać, drukować, sprzedawać i zarabiać. Ups! I to kilka albo kilkanaście osób! I to nie zmuszonych do podejmowania decyzji w ciągu kilku sekund! Niesamowite!

Druga strona medalu, inne oblicze AA, to działania i starania wielu anonimowych alkoholików, choćby na przykład niejakiego Marka „Walizeczki”, który przez rok, miesiąc w miesiąc, pisał opracowania kolejnych Dwunastu Koncepcji AA (a latami także inne teksty do biuletynów AA), i jestem pewien, że za darmo, dla wspólnego dobra członków AA, by ta Wspólnota była, stawała się, działała coraz lepiej, coraz bardziej zgodnie z zasadami.

Mniej więcej od rozdziału poświęconego sesji głównej 44. KSK, czyli od strony 311, zaczyna się część polemiczna książki. W niewielkim już powiązaniu z historią, autor prezentuje, w formie esejów, swoje oraz innych osób przekonania na różne AA-owskie tematy. To takie teksty jak na przykład: „Działanie a moje wyzdrowienie”, „Moje działanie a jedność”, „Tradycja Druga a jedność AA”, „Co ma zrobić agnostyk lub ateista?”, „Pewien problem jednak jest”, „Spory o sponsorowanie”, „Wiktor O. o programie AA i terapii” i wiele innych, dość… gorących.

 „Dla mnie terapia i AA idą w parze jak dobre małżeństwo” – mówił Tadeusz T. i przyznawał…[5]

Czy naprawdę dobre małżeństwo opiera się i buduje na regule przyciągania się przeciwieństw? Jedna strona mówi wprost o wyleczeniu z alkoholizmu, druga twierdzi, że alkoholicy nie wyzdrowieją nigdy, że mogą sobie trzeźwieć do końca życia, ale nigdy trzeźwi nie będą. Jedna strona twierdzi, że egoizm może zabić alkoholika, a druga, że zdrowy egoizm (sic!), to świetny pomysł na życie. Według jednych alkoholika uzdrawia Bóg, a według drugich psychoterapia. Jedni uważają, że prawdziwy alkoholik jest bezsilny wobec alkoholu, a drudzy próbują uczyć alkoholików kontrolowanego picia. Itd. Itd. Itd.
Dlatego te fragmenty książki „Historia AA w Polsce”, wyjątkowo ciekawe swoją drogą, proponuję traktować dość… ostrożnie. Esej to forma literacka ujmująca temat w sposób subiektywny.

Kapitalne są wspomnienia z czasów otwierania pierwszych grup polskojęzycznych poza granicami Polski. Historia kilku z nich sięga do czasów, gdy w Polsce Wspólnota AA jeszcze nie istniała. Zawiera książka historię powstawania (czasem też zamykania) AA-owskich biuletynów. Ciekawa jest relacja na temat ewolucji spotkań w Carlsbergu i wielu, wielu innych jeszcze wydarzeń, zwłaszcza tych bardziej kontrowersyjnych. Dzięki „Historii AA w Polsce” i z perspektywy czasu, można sobie wyrobić – na spokojnie – własne zdanie na ich temat.

Tadeusz z grupy AA „Ster” wykonał niesamowitą pracę. Zebrał relacje ze wszystkich Konferencji, poskładał w jedną całość historię wszystkich regionów i wszystkich intergrup, uporządkował chronologię (gdzie to było możliwe) – zrobił to w ramach służby, czyli po prostu za darmo, i zapewne zdając sobie sprawę, że wszystkie te sprawozdania i dane, w pełni zainteresują stosunkowo niewielką liczbą osób. To rzetelna praca, która powinna zostać wykonana choćby po to, żeby Wspólnota AA w Polsce nie popełniała stale tych samych błędów, żeby nie zapomniała o swoich korzeniach, jednak porywające samo w sobie, coś takiego często nie jest. Kto będzie się ekscytował, rozciągającą się na sześć stron tabelą, zawierającą listę przewodniczących, zastępców i sekretarzy komisji KSK w latach 1995-2017?

Dziękuję Tadeusz – nikt inny nie mógł się podjąć tak żmudnej pracy i skończyć jej, nie tracąc pogody ducha.


Na koniec anegdota. Napisałem kiedyś wypracowanie, z którego byłem bardzo dumny. Aż do momentu, kiedy okazało się, że pani nauczycielka mocno obniżyła mi ocenę z niego za styl, a dokładnie chodziło o trzy razy powtórzone stwierdzenie „warto zauważyć/wspomnieć/dodać”. Mnie się to wydawało takie… poważne, dojrzałe, polepszające jakość tekstu. Pani od polskiego twierdziła, że jest wprost przeciwnie. Przekonywała, że gdyby coś niewarte było zauważenia, to bym przecież o tym nie pisał. Że zdanie „Władysław Kozakiewicz zdobył tytuł mistrza olimpijskiego” jest prostym, jasnym komunikatem, natomiast „Warto zauważyć, że Władysław Kozakiewicz zdobył tytuł mistrza olimpijskiego” – jest bombastyczne i udziwnione. Że jeśli w tekście zbyt wiele razy występuje „warto”, to czytelnik zaczyna podejrzewać, że reszta tekstu nie jest nic warta. I wreszcie, że jest to maniera autorów tekstów, którym płaci się od liczby znaków. W każdym razie oduczyła mnie tego dość skutecznie. Wredna baba… :-)




[1] Rekomendacja to pozytywna opinia wydana o kimś lub  pozytywna lub negatywna ocena wartości spółki i jej akcji wydana przez doradcę giełdowego, w „Historii” wydaje się to być  raczej decyzja, zalecenie, wydane przez konferencję.
[2] Tadeusz, „Historia AA w Polsce” tom II, Fundacja BSK AA w Polsce, 2019, s. 79-80.
[3] Tamże, s. 232,
[4] Tamże, s. 248.
[5] Tamże, s. 342.


wtorek, 28 maja 2019

Choroba zawodowa sług AA


Wielu ludzi obserwowało lub słyszało rozmowy o pewnym zjawisku: jakiś Iksiński, czy inny Igrekowski, porządny facet i fajny kolega, został kierownikiem, dyrektorem, przełożonym, szefem i… zupełnie mu odwaliło, zmienił się nie do poznania; wynosi się nad innych, gnoi ludzi, no… w ogóle – kanalia i szuja. Ktoś bardziej oczytany przypomina w takim momencie popularne słowa „władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie”. Ktoś inny zadaje retoryczne pytanie: czy Iksiński ześwinił się po awansie, czy może na pewne stanowiska dopchać mogą się tylko ludzie o szczególnych predyspozycjach, tacy z tendencjami do zeświniania się? A może jedno i drugie?

Przypomniało mi się to natychmiast, w ułamku sekundy, kiedy usłyszałem ciekawe dość określenie: choroba powiernicza. Nigdy wcześniej się z nim nie zetknąłem, ale nie było żadnej wątpliwości, że dotyka ona alkoholików, którym Wspólnota powierzyła służby znaczące, alkoholików, którzy jakiś czas po objęciu odpowiedzialnej służby powiernika, wyraźnie zmienili swoją postawę życiową, relacje z innymi ludźmi, zachowanie, nawet słownictwo.

Z tym słownictwem (nomenklaturą) to właściwie jest dość proste, większość z nas ma przecież doświadczenia z psychoterapii; alkoholik, który jeszcze niedawno mówił, że „walnął kilka browarów” lub „strzelił driniaczka”, nagle oznajmia, że spożył jedna druga litra alkoholu, a w ogóle to dziwi się sobie, że w lokalu (teraz należy mówić, że w knajpie) wytrzymywał ten okropny odór alkoholu. Który jakoś zupełnie nie przeszkadzał mu spędzać tam wieczory przez lat piętnaście. 
Manipulowanie określeniami, nazwami, słowami, pojęciami, ma u nas długą tradycję – czy sekretarz albo sekretarka to ważne, znaczące stanowisko? Ależ skądże znowu! Ale prawdą jest też, że pierwszy sekretarz pewnej partii sprawował swego czasu właściwie najwyższą władzę w kraju. Podobnie może być z „zaufanymi sługami” – niby to sługa, ale ostatecznie może (jako powiernik lub delegat) podejmować decyzje o znaczeniu strategicznym dla AA.

Taka zmiana, dotykająca wielu (na szczęście nie wszystkich), osób, które zdobyły jakieś znaczące stanowiska, nie obejmuje tylko alkoholików. Wiadomo przecież, że alkoholicy są tacy sami, jak inni ludzie, tylko… bardziej. Prababka przekazała babce, a ta z kolei mnie, starą mądrość ludową: „nie ma większego chama, niż się z chłopa zrobi pana”. Działa do dziś, choć chłopów już nie ma (są plantatorzy i hodowcy), a prawdziwych panów to ze świecą szukać.

Człowiek o poczuciu własnej wartości mocno zaniżonym, i słusznie, bo to przecież pijak, kłamca, złodziej, oszust, cudzołożnik itd., potrzebuje jakichś dowodów uznania, jak kania deszczu. I oto jakaś grupa ludzi wybiera go na ważne stanowisko… eee… powierza mu służbę. Cała reszta świata, z firmą i rodziną włącznie, nadal go lekceważy, ale w tym swoim małym środowisku AA, staje się kimś ważnym, znaczącym, wybranym. Ego rośnie mu i puchnie w tempie zastraszającym, rozpoczyna się choroba powiernicza, a wraz z nią arogancja, przekonanie o własnej wyższości (przecież to jego wybrali, a nie Ziutka, a jak wybrali, to pewnie mieli podstawy), ważności, lepszości. Obserwowanie takiego procesu nie jest niczym przyjemnym.

Kiedyś wydawało mi się to takie proste – wystarczyłoby, żeby do służb poważnych, na niskim poziomie, zgłaszali się alkoholicy trzeźwi, poukładani, z uporządkowanym światem duchowym i odbudowanym poczuciem własnej wartości, tacy, co to podejmą się służby, by dać Wspólnocie coś od siebie, a nie po to, żeby, dzięki służbie, coś załatwić przede wszystkim sobie, a może w ogóle tylko sobie. Oj naiwny, naiwny… Tacy ludzie na pewno w AA są, ale chyba nie tak wielu, jakby można sobie życzyć. A szkoda…

czwartek, 23 maja 2019

Czy chcemy się porozumieć?

Dawno, dawno temu, daleko, daleko stąd, mój trzeci sponsor zaproponował mi, żebym zastanowił się i napisał, co sądzę na temat „Komunikacja podstawą porozumienia”. Wtedy było to dla mnie wyzwanie. Dziś… dziś byłoby chyba znacznie trudniej.

Siedzieliśmy kiedyś ze sponsorem późnym wieczorem w pustym bungalowie, sami, po dwóch stronach stołu. Słaba żarówka ledwie oświetlała wnętrze. Powiedział wtedy: zauważ, jest nas dwóch, ale wystarczy, że jeden z nas nie chce się porozumieć, a już z naszych prób komunikacji nic nie wyjdzie. Zaskoczyło mnie to i odparłem, że nie rozumiem, że przecież chyba właśnie po to siadaliśmy do tego stołu, żeby się porozumieć. Usłyszałem wtedy: to akurat wcale nie jest takie pewne, bo może ty siadasz, żeby się porozumieć, a ja nie szukam porozumienia, chcę cię tylko do czegoś przekonać, namówić.

Przetoczyła się przez Polskę fala sponsorowania londyńsko-radomskiego, czy też pendolino (nie nazwy są tu ważne) i nastąpił pierwszy podział na grupy programowe i staropolskie. Później podział na tych, którzy chcą nową WK i tych, którzy ją odrzucają. A w międzyczasie kilka innych, drobniejszych podziałów. Wtedy też zaczął się realizować, i to coraz częściej, schemat, który kiedyś pokazał mi sponsor. Wiele razy, na pewno zbyt często, chyba jednak nie chcieliśmy się porozumieć, a jedynie przekonać rozmówców do jakichś swoich racji. Przekonać, na przykład, że sponsorowanie jest dobre, że to nie jest żadna nowa moda w AA, że nowa WK, owszem, zawiera błędy, ale jest przełożona lepiej niż poprzednia, że podczas pracy z podopiecznym wolno używać 12x12, a nie tylko WK itd. itp.

Co ciekawe, niektórzy weterani, którzy robili Program w którymś tam roku abstynencji i bardzo dobrze jeszcze pamiętają Wspólnotę sprzed wszystkich tych zmian, wprawdzie przyznają (no bo i trudno zaprzeczyć!), że była to Wspólnota, która nie dysponowała rozwiązaniem problemu alkoholizmu, Wspólnota AA, w której nie był znany ani realizowany Program AA, ale… życzliwość, zrozumienie, chęć porozumienia, serdeczność, wsparcie, ciepło i inne takie, były wśród nas znacznie lepsze i więcej.

Zastanawiam się, czy możliwy jest powrót to tamtej życzliwości, a może nawet dałoby się zbudować nową, lepszą jeszcze? I czy wystarczy do tego celu używanie wyuczonych trochę na siłę eufemizmów*? Czy poziom bezpieczeństwa w Polsce poprawił się od kiedy, siedzących w więzieniach przestępców, zaczęło się, politycznie poprawnie, nazywać osadzonymi? Bo może poprawił, może nienazywanie rzeczy po imieniu, to słuszna droga? Czy wyuczenie się nowej mowy wystarczy? Załatwi sprawę braku porozumienia, a nawet braku chęci porozumienia? Co jeszcze można zrobić? Co moglibyśmy zrobić?





--
* Eufemizm to słowo lub wyrażenie użyte zastępczo w celu złagodzenia wyrażeń drastycznych albo dosadnych.

piątek, 17 maja 2019

Warsztatowa Wspólnota AA


Pół żartem, pół serio, zaryzykuję stwierdzenie, że w Polsce różnych warsztatów AA jest więcej rocznie, niż w USA i Kanadzie przez ostatnich 25 lat. Anonimowi Alkoholicy w Polsce pakują niesamowite siły i środki w nieustanne warsztatowanie się. Oczywiście z prywatnym czasem każdy może robić, co mu się podoba, ale w większości przypadków warsztaty odbywają się za pieniądze AA. Nie ma znaczenia, czy grupowe, intergrupowe, regionalne, czy krajowe. Na niesienie posłania nie ma już czasu, energii i pieniędzy. 

Obserwuję to zjawisko od kilku lat i zauważam, że się nasila. To coś w rodzaju fiksacji. Zamiast pomagać alkoholikom coraz lepiej pełnić służby, produkuje się na tych warsztatach zadufanych w sobie teoretyków, dumnych i chwalących się, że właśnie byli na warsztatach rangi krajowej w samym X, a warsztat prowadził sam Y.

Ano, właśnie… zamiast – jedno z przeklętych słów jakoś tam obecnych w całym moim życiu alkoholika. Najpierw, a trwało to latami, zamiast poszukać rozwiązania swojego problemu, szukałem okazji do kolejnego picia, pieniędzy na kolejne picie, argumentów wyjaśniających poprzednie picie, usprawiedliwień tłumaczących skutki picia. Nie byłem w stanie połączyć pewnych wydarzeń w jedną całość, a zamiast niej widziałem zupełnie oderwane od siebie, pojedyncze zdarzenia. Zamiast  realnie wytrzeźwieć, przez dwa i pół roku uczestniczyłem w terapii odwykowej, prawie rok w terapii DDA, pół roku w warsztatach z duchowości. W końcu wszystkie możliwe terapie pokończyłem, więc moje „zamiast” przechodziło kolejne metamorfozy: zamiast podjąć pracę ze sponsorem, zafundowałem sobie nadaktywność organizacyjną, zakładałem nowe grupy i pełniłem w nich służby.

Perfidia „zamiast” polega na podejmowaniu pożytecznych, a nawet pożądanych działań, które jednak nie przynoszą ze sobą rozwiązania określonego problemu. Tak, perfidia, bo gdyby chodziło o wybór między czymś dobrym, a czymś złym, to wszystko byłoby banalnie proste. Wybieranie między dobre, a dobre, jest już sporym wyzwaniem.

Czy jest coś złego w warsztatach AA-owskich różnego typu? Ależ skądże znowu! Warsztaty są OK., ale tylko pod warunkiem, że są obok, a nie zamiast niesienia posłania.
Ile pieniędzy wydała Wspólnota AA w Polsce w roku 2018 na różnego typu warsztaty? 100 tysięcy? 200 tysięcy? Jeszcze więcej?

wtorek, 14 maja 2019

Notatki sponsora (odc. 118)


Zapytał mnie podopieczny o wyraźny konflikt między Tradycjami AA w ich nowej wersji, a dokładniej to o zderzenie Pierwszej Tradycji z Dwunastą. Odpowiedziałem tak, jak ja to widzę, rozumiem, czuję:

Tradycja Pierwsza w pełnej wersji ustala priorytety uczestnikom AA: Toteż nasze wspólne dobro znajduje się na pierwszym miejscu. Ale dobro jednostki jest tuż za nim.
Niestety, to prawda, że zdanie (absurdalne, groteskowe i błędne notabene) „zasady są ważniejsze od osobowości”, jest sprzeczne z Tradycją Pierwszą. Według obecnej wersji Tradycji Dwunastej najważniejsze w AA są zasady, ważniejsze nawet od wszystkich ludzi na ziemi, bo przecież każdy człowiek ma jakąś osobowość. Tradycja Pierwsza natomiast podkreśla, że najważniejsza jest Wspólnota, a zaraz za nią każda pojedyncza jednostka. Mowy tu nie ma o żadnych zasadach, zwłaszcza, że według Billa W. są one i na zawsze pozostać mają jedynie sugestiami.

Podopieczny stwierdził wtedy, że dla Wspólnoty w Polsce lepiej by chyba było, gdyby za tłumaczenie zabrali się ludzie, którzy o Krokach i Tradycjach AA mają jakieś pojęcie.
Co miałem mu odpowiedzieć? :-(

sobota, 4 maja 2019

Wyniki wnikliwej obserwacji

Zło przybrało szaty dobra. Z niepokojem i smutkiem zauważyłem, że pasują…


Siódmy krzyżyk mi leci, a w AA jestem od ponad dwudziestu lat, napatrzyłem się w tym środowisku i nasłuchałem… Trudno w tych warunkach nie stać się nieco cynicznym lub zgorzkniałym. Ale przyznam też ze zdziwieniem, że jeszcze dziesięć lat temu chyba nie mógłbym z czystym sumieniem twierdzić, jak dziś, teraz, obecnie, że jest wiele zdarzeń w naszym środowisku, co do których wolałbym nie mieć racji. Po prostu nie podoba mi się to, co przewiduję.

Czasem, gdy na takim lub innym forum, w takiej lub innej grupie ludzi, dyskusja na temat problematycznych określeń w WK z 2018 i 2019 roku (wiemy już, że są one różne), zaostrza się i koncentruje na tym, co trzeba zrobić, co zmienić, co poprawić, gubią się dwie rzeczy:

a) Nowa Wielka Księga (czas przestać udawać, że to wydanie IV) jest wyraźnie lepsza niż poprzednich pięć lub sześć wydań. „Błędów” poważnych jest w tej nowej wersji nie więcej niż 10 (ja bym obstawiał, że 6-8) – owszem, powtarzają się niektóre z nich wielokrotnie, ale to już inna sprawa. To znacznie mniej niż w wydaniach poprzednich.

b) Mogłoby powstać przekonanie, że z jakimś maniackim uporem czepiam się stale tych samych „błędów”. Jeśli takie wrażenie ktoś odniósł, to zapewne winna jest moja niezdolność do wyrażania na piśmie jasno i jednoznacznie tego, o co mi chodzi, bo od dawna już chodzi o coś innego.
Błędy popełnia się niechcący, błędy to nie tragedia, błędy popełnia każdy z nas, na błędach się uczymy, błędy zgłaszałem zespołowi tłumaczy przed wydaniem książki. Teraz i od dawna nie chodzi już o błędy, ale o upieranie się przy nich – dlatego czasem piszę „błędy” w cudzysłowie – chodzi o jeżdżenie po Polsce za pieniądze Wspólnoty (skądś to chyba znam…) i przekonywanie alkoholików, że ewidentne błędy nie są błędami, chodzi o zaparte trwanie przy swoim mimo jasnych opinii niezależnych językoznawców. O traktowanie alkoholików w Polsce, jak półanalfabetów, bo większości można różne rzeczy wmówić, i nawet przekonać, że im się to podoba. To nie alkoholicy decydują o poprawności językowej tekstu – że przypomnę to raz jeszcze – ale językoznawcy. A na tworzenie specjalnego, tajemnego, sekciarskiego języka w AA, to ja się nie zgodzę nigdy (co oczywiście Wspólnota może mieć w dupie).

Gdyby w listopadzie i grudniu 2018 roku, po wydaniu książki, napłynęły zgłoszenia dotyczące pomyłek, a członkowie zespołu pokornie przyznali się, że w kilku miejscach się walnęli, i obiecali, że następna partia, schodząca z maszyn drukarskich, będzie już skorygowana – to do dziś sprawa byłaby rozwiązana, załatwiona, zapomniana. Od wydania nowej WK minęło pół roku, a z banalnym kłopotem, który urósł do rangi poważnego problemu, kotłujemy się dalej – co z nami jest nie tak? 
Zaiste, alkoholizm to straszna psychiczna choroba… 


Co robią trzeźwi ludzie, gdy czegoś nie wiedzą? Ano, dopytują, doczytują, konsultują… Co robią nietrzeźwi, gdy czegoś nie wiedzą? Wymyślają. Alkoholizm to poważna choroba psychiczna i ten proces w umyśle alkoholiczki/holika odbywa się w ułamku sekundy; zapewne często nawet nieświadomie człowiek chory na alkoholizm kreuje w swoim zaburzonym umyśle jakąś nową, alternatywną rzeczywistość.

Wymyślę sobie, że zdanie „w każdej szkole byłem prymasem” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „prymas”, którego używam niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie. To „dla mnie” jest w środowisku niepijących alkoholików bardzo charakterystyczne. Co dla ciebie znaczy słowo pokora? I natychmiast snują się absurdalne, groteskowe teorie. To „dla mnie” w środowisku AA zawsze jest ważniejsze niż „dla nas”, na przykład, dla nas – Polaków, dla nas – alkoholików, dla nas – ludzi.

Wymyślę sobie, że zdanie „wykupię akredytację na zlot radości” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „akredytacja”, którego używam niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie.

Wymyślę sobie, że zdanie „taka jest prawda, bynajmniej dla mnie” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „bynajmniej”, którego używam zupełnie niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie.

Wymyślę sobie, że zdanie „zasady są ważniejsze od osobowości” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „osobowość”, którego używam niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie. 

Wymyślę sobie, że zdanie „mamy przed sobą dwie alternatywy” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „alternatywa”, którego używam niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie.

Powiedzmy jednak, że ktoś mi wreszcie zwrócił uwagę, przekonał, żebym przestał ośmieszać siebie i swoją Wspólnotę, i może sprawdził, jakie naprawdę znaczenie mają słowa, wyrazy, określenia, pojęcia, których używam. Więc sprawdzam i okazuje się, że nie miałem racji. Co teraz zrobię, jeśli jestem trzeźwy? Ano, poprawię się, skoryguję, zmienię. Jeśli jednak jestem nietrzeźwy, będę do upadłego walczył z faktami, zakłamywał rzeczywistość, tworzył jakieś teorie, przekonywał innych i siebie upewniał, że to te moje wymysły są właściwe, że nikt inny nie zna się i nie może się znać na poprawnej polszczyźnie (alkoholizmie, duchowości, programizmie) tak, jak ja się na niej znam.
A jeśli w tym momencie ktoś mnie spyta o wykształcenie i kompetencje językowe, które pozwalają mi narzucać innym swoje przekonania, to odpowiem, że nie zna języka serca. I pozamiatane. Jakież to proste…

Zaiste, alkoholizm to straszna psychiczna choroba…

środa, 1 maja 2019

Wspólnota rozwiązań, czy...


...czy Wspólnota konfliktów?

Po wielomiesięcznej przerwie miałem ostatnio okazję do wyjątkowo szerokich kontaktów z wieloma alkoholikami z bardzo różnych miejsc w Polsce i nie tylko. Uderzyło mnie tempo, w jakim rośnie mur niezgody, niezrozumienia, braku zaufania, niechęci, między „zaufanymi sługami”, a całą resztą zaangażowanego środowiska AA. Tak, tylko zaangażowanego, bo spora część uczestników mityngów realizuje tu własne cele i głęboko w nosie ma takie sprawy i tematy. Przyszli do AA wytrzeźwieć, i może kilku osobom trzeźwość przekazać, a reszta ich nie interesuje, nie angażują się w nic więcej. I – czego długo nie rozumiałem – nie muszą, nie mają takiego obowiązku.

Kilka dni temu wpadł mi jakoś w ręce apel Felka i jego przyjaciół z Warszawy („Forum AA”), w mocno katastroficznym tonie, o treści, z której wynika, że Wspólnota AA w Polsce jest poważnie zagrożona. Zawiera on bodajże dwanaście punktów. Identyfikuję się może z trzema z nich, ale… nie o Felka i jego akcję mi chodzi. Po prostu ta ulotka skłoniła mnie do zmiany myślenia. Okazała się kroplą, która przelewa czarę. Z uzasadnionego niestety stwierdzenia, że „jest źle i będzie jeszcze gorzej” przestawiłem myślenie na: „co można by było zrobić, żeby sytuację naprawić?”.

Anonimowi Alkoholicy mają do swoich „zaufanych sług” wiele pretensji. Spora ich część jest uzasadniona. Uczestnicy mityngów zarzucają „sługom” marnotrawienie pieniędzy Wspólnoty na podróże (samoloty, hotele, paliwo, wyżywienie), z których wynika niezbyt wiele, a może i nic. Zarzucają szalejącą samowolę – przykład: Wielka Księga z 2018 roku różni się od tej z 2019, cichaczem ktoś starał się poprawić pewien błąd (strona XXI). I nadal nie wiadomo, kto to, nie wiadomo, kto podjął decyzję, nie wiadomo, jak to się stało, że jeden alkoholik, a może nie tylko jeden, ma wpływ na kolejne partie książek schodzących z maszyn drukarskich, że jeden człowiek może według swojego widzimisię (choćby w najlepszej wierze) zmieniać treść Wielkiej Księgi AA!
Kolejny przykład. Od „zaufanego sługi” stosunkowo niskiego poziomu dowiedziałem się, że (cytuję): „Powstał Zespół Powierniczy który pracuje nad wszelkimi uwagami przesłanymi do BSK a związanymi z ostatnim wydaniem/tłumaczeniem WK”. Kilka dni później inny „zaufany sługa” stwierdził, że to nieprawda, że żaden taki Zespół Powierniczy nie powstał. Wierzę, że nie jest to bezczelne kłamstwo z premedytacją, ale i co z tego – ostatecznie informacji jednego z nich nie można ufać, po prostu. Zaufanie do jednego lub obu poleciało na mordę.
Zapewne z takich lub podobnych powodów „zaufani słudzy” coraz częściej nazywani są morskimi świnkami – bo w sumie ani to świnka, ani morska. Śmieszne? No, chyba jednak nie bardzo i tylko pozornie.

Co mogą zrobić „zaufani słudzy”, żeby wróciło, jeśli kiedykolwiek było, zaufanie do osób, którym  w AA odpowiedzialne służby powierzono?

1. Jasne, czytelne, drobiazgowo dokładne, dostępne wszystkim AA i na bieżąco, sprawozdania finansowe. Od wielu miesięcy nie można się dowiedzieć, ile kosztowało tłumaczenie WK z 2018 roku. Ile kosztowało grupy AA wielokrotne tłumaczenie „Języka serca” itd.
2. Przyznawanie się do błędów, ponoszenie za nie konsekwencji oraz niezwłoczne naprawianie. Natychmiastowe przyznawanie się do błędów własnych albo grupowych ma ogromny wpływ na wiarygodność służb, a więc i zaufanie do nich. Żeby było ciekawie, to o tym właśnie, całkiem niedawno, wspominałem już w poważnym gronie. Jeden z „zaufanych sług” powalił mnie wtedy na kolana stwierdzeniem (cytuję): „Czemu ma służyć przyznawanie się do błędów? Bo niespecjalnie mogę zrozumieć cel”. Ups! Tego dalej komentował nie będę.

Tylko tyle? Ano, tak! TYLKO tyle. Transparentny system finansowy, niezwłoczne przyznawanie się do błędów oraz zgoda na konsekwencje własnej samowoli albo tylko bezmyślności (drogi kolego, spier… sprawę za bardzo, więc odbieramy ci służbę w trybie natychmiastowym).

Co mogą zrobić uczestnicy mityngów, żeby w konsekwencji poprawić poziom służb?

1. Przestać wreszcie wybierać każdego, kto tylko ma ochotę i tupet, żeby do służby się zgłosić. To obejmuje także tak zwane rekomendacje.  Tu też nic więcej nie trzeba.

Na koniec… obawiam się, że proponowane rozwiązania są dla alkoholików zwyczajnie zbyt proste. Bo w starym powiedzeniu było i nadal jest sporo prawdy: Program AA jest prostym programem dla prostych ludzi, którzy obsesyjnie muszą komplikować proste sprawy. No i poza tym... ta pycha!

sobota, 20 kwietnia 2019

Jak bezkarnie manipulować?


Wspomniałem kiedyś, że z komunikatów, które do mnie o mnie docierają, zdecydowanie bardziej skupiam się na krytyce niż na pochwałach, dlatego kiedy usłyszałem od alkoholika, że nie mówię językiem serca, zacząłem się zastanawiać. Nie trwało to długo, bo już po kilkudziesięciu godzinach okazało się, że postawa i zachowanie tego akurat alkoholika, wykluczają go z grona osób, których oceną powinienem się przejmować. Ale… właściwie ja niezupełnie o tym chciałem pisać tym razem.

Jak bezkarnie manipulować ludźmi, zastraszać ich i karać?

Zaczynamy od stworzenia jakiegoś pojęcia, na przykład „mowa miłości”. To pojęcie może być nieomalże dowolne, nawet nie musi nic znaczyć, więc mogłoby to też być „brumbratość”. Krokiem następnym będzie przekonanie jakiejś grupy ludzi, na przykład środowiska AA w jakimś mieście lub dzielnicy, że nieposługiwanie się „mową miłości” (albo niebycie „brumbratym”) to coś złego, nagannego, że to niedobrze. Alkoholik z dłuższą abstynencją zawsze będzie uważnie obserwowany i słuchany przez nowicjuszy, którzy będą się też starali go naśladować. On  nie pije kilka lat, oni tego jeszcze nie potrafią, więc uczą się pilnie jego postaw, zachowań, określeń, ocen, bo może to w nich właśnie tkwi tajemnica jego abstynencji. Tak więc co pewien czas należy publicznie pokręcić z dezaprobatą i smutkiem głową i stwierdzić, że ten Ziutek to w ogóle nie zna „mowy miłości” albo jest kompletnie „niebrumbraty”. Chodzi o to, by grupę ludzi  przekonać i nauczyć (z czasem będą się już uczyć sami od siebie), że nieznajomość „mowy miłości” albo niebycie człowiekiem „brumbratym”, to coś złego, nagannego, niewłaściwego.

Coś takiego jest banalnie łatwe, a jedyna trudność w całym tym przedsięwzięciu polega tylko na tym, żeby nigdy i pod żadnym pozorem nie dać się namówić do podania konkretnie, czym jest „mowa miłości” albo jakie elementy składają się na bycie „brumbratym”. To niesłychanie ważne. Bo jeśli podamy jakieś konkretne słowa, które tworzą „mowę miłości”, to w pewnym momencie człowiek, któremu niezdolność do posługiwania się „mową miłości” zarzucimy, mógłby udowodnić, że przecież tych właśnie słów używa, i klapa. Wymyślone przez nas określenie musi pozostać niejasne, niekonkretne, mętne, różnie rozumiane. I dopóki takie właśnie będzie, możemy nim innym alkoholikom grozić, zastraszać terroryzować, i to bezkarnie, bo i jak niby mieliby się obronić przed zarzutem, że nie znają „mowy miłości” albo nie są „brumbraci”, skoro nawet nie bardzo wiadomo, co to takiego jest – za to wiadomo już, że niewątpliwie coś złego. Mając jedno lub więcej tak spreparowanych określeń, zdobywa się władzę.

Czy ta sztuczka jest wymysłem alkoholików albo moim? Ależ skądże! Jest stara jak świat. Choć zapewne najpełniej rozwinęła się w Niemczech za Hitlera i w Polsce w okresie wczesnej komuny. Do takiego właśnie manipulowania, karania, zastraszania ludzi służyło określenie „zapluty karzeł reakcji”, później „wróg ludu pracującego” – dziś może się to wydawać nawet śmieszne, ale ludziom nazwanym „zaplutymi karłami reakcji” do śmiechu nie było w roku 1949, na przykład. I jak niby mieliby się obronić, wykazać, że „zaplutymi karłami reakcji” nie są? Z czasem, po różnych zmianach, w Polsce pojawili się „wichrzyciele i warchoły”, a jeszcze później „wykształciuchy”, a obecnie… nie, na tematy polityczne się nie wypowiadam.

Jakie niezbyt jasne, nieprecyzyjne określenie, gra obecnie taką właśnie rolę w środowisku AA? Jestem pewien, że wszyscy dobrze wiemy… niestety.


Przypomniało mi się... Słyszałem jakiś czas temu pozornie zabawną zagadkę: Czemu zaufani słudzy w AA są jak świnki morskie? Bo tak naprawdę ani to świnka, ani morska.

środa, 17 kwietnia 2019

Czy coś zmieniło się w AA?

William Griffith Wilson, ur. 26 listopada 1895, do szkół uczęszczał od pierwszych lat dwudziestego wieku. Lepiej zrozumieć to można, uświadamiając sobie, że było to na długo przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Tak, pierwszej.
Czy język angielski (dokładnie to jego odmiana amerykańska) był wtedy taki jak dziś? Ależ oczywiście, że nie! Język polski też znacząco różnił się od tego, którym posługujemy się obecnie. Szczególnie widoczne jest to w starych książkach, na przykład wydanej w 1904 roku "Alkoholizm i antyalkoholizm. Studyum krytyczne”. Pojawiają się w niej określenia: wyskok (czy wiesz Czytelniku, co to jest wyskok?), inteligencyja, samolubstwo, depresyja itp. Wraz z upływem czasu jednym słowom zmieniła się „tylko” pisownia, inne zaczęły przyjmować odmienne znaczenia, to normalny proces.
Niestety, Wielka Księga nie została napisana współczesnym językiem angielskim! A to solidnie utrudnia pracę tłumaczom na całym świecie.

Z przyjemnością i sporą nadzieją przeczytałem na oficjalnym Forum Służb AA (niestety w związku z decyzją admina tego forum, nie wolno mi podać jego adresu):  ...że Powstał Zespół Powierniczy który pracuje nad wszelkimi uwagami przesłanymi do BSK a związanymi z ostatnim wydaniem/tłumaczeniem WK. Wszystkie nadesłane uwagi, są przez zespół gruntownie analizowane. Bardzo mnie to cieszy, ale…

Bodajże w Jedenastej Koncepcji mowa jest o tym, jak ważny jest optymalny dobór zespołów i konsultantów – zapał i dobra wola to elementy zapewne ważne, ale nie zastąpią wiedzy i doświadczenia w zakresie prawa, językoznawstwa, księgowości itp.

Zapytałem na tym oficjalnym forum służb AA o kompetencje językowe członków tego zespołu – odpowiedzi, jak dotąd, brak. Ja jednak nadal mam nadzieję, że tak poważne zadanie powierzono specjalistom od dawnego języka angielskiego (w jego wersji amerykańskiej ze Środkowego Zachodu USA) oraz poprawnej współczesnej polszczyzny, bo to przecież musi iść w parze. Przekład wymaga biegłej znajomości dwóch języków, nie jednego tylko.
W końcu z czasem przecież okaże się, czy zmieniło się cokolwiek w temacie powierzania służb w polskiej odmianie Wspólnoty AA, czy nadal jest po staremu…

Podczas rozmowy na ten temat ktoś spytał, czy w skład tego weryfikującego Zespołu Powierniczego wchodzi może ktoś z tłumaczy nowej WK – zapadła wtedy na moment martwa cisza. W końcu jednak potraktowaliśmy to jak żart, bo aż taka bezczelność to nawet u nas możliwa chyba nie jest.


A przy okazji - rażących błędów ciąg dalszy:
Mieliśmy tylko dwie alternatywy: postępować tak dalej aż do tragicznego końca... [s. 25]

alternatywa
1. «dwie wykluczające się możliwości; też: konieczność wyboru między dwiema wykluczającymi się możliwościami»
 https://sjp.pwn.pl/sjp/alternatywa;2439763.html  

  
--
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Albo-dylemat-albo-brak-pieniedzy;18942.html


---------------------

Z ostatniej chwili. 
Dziś właśnie, to jest 29 kwietnia 2019, dowiedziałem się, że nie powstał i nie ma powstać żaden Zespół Powierniczy który pracuje nad wszelkimi uwagami przesłanymi do BSK a związanymi z ostatnim wydaniem/tłumaczeniem WK. Wszystkie nadesłane uwagi, są przez zespół gruntownie analizowane. Podobno jeden zaufany sługa źle zrozumiał innego zaufanego sługę i tak... 
Tym razem bez komentarza.

wtorek, 5 marca 2019

Osobowości - ostatni już raz


O tym, że zdanie: „zasady są ważniejsze od osobowości” nie ma kompletnie żadnego sensu, pisałem już kilka razy. To coś w stylu: orzechy są bardziej niż drzwi (że co? o co chodzi?). Wracam do tego tematu, bo tym razem chcę też przedstawić, co i dlaczego – moim zdaniem – powinno się w tej Tradycji znaleźć, czego ona naprawdę dotyczy.

Krótko. Osobowość to całość stałych cech psychicznych oraz mechanizmów wewnętrznych regulujących zachowanie człowieka. Osobowość, jakąś, jakąkolwiek, ma każdy człowiek, więc twierdzenie, że AA-owskie zasady są ważniejsze od wszystkich ludzi na ziemi, jest co najmniej… dziwne. Osobowość ma każdy… ale właśnie MA! Ma, a nie jest! W zdaniu „zasady są ważniejsze od osobowości”  należałoby od razu pytać, od jakiej osobowości, od czyjej osobowości? I takie pytania już słyszałem.
Czy człowiek może być osobowością, a nie jedynie ją mieć? Owszem, jest taka opcja, ale tylko pod warunkiem, że zostanie określone, o jaką osobowość chodzi. Na przykład: Adam jest medialną osobowością, Asia jest internetową osobowością, Benek jest osobowością telewizyjną, Basia jest osobowością sportową itp. Możliwe i sensowne jest też zdanie „zasady są ważniejsze od naszych osobowości” (albo waszych, albo jeszcze innych). Też jest ono poprawne, a przynajmniej nie sugeruje, że Anonimowi Alkoholicy, jak jakaś niebezpieczna sekta, próbują całemu światu narzucić swoje zasady.
To, co wyżej napisałem, nie jest moim pomysłem, ale skrótem i wynikiem wielu konsultacji z językoznawcami – w poprzednich tekstach podawałem linki do wypowiedzi i opinii specjalistów od języka polskiego i poprawnej polszczyzny.

Z niedawnej wyprawy do Czech przyjaciel podesłał mi fragment czeskiej Wielkiej Księgi dowodząc, że oni też mają w Dwunastej Tradycji słowo „osobowość”. To prawda, mają. Po czesku jest to: ...abychom kładli principy pred osobnosti.

Sporo rozumiem po czesku, ale przede wszystkim mam kolegę, Czecha, poliglotę (zna kilka języków, bez trudności uczy się nowych), więc – żeby nie przedłużać – zapytałem jak on ten fragment zdania rozumie. Bez najmniejszych wątpliwości, rozterek czy wahań odparł, że: „zasady są ważniejsze od autorytetów”.

I o to właśnie chodzi w Dwunastej Tradycji! Zasady są ważniejsze od autorytetów. To powinno być oczywiste, choć tylko dla tych alkoholików, którzy odrobinę znają historię AA oraz warunki i okoliczności, w których rodziły się Tradycje naszej Wspólnoty. Tych, którzy Kroki i Tradycje mają w duszy.

Żeby zrozumieć, czemu to właśnie ma sens i o to chodzi w Dwunastej Tradycji, trzeba cofnąć się do początków AA. Do pewnego momentu Wspólnota nie miała nic wspólnego z demokracją – była zarządzana autorytarnie* przez Billa i Boba, a w miarę pojawiania się, trzeźwienia, także przez pierwszych weteranów. To ci ludzie właśnie decydowali, co i w jaki sposób należy w AA rozumieć, co i jak należy robić. Jakiś czas, niestety niezbyt długi, działało to całkiem nieźle, ale…
Wspólnota rozwijała się lawinowo, charyzmatycznych weteranów przybywało i zaczęły pojawiać się problemy. Bill i Bob zawsze jakoś się dogadywali, ale jeśli alkoholików dzierżących władzę (authority) było już z kilkunastu i stale przybywało, okazywało się czasem, że jeden radził to, a drugi coś zupełnie innego. Podejmowali różne decyzje, inaczej rozumieli pewne kwestie. Oczywiście było to do przewidzenia i dlatego Bill Wilson rozpoczął pracę nad 12 Tradycjami stosunkowo wcześnie, bo już w połowie lat czterdziestych dwudziestego wieku (pierwsza ich publikacja – 1946 r.). W każdym razie Wspólnocie zarządzanej chaotycznie i autorytarnie przez stale rosnącą grupę weteranów, indywidualistów, znaczących liderów, jak choćby Clarence S., groziły rozłamy i podziały, zwłaszcza że przecież tych autorytetów w AA nieustannie przybywało.

W lipcu 1950 r. odbyła się pierwsza Konwencja Międzynarodowa w Cleveland, podczas której Wspólnota przyjęła Dwanaście Tradycji. Oczywiste jest, że oficjalne przyjęcie nie jest równoznaczne z powszechnym zastosowaniem i akceptacją tych Tradycji przez wszystkie grupy w USA. I dlatego dopiero podczas Drugiej Międzynarodowej Konwencji w St. Louis w 1955 r. Bill mógł przekazać pełną władzę nad Wspólnotą i odpowiedzialność za nią – jej samej. Co chyba jasne, odebrał w ten sposób tę nadrzędną pozycję i władzę weteranom (autorytetom), w tym sobie samemu.

Dopiero od tej chwili charyzmatyczni weterani i liderzy nie mogli już zrobić Wspólnocie AA krzywdy, bo było już jasne, że w przypadku jakiegokolwiek konfliktu w AA, czy choćby wątpliwości w jakiejś sprawie, wspólnie już przyjęte zasady są ważniejsze niż autorytet (rozumiany w USA także jako władza) pojedynczego członka AA, choćby najtrzeźwiejszego i najmądrzejszego, nawet samego Billa Wilsona.
Od tego momentu dopiero Wspólnota AA była bezpieczna. Przestali jej zagrażać jej właśni członkowie – choćby działali w jak najlepszej wierze.

Jeśli ktoś rozumie, że Kroki, Tradycje i Koncepcje stanowią pewną całość, logicznie i sensownie łączą się ze sobą, nie będzie miał problemu ze zauważeniem, że reguła „zasady są ważniejsze od autorytetów” pojawiała się już w Tradycji Drugiej (nasi liderzy są tylko zaufanymi sługami; oni nie rządzą), a także w Koncepcjach (np. Wszystkie ważne decyzje powinny być podejmowane w drodze dyskusji i głosowania, i - jeśli to tylko możliwe – jednomyślnie oraz wiele innych).

Swoją drogą to zabawne, ale poprzednie, błędne tłumaczenie tego fragmentu Tradycji (pierwszeństwo zasad przed osobistymi ambicjami) ma znacznie więcej sensu niż obecne, które… sensu nie ma zupełnie żadnego.

  


--
*Autorytarny –  oparty na bezwzględnym posłuszeństwie wobec władzy, narzucający swoją wolę, opinię, wymuszający posłuszeństwo.

niedziela, 3 marca 2019

Różne drogi duchowości


1. «odnoszący się do życia wewnętrznego człowieka»
2. «związany z dobrami kulturalnymi lub czyimś systemem wartości»
3. «niematerialny, metafizyczny»


Cytat z Biblii Tysiąclecia: Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką i nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko. [Dzieje Apostolskie 17:24-25]


Idea warsztatu o różnych drogach AA-owskiej duchowości (zakładam, że miało chodzić o duchowość uczestników AA, skoro warsztat organizowała grupa AA), podczas których swoje doświadczenia prezentować będą alkoholicy z różnych wyznań i religii, wydawała mi się genialna. Przecież tego właśnie dotyczą słowa z naszego Programu …jakkolwiek Go pojmujemy/rozumiemy. W każdym razie takiego warsztatu chyba jeszcze w Polsce nie było. Zapewne dlatego też wzięło w nim udział około trzystu uczestników, a może więcej.

Poza drobnymi niedociągnięciami organizatorzy dali radę – a przypominam, że przecież do końca nie było wiadomo, ile osób warsztat zainteresuje. Dobór spikerów, chodzi mi tu o określone osoby (z jednym wyjątkiem) też nie budził zastrzeżeń, tak więc zarówno pomysł, jak i jego realizację oceniam w sumie dość wysoko. Na co pomysłodawcy oraz organizatorzy wpływu nie mieli? Na to, co konkretnie będą mówić zaproszeni spikerzy. A odnoszę wrażenie, że chyba nie wszyscy zrozumieli temat tego spotkania i na niego się wypowiadali. Ale – jak to mawiamy w AA – być może tak miało być.

Co mnie zaskoczyło? W materiałach, jakie dostawaliśmy podczas rejestracji znalazłem grafikę – koła albo elipsy z napisem „Religia” w centrum. Hm… Nie Bóg (którego nie ma tam w ogóle, ale... cóż... każdy ma swoje priorytety), nie miłość, nie wiara, nie nadzieja, nie rodzina, nie trzeźwość, ale właśnie RELIGIA. 
Przyznam też, że nie do końca przemyślany wydał mi się udział w AA-owskim warsztacie księdza katolickiego. Podobno nie łączymy się z żadnym wyznaniem, ale może to już nieaktualne...

Z pewnym podziwem obserwowałem, jak w ustach księdza (podczas jego prelekcji/wykładu) nasze niesamowicie ważne stwierdzenie Program AA jest Programem duchowym, a nie religijnym powoli ewoluuje, by na sam koniec przybrać postać: Program AA wydaje się bardziej duchowy niż religijny.
Aha! Czyli jednak jest to program  religijny, co najwyżej może tylko trochę mniej religijny niż duchowy? A tak w ogóle, to nawet nie na pewno mniej religijny niż duchowy, bo może tylko tak się wydaje? Ups!

Bardzo ciekawa i na temat była spikerka Kasi z Warszawy i w dużej mierze Grzegorza z Katowic. Warsztat był też cudowną okazją do uściskania przyjaciół, mieszkających w różnych miejscach i tak daleko, że osobiste spotkania są mało realne, a w każdym razie bardzo trudne. Jeśli dodam, że warsztat „Różne drogi duchowości” odbył się w Opolu, więc nigdzie nie musiałem jechać, to… nie żałuję.






piątek, 1 marca 2019

Zaufani słudzy w wydaniu PL


We wstępie do „Codziennych refleksji” przeczytałem kiedyś, że… Autorzy zamieszczonych tu refleksji nie są profesjonalnymi pisarzami i nie przemawiają oczywiście w imieniu Wspólnoty jako całości, a jedynie w swoim własnym – jako uczestnicy AA zwracający się na piśmie do innych uczestników AA (pogrubienie moje). Wobec tego, że niektóre z tych refleksji są co najmniej wątpliwe, jest to bardzo ważna informacja dla czytelników. Niestety, czegoś podobnego zabrakło w przypadku nowego wydania „Anonimowych Alkoholików”.

Podczas lektury nowej wersji Wielkiej Księgi, wydanej w 2018, zauważyłem w historiach osobistych treści… powiedziałbym… hm… dość problematyczne. W związku z tym napisałem krótki tekst „Kontrowersyjne treści w WK” , zakończony prośbą do naszych zaufanych sług, cytuję:
I tu moja pilna prośba do powierników, by spowodowali, żeby Wspólnota AA w Polsce zwróciła się do stosownych służb w Nowym Jorku (zapewne do Biura Usług Ogólnych lub AAWS), z prośbą o interpretację i wyjaśnienie, czy historie osobiste zawarte w Wielkiej Księdze zawierają oficjalne stanowisko Wspólnoty AA, wobec jakichkolwiek kwestii i czy opisane w niej postawy, przekonania i zachowania są – według AA – wartościowe, godne polecenia i naśladowania.

Spytałem grzecznie i przyjaźnie, więc odpowiedzi, jaką otrzymałem, nie spodziewałbym się zupełnie. Zawiera ona bowiem…

1. Arogancję, złośliwości i próbę ośmieszania sformułowań, jakich użyłem w artykule „Kontrowersyjne treści w WK” (Patrząc na nasze Trzy Legaty, a zwłaszcza Tradycje i Koncepcje AA nie znajdujemy takich określeń jak „jakichś tam członków AA” lub „oficjalnym stanowiskiem AA”). Uprzedzam, że ja też potrafię być złośliwy i stwierdzić np., że w Trzech Legatach nie znalazłem określeń „służebny”, „służebni”. Tylko, po co to? Aż smutno mi się robi, kiedy porównuję odpowiedź polskich powierników z życzliwą, konkretną i wartościową korespondencją z GSO i AAWS.

2. Rażące błędy (...jak najbardziej dokładny do oryginału i ufamy , że w tę pracę włożono maksimum umiejętności i wierności do oryginału), świadczące o lekceważeniu odbiorcy.

3. Jakieś wiernopoddańcze deklaracje lojalności i zaufania (Mamy wśród Powierników dla całego zespołu tłumaczy pełne zaufanie, które w AA jest jedną z najcenniejszych wartości), kompletnie nie wiedzieć po co, bo moja prośba dotyczy przecież czegoś zupełnie innego, a temat nie ma nic wspólnego z przekładem lub zaufaniem do tłumaczy.

4. Dziwaczne informacje bez większego sensu (Nie nam jest oceniać poszczególne sformułowania i znaczenia jakiegokolwiek fragmentu tekstu…) – oczywiście, że nie wam (jeszcze by tego brakowało!) i dlatego prosiłem o sprawdzenie w GSO.

5. Zwyczajne kłamstwa (…całe tłumaczenie zostało przeanalizowane przez ekspertów z GSO w Nowym Yorku) – otóż nie, nie całe, właśnie dostałem w tej kwestii odpowiedź z AAWS, gdzie wyraźnie napisano, że sprawdzane były tylko fragmenty, próbki tekstu.

Jednego tylko zabrakło mi w odpowiedzi Powierników – informacji, że moje pytanie zostanie przekazane do stosownych służb AA w Ameryce, a odpowiedź na nie ujawniona we Wspólnocie AA w Polsce. W takiej sytuacji napisałem do GSO sam – z pomocą przyjaciół, bo translatorowi Google nie ufam aż tak bardzo. :-)

To może wydać się dziwne, ale w sumie nie chodzi o to, że słudzy w polskiej wersji AA, zachowują się jak właściciele/szefowie, ani o to, że w tych warunkach o zaufaniu w ogóle mowy być nie może (punkt 5) – nie, ważne wydaje mi się coś innego:

a) Historie osobiste w WK należy traktować podobnie, jak refleksje w „Codziennych refleksjach” – nie wyrażają one zdania Wspólnoty AA w żadnej sprawie, a ich autorzy nie przemawiają w imieniu AA.
Greetings from G.S.O.! Thank you for your question and this opportunity to be in touch.
The stories in the Big Book reflect the shared experience of the individual member(s). As you know, experience varies from member to member, and it is personal. That is what makes the pool of A.A. experience so rich and wide. It remains simple and personal. A.A. does not take a stance on someone’s shared experience. 

b) Polska wersja Wielkiej Księgi nie była w USA sprawdzana w całości. AAWS zapoznało się z pewnymi porcjami (fragmentami) tekstu i na tej podstawie wydało licencję.
In adherence to our policies and procedures, we here in the office of A.A.W.S., Inc. work together with local translation committees to shepherd their projects through our processes aimed to ensure the integrity of all translations. Accordingly, we have portions of the translated text carefully reviewed by independent transltion-evaluation services, and supply those reports to the local committees as guidance for their work.

I te informacje może się komuś przydadzą. I te chciałem przekazać.

A żeby nie było tak smutno, to...



sobota, 16 lutego 2019

Notatki sponsora (odc. 117)


Sumienie grupy AA – minęło dwadzieścia lat od mojego pierwszego mityngu, a pojęcie to nadal nie jest jasne i jednoznacznie rozumiane w naszym środowisku. Proponuję zwykle takie oto, nieco jakby odwrotne, podejście do tematu: jeśli byliśmy zjednoczeni, jeśli nie kierowaliśmy się osobistymi ambicjami lub urazami, jeśli celem naszym było wspólne dobro, a jednocześnie nikt nikomu nie narzucał swojej woli, swojej opinii, swojego przekonania, koncepcji, to decyzje, sugestie czy postanowienia podjęte zostały właśnie przez wykształcone sumienie grupy.

Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich (Mt 18, 20).

W taki oto sposób Boga (jak Go rozumiemy albo i nie) zapraszaliśmy do uczestnictwa w naszym spotkaniu i wzięcia czynnego udziału w kierowaniu naszymi myślami i decyzjami. Bez względu na to, czy debata dotyczyła scenariusza mityngu, wyjazdu do ośrodka odwykowego z posłaniem, podziału środków z kapelusza, czy dalszego działania grupy. W taki właśnie sposób miłujący Bóg wyrażał się w sumieniu każdej grupy AA – to z Drugiej Tradycji w wersji sprzed listopada 2018. Później jednak doczekaliśmy się nowej wersji i… zaczęły się problemy.

Obecnie w Tradycji tej mamy: …miłujący Bóg, tak jak może On wyrażać Siebie w naszym grupowym sumieniu. Więc pojawiło się pozornie proste pytanie: Czy w grupowym sumieniu wyraża się wola Boga, czy też On sam?

Nie, to nie jest jedno i to samo. Wyrażać się (na jakikolwiek temat), to nie to samo, co wyrażać siebie. Tadek wyraża się przy dziewczynkach, a Tadek wyraża siebie, to dwa zupełnie różne komunikaty.

Tak oto straciliśmy Boga, który pomagał nam w naszych codziennych, nawet drobnych AA-owskich sprawach, a zyskaliśmy (w listopadzie 2018, wraz z nowym przekładem) Boga, którego w zasadzie nasze sprawy w ogóle nie interesują. Boga zajętego jedynie wyrażaniem samego Siebie.

Ale to jeszcze, niestety, nie koniec. Skoro we Wspólnocie AA każdy może przyjąć własną koncepcję Boga, to który z Nich wyraża Siebie w naszym grupowym sumieniu? Tu ważna uwaga, stwierdzenie: Bóg jest jeden, jest niebezpieczną herezją w każdej chyba religii czy wyznaniu (za wyjątkiem kwakrów), więc teraz czekam na doprecyzowanie i uściślenie, który Bóg, konkretnie, wyraża Siebie w sumieniu grupy AA? Bo sam już nie wiem, co w tej sytuacji odpowiedzieć podopiecznemu…