sobota, 12 września 2026

Mierne szanse nowicjuszy

Słuchałem kolejnych wypowiedzi mityngowych, ale też uważnie obserwowałem nowych członków AA. Dla dwóch był to pierwszy mityng w ich życiu. Inni mieli pewnie po kilka-kilkanaście tygodni abstynencji. Prawdopodobnie rozważali kwestię poproszenia kogoś o sponsorowanie. A może szukali argumentów, by tego nie zrobić, nie wiem. Wszyscy z zainteresowaniem słuchaliśmy harcorowych piciorysów lokalnego weteraństwa i ich strasznych opowieści, które rzekomo powinny ułatwić identyfikację. Patrząc na tych nowych, przypomniałem sobie swoje początki, ale też pewien cytat z „Anonimowych Alkoholików”:

Część z was myśli sobie: „Tak, to, co tutaj mówicie, to prawda, ale nie odnosi się w pełni do nas. Przyznajemy, że mamy niektóre z tych symptomów, ale nie doszliśmy do takich skrajności jak wy i raczej nie jest to w naszym przypadku bardzo prawdopodobne, bo po tym, co nam opowiedzieliście, rozumiemy samych siebie tak dobrze, że coś takiego nie może się znowu wydarzyć . Nie straciliśmy wszystkiego z powodu picia i na pewno nie mamy takiego zamiaru . Dzięki za informacje” [WK, wyd. 2018, s. 38-39].

Cztery lata przed zaprzestaniem picia przeczytałem dwie książki na temat alkoholizmu („Grzech czy choroba?” i „Życie w trzeźwości”). Po ich lekturze doszedłem do wniosku, że wiem już wystarczająco dużo, żeby samemu sobie poradzić. Wtedy, i w ten sposób, rozpoczął się najgorszy okres mojego życia i destrukcyjnego picia; bardzo boleśnie przekonałem się, że nawet rzetelne informacje na temat alkoholizmu, nie leczą alkoholizmu.
Niektórzy z tych nowych mieli to wszystko jeszcze przed sobą.

Te swoje koszmary przeżywałem jakieś trzydzieści lat temu. Wielką Księgę Bill napisał ponad dziewięćdziesiąt lat temu. Czemu to wszystko, w dokładnie ten sam sposób, dzieje się nadal? Zresztą, nie tylko to.

Uzgadnianie zasad współpracy w potencjalnym podopiecznym kolejny raz nie wyszło poza trzecie spotkanie. Nie tylko mnie nie wyszło, bo i kilku kolegom również. Kiedy do kandydata zaczynało docierać, że na tym Programie coś trzeba będzie robić, często odkrywał, że on chyba jeszcze nie jest gotowy, ale na pewno się tym zajmie, jak tylko znajdzie pracę, pogodzi się z żoną, spłaci długi, wyleczy wątrobę itp.
W rozdziale „Praca z innymi” mowa jest o alkoholikach, którzy są święcie przekonani, że najpierw muszą rozwiązać w swoim życiu bardzo dużo bardzo ważnych problemów, na przykład finansowych, a dopiero później i pod takim warunkiem…

Powtórzę – minęło ponad dziewięćdziesiąt lat, dlaczego to wszystko dzieje się nadal i to w dokładnie taki sam sposób?

Mój sponsor do dziś powtarza, że dopóki nie pijemy, wszystko jest możliwe. W środowisku AA setki razy słyszałem, że najpierw sprawy najważniejsze, a najważniejsze jest, żeby przestać pić, wytrzeźwieć, bo mnie ta wódka zabije (w szczytowym okresie piłem 1,5 litra na dobę), a jeśli nawet nie, to z innych planów, zamierzeń i nadziei, i tak nic nie będzie.

Wspólnota AA dysponuje ogromnym doświadczeniem i to od dziesiątków lat. Czemu nikt nie jest w stanie uczyć się na naszych błędach, korzystać z doświadczeń Anonimowych Alkoholików, wniosków, które z nich w oczywisty sposób wypływają, i wreszcie wiedzy gromadzonej w bólach, przez tysiące ludzi, od tak dawna...

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Warsztat KzK jesienią 2026

 Znany jest już termin kolejnego warsztatu Dwunastu Kroków organizowanego przez grupę AA "Krok za Krokiem".


niedziela, 23 sierpnia 2026

Ulubiona gra alkoholików

 Gra w „tak, ale…” – rozdział z książki „Łzy w deszczu”


Obok idącego ulicą Antka zatrzymuje się elegancki samochód, otwiera drzwi Ziutek, dawny znajomy Antka i z radosnym uśmiechem woła:

Ziutek: - Cześć! Co za spotkanie, dobrze cię widzieć! Świetnie wyglądasz! Gdzie idziesz, daleko? Wsiadaj, to cię podrzucę!

Antek: - Ale wybieram się na plac Puchatka, nie wiem, czy ci będzie po drodze?

Ziutek: - Słyszałem, że ty prawdziwy bohater jesteś, przestałeś pić! No, no... Gratuluję! Ale wsiadaj szybko, nie marudź, ja tu nie mogę tyle stać! No, prędzej! - Antek wsiadł do auta i pojechali.

Ziutek: - Wprawdzie na plac Puchatka zupełnie nie jest mi po drodze, ale chciałem z tobą o czymś pogadać. Ile to już nie pijesz? Dwa lata?

Antek: - Już prawie pięć. I cztery nie palę.

Ziutek: - Popatrz, popatrz, jak ten czas leci... Bo widzisz, ja też bym już chciał przestać pić i palić. Wiesz, trochę mi to zaczęło przeszkadzać. No i Kaśka się czepia, cha, cha, cha!

Antek: - No to przestań. Powiem ci tylko, że naprawdę warto. W każdym razie ja nie żałuję.

Ziutek: - Żeby to było takie proste! Bo to nie wiesz? A jak ty to zrobiłeś? Doradź coś, pomóż staremu kumplowi.

Antek: - Zgłosiłem się do poradni odwykowej. Powiedziałem, że nie potrafię przestać pić i... tak się zaczęło.

Ziutek: - Ty nie rób sobie jaj, wiesz przecież, że ja, na moim stanowisku, do takiej poradni w żadnym wypadku pójść nie mogę. I co niby, miałbym tam siedzieć razem z tymi menelami? Pomóż mi i poradź coś sensownego.

Antek: - To nie jest prawda, że tam chodzą sami menele. Leczyłem się w jednej grupie z prokuratorem, lekarzem i księdzem.

Ziutek: - Tak, ale co innego jakiś tam prokurator, a co innego JA. Nie, to nie dla mnie.

Antek: – W porządku, nie zmuszam. W takim razie wybierz się na spotkanie Anonimowych Alkoholików.

Ziutek: - No, niby tak, ale ja nie wiem, gdzie to jest i przecież o taki adres nie mógłbym się nikogo spytać.

Antek: - Nie ma problemu, zawsze możemy pójść razem. W jaki dzień ci pasuje, bo mityngi AA są codziennie?

Ziutek: - To świetnie, a o której godzinie?

Antek: - Zwykle zaczynają się o szesnastej, siedemnastej albo osiemnastej.

Ziutek: - Nieee, to odpada, wiesz, o tej porze to ja mam jeszcze kupę obowiązków w firmie.

Antek: - To możemy wybrać się w sobotę. W soboty te spotkania są o jedenastej.

Ziutek: - To dobrze. Pójdziemy razem. Ale ty gwarantujesz moją anonimowość? Bo wiesz, jakby te ochlapusy dowiedziały się, kim jestem, to... Sam rozumiesz.

Antek: - Gwarantować zachowanie dyskrecji to ja mogę za siebie, a nie za innych ludzi. Ale czym ty się przejmujesz, przecież oni są w takiej samej sytuacji jak ty i też im zależny na anonimowości.

Ziutek: - Tak, ale w tych warunkach to ja nie mogę. Zrozum człowieku, firma, stanowisko, biznesowe kontakty...

Antek: - To możemy jeździć raz w tygodniu do N. To tylko trzydzieści kilometrów, brykę masz super, żaden problem, prawda?

Ziutek: - Tak, ale czy ty chłopie myślisz, że w N. mnie nie znają? Moje interesy sięgają dalej, niż sądzisz.

Antek: - A może raz w miesiącu będziemy jeździć do W.? To przecież inne województwo...

Ziutek: - Może to i dobry pomysł, ale chyba jednak nie dla mnie – tyle czasu to ja nie mam, sam wiesz, jak to jest: rodzina, interesy, delegacje. I tego jeżdżenia to ja mam już po dziurki w nosie.

Antek: - To może staraj się sam, we własnym zakresie realizować zasady, jakimi kierują się niepijący alkoholicy?

Ziutek: - Tak, to dobry pomysł, jak mogę sam, to jasne. Co mam robić?

Antek: - Na przykład nie trzymać alkoholu w domu...

Ziutek: - No tak, ale u mnie to jest niemożliwe. Często przychodzą rodzice Kaśki, teść lubi wypić, poza tym kontrahenci... Nie, tego nie mogę.

Antek: - To na przykład taka zasada HALT (Hungry, Angry, Lonely, Tired). Masz się starać nigdy nie być głodnym, rozłoszczonym, przemęczonym i samotnym.

Ziutek: - E... chłopie, ty mi tu jakieś głodne kawałki... Ja cię prosiłem o pomoc jak przyjaciela, a ty... Ja firmę prowadzę, nie mam czasu na regularne i zdrowe odżywianie. A jak czasem kogoś nie opier... od góry do dołu, to się biznes nie będzie kręcił. Cha, cha, cha!

Po chwili przyjaciele się rozstali. Co się wydarzyło? Czas na analizę. Ano, Antek dostał na początek zaproszenie do gry w postaci prezentu: kilka pochwał, uśmiech, przysługę, która wiązała się z wyrzeczeniem. Wprawdzie o tym, że Ziutkowi na plac Puchatka nie jest po drodze dowiedział się dopiero, gdy już ruszyli, ale początkowo nie zwrócił na to uwagi. Jako że otrzymał te... bonusy, poczuł się zobowiązany. I tak miał się czuć. Bo za chwilę padła prośba o pomoc. Pragnąc jakoś się zrewanżować, Antek wymyślał coraz to inne techniki, sposoby i metody, ale Ziutek wszystkie odbijał jak piłeczkę pingpongową. W efekcie Antek był coraz bardziej sfrustrowany, a Ziutek, w demonstracyjny sposób, coraz bardziej nim zawiedziony i rozczarowany. Ale, co ciekawe, kiedy się rozstawali, to Antek był przygnębiony i zawstydzony (zawiódł nadzieje przyjaciela, rozczarował go), a Ziutek – wesoły jak szczygiełek. Dlaczego? To przecież proste. Zaprosił kolegę do gry i Antek zaproszenie przyjął. Nieważne, czy świadomie, czy nie. Gra potoczyła się tak, jak chciał i to Ziutek ostatecznie ją wygrał. Wygrał, czyli dostał to, na czym mu zależało. Przekonał sam siebie, że chciał, poważnie chciał coś zrobić ze swoim piciem i paleniem. Nawet w tym celu wyświadczył Antkowi przysługę (podwiózł go kawałek), poprosił o radę i pomoc. Ale Antek nie chciał albo nie umiał mu pomóc, co w sumie na jedno wychodzi. Teraz, przez najbliższe lata, Ziutek może demonstracyjnie rozczulać się nad sobą, opowiadając wszem wobec, jak to zawiódł się na przyjacielu, jak prosił o pomoc i jak tej pomocy nie dostał i... na to konto, z żalu, nadal pije i pali. Nie dosyć, że Antek pomógł Ziutkowi uzyskać przekonanie, że coś starał się ze sobą zrobić, a więc ma czyste sumienie, to jeszcze dostarczył mu znakomity powód do dalszego chlania. Mistrzowska gra!

sobota, 15 sierpnia 2026

Odpowiedzialność za jakość

W ostatnich latach, w trakcie rozmów ze znajomymi i kolegami z AA, zauważyłem, że w naszym środowisku pojawiają się bardzo podobne wyniki obserwacji i stwierdzenia, z których jednoznacznie wynika, że merytoryczna jakość mityngów sukcesywnie spada, w porównaniu do, na przykład, okresu sprzed 10-15 lat. Dlaczego tak się dzieje? Z jakiego powodu? Różne osoby miewały różne pomysły na ten temat, ale ostatecznie zaczęła się krystalizować wersja, którą i ja popieram – odpowiedzialność za mierną i pogarszającą się jakość mityngów ponoszą prowadzący.

Odpowiedzialność, to ważne, bo nie winę. O winie orzeka sąd, nie AA. Poza tym wina zakłada działanie celowe, w złej wierze, z premedytacją, a jestem pewien, że nie w tym rzecz. Prowadzący zwykle nie są złymi ludźmi. Są po prostu nieudolni, wystraszeni i rozpaczliwie pragną, żeby wszyscy ich lubili, chcą być w pełni aprobowani. I tyle, niestety, wystarczy, żeby jakość mityngów systematycznie spadała. Jak to działa? Proszę bardzo…

1. Lokalny weteran, 26 lat abstynencji, tokuje już siedemnaście minut i zupełnie nie na temat. Prowadzący, 3 lata abstynencji, boi się mu przerwać i zwrócić uwagę. Nie jest też pewien, czy wolno mu to zrobić, a jeśli nawet, to nie wie, jak. Postanawia nie reagować nijak. W końcu weteran kiedyś tam skończy.

2. Prowadzący podaje uzgodniony w scenariuszu grupy temat mityngu, to jest Krok, Tradycję i fragment z „Codziennych refleksji”. Zapada martwa cisza, bo najwyraźniej nikomu te akurat tematy nie pasują. Prowadzący nie potrafi wejść w rolę moderatora (moderator to osoba, która kieruje dyskusją i czuwa nad jej właściwym przebiegiem) i podsunąć innego tematu. Nie zna literatury AA, nie wie, czy wolno mu to zrobić, bo się, że jakby zrobił, to go skrytykują. Z ulgą przyjmuje wypowiedzi zupełnie nie na temat i nie dotyczące wspólnego rozwiązania; cieszy się, że w ogóle ktoś coś mówi.

3. Na wielu mityngach uczestnicy mogą zaproponować dodatkowy temat spotkania. Bardzo dobry pomysł, notabene. Prowadzący nie rozumie i nie rozpoznaje pojęcia „zaproponować” i uważa, że musi akceptować wszystkie pomysły, wszystkie propozycje dodatkowych tematów, choćby nic wspólnego nie miały z AA i Programem. Panicznie boi się zdecydować: nie, tego tematu omawiać dziś nie będziemy, bo – na przykład – AA nie zajmuje się psychologią rodzinną i opiekuńczą. Albo prawem pracy. Albo teoretycznymi rozważaniami jakichś psychologicznych zagadnień.

4. Alkoholik przedstawia się, a następnie wyjmuje z kieszeni notes i zaczyna odczytywać z niego jakąś prelekcję lub wykład, na przykład na temat wspólnych cech osób chorych na chorobą alkoholową i wpływu tych cech na relacje z innymi osobami, także z wewnętrznym dzieckiem Przerażony prowadzący nie odważa się przerwać, pozwala na dalsze okradanie grupy z jej czasu.

5. Alkoholik wypowiadający się używa wulgaryzmów („rzuca mięsem”) jest ordynarny, podnosi głos. Wyjątkowo dokładnie i z drastycznymi szczegółami opisuje, jak gwałcił dzieci i kobiety w okresie picia. Na wystraszonego prowadzącego nie ma co liczyć, a gdyby nawet ośmielił się jakoś zareagować, mówca oznajmia, że on ma prawo na mityngu „wyrzucić z siebie”… to czy tamto. Prowadzący nie wie, czy może rzeczywiście w AA istnieje takie prawo, więc kładzie uszy po sobie i nie robi nic.

Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze… Czyżby? Na niektórych mityngach wydaje się, że najważniejsze jest dobro prowadzącego. I jego święty spokój. I żeby nic nie musiał robić. I żeby nie narażał się na ocenę. Prowadzący, wystraszony i skoncentrowany na swoim wizerunku, nie zapewni grupie poczucia bezpieczeństwa. Nie zadba o jakość spotkania, nie upomni się o Piątą Tradycję i dobro nowych uczestników mityngu.

Podczas rozmowy na ten temat ktoś zadał pytanie: Powierzyliście Ziutkowi służbę prowadzącego, ale skoro sobie z nią kompletnie nie radzi, to dlaczego nie wybierzcie do niej kogoś innego? I tu konsternacja. Wreszcie ktoś odważył się przyznać, że grupa niczego Ziutkowi nie powierzała, po prostu przyszedł na mityng i oznajmił, że tę służbę sobie bierze. A kiedy nawet ktoś go o to „branie sobie służb” zapytał, Ziutek odparł, że tak zdecydował jego sponsor.
Naprawdę tak się to robi? Naprawdę tak działają Anonimowi Alkoholicy? Jakoś nadal pamiętam, że u nas, w AA, służbę powierza grupa. Poza AA, co oczywiste, może to wyglądać inaczej.

Anonimowi Alkoholicy od ponad dziewięćdziesięciu lat dysponują rozwiązaniem problemu alkoholizmu. W polskiej wersji AA nigdy nie popularnym i nie powszechnym, ale to już inna sprawa. Podczas naszych spotkań dzielimy się doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać ten nasz wspólny problem. Jestem starym człowiekiem, ale może jeszcze dożyję takich czasów, kiedy grupy, które przez kilkanaście lat oferowały nowym rozwiązanie, radośnie i ochoczo wrócą do programu problemów i radości. Choć trochę szkoda…

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Wartościowy temat mityngu

Jedna z pierwszych grup poznańskich w opracowanym wykazie do scenariusza mitingu proponuje takie tematy jak: „Etiologia choroby alkoholowej – próba indywidualizacji przyczyn alkoholizmu, Próba charakterystyki typowych trudności w małżeństwie AA, Prezentacja postaw małżonek w okresie abstynencji partnera (próba syntezy) czy Kształtowanie się nowego modelu stosunków towarzyskich rodziny AA”. („Historia AA w Polsce,” s. 131). Ustalono nawet, że w grupie wszyscy będą musieli opracowywać referaty tematyczne. Niepokoiło to wtedy nawet terapeutów do których przychodzili niektórzy z alkoholików prosząc o książki na temat alkoholizmu, potrzebne do napisania tych prac.

Kiedy tylko przypomnę sobie te tematy mityngów z początków działania AA w Polsce, bywam zarówno rozbawiony jak i przerażony. Alkoholicy (z AA raczej nie miało to zbyt wiele wspólnego) działali w dobrej wierze, naprawdę wszelkimi metodami starali się utrzymać abstynencję. Straszne to były czasy, koszmarne pomysły i dramat wielu ludzi. Ale… ale czy rzeczywiście tego typu wydarzenia należą do czasów słusznie minionych?

Byłem niedawno na spotkaniu. Sala pełna, ze czterdzieści osób. Tematami niby miał być Krok i Tradycja przypadające na bieżący miesiąc, ale chyba nikt ich nie poruszał. Za to prowadzący i grupa ochoczo zaaprobowali tematy proponowane przez dwóch uczestników. Nagrywać nie wolno, pamięć już też nie tak dobra, więc nie będę się upierał, że te tematy były dokładnie takie; powiedzmy więc, że tak mniej więcej, tak mi się wydawało.

Środowisko Anonimowych Alkoholików jako czas, miejsce i okoliczności generujące, albo i nie, prawdziwe przyjaźnie – analiza wartościowo-porównawcza.

Zatracanie się w pomaganiu w środowisku AA i wobec alkoholików, jako wskazanie do kształtowania osobistego egoizmu – synteza i uzasadnienie zjawiska.

W tym drugim przypadku autor tematu odczytał z kartki, przygotowaną wcześniej, prelekcję, a może referat. Na oba tematy, a także inne w stylu „problemów i radości”, członkowie grupy wypowiadali się ochoczo i krępujących chwil milczenia nie było.

Jakoś tak w połowie przypomniał mi się alkoholik, weteran, którego nazywano bodajże Szampon Piwny, i jego słowa, kiedyś popularne w AA i nawet publikowane w „Mityngu”: Alkoholik to takie cacuszko, co to aby żyć, musi mieć problemy, a jak ich nie ma, to sobie wymyśli, a jak już wymyśli, to musi je rozwiązywać, a jak nie potrafi, to użala się nad sobą. Ja dodałbym jeszcze, że często też zawraca głowę tymi swoimi wydumanymi problemami każdemu, kogo dopadnie, próbując sprawić, by i ten ktoś miał jakiś problem.

Wyszedłem po godzinie, choć spotkanie jeszcze trwało. Wydaje mi się, że po prostu doszło do niewielkiej pomyłki, kolega miał mnie zabrać na mityng AA.

wtorek, 21 lipca 2026

Ważne są słowa, a nie fakty

Uczestniczyłem w zajęciach grupowych pierwszej psychoterapii odwykowej oraz mityngach AA, i czasem popijałem, ale to inna historia. Na terapii uczono mnie (nakazy, zakazy, instrukcje, zalecenia, regulamin udzielania informacji zwrotnych), a podczas mityngów uczyłem się sam, obserwując i słuchając weteranów. Gorzała nie cały mózg mi wyżarła, więc stosunkowo szybko przyswajałem właściwe słowa, wyrażenia i określenia. Byłem więc trzeźwiejącym alkoholikiem (broń Boże nie trzeźwym!), chodziłem z żoną do kina lub na zakupy (broń Boże powiedzieć chodziliśMY!), trzeźwiałem tylko i wyłącznie dla siebie (broń Boże dla żony czy dzieci!), było nie do pomyślenia, żebym powiedział, że w szkole na lekcje wf chodziło się na boisko („się” było dopuszczalne tylko w odniesieniu do samego siebie) itd. itp.

W moim przypadku zrozumienie przyszło stosunkowo szybko, bo już podczas drugiej, zamkniętej terapii. Napisałem pracę zaleconą przez terapeutę, przeczytałem ją podczas zajęć grupowych, zebrałem pochwały od członków grupy, Waldek, terapeuta i alkoholik prowadzący grupę, też wydawał się zadowolony, ale za to Marzena, szefowa terapeutów, która wtedy akurat wizytowała naszą grupę, wylała mi na głowę kubeł lodowatej wody. Stwierdziła spokojnie, że świetnie manipuluję terapeutycznymi słowami kluczowymi (oczywista pozostałość po poprzedniej terapii), ale faktycznie jestem jak dotąd odporny na jakiekolwiek zmiany. Na zmiany?! Jakie zmiany? To coś trzeba w życiu zmieniać? Nie wystarczy nauczyć się właściwych słów i zwrotów? Specyficznego sposobu mówienia? To te wszystkie błędy i dziwolągi językowe nie są objawem i dowodem, że trzeźwieję we właściwy sposób?

Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie!… To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów. (WK, s. 52)

Miałem 3-4 miesiące abstynencji, gdy trafiłem na kilka tygodni do Centrum Terapii Nerwic. Tam bardzo szybko usłyszałem od psychologów i innych pacjentów, że w nadmiarowy i wręcz groteskowy sposób nadużywam zaimka „ja”. To nie byli alkoholicy i mocno ich raziła moja nieustanna koncentracja na sobie.

Rzadko naprawdę musimy używać zaimka ja. W jednej sytuacji jest to rzeczywiście konieczne: gdy, odpowiadając na pytanie zaczynające się od słowa kto, musimy przyznać, że to my. Albo przyznać się, że to my. W innych wypadkach mówienie ja jest co najmniej niekonieczne. [...] My dla zwykłego mówienia o sobie mamy końcówki czasownika. To nimi mówimy, że to my. I piszemy. Byłem to co innego niż byłeś czy był. Kiedy mówimy, a zwłaszcza piszemy ja, to tak, jak gdybyśmy pokazywali na siebie palcem: „patrzcie, to ja!”. Ludziom skromnym przychodzi to z trudnością [Jerzy Bralczyk, "1000 słów"].

A na mityngach tyle przecież opowiadałem o swojej skromności i pokorze.
Minęło ćwierć wieku…

Kiedy spiker kolejny raz użył słów „wybierałem picie”, opowiadając o latach i okolicznościach picia, zauważyłem kątem oka, jak lokalny weteran podskoczył, jakby go osa użądliła. No, pomyślałem, będzie akcja. I była. Podczas mityngu komentować cudzej wypowiedzi nie wolno, ale łatwo się nauczyć tak wypowiadać, że niby to własne doświadczenie, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby przysrać przedmówcy. Weteran oznajmił dobitnie: JA jestem prawdziwym alkoholikiem, JA dawno straciłem możliwość wyboru w kwestii picia. Użycie słowa „wybierałem” świadczyć miało o nieuznaniu bezsilności wobec alkoholu, o chęci picia i nawrocie.
Przypomniałem sobie swoje picie. Przez wiele lat, co jakiś czas, robiłem kilkudniowe przerwy w chlaniu. Czyli jednak były momenty, w których wybierałem niepicie, z jakiegoś tam powodu, zwykle ze strachu.

Okazało się, że życie spikera, w czasach picia, po przełomie i uzyskaniu abstynencji na Programie i wreszcie obecnie, nie ma większego znaczenia, bo liczy się tylko to, że użył w odniesieniu do alkoholu i picia, zakazanego na terapii odwykowej słowa „wybierałem”.

Kilka tygodni później miało miejsce zdarzenie bardzo podobne, w pewnym sensie. Spiker wyznał, że postanowił zwrócić się o pomoc, gdy zobaczył, jak jego kilkuletnia córeczka płacze ze strachu, gdy go widzi. Zdecydował, że dla niej zrobi wszystko, byle nigdy więcej nie widziała go pijanego. I znów pewnego alkoholika wręcz zatelepało. Kiedy przyszła jego kolej oznajmił, że on wie na pewno, że rezygnacja z picia ma sens tylko wtedy, gdy robi się to jedynie dla siebie samego. Jeśli podejmuje się leczenie lub Program AA dla kogoś, to na pewno skończy się to powrotem do picia i w ogóle jest bez sensu. Tutaj przyznaję, że nie wytrzymałem i powiedziałem, że można przestać pić dla kochanego pieska, to nie ma znaczenia, bo jeśli rzeczywiście dojdzie do wytrzeźwienia, przebudzenia duchowego, całkowitej zmiany psychiki, to wszystko i tak znajdzie się na właściwym miejscu, a te pierwsze motywy lub impulsy przestają w ogóle być ważne.

To zdarzenie na terapii, kiedy to zwrócono mi uwagę, że manipuluję terapeutycznymi słowami kluczowymi, za czym nie szły żadne realne zmiany, miało miejsce na początku 1999 roku. Niestety, obecnie obserwuję ten sam proces. Choć „jedynie słuszne” słowa, zwroty i określenia, bywają już czasem inne, na przykład: jestem niewystarczająco dobra, za mało ufam Bogu, uważałem się za pępek świata. Jeśli często i z przekonaniem używa się tych „właściwych” pojęć, to trzeźwieje się tak, jak należy. Realne życie, postępowanie, zachowanie, przekonania, relacja z rodziną, nikogo za bardzo nie obchodzą – ważne, by dobrze mówić.

Minęło sporo czasu od kiedy odkryłem, że trzeźwienie to proces powrotu do normalności, a trzeźwość oznacza normalność, a mityngowo-terapeutyczne zaklęcia i specjalne słowa, to jednak za mało, żeby wytrzeźwieć. I smutno mi, kiedy słyszę, jak alkoholicy popełniają moje błędy sprzed wielu lat.
W Opolu można usłyszeć: pokaż mi, do czego mnie przekonujesz. Samym gadaniem i właściwymi słowami można tylko robić dobre wrażenie w środowisku ludzi psychicznie chorych, zaburzonych, na przykład na mityngu AA. O obecnym życiu i trzeźwości to nie świadczy.