niedziela, 12 stycznia 2020

Czy każdy mityng jest dobry?


Na forum dyskusyjnym, na którym się czasem udzielam, często bywa też weteran, którego lubię i szanuję. Co nie znaczy jednak, że zawsze się z sobą zgadzamy. Mocno broni on mityngów staropolskich, twierdząc że nigdy nie wiadomo, co komu pomoże. Starannie natomiast unika odpowiedzi na pytanie, w czym pomoże i na czym – konkretnie – ta pomoc polega.
Przypomniało mi się to po mityngu spikerskim, w jakim niedawno uczestniczyłem.

Był to mój czas duchowego słuchania (spiritual listening tool), więc nie odzywałem się na mityngu z założenia – pozwoliło mi to inaczej/lepiej słyszeć, więcej widzieć, głębiej przeżywać. W trakcie spotkania i po zakończeniu obserwowałem skrajnie różne reakcje. Od wzruszenia i łez poprzez akceptację, identyfikację i wdzięczność do znudzenia i zniecierpliwienia, bo… „mityng był nudny i bez wartości”. Najciekawsze wydaje mi się to, że każda z tych opinii była prawdziwa, w jakimś sensie.

Uczestnicy takiego spotkania są na różnym etapie swego duchowego rozwoju, przyszli z bardzo różnym nastawieniem i oczekiwaniami, inna jest ich kondycja emocjonalna i duchowa w danym momencie… Nie jest wykluczone, że za jakiś czas identyczny mityng odbieraliby zupełnie inaczej. Właściwie, to jestem tego nawet pewny.
To jednak nie znaczy, żebym zgadzał się z popularnym w AA w Polsce sloganem: nie ma złych mityngów. Ależ są! Jak najbardziej!

Powodów, dla których mityng AA był zły może być zapewne całe mnóstwo, ale w tej chwili wystarczą dwa:
a) Spotkanie nie jest zgodne z Preambułą, a dokładnie z tym jej fragmentem, który mówi, że dzielimy się doświadczeniem, siłą i nadzieją, żeby rozwiązać wspólny problem; jeśli na mityngu nie ma mowy o rozwiązaniu wspólnego problemu (to jest alkoholizmu), to jego wartość jest żadna.
b) Wypowiedzi uczestników są pasmem użalania się nad sobą, a nawet licytowania, komu przez ostatni tydzień wydarzyło się coś gorszego; mityngowe jęczydupstwo nie przybliża do rozwiązania problemu alkoholizmu, a wręcz przeciwnie – trzyma alkoholika w zaklętym kręgu koncentracji na sobie samym i własnych urazach.

Mityng spikerski, o którym wspomniałem wyżej, był zupełnie w porządku. Na temat rozwiązania wspólnego problemu, zgodny z zasadami i Tradycjami. A fakt, że jednym przyniósł dużo, innym średnio, a jeszcze innym nic, uważam za normalny i naturalny.

piątek, 3 stycznia 2020

Coś się kończy, a coś zaczyna...


…czyli rozważania na koniec/początek roku.

Obserwuję, jak to moi koledzy, znajomi i przyjaciele, z końcem starego roku albo początkiem nowego, dokonują rozmaitych obrachunków, bilansów i podsumowań, ale też wytyczają swoje plany na przyszłość, określają cele, które chcieliby osiągnąć przez najbliższe miesiące. Nie dziwi mnie to zupełnie ani nie niepokoi, bo i ja sam dawno, bardzo dawno temu, wyzbyłem się terapeutycznego lęku przed planowaniem.

Jako jednostki i jako wspólnota, z pewnością ucierpimy, jeśli całe zadanie planowania naszej przyszłości ograniczymy do niemądrze pojmowanej idei opatrzności. Prawdziwa Opatrzność wyposażyła nas, ludzi, w niebagatelną zdolność przewidywania, i Bóg na pewno życzyłby sobie, abyśmy z niej korzystali. Naturalnie nieraz pomylimy się w swoich kalkulacjach - zupełnie lub po części - ale lepsze to niż w ogóle nie myśleć o przyszłości („Jak to widzi Bill” s. 317).

Chociaż w 2019 roku dwa razy byłem hospitalizowany, to jednak uważam ten rok za udany – mimo to, a może właśnie dlatego. Oczywiście nie tylko dlatego, ale… reszta jest jeszcze bardziej osobista, więc zachowam ją dla siebie. Z kolei plany na przyszłość mam bardzo… jak by to powiedzieć… bieżące i łatwo modyfikowalne, więc i przywiązywać się do nich za bardzo nie mam zamiaru, natomiast forma zapisywania ich, byłaby już dla mnie zbyt poważnym podejściem do tematu, czułbym się zobowiązany, a nawet przymuszony do realizacji, a na to nie mam ochoty. Bo też czegoś się jednak nauczyłem na starym, żartobliwym tekście, o ewolucji postanowień noworocznych:

 Postanowienie 1
   2017: Będę lepszym mężem dla mojej Kasi.
   2018: Nie rozwiodę się z moją Kasią.
   2019: Postaram się odzyskać moją Kasię.
   2020: Będę lepszym mężem dla Wandy.

 Postanowienie 2
   2017: Będę co niedzielę chodził do kościoła.
   2018: Będę chodził do kościoła tak często, jak będę mógł.
   2019: Codziennie poświęcę parę minut na modlitwę i medytację w domu.
   2020: Co wieczór pooglądam TV Trwam.

 Postanowienie 3
   2017: Nie pozwolę, by szef rozstawiał mnie po kątach.
   2018: Nie pozwolę by mój sadystyczny szef doprowadził mnie do myśli samobójczych.
   2019: Będę twardy i nie dam mojemu szefowi szydzić ze mnie przy współpracownikach.
   2020: Opowiem o szefie mojemu psychiatrze.
 
 Postanowienie 4
   2017: Przeczytam w tym roku 20 wartościowych książek.
   2018: Przeczytam w tym roku 10 wartościowych książek.
   2019: Przeczytam w tym roku 5 książek.
   2020: Dokończę krzyżówkę. 

 Postanowienie 5
    2017: Nie będę się przejmował, jak Tomek i Ola będą się śmiali z mojej łysiny.
   2018: Nie będę się przejmował, jak Tomek i Ola będą się śmiali z mojego tupeciku.
   2019: Nie będę się przejmował, jak Tomek i Ola będą się śmiali z mojego gorsetu.
   2020: Nie będę więcej rozmawiał z Tomkiem i Olą.

 Postanowienie 6
   2017: Postaram się schudnąć do 80 kg.
   2018: Postaram się schudnąć do 90 kg.
   2019: Postaram się zejść z wagą do setki.
   2020: Stworzę realistyczne podejście do kwestii mojej wagi.

 Postanowienie 7
   2017: Nie będę pił przed 17.00.
   2018: Nie tknę butelki przed południem.
   2019: Nie zostanę alkoholikiem.
   2020: Przestanę się spóźniać na mityngi AA.

 Postanowienie 8
   2017: Przestanę wydawać pieniądze bez opamiętania.
   2018: Spłacę pożyczkę jak najszybciej.
   2019: Spłacę pożyczki jak najszybciej.
   2020: Wyjdę z długów do końca roku. 

 Postanowienie 9
   2017: Pójdę w tym roku na okresowe badanie do dentysty.
   2018: Zrobię sobie wypełnienia.
   2019: Pójdę na leczenie kanałowe.
   2020: Będę używał lepszego kleju do protez.


Nadal i nieustająco uważam i wręcz pewien jestem, że idea, filozofia Wspólnoty Anonimowych Alkoholików była największym, najważniejszym wydarzeniem (w sensie społecznym, bo przecież nie technologicznym) dwudziestego wieku. Niestety nadal, choć od zaledwie kilku lat, obserwuję zmiany w polskiej wersji AA i nie podoba mi się, jak żądza władzy, pycha, samowola, nawet korzyści finansowe, ubierane są w pozory dobra i maskowane tzw. „językiem serca”. Nie podoba mi się bylejakość i powierzchowność w sponsorowaniu i w służbach. Ale… Ale nic z tym zrobić nie mogę (nie chce mi się walczyć z kimkolwiek), więc zajmować się tym za bardzo w 2020 roku nie zamierzam. Oznaką tej mojej nowej postawy może być wycofanie się z internetowego warsztatu, w którym uczestniczyłem wiele lat – nie odpowiada mi szalejąca samowola prowadzących, ich najwyraźniej kompletna niezdolność do podporządkowania się decyzjom sumienia grupy, wiec… delikatnie dwa razy zwróciłem uwagę, a że to efektu żadnego nie przyniosło, to ja się wycofałem. I tak właśnie planuję swoją postawę wobec polskiej odmiany Wspólnoty AA. Tym bardziej, że coraz bardziej przesuwam swoją duchową aktywność, w kierunkach innych niż nasza Wspólnota AA.

Kilkanaście lat temu postanowiłem, zapewne nie do końca wiedząc jeszcze, co to będzie oznaczało w praktyce, że nie chcę i nie pozwolę, żeby „całe to trzeźwienie” (tak to wtedy nazywałem i obejmowało to zarówno terapie, jak i AA) stało się jedynym celem i sensem mojego życia. I to akurat postanowienie sukcesywnie realizuję…



wtorek, 19 listopada 2019

Wyjątkowo paskudne pytanie

Na pewno nie zawsze, ale stosunkowo często pytanie „po co?” jest trudne albo po prostu wredne. W naszym, to jest niepijących alkoholików, środowisku stwarza ono tak wiele problemów, że uciekamy od niego, jak od ognia. Po co zmieniane były pewne określenia i sformułowania w WK, skoro nie były one źle przetłumaczone? Tak, pytanie „po co?” często dotyczy intencji (choć nie tylko), a to okazuje się bardzo trudne, nawet dla trzeźwych alkoholików, „po Programie”. Jednak tym razem chodzi mi o inne „po co?”, bardziej fundamentalne.

Każdy uczestnik zamkniętego mityngu AA, nawet obudzony w środku nocy, potrafi przekonująco odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przestał pić. Odpowiedzi na nie może być wiele i wszystkie one będą mniej lub bardziej prawdziwe. Jednak pytanie „po co przestałem pić?” dla wielu z nas okazuje się wyzwaniem ponad siły. I, co ciekawe albo i dziwne, nie zawsze zmienia się to wraz z upływem czasu.

Przez dwadzieścia lat byłem świadkiem jak pytanie „po co przestałem pić?” padło w jakiejś grupie alkoholików, podczas mityngu lub na warsztatach, zaledwie kilka razy. Żadnej sensownej odpowiedzi nie usłyszałem nigdy, bo albo pytanie zostało milcząco zignorowane, albo zamieniano je w żart,  nerwowo i bez wesołości zaśmiewano.

Raz tylko, po mityngu, ktoś powiedział mi, że przestał pić po to, żeby wreszcie zacząć żyć normalnie. Nie komentowałem tego, zwłaszcza dlatego, że jakieś pół godziny wcześniej opowiadał, jak to po zaprzestaniu picia musiał się uczyć normalnego życia, bo pojęcia nie miał, co to takiego i na czym polega.

Dziwne to wszystko…


poniedziałek, 18 listopada 2019

Wybory, rezygnacje i strach


Rezygnując z wyboru z niczego nie rezygnujesz – zastanawiałem się dłuższą chwilę, czemu zdanie to stwarza wielu ludziom poważny kłopot. Bo podobno stwarza. Dziwne to, zwłaszcza w naszym, alkoholowym, środowisku.

Przeciwieństwem wolnego wyboru jest wybór zniewolony, wymuszony, ograniczony. Jeśli w sklepie mam ochotę ukraść kilka baterii, ale ochroniarz łazi za mną krok w krok, jakby nabrał jakichś podejrzeń, to ostatecznie w tych warunkach rezygnuję z kradzieży, ale czy to był mój wolny wybór? Jeśli Ziutka nie znoszę tak bardzo, że chętnie dałbym mu w mordę, ale boję się, że mi odda, to czy z zemsty zrezygnowałem w wyniku wolnego wyboru?
Zniewolonym można być w związku z brakiem wiedzy, wyobraźni, świadomości, w wyniku ograniczeń nałożonych przez własne przekonania i nawyki, i wiele innych, ale w tej chwili interesuje mnie, głównie i przede wszystkim, cwaniactwo i strach.

Może nie zawsze, ale w sumie jednak dość często, wybór (mniej lub bardziej wolny) wiąże się z rezygnacją. A co dzieje się, gdy nie chcę albo boję się z czegoś zrezygnować?

W środowisku niepijących alkoholików najbardziej znaną, największą, manifestacją tego typu jest określenie „zdrowiejący”. Ani chory, ani zdrowy. Prezenty, gratulacje, wyrazy uznania przyjmuje za coraz dłuższą abstynencję, ale jednocześnie dla swoich nagannych postaw, zachowań, decyzji, wyborów itd., ma nieustannie usprawiedliwienie w postaci choroby. Alkoholicy często nie chcą rezygnować z jednego lub drugiego, więc swój nieokreślony i niejasny stan utrzymują latami, w nieskończoność. Powiedzenie o sobie jasno i jednoznacznie: „wytrzeźwiałem”, byłoby właśnie wyborem, który wymagałby pewnej rezygnacji.

Trzeźwość wiąże się nierozerwalnie ze zdolnością dokonywania wyborów i przyjmowania odpowiedzialności za nie.