sobota, 15 sierpnia 2026

Odpowiedzialność za jakość

W ostatnich latach, w trakcie rozmów ze znajomymi i kolegami z AA, zauważyłem, że w naszym środowisku pojawiają się bardzo podobne wyniki obserwacji i stwierdzenia, z których jednoznacznie wynika, że merytoryczna jakość mityngów sukcesywnie spada, w porównaniu do, na przykład, okresu sprzed 10-15 lat. Dlaczego tak się dzieje? Z jakiego powodu? Różne osoby miewały różne pomysły na ten temat, ale ostatecznie zaczęła się krystalizować wersja, którą i ja popieram – odpowiedzialność za mierną i pogarszającą się jakość mityngów ponoszą prowadzący.

Odpowiedzialność, to ważne, bo nie winę. O winie orzeka sąd, nie AA. Poza tym wina zakłada działanie celowe, w złej wierze, z premedytacją, a jestem pewien, że nie w tym rzecz. Prowadzący zwykle nie są złymi ludźmi. Są po prostu nieudolni, wystraszeni i rozpaczliwie pragną, żeby wszyscy ich lubili, chcą być w pełni aprobowani. I tyle, niestety, wystarczy, żeby jakość mityngów systematycznie spadała. Jak to działa? Proszę bardzo…

1. Lokalny weteran, 26 lat abstynencji, tokuje już siedemnaście minut i zupełnie nie na temat. Prowadzący, 3 lata abstynencji, boi się mu przerwać i zwrócić uwagę. Nie jest też pewien, czy wolno mu to zrobić, a jeśli nawet, to nie wie, jak. Postanawia nie reagować nijak. W końcu weteran kiedyś tam skończy.

2. Prowadzący podaje uzgodniony w scenariuszu grupy temat mityngu, to jest Krok, Tradycję i fragment z „Codziennych refleksji”. Zapada martwa cisza, bo najwyraźniej nikomu te akurat tematy nie pasują. Prowadzący nie potrafi wejść w rolę moderatora (moderator to osoba, która kieruje dyskusją i czuwa nad jej właściwym przebiegiem) i podsunąć innego tematu. Nie zna literatury AA, nie wie, czy wolno mu to zrobić, bo się, że jakby zrobił, to go skrytykują. Z ulgą przyjmuje wypowiedzi zupełnie nie na temat i nie dotyczące wspólnego rozwiązania; cieszy się, że w ogóle ktoś coś mówi.

3. Na wielu mityngach uczestnicy mogą zaproponować dodatkowy temat spotkania. Bardzo dobry pomysł, notabene. Prowadzący nie rozumie i nie rozpoznaje pojęcia „zaproponować” i uważa, że musi akceptować wszystkie pomysły, wszystkie propozycje dodatkowych tematów, choćby nic wspólnego nie miały z AA i Programem. Panicznie boi się zdecydować: nie, tego tematu omawiać dziś nie będziemy, bo – na przykład – AA nie zajmuje się psychologią rodzinną i opiekuńczą. Albo prawem pracy. Albo teoretycznymi rozważaniami jakichś psychologicznych zagadnień.

4. Alkoholik przedstawia się, a następnie wyjmuje z kieszeni notes i zaczyna odczytywać z niego jakąś prelekcję lub wykład, na przykład na temat wspólnych cech osób chorych na chorobą alkoholową i wpływu tych cech na relacje z innymi osobami, także z wewnętrznym dzieckiem Przerażony prowadzący nie odważa się przerwać, pozwala na dalsze okradanie grupy z jej czasu.

5. Alkoholik wypowiadający się używa wulgaryzmów („rzuca mięsem”) jest ordynarny, podnosi głos. Wyjątkowo dokładnie i z drastycznymi szczegółami opisuje, jak gwałcił dzieci i kobiety w okresie picia. Na wystraszonego prowadzącego nie ma co liczyć, a gdyby nawet ośmielił się jakoś zareagować, mówca oznajmia, że on ma prawo na mityngu „wyrzucić z siebie”… to czy tamto. Prowadzący nie wie, czy może rzeczywiście w AA istnieje takie prawo, więc kładzie uszy po sobie i nie robi nic.

Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze… Czyżby? Na niektórych mityngach wydaje się, że najważniejsze jest dobro prowadzącego. I jego święty spokój. I żeby nic nie musiał robić. I żeby nie narażał się na ocenę. Prowadzący, wystraszony i skoncentrowany na swoim wizerunku, nie zapewni grupie poczucia bezpieczeństwa. Nie zadba o jakość spotkania, nie upomni się o Piątą Tradycję i dobro nowych uczestników mityngu.

Podczas rozmowy na ten temat ktoś zadał pytanie: Powierzyliście Ziutkowi służbę prowadzącego, ale skoro sobie z nią kompletnie nie radzi, to dlaczego nie wybierzcie do niej kogoś innego? I tu konsternacja. Wreszcie ktoś odważył się przyznać, że grupa niczego Ziutkowi nie powierzała, po prostu przyszedł na mityng i oznajmił, że tę służbę sobie bierze. A kiedy nawet ktoś go o to „branie sobie służb” zapytał, Ziutek odparł, że tak zdecydował jego sponsor.
Naprawdę tak się to robi? Naprawdę tak działają Anonimowi Alkoholicy? Jakoś nadal pamiętam, że u nas, w AA, służbę powierza grupa. Poza AA, co oczywiste, może to wyglądać inaczej.

Anonimowi Alkoholicy od ponad dziewięćdziesięciu lat dysponują rozwiązaniem problemu alkoholizmu. W polskiej wersji AA nigdy nie popularnym i nie powszechnym, ale to już inna sprawa. Podczas naszych spotkań dzielimy się doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać ten nasz wspólny problem. Jestem starym człowiekiem, ale może jeszcze dożyję takich czasów, kiedy grupy, które przez kilkanaście lat oferowały nowym rozwiązanie, radośnie i ochoczo wrócą do programu problemów i radości. Choć trochę szkoda…

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Wartościowy temat mityngu

Jedna z pierwszych grup poznańskich w opracowanym wykazie do scenariusza mitingu proponuje takie tematy jak: „Etiologia choroby alkoholowej – próba indywidualizacji przyczyn alkoholizmu, Próba charakterystyki typowych trudności w małżeństwie AA, Prezentacja postaw małżonek w okresie abstynencji partnera (próba syntezy) czy Kształtowanie się nowego modelu stosunków towarzyskich rodziny AA”. („Historia AA w Polsce,” s. 131). Ustalono nawet, że w grupie wszyscy będą musieli opracowywać referaty tematyczne. Niepokoiło to wtedy nawet terapeutów do których przychodzili niektórzy z alkoholików prosząc o książki na temat alkoholizmu, potrzebne do napisania tych prac.

Kiedy tylko przypomnę sobie te tematy mityngów z początków działania AA w Polsce, bywam zarówno rozbawiony jak i przerażony. Alkoholicy (z AA raczej nie miało to zbyt wiele wspólnego) działali w dobrej wierze, naprawdę wszelkimi metodami starali się utrzymać abstynencję. Straszne to były czasy, koszmarne pomysły i dramat wielu ludzi. Ale… ale czy rzeczywiście tego typu wydarzenia należą do czasów słusznie minionych?

Byłem niedawno na spotkaniu. Sala pełna, ze czterdzieści osób. Tematami niby miał być Krok i Tradycja przypadające na bieżący miesiąc, ale chyba nikt ich nie poruszał. Za to prowadzący i grupa ochoczo zaaprobowali tematy proponowane przez dwóch uczestników. Nagrywać nie wolno, pamięć już też nie tak dobra, więc nie będę się upierał, że te tematy były dokładnie takie; powiedzmy więc, że tak mniej więcej, tak mi się wydawało.

Środowisko Anonimowych Alkoholików jako czas, miejsce i okoliczności generujące, albo i nie, prawdziwe przyjaźnie – analiza wartościowo-porównawcza.

Zatracanie się w pomaganiu w środowisku AA i wobec alkoholików, jako wskazanie do kształtowania osobistego egoizmu – synteza i uzasadnienie zjawiska.

W tym drugim przypadku autor tematu odczytał z kartki, przygotowaną wcześniej, prelekcję, a może referat. Na oba tematy, a także inne w stylu „problemów i radości”, członkowie grupy wypowiadali się ochoczo i krępujących chwil milczenia nie było.

Jakoś tak w połowie przypomniał mi się alkoholik, weteran, którego nazywano bodajże Szampon Piwny, i jego słowa, kiedyś popularne w AA i nawet publikowane w „Mityngu”: Alkoholik to takie cacuszko, co to aby żyć, musi mieć problemy, a jak ich nie ma, to sobie wymyśli, a jak już wymyśli, to musi je rozwiązywać, a jak nie potrafi, to użala się nad sobą. Ja dodałbym jeszcze, że często też zawraca głowę tymi swoimi wydumanymi problemami każdemu, kogo dopadnie, próbując sprawić, by i ten ktoś miał jakiś problem.

Wyszedłem po godzinie, choć spotkanie jeszcze trwało. Wydaje mi się, że po prostu doszło do niewielkiej pomyłki, kolega miał mnie zabrać na mityng AA.

piątek, 7 sierpnia 2026

Warsztat KzK jesienią 2026

 Znany jest już termin kolejnego warsztatu Dwunastu Kroków organizowanego przez grupę AA "Krok za Krokiem".


wtorek, 21 lipca 2026

Ważne są słowa, a nie fakty

Uczestniczyłem w zajęciach grupowych pierwszej psychoterapii odwykowej oraz mityngach AA, i czasem popijałem, ale to inna historia. Na terapii uczono mnie (nakazy, zakazy, instrukcje, zalecenia, regulamin udzielania informacji zwrotnych), a podczas mityngów uczyłem się sam, obserwując i słuchając weteranów. Gorzała nie cały mózg mi wyżarła, więc stosunkowo szybko przyswajałem właściwe słowa, wyrażenia i określenia. Byłem więc trzeźwiejącym alkoholikiem (broń Boże nie trzeźwym!), chodziłem z żoną do kina lub na zakupy (broń Boże powiedzieć chodziliśMY!), trzeźwiałem tylko i wyłącznie dla siebie (broń Boże dla żony czy dzieci!), było nie do pomyślenia, żebym powiedział, że w szkole na lekcje wf chodziło się na boisko („się” było dopuszczalne tylko w odniesieniu do samego siebie) itd. itp.

W moim przypadku zrozumienie przyszło stosunkowo szybko, bo już podczas drugiej, zamkniętej terapii. Napisałem pracę zaleconą przez terapeutę, przeczytałem ją podczas zajęć grupowych, zebrałem pochwały od członków grupy, Waldek, terapeuta i alkoholik prowadzący grupę, też wydawał się zadowolony, ale za to Marzena, szefowa terapeutów, która wtedy akurat wizytowała naszą grupę, wylała mi na głowę kubeł lodowatej wody. Stwierdziła spokojnie, że świetnie manipuluję terapeutycznymi słowami kluczowymi (oczywista pozostałość po poprzedniej terapii), ale faktycznie jestem jak dotąd odporny na jakiekolwiek zmiany. Na zmiany?! Jakie zmiany? To coś trzeba w życiu zmieniać? Nie wystarczy nauczyć się właściwych słów i zwrotów? Specyficznego sposobu mówienia? To te wszystkie błędy i dziwolągi językowe nie są objawem i dowodem, że trzeźwieję we właściwy sposób?

Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie!… To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów. (WK, s. 52)

Miałem 3-4 miesiące abstynencji, gdy trafiłem na kilka tygodni do Centrum Terapii Nerwic. Tam bardzo szybko usłyszałem od psychologów i innych pacjentów, że w nadmiarowy i wręcz groteskowy sposób nadużywam zaimka „ja”. To nie byli alkoholicy i mocno ich raziła moja nieustanna koncentracja na sobie.

Rzadko naprawdę musimy używać zaimka ja. W jednej sytuacji jest to rzeczywiście konieczne: gdy, odpowiadając na pytanie zaczynające się od słowa kto, musimy przyznać, że to my. Albo przyznać się, że to my. W innych wypadkach mówienie ja jest co najmniej niekonieczne. [...] My dla zwykłego mówienia o sobie mamy końcówki czasownika. To nimi mówimy, że to my. I piszemy. Byłem to co innego niż byłeś czy był. Kiedy mówimy, a zwłaszcza piszemy ja, to tak, jak gdybyśmy pokazywali na siebie palcem: „patrzcie, to ja!”. Ludziom skromnym przychodzi to z trudnością [Jerzy Bralczyk, "1000 słów"].

A na mityngach tyle przecież opowiadałem o swojej skromności i pokorze.
Minęło ćwierć wieku…

Kiedy spiker kolejny raz użył słów „wybierałem picie”, opowiadając o latach i okolicznościach picia, zauważyłem kątem oka, jak lokalny weteran podskoczył, jakby go osa użądliła. No, pomyślałem, będzie akcja. I była. Podczas mityngu komentować cudzej wypowiedzi nie wolno, ale łatwo się nauczyć tak wypowiadać, że niby to własne doświadczenie, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby przysrać przedmówcy. Weteran oznajmił dobitnie: JA jestem prawdziwym alkoholikiem, JA dawno straciłem możliwość wyboru w kwestii picia. Użycie słowa „wybierałem” świadczyć miało o nieuznaniu bezsilności wobec alkoholu, o chęci picia i nawrocie.
Przypomniałem sobie swoje picie. Przez wiele lat, co jakiś czas, robiłem kilkudniowe przerwy w chlaniu. Czyli jednak były momenty, w których wybierałem niepicie, z jakiegoś tam powodu, zwykle ze strachu.

Okazało się, że życie spikera, w czasach picia, po przełomie i uzyskaniu abstynencji na Programie i wreszcie obecnie, nie ma większego znaczenia, bo liczy się tylko to, że użył w odniesieniu do alkoholu i picia, zakazanego na terapii odwykowej słowa „wybierałem”.

Kilka tygodni później miało miejsce zdarzenie bardzo podobne, w pewnym sensie. Spiker wyznał, że postanowił zwrócić się o pomoc, gdy zobaczył, jak jego kilkuletnia córeczka płacze ze strachu, gdy go widzi. Zdecydował, że dla niej zrobi wszystko, byle nigdy więcej nie widziała go pijanego. I znów pewnego alkoholika wręcz zatelepało. Kiedy przyszła jego kolej oznajmił, że on wie na pewno, że rezygnacja z picia ma sens tylko wtedy, gdy robi się to jedynie dla siebie samego. Jeśli podejmuje się leczenie lub Program AA dla kogoś, to na pewno skończy się to powrotem do picia i w ogóle jest bez sensu. Tutaj przyznaję, że nie wytrzymałem i powiedziałem, że można przestać pić dla kochanego pieska, to nie ma znaczenia, bo jeśli rzeczywiście dojdzie do wytrzeźwienia, przebudzenia duchowego, całkowitej zmiany psychiki, to wszystko i tak znajdzie się na właściwym miejscu, a te pierwsze motywy lub impulsy przestają w ogóle być ważne.

To zdarzenie na terapii, kiedy to zwrócono mi uwagę, że manipuluję terapeutycznymi słowami kluczowymi, za czym nie szły żadne realne zmiany, miało miejsce na początku 1999 roku. Niestety, obecnie obserwuję ten sam proces. Choć „jedynie słuszne” słowa, zwroty i określenia, bywają już czasem inne, na przykład: jestem niewystarczająco dobra, za mało ufam Bogu, uważałem się za pępek świata. Jeśli często i z przekonaniem używa się tych „właściwych” pojęć, to trzeźwieje się tak, jak należy. Realne życie, postępowanie, zachowanie, przekonania, relacja z rodziną, nikogo za bardzo nie obchodzą – ważne, by dobrze mówić.

Minęło sporo czasu od kiedy odkryłem, że trzeźwienie to proces powrotu do normalności, a trzeźwość oznacza normalność, a mityngowo-terapeutyczne zaklęcia i specjalne słowa, to jednak za mało, żeby wytrzeźwieć. I smutno mi, kiedy słyszę, jak alkoholicy popełniają moje błędy sprzed wielu lat.
W Opolu można usłyszeć: pokaż mi, do czego mnie przekonujesz. Samym gadaniem i właściwymi słowami można tylko robić dobre wrażenie w środowisku ludzi psychicznie chorych, zaburzonych, na przykład na mityngu AA. O obecnym życiu i trzeźwości to nie świadczy.

niedziela, 12 lipca 2026

Tajemnica skuteczności AA

Rok 2011-2026, Polska.
Ziutek miał dość swojego picia, nie dawał sobie z nim rady, rozpaczliwie chciał przestać, ale sam jakoś nie potrafił, wiec poszedł do poradni odwykowej. Tam, po długiej rozmowie, powiedziano mu, że nie jest jeszcze tak bardzo uzależniony i zaproponowano terapię redukcji szkód (kontrolowania picia). Pod nadzorem terapeuty próbował cztery miesiące, ale zupełnie mu to nie wychodziło, było tylko coraz gorzej. Wtedy Ziutek postanowił dać sobie spokój z terapią i pójść do AA. Przedtem jednak się napił i pił kilka tygodni.

Jakiś czas regularnie uczęszczał na mityngi, znalazł sobie sponsora i zaczął coś z nim robić, ale nie trwało to długo, bo sponsor polecił mu przeczytać „Opinię lekarza”. Ziutek uznał to za niepoważne, ostatnią książkę, „Naszą szkapę” czytał w podstawówce, więc teraz nikt nie będzie go traktował, jak dzieciaka. Ziutek się napił i zdecydował skorzystać z zamkniętej terapii, takiej poważnej, z pełną abstynencją. Zaliczył ją w całości, ale napił się na drugi dzień po opuszczeniu ośrodka.

Po kilkutygodniowym ciągu Ziutek coś sobie przypomniał. Terapeutka twierdziła, że każdy alkoholik jest seksoholikiem. On nie bardzo chciał się z tym zgodzić, a wtedy spytała, czy kiedyś zdradził żonę – odparł, że tak, dwa razy w życiu, po pijanemu. Na co terapeutka odparła szyderczo: a widzi pan! Jednak teraz, po zastanowieniu i kolejnych problemach wynikających z picia Ziutek uznał, że może coś w tym jest i zaczął chodzić na mityngi Anonimowych Seksoholików. Stosunkowo szybko mu się to znudziło, a opowieści, i to z detalami, o wynaturzonych stosunkach seksualnych, budziły w nim niesmak lub obrzydzenie. Zrezygnował więc z seksoholików i wrócił do picia.

Ziutkowi utkwiło w pamięci coś na temat nieprzepracowanych traum z dzieciństwa. Jego ojciec był zawodowym żołnierzem, był surowy i dość wymagający. Z pomocą terapeuty Ziutek uznał, że może on wcale nie jest alkoholikiem, że wszystko to wina nieprzepracowanego dzieciństwa (cokolwiek to znaczy), więc podjął stosowną terapię. W jej trakcie popijał, aż w końcu, po kilkudniowym ciągu, usunęli go z tej terapii.

Na kolejnych terapiach, zalecanych przez terapeutów i psychologów, Ziutek szukał swojego wewnętrznego dziecka i starał się nim zaopiekować, pracował nad swoją złością, angażował się w warsztaty asertywności oraz ustawienia Hellingera, próbował terapii DDA, hipnozy, akupresury, borykał się z baklofenem, weryfikował inne terapie lekami, prosił o pomoc we wspólnotach kościelnych, i stale jednak pił – mniej lub więcej, ale raczej coraz więcej.

W międzyczasie Ziutek wiele razy próbował wracać do AA i podejmować pracę na Programie, ale zwykle okazywało się, że jest tam coś nie do przyjęcia, więc… znowu picie, znowu szukanie pomocy i – bez większych problemów – znajdowanie jej w postaci takiej lub innej psychoterapii. Tak minęło piętnaście lat. W przypadku Ziutka skuteczność AA (inne elementy jakoś mnie nie interesują) okazała się zerowa.

Nie opisywałem warunków, sytuacji, okoliczności i wszystkich możliwości w tych latach, ale te przecież są znane dorosłym polskim alkoholikom. Nieco inaczej wyglądała sprawa warunków i okoliczności, w jakich żyli alkoholicy w latach trzydziestych ubiegłego wieku w USA. Posłużę się tu cytatem, żeby nie było, że sam coś wymyślam.

W latach trzydziestych XX wieku Ameryka przeżywała fascynacje eugeniką, pseudonauką, która obiecywała wzmocnić rasę ludzką poprzez wyeliminowanie „niezdolnych” z puli genetycznej. Obok „słabych na umyśle”, obłąkanych oraz kryminalistów, do owej grupy zaliczały się kobiety, które uprawiały seks pozamałżeński (uważany za chorobę psychiczną), sieroty, niepełnosprawni, biedacy, bezdomni, epileptycy, onaniści, niewidomi i głusi, alkoholicy oraz dziewczęta o zbyt dużych genitaliach. Niektórzy eugenicy zalecali eutanazję i rzeczywiście, dokonywano jej bez rozgłosu w szpitalach psychiatrycznych, na dziesiątkach ludzi, przez tak zwane „śmiertelne w skutkach zaniedbanie” lub też jawne morderstwa. W jednym ze szpitali psychiatrycznych w Illinois nowych pacjentów pojono mlekiem krów zarażonych gruźlicą, w przekonaniu, że śmierć spotka tylko tych niepożądanych. Zmarło aż czterech na dziesięciu tych pacjentów. Bardziej popularnym narzędziem eugeniki była wymuszona sterylizacja, uskuteczniona na mnóstwie nieszczęśników, którzy wskutek pecha czy niewłaściwego zachowania wpadli w ręce rządów stanowych. („Niezłomny” – Laura Hillenbrand)

Rok 1939, USA.
John miał dość swojego picia, nie dawał sobie z nim rady, rozpaczliwie chciał przestać, ale sam jakoś nie potrafił. Odwiedziło go w domu jakichś dwóch facetów. Oświadczyli oni Johnowi krótko: John, jesteś alkoholikiem, zakałą naszej społeczności, więc cię wykastrujemy albo od razu uśpimy, żebyś się nie męczył, ale jest też druga opcja – biegniesz do AA i z największą determinacją poddajesz się Programowi Dwunastu Kroków. Żadne inne możliwości nie istnieją. Co wybierasz?

To teraz pytania: Czemu w początkach AA skuteczność była znacznie większa niż obecnie i czy rzeczywiście to wina AA? Jeśli człowiekowi psychicznie choremu podsunąć wiele różnych możliwości, to jaka jest szansa, że wybierze sensowną?

środa, 8 lipca 2026

Dogmaty i dogmatycy w AA

Bardzo dawno temu AA-owskie biuletyny czytywałem w miarę regularnie, zwłaszcza warszawski „Mityng”. Czytałem numery bieżące oraz archiwalne, kiedy mi tylko wpadły w ręce. W jednym z nich znalazłem przedruk artykułu z Grapevine, z czerwca 1999, „A może ogon macha psem” (Does the Tail Wag the Dog). Była w nim mowa o tym, że z połączonych doświadczeń alkoholików powstała podstawa Dwunastu Kroków, które miały być wskazówkami dla innych alkoholików, pragnących osiągnąć trzeźwość. I że sekretem powodzenia AA stało się dzielenie się doświadczeniem duchowym, siłą i nadzieją, ale bez odwoływania do jakichkolwiek dogmatów. To zresztą stanowi podstawową różnicę między Anonimowymi Alkoholikami, a dogmatycznymi sektami i religiami. Jest to także jeden z powodów, dla których, zbudowane na dogmatach religie, nie były dotąd w stanie pomóc alkoholikom; choć niektóre wyrażają w tym celu naprawdę dobrą wolę.

Z tego artykułu utkwił mi w głowie taki oto fragment:
Jeżeli martwota duchowa alkoholika ma zostać czymś wypełniona w AA, to lepiej żeby to było indywidualne duchowe dzielenie się doświadczeniem, siłą i nadzieją. Robienie dogmatów z Kroków, Tradycji czy Koncepcji to zniszczenie duchowej Wspólnoty i przekształcenie AA w sektę.
Wtedy, przed wielu laty, wydawało mi się, że całkiem dobrze rozumiem, co napisano. Przecież to było proste – w AA nie ma dogmatów, więc co tu roztrząsać, nad czym się zastanawiać. Oczywistość i tyle. I wtedy w AA w Polsce zapewne rzeczywiście tak było, to znaczy nie było dogmatów. Tyle, że czasy, warunki i okoliczności się zmieniają, i także w Polskiej wersji AA pojawili się dogmatycy.

Ale najpierw wyjaśnienie. Dogmat to stwierdzenie przyjmowane za pewne i prawdziwe jedynie na mocy autorytetu osoby, która je wygłasza, a dogmatyzm to bezkrytyczny stosunek do pewnych poglądów, odrzucający możliwość poddania ich weryfikacji.
Doktor Bob stwierdził, że… A jak jeszcze dodawać do tego „sam”, to przekaz staje się jeszcze bardziej dogmatyczny. Sam doktor Bob stwierdził, że… sam Bill W. napisał, że… sam Clarence Snyder ogłosił… itd. No tak, skoro sam doktor Bob, sam Bill, sam Clarence, to to musi być święta i jedyna prawda, czyż nie?

Najpierw pojedynczo, ale bardzo szybko lawinowo, zaczęli pojawiać się w środowisku AA w Polsce alkoholicy, przekonani, że do wytrzeźwienia w AA wiedzie tylko jedna droga – ta ich, oczywiście, że oni sami znają jedynie słuszną metodę stawiania Kroków, że Programu nie wolno w żaden sposób interpretować, że jeśli ktoś nie robi tego tak, jak oni, to robi to źle itp. Obecnie w każdym większym mieście można się na takich natknąć lub różne historie o nich usłyszeć.

W „Grapevine” z marca 1964 (przedrukowanym w „Mityngu”), w artykule „Czy coś złego dzieje się ze Wspólnotą AA?” wyczytałem kiedyś: Wiedziałem, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego.
Tak dawno temu, a wszystko to nadal tak bardzo aktualne. Straszne to!

Czasem zastanawiam się, czy u niektórych z nas lęk jest tak wielki, że uniemożliwia nam uczenie się, wyklucza zdolność do zmian, zrozumienie, że świat i doświadczenia ludzi się zmieniają, że brak otwartej głowy wyklucza rozwój, a o przebudzeniu duchowym w ogóle nie ma co marzyć?
Innym istotnym czynnikiem hamującym nasz rozwój jest przyzwyczajenie do swoich poglądów i przekonań. Wiąże się to z niską samooceną i lękiem przed utratą dobrego mniemania na własny temat. Boimy się zmiany zdania odbierając to jako przyznanie się do błędu. Nasze napuszone ego nam na to nie pozwala, duma i przekonanie o swojej nieomylności. Właśnie w ten sposób rekompensujemy sobie niskie poczucie własnej wartości. Jak miło jest myśleć, że jesteśmy nieomylni i racja jest po naszej stronie. Jak to miło głaszcze nasze ego. I jak szkodzi nowicjuszom i Wspólnocie…