piątek, 6 listopada 2026

Alkoholizm jest koszmarny!

Alkoholiczka utknęła na Dziewiątym Kroku. Zadośćuczyniła skrzywdzonym ludziom we wszystkich sprawach o mniejszym znaczeniu, ale na spotkanie i rozmowę z byłym mężem nie potrafiła się zdobyć. Mijały tygodnie, później miesiące i nic się tu nie zmieniało. Sponsorka jasno stwierdziła, że na Programie nie przejdą do kolejnego Kroku, dopóki podopieczna nie zrealizuje zadośćuczynień. Więc czas leciał…

Do pewnego stopnia rozumiałem opory podopiecznej. W okresie picia za wszystkie swoje niepowodzenia życiowe, także i samo picie, obwiniała męża. Dziesiątkom znajomych, członków rodziny, czy współpracowniczek, opowiadała, jaki to on jest beznadziejny. Kiepski kochanek, za mało zarabia, nie ma za grosz poszycia humoru i inne takie. Wyzywała go, oczerniała, upokarzała, szczuła, obmawiała. Do czasu Kroków Czwartego i Piątego może rzeczywiście wierzyła, że ten człowiek jest winien całego zła, ale w trakcie obrachunku moralnego dotarło do niej, że mąż mógł nie mieć ochoty na seks z pijaną babą, że pieniądze w tej rodzinie trwoniła ona, że jej pijackie dowcipasy mogły go nie bawić. Coś się zmieniło, ale nie na tyle, żeby stanąć przed byłym mężem w postawie pokory i wyznać, że to ona, jej picie, roszczeniowa postawa oraz inne wady charakteru, zniszczyły to małżeństwo. Co to, to nie – na to nie pozwalała jej pycha.

Nie jestem pewien, czy do końca świadomie i z pełną premedytacją, ale ostatecznie alkoholiczka znalazła pewien sposób, wymyśliła rozwiązanie. Skoro sponsorka przypominała co jakiś czas o niepostawionym Kroku Dziewiątym i w tych warunkach nie chciała przejść dalej, do Kroku Dziesiątego, alkoholiczka umówiła się i spotkała z byłym mężem. Spieprzyła to zadośćuczynienie koncertowo. Rozmowa skończyła się awanturą, którą sprowokowała, wyrzutami, pretensjami. O ile wcześniej ich relacje dotyczyły tylko spraw formalno-prawnych i emocjonalnie były już nijakie (zerowe), bo rozwód odbył się kilka lat wcześniej, to teraz nienawiść, żal, urazy, pretensje i złość znów aż buzowały.

Na mityngach kobiecych, na które alkoholiczka głównie chodziła, nie skarżyła się wprost na sponsorkę, ale bardzo delikatnie i oględnie sugerowała, że za obecny kryzys odpowiada właśnie bezwzględna sponsorka, bo przecież alkoholiczka, migając się od zadośćuczynienia, napomykała w rozmowach z nią, że bez sensu jest wracać do przeszłości, że lepiej przekreślić grubą krechą dawne sprawy, że najwygodniej jest zostawić wszystko tak, jak jest itp.

Perfidia takiego działania i postawy zaskoczyła mnie i to bardzo, chwilowo nawet wprawiła w osłupienie. To był prawdziwy majstersztyk – nie upokarzać się przed byłym mężem, kolejny raz mu dowalić, a za wszystko obwinić sponsorkę z AA.

Sponsorowanie oczywiście się rozlazło, ale alkoholiczka wzbudzała swoją relacją tyle współczucia, że błyskawicznie znalazła inną sponsorkę, z którą postawiła pozostałe Kroki w dwie godziny. I tak, dumna z siebie, opowiadała na mityngach, jak zrobiła Program i jaka jest teraz trzeźwa i może sponsorować.

Cóż… alkoholizm to koszmarna choroba psychiczna…

czwartek, 5 listopada 2026

Zawiódł zdrowy rozsądek?

Po odkryciu, że tłumacze polskiej Wielkiej Księgi, do zdrowego i niezdrowego rozsądku dołożyli sobie cudzysłowy, próbując w ten sposób zmienić wymowę i przekaz tekstu, nad tematem rozsądku zastanawiałem się dalej, choć teraz nie o zapis z WK mi chodzi, ale o właściwe zrozumienie tego pojęcia i jego użycie w określonej sytuacji.

Rozsądek to zdolność trafnego oceniania sytuacji i odpowiedniego w niej zachowania się. Także zdolność racjonalnego, opartego na faktach, myślenia, ale też umiejętność przewidywania konsekwencji własnych działań, wyborów i decyzji. Czy rozsądek czymś się różni od zdrowego rozsądku? Moim zdaniem niczym.

W kilku dyskusjach w naszym środowisku pojawił się przykład, ilustrujący rzekomo, że rozsądek (zdrowy rozsądek) w pewnej sytuacji się nie sprawdził. Efekty jego zastosowania okazywały się wtedy niekorzystne. O jaką sytuację chodzi i czy rzeczywiście zawiódł rozsądek?

Ale najpierw powtórka z tematu skuteczności. Według specjalistów skuteczność profesjonalnej psychoterapii odwykowej sięgała czasem nawet 7%. Było to chyba około roku 2012, ale głowy za tę datę nie dam. Późniejszych danych nie znam, ale wątpię, żeby takowe w ogóle były – po wprowadzeniu terapii redukcji szkód (kontrolowanego picia) jak niby oceniać skuteczność takiego leczenia?

A co z tym rozsądkiem? Jest XXI wiek, środek Europy, wszyscy lub prawie wszyscy wiedzą, że alkoholizm to choroba, a choroby leczą lekarze, w placówkach służby zdrowia, a nie jacyś amatorzy, entuzjaści, spotykający się w piwnicy pod kościołem. Więc wybór profesjonalnej terapii wydawał się sensowny, zrozumiały i oparty na zdrowym rozsądku. To właśnie miałby być przykład takiej sytuacji czy okoliczności, w której tenże rozsądek zawiódł, bo chyba nie ulega wątpliwości, że skuteczność Programu AA (nie mylić z chadzaniem po mityngach) jest znacznie wyższa niż 7%.

Taki wybór – terapia zamiast Programu AA – tylko pozornie jest zdroworozsądkowy, bo żeby podejmować rozsądne decyzje, trzeba dysponować niezbędną wiedzą. Tak, trzeba byłoby wiedzieć, jak żałosną skuteczność oferowali profesjonaliści oraz wiedzieć, co do zaoferowania cierpiącemu alkoholikowi ma i miała Wspólnota AA.

Pacjent zgłasza się z wynikami badań u lekarza onkologa. Ten diagnozuje wprost: ma pan raka trzustki. Czy któryś pacjent po tym stwierdzeniu podziękuje i wyjdzie? Ależ skądże znowu! Pacjenci zawsze spytają o rokowania, o to, ile im życia zostało, o ewentualne leczenie, o koszty leczenia i wiele innych.
W poradni odwykowej klient rozmawia z terapeutą uzależnień. Nie ma już wątpliwości, że jest alkoholikiem. Czy teraz zapyta profesjonalisty, jakie są szanse na wyleczenie tego alkoholizmu? Czy teraz zapyta profesjonalisty, ilu alkoholików ten już skutecznie wyleczył z alkoholizmu? Czy teraz zapyta profesjonalisty, jak długo potrwa leczenie i czy na pewno zakończy się wyleczeniem? Czy teraz zapyta profesjonalisty o statystykę czy procent wyleczonych? Nie padnie żadne z takich pytań, prawda? Klient nie spyta nawet o certyfikat. Ze strachu? Ze wstydu? Nie wiem, ale to w końcu wszystko jedno, ważne, że takich pytań nie zada.

Wybór terapii zamiast Programu AA nie opiera się na rozsądku, świadomości i faktach, ale na braku wiedzy, a brak wiedzy, a nawet zaniechanie prób jej zdobycia, ze zdrowym rozsądkiem nic wspólnego nie mają.

niedziela, 1 listopada 2026

Poczucie winy alkoholika

– Piłem, trwoniłem pieniądze, wrzeszczałem na ciebie i dzieci, nie można było na mnie liczyć… tak to właśnie jest w przypadku alkoholizmu. Przepraszam, wybaczysz mi?
– Tak, wybaczam, wybaczam – odpowiada zmęczone żona – tylko do tego chlania nie wracaj.

Wybaczenie to darowanie komuś winy (https://sjp.pwn.pl/sjp/wybaczyć;2538507.html). Jeśli proszę o wybaczenie, to wygląda na to, że najpierw kogoś skrzywdziłem, a teraz jeszcze coś chcę, czegoś się od swojej ofiary domagam, na przykład chcę, żeby mi darowała. To po pierwsze, a po drugie – przeprosiny nie są zadośćuczynieniem albo tylko w tak drobnych sprawach, jak potrącenie kogoś koszykiem w sklepie. Ale to są zapewne sprawy oczywiste.

Na warsztacie internetowym KzK prowadząca zadała w październiku ciekawe pytanie o poczucie winy, nadmierne obwinianie się, rozpamiętywanie itp. Który to temat skłonił mnie do pewnych rozważań oraz sprawdzenia, jak to u mnie wygląda teraz.

Czy w przypadku postawionego Dziewiątego Kroku (sic!) w taki sposób, jak opisałem w pierwszych zdaniach, mogę twierdzić, że zadośćuczyniłem, że przecież wybaczono mi, a więc żadnego poczucia winy już nie mam i nawet nie powinienem mieć?

Słyszałem wiele razy, że nadmierne lub przesadne poczucie winy odczuwa człowiek, mimo że uzyskał przebaczenie. W opisanym przypadku alkoholik uzyskał przebaczenie, a przynajmniej tak się to może wydawać. Czy w tej sytuacji poczucie winy, które nadal odczuwa, jeśli odczuwa, rzeczywiście źle świadczy o nim samym? Że widocznie lubi się nurzać, uwielbia rozpamiętywać?

Alkoholik spowodował wypadek po pijanemu, w którym młoda kobieta straciła nogę. Alkoholik bez najmniejszego oporu zapłacił odszkodowanie, a dodatkowo zafundował ofierze laskę z kryształkami Swarowskiego. Do tego, rzecz jasna, przyznał, że bardzo mu przykro, wyznał że to tylko jego wina, przeprosił. Właściwie zrobił wszystko, co mógł, prawda? Czy zrobienie wszystkiego, co jest możliwe, przez alkoholika, sprawcę wypadku, likwiduje i powinno całkowicie usuwać jego poczucie winy?

Mechanizm nałogowego regulowania uczuć – nazywali to na terapii – albo po prostu zdolność i skłonność do najrozmaitszych sztuczek i manipulacji, byle tylko czuć się dobrze, a przynajmniej przestać się czuć źle, hula nadal po odstawieniu alkoholu. Więc ostatecznie nie przejmowałbym się aż tak znowu bardzo ewentualnym nadmiernym poczuciem winy alkoholików, co jednak rozmaitymi działaniami, które miałyby to realne poczucie winy jakoś sztucznie i szybko zniknąć.




---
W wybaczaniu i nie tylko: https://www.youtube.com/watch?v=_l7n7Gj2NAg 

poniedziałek, 26 października 2026

WKpl – dziwolągi i cudactwa

Krok Drugi w wersji WK z 2018 roku: Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek.

Zanim książka została wydana, proponowałem, żeby było to …może przywrócić nam poczytalność, bo w okresie picia byłem przecież i zachowywałem się jak ktoś zupełnie niepoczytalny. Poza tym angielskie sanity jest i było zawsze pojęciem problematycznym. Od dziesiątków lat toczy się – nie tylko u nas – dyskusja na temat różnicy między wyzdrowieniem (recovery), a wyleczeniem (cure), z czego korzystają różnej maści fanatycy. Recovered doesn’t mean cured, but simply that the symptoms of illness have been removed, via the spiritual awakening. Wyzdrowienie nie oznacza wyleczenia, ale po prostu usunięcie objawów choroby dzięki przebudzeniu duchowemu. Dlatego też w Wielkiej Księdze znaleźć można stwierdzenie: We have not recovered from alcoholism.

Ale, jak mawiał pewien weteran, alkoholik to takie cacuszko, co to aby żyć, musi mieć problemy, a jak ich nie ma, to sobie wymyśli, a jak już wymyśli, to musi je rozwiązywać, a jak nie potrafi, to użala się nad sobą. I pewnie z tego powodu mamy w swojej książce: Miałem też spróbować sposobu myślenia opartego na nowej świadomości Boga wewnątrz mnie. Oznaczało to, że „zdrowy rozsądek” miał ustąpić miejsca „niezdrowemu rozsądkowi” [WK wyd. z 2018 roku, s. 13] Więc w końcu jak to jest, pożądany jest zdrowy rozsądek i Siła większa może nam go przywrócić, czy może jednak liczy się, zalecany przez Billa Wilsona niezdrowy rozsądek?

Poza ewidentnymi błędami i sprzecznościami, jakie za ogromne pieniądze wepchnęli nam tzw. tłumacze, zaintrygowała mnie jeszcze kwestia cudzysłowów. Ten zdrowy i niezdrowy rozsądek występuje w polskiej Wielkiej Księdze w cudzysłowach, jak widać w cytacie ze strony 13 (wyżej). Jednak w mojej wersji „Alcoholics Anonymous" znaków cudzysłowu odnośnie common sence jakoś nie znalazłem. Ciekawe, kto i kiedy (jeśli było to dawno temu) pozwolił sobie manipulować tekstem tej książki, i po co? W Polsce efekty tego zabiegu bywają tragiczne, bo niektórzy alkoholicy gloryfikują i praktykują brak zdrowego rozsądku, gdyż rzekomo ten niezdrowy rozsądek zalecał sam Bill W.


„Alcoholics Anonymous": I was to test my thinking by the new God-consciousness within. Common sense would thus become uncommon sense. I was to sit quietly when in doubt, asking only for direction and strength to meet my problems as He would have me. Never was I to pray for myself, except as my requests bore on my usefulness to others.

Cudzysłów jest to znak interpunkcyjny używany głównie do zaznaczania cytatów, ironii, drwin, kpin, pseudonimów itp. Bill, wypisując swoje przemyślenia na temat zdrowego rozsądku, niewątpliwie nie cytował żadnego źródła. Więc powtarzam pytanie: kto pojęcia „zdrowy rozsądek” oraz „niezdrowy rozsądek” zamknął w cudzysłowie, manipulując oryginalnym tekstem i dając tym samym sygnał, że to żart, ironia, że nie należy tego traktować poważnie? A może chodziło o coś jeszcze innego?

Na koniec ciekawostka. Ten tekst z Big Book o zdrowym i niezdrowym rozsądku przepuszczony przez darmowy Translator Google zawiera pięć razy więcej sensu niż wersja niezwykle kosztownych polskich tłumaczy. Szkoda, że nie stało się tak z całą książką – mniej byłoby błędów i sprzeczności.


Miałem weryfikować swój sposób myślenia w oparciu o nową, wewnętrzną świadomość Boga. Dzięki temu zdrowy rozsądek miał stać się czymś więcej niż tylko zwykłym, ludzkim rozsądkiem. W chwilach zwątpienia miałem siadać w ciszy, prosząc jedynie o wskazówki i siłę, by stawiać czoła problemom tak, jak On by tego ode mnie oczekiwał. Nigdy nie wolno mi było modlić się w sprawach dotyczących wyłącznie mnie samego – chyba że moje prośby wiązały się z tym, jak mogę być użyteczny dla innych.

A to tekst wydania IV amerykańskiego, jakby ktoś chciał szukać cudzysłowów:

piątek, 16 października 2026

Pewna jest tu jedynie zmiana

Jeśli coś jest pewne i stałe w życiu niepijącego alkoholika, to zmiana. Choćby zmiana picia na niepicie, ale zwykle jednak tych zmian jest więcej. A otwarta głowa, to jest pogodzenie się z tym, że coś może wyglądać inaczej niż mi się dotąd wydawało, jest w procesie trzeźwienia kluczowa.

Opadła tzw. żelazna kurtyna, Polacy, w tym alkoholicy, zaczęli jeździć do Ameryki, pojawił się Internet, więc zaczynały do mnie docierać informacje o początkach AA. Wiele z nich znacznie różniło się od tego, co sobie wcześniej wyobrażałem albo wydawało mi się, że wiem, bo opowiadano na mityngach w moim miasteczku. Na przykład to, że zanim pojawiły się znane dziś i sformułowane w 12 Tradycjach AA zasady bezinteresowności i samowystarczalności finansowej, alkoholicy, którzy znaleźli rozwiązanie problemu alkoholizmu, chcieli pomagać innym, owszem, ale… nie za darmo. W latach 1935-1940 wielu pierwszych członków – w tym współzałożyciel, Bill Wilson – otwarcie traktowało rodzącą się wspólnotę jako okazję do zarobku i zrobienia biznesu. Cóż, choroba alkoholowa jest dość kosztowna i większość z nich przez swój alkoholizm straciła środki do życia i była poważnie zadłużona.

Bill Wilson oraz jeden z pierwszych członków, Hank Parkhurst (były menedżer w branży naftowej), założyli prywatną, nastawioną na zysk spółkę akcyjną Works Publishing, Inc. Wypisali oni własne certyfikaty akcji o wartości nominalnej 25 dolarów za sztukę i sprzedawali je innym członkom AA, a także znajomym nie alkoholikom. Celem spółki było wydanie książki „Anonimowi Alkoholicy” i czerpanie zysków z jej komercyjnej sprzedaży, co miało uczynić udziałowców bardzo bogatymi ludźmi.
Innym pomysłem na finansowe odbicie się od dna był plan powołania płatnych misjonarzy oraz franczyzy ośrodków. Zanim narodziła się idea darmowych mityngów pomysłem Billa W. i innych było budowanie lub przejmowanie prywatnych szpitali i komercyjnych ośrodków odwykowych, w których członkowie AA znaleźliby stałe, płatne zatrudnienie jako terapeuci.
Było jeszcze kilka innych takich pomysłów, ale – jak wiadomo – nic z tego nie wyszło. Książka została napisana i wydana, ale początkowo w ogóle się nie sprzedawała. Spółka Works Publishing niemal zbankrutowała, a Bill W. stracił dach nad głową. Jednak to nie brak pieniędzy był najpoważniejszą przeszkodą, ale potężne konflikty wewnątrz tej stosunkowo niewielkiej grupy. Inni członkowie (głównie z Cleveland) oskarżali Billa W. o to, że chce się na nich wzbogacić i traktuje AA jak prywatny biznes.

Realne zagrożenie rozpadem doprowadziło do tego, że w 1940 roku Bill W. i Hank P. zostali zmuszeni do przekazania wszystkich akcji Works Publishing na rzecz nowo powstałej, nienastawionej na zysk Fundacji Alkoholowej (Alcoholic Foundation). Wykupiono również akcje od pozostałych członków, co było konieczne, by osoby z zewnątrz i alkoholicy, którzy wrócili do picia, nie stali się współwłaścicielami Wielkiej Księgi i nie próbowali decydować o działaniu AA. Ostatecznie do 1942 roku wszystkie wyemitowane akcje zostały odkupione od inwestorów, aby prawa autorskie do książki w pełni należały do Wspólnoty. Samo wydawnictwo przekształciło się później w oficjalną strukturę Alcoholics Anonymous World Services, Inc. Natomiast The Alcoholic Foundation dała początek dzisiejszemu GSO (General Service Office) Wspólnoty Anonimowych Alkoholików w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

Rozpisałem się o historii, a miał to być zaledwie wstęp. W każdym razie 19 marca 2008 roku w artykule dotyczącym Siódmej Tradycji (https://meszuge.blogspot.com/2008/03/tradycja-7-wspolnoty-aa.html) pisałem:

Tradycja Siódma pojawiła się we Wspólnocie AA stosunkowo późno. W pierwszych latach swojej działalności Anonimowi Alkoholicy prosili o dotacje i otrzymywali je – choć wydaje się, że nigdy w takiej wysokości, jakby sobie życzyli. Dopiero w 1945 roku powiadomili Johna D. Rockefellera oraz innych darczyńców, że od tej chwili nie potrzebują już pomocy finansowej.
Od tego czasu Rada Powierników konsekwentnie odmawiała przyjmowania dotacji z zewnątrz. Warto jednak pamiętać, że Rada Powierników to nie cała Wspólnota – Tradycje AA przyjęte zostały dopiero podczas pierwszej Konwencji Międzynarodowej AA w Cleveland (VII 1950). Oznacza to, że właściwie dopiero wtedy Wspólnota zadeklarowała oficjalnie i jako całość zasadę pełnego samofinansowania.
Fakt, że Siódma Tradycja nie obowiązywała we Wspólnocie AA „od zawsze” o dziwo, bardziej mnie do niej przekonuje, więcej mam do niej zaufania, niż gdyby okazało się, że stanowi ona czyjeś… no, powiedzmy „objawienie”. Jeśli zmiana nastąpiła tak późno, to niewątpliwie jako wynik całego szeregu konkretnych, trudnych, lecz wartościowych doświadczeń. Można zresztą poczytać o nich w naszej literaturze.

Przyznaję, że do dziś nie potrafię zrozumieć alkoholików, którzy walczą z rzeczywistością i próbują negować fakty, bo te nie pasują do ich wyobrażeń i przekonań. Nie ma zmian – nie ma trzeźwienia czy trzeźwości. Obecnie nie jest już może tak źle, ale kiedy kilkanaście lat temu wspominałem, że pierwsi członkowie chcieli zarabiać na AA, to bywały chwile, że obawiałem się, że skoczą mi do gardła i grdykę przegryzą; ze strachu i wściekłości.

Teraz to, co miało być najważniejsze i pytania, na które szukam odpowiedzi. Poniższy cytat pochodzi z artykułu współzałożyciela Anonimowych Alkoholików Williama „Billa W.” Wilsona zatytułowanego „The Individual in Relation to AA as a Group”, opublikowanego w lipcu 1946 roku w magazynie AA Grapevine. Podobno znaleźć go też można w „Języku serca”:

Dopóki istnieje choćby najmniejsze zainteresowanie trzeźwością, nawet najbardziej niemoralny, aspołeczny i krytyczny alkoholik może zgromadzić kilka podobnych sobie osób i ogłosić, że powstała nowa grupa Anonimowych Alkoholików. Chociaż sprzeciwiają się Bogu, medycynie, naszemu programowi zdrowienia, a nawet sobie nawzajem – te zbuntowane osoby nadal stanowią grupę AA, jeśli tak właśnie się postrzegają!
Przetłumaczono z DeepL.com (wersja darmowa).

Im większa liczba członków, im liczniejsza grupa, tym więcej pieniędzy, nawet jeśli pochodzą one tylko z naszych dobrowolnych datków, to chyba oczywiste i nie budzi wątpliwości. Pytania, na które nie znajduję odpowiedzi: Co do zaoferowania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią, ma grupa alkoholików minimalnie zainteresowana trzeźwością, grupa składająca się z ludzi niemoralnych i aspołecznych, ale za to sprzeciwiających się Programowi AA? Jaki cel przyświecał Billowi, gdy jeszcze w 1946 roku takimi metodami próbował powiększać Wspólnotę AA? Może za mało rozgarnięty jestem i tego nie rozumiem. Ktoś podpowie coś sensownego?

środa, 7 października 2026

Krótkotrwałe zyski zamiast...

Zmagając się z Krokami IV-V odkryłem, że w życiu, także tym przed uzależnieniem, moim życiem rządziła pewna reguła, a może zasada, która w ostatecznym rozrachunku bardzo źle mi służyła: wybierałem krótkotrwałe zyski zamiast długofalowych efektów. Właściwie to moje nadmiarowe, ryzykowne, destrukcyjne picie, też tu pasuje.

Mnóstwo razy, bez pełnej świadomości, co się tu właściwie odbywa, odruchowo wybierałem krótkotrwałe zyski niwecząc tym samym szanse na długofalowe efekty, ale z tego właśnie najczęściej nie zdawałem sobie sprawy. „Najczęściej” nie znaczy „zawsze”, ale jednak na tyle często, żeby spieprzyć sobie życie. Banalny przykład, z tych, które rozumiałem. Dostawałem od matki każdego dnia pięć złotych. Na swoje potrzeby, na co chciałem, na cokolwiek. Gdybym te pięciozłotówki zbierał choćby miesiąc, mógłbym kupić coś naprawdę sensownego, ale to mi się nigdy nie udało. Codziennie wydawałem pieniądze na bzdury – ciastka, napoje, gównianą zabawkę z kiosku lub targowiska, pestki dyni, lizaki itp. Doraźna korzyść wygrywała u mnie z możliwością osiągnięcia efektów znacznie bardziej pożądanych. Bo zawsze coś chciałem, ale najważniejsze, że chciałem już, zaraz, natychmiast.

Wspominałem, że dotyczyło to także picia. Powiedzmy, że czegoś się bałem, o coś martwiłem. Mogłem przemyśleć sprawę, skonsultować z kimś, podjąć określone działania, ale nie! Chciałem przestać się bać czy martwić zaraz, już, a nie dopiero jutro lub za trzy dni. Szklanka wódki pomagała zmienić samopoczucie w jakieś 1,5 minuty. To, że problem nie został nijak rozwiązany, a często wręcz narastał, w tym momencie nie było już ważne. Krótkotrwały zysk został osiągnięty, ale pogrzebał szansę na jakiś długofalowy efekt.

To wszystko mało miejsce dawno temu. Nauczyłem się z czasem świadomie dokonywać innych wyborów, odraczać gratyfikację i udaje się to prawie zawsze. Jeśli wracam do tematu i potrzeby trzeźwego wybierania pomiędzy krótkotrwałymi zyskami, a długofalowymi efektami, to dlatego, że obserwuję mityngi w moim mieście. Kiedyś, to jest 10-15 lat temu, mityngi 3-4 grup, merytorycznie stały na bardzo wysokim poziomie, skupiając się na rozwiązaniu problemu alkoholizmu. Ale później… nie, nic nie stało się nagle, to była bardzo długa seria zdarzeń typu: no tak, gada nie na temat (narusza Tradycje, obraża innych, uskutecznia prelekcje i odczyty zamiast dzielić się doświadczeniem itp.), ale nie będę mu przerywał, żeby nie psuć atmosfery, niech już się wygada dla świętego spokoju. I tak było – mityng milutko dobiegł do końca, cieplutkiej atmosfery nikt nie zakłócił, ale… Ktoś tu jakby zapomniał, że przyzwolenie na małe zło może jedynie doprowadzić do większego zła. I to, niestety, już widać. Jakieś próby wprowadzenia świeczek, jakieś próby dodawania do scenariuszy zakazów i nakazów, jakieś wymuszanie na obecnych, by zachowywali się, jak małe dzieci w przedszkolu czy żłobku, lub raczej klienci grupowej psychoterapii odwykowej, propozycje tematów, którymi AA się nie zajmuje, i inne takie.

Trzeźwość to powrót do normalności. Czy w normalnym towarzystwie, wśród dorosłych ludzi, ktoś, kto chce coś powiedzieć, podnosi rączkę, a wypowiedź zaczyna od: Jestem Jan Kowalski, pracuję jako kierowca? Ale… może my w ogóle nie pragniemy trzeźwości, za to pożądamy rytuałów i obrzędów, i żeby ktoś inny odpowiadał za nasze zachowanie i dyktował je nam? 
Jeśli grupa ludzi nie ma żadnego regulaminu, to na czym będzie się opierać podczas spotkania? Ano na zasadach dobrego wychowania wpojonych przez rodziców, babcie, ciocie i nauczycieli w podstawówce. To nie wiesz, że w towarzystwie, w grupie, nie przekrzykuje się innych? Nie wiesz, że nie używa się publicznie wulgaryzmów? Naprawdę?

Choć jezuita de Mello nie pisał o alkoholikach, to ten cytat pasuje do wielu z nas idealnie:
Większość ludzi twierdzi, iż pragnie jak najszybciej opuścić przedszkole. Ale nie wierz im. Nie mówią prawdy. Jedyne, czego naprawdę chcą, to by naprawić im popsute zabawki. „Oddaj mi moją żonę”. „Przyjmij mnie znowu do pracy”. „Oddaj mi moje pieniądze”. „Zwróć mi moją wcześniejszą reputację”. Tego właśnie naprawdę chcą. Pragną, aby zwrócić im dotychczasowe zabawki (życie). Tylko tego, niczego więcej. Psychologowie twierdzą, że ludzie chorzy w istocie rzeczy nie chcą naprawdę wyzdrowieć. W chorobie jest im dobrze. Oczekują ulgi, ale nie powrotu do zdrowia. Leczenie bowiem jest bolesne i wymaga pracy, wyrzeczeń. Przebudzenie, jak wiadomo, nie jest rzeczą najbardziej przyjemną. W łóżku jest ciepło i wygodnie, budzenie nas irytuje [„Przebudzenie” Anthony de Mello SJ].

A szkoda…