Uczestniczyłem w zajęciach grupowych pierwszej psychoterapii odwykowej oraz mityngach AA, i czasem popijałem, ale to inna historia. Na terapii uczono mnie (nakazy, zakazy, instrukcje, zalecenia, regulamin udzielania informacji zwrotnych), a podczas mityngów uczyłem się sam, obserwując i słuchając weteranów. Gorzała nie cały mózg mi wyżarła, więc stosunkowo szybko przyswajałem właściwe słowa, wyrażenia i określenia. Byłem więc trzeźwiejącym alkoholikiem (broń Boże nie trzeźwym!), chodziłem z żoną do kina lub na zakupy (broń Boże powiedzieć chodziliśMY!), trzeźwiałem tylko i wyłącznie dla siebie (broń Boże dla żony czy dzieci!), było nie do pomyślenia, żebym powiedział, że w szkole na lekcje wf chodziło się na boisko („się” było dopuszczalne tylko w odniesieniu do samego siebie) itd. itp.
W moim przypadku zrozumienie przyszło stosunkowo szybko, bo już podczas drugiej, zamkniętej terapii. Napisałem pracę zaleconą przez terapeutę, przeczytałem ją podczas zajęć grupowych, zebrałem pochwały od członków grupy, Waldek, terapeuta i alkoholik prowadzący grupę, też wydawał się zadowolony, ale za to Marzena, szefowa terapeutów, która wtedy akurat wizytowała naszą grupę, wylała mi na głowę kubeł lodowatej wody. Stwierdziła spokojnie, że świetnie manipuluję terapeutycznymi słowami kluczowymi (oczywista pozostałość po poprzedniej terapii), ale faktycznie jestem jak dotąd odporny na jakiekolwiek zmiany. Na zmiany?! Jakie zmiany? To coś trzeba w życiu zmieniać? Nie wystarczy nauczyć się właściwych słów i zwrotów? Specyficznego sposobu mówienia? To te wszystkie błędy i dziwolągi językowe nie są objawem i dowodem, że trzeźwieję we właściwy sposób?
Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie!… To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów. (WK, s. 52)
Miałem 3-4 miesiące abstynencji, gdy trafiłem na kilka tygodni do Centrum Terapii Nerwic. Tam bardzo szybko usłyszałem od psychologów i innych pacjentów, że w nadmiarowy i wręcz groteskowy sposób nadużywam zaimka „ja”. To nie byli alkoholicy i mocno ich raziła moja nieustanna koncentracja na sobie.
Rzadko naprawdę musimy używać zaimka ja. W jednej sytuacji jest to rzeczywiście konieczne: gdy, odpowiadając na pytanie zaczynające się od słowa kto, musimy przyznać, że to my. Albo przyznać się, że to my. W innych wypadkach mówienie ja jest co najmniej niekonieczne. [...] My dla zwykłego mówienia o sobie mamy końcówki czasownika. To nimi mówimy, że to my. I piszemy. Byłem to co innego niż byłeś czy był. Kiedy mówimy, a zwłaszcza piszemy ja, to tak, jak gdybyśmy pokazywali na siebie palcem: „patrzcie, to ja!”. Ludziom skromnym przychodzi to z trudnością [Jerzy Bralczyk, "1000 słów"].
A na mityngach tyle przecież opowiadałem o swojej skromności i pokorze.
Minęło ćwierć wieku…
Kiedy spiker kolejny raz użył słów „wybierałem picie”, opowiadając o latach i okolicznościach picia, zauważyłem kątem oka, jak lokalny weteran podskoczył, jakby go osa użądliła. No, pomyślałem, będzie akcja. I była. Podczas mityngu komentować cudzej wypowiedzi nie wolno, ale łatwo się nauczyć tak wypowiadać, że niby to własne doświadczenie, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby przysrać przedmówcy. Weteran oznajmił dobitnie: JA jestem prawdziwym alkoholikiem, JA dawno straciłem możliwość wyboru w kwestii picia. Użycie słowa „wybierałem” świadczyć miało o nieuznaniu bezsilności wobec alkoholu, o chęci picia i nawrocie.
Przypomniałem sobie swoje picie. Przez wiele lat, co jakiś czas, robiłem kilkudniowe przerwy w chlaniu. Czyli jednak były momenty, w których wybierałem niepicie, z jakiegoś tam powodu, zwykle ze strachu.
Okazało się, że życie spikera, w czasach picia, po przełomie i uzyskaniu abstynencji na Programie i wreszcie obecnie, nie ma większego znaczenia, bo liczy się tylko to, że użył w odniesieniu do alkoholu i picia, zakazanego na terapii odwykowej słowa „wybierałem”.
Kilka tygodni później miało miejsce zdarzenie bardzo podobne, w pewnym sensie. Spiker wyznał, że postanowił zwrócić się o pomoc, gdy zobaczył, jak jego kilkuletnia córeczka płacze ze strachu, gdy go widzi. Zdecydował, że dla niej zrobi wszystko, byle nigdy więcej nie widziała go pijanego. I znów pewnego alkoholika wręcz zatelepało. Kiedy przyszła jego kolej oznajmił, że on wie na pewno, że rezygnacja z picia ma sens tylko wtedy, gdy robi się to jedynie dla siebie samego. Jeśli podejmuje się leczenie lub Program AA dla kogoś, to na pewno skończy się to powrotem do picia i w ogóle jest bez sensu. Tutaj przyznaję, że nie wytrzymałem i powiedziałem, że można przestać pić dla kochanego pieska, to nie ma znaczenia, bo jeśli rzeczywiście dojdzie do wytrzeźwienia, przebudzenia duchowego, całkowitej zmiany psychiki, to wszystko i tak znajdzie się na właściwym miejscu, a te pierwsze motywy lub impulsy przestają w ogóle być ważne.
To zdarzenie na terapii, kiedy to zwrócono mi uwagę, że manipuluję terapeutycznymi słowami kluczowymi, za czym nie szły żadne realne zmiany, miało miejsce na początku 1999 roku. Niestety, obecnie obserwuję ten sam proces. Choć „jedynie słuszne” słowa, zwroty i określenia, bywają już czasem inne, na przykład: jestem niewystarczająco dobra, za mało ufam Bogu, uważałem się za pępek świata. Jeśli często i z przekonaniem używa się tych „właściwych” pojęć, to trzeźwieje się tak, jak należy. Realne życie, postępowanie, zachowanie, przekonania, relacja z rodziną, nikogo za bardzo nie obchodzą – ważne, by dobrze mówić.
Minęło sporo czasu od kiedy odkryłem, że trzeźwienie to proces powrotu do normalności, a trzeźwość oznacza normalność, a mityngowo-terapeutyczne zaklęcia i specjalne słowa, to jednak za mało, żeby wytrzeźwieć. I smutno mi, kiedy słyszę, jak alkoholicy popełniają moje błędy sprzed wielu lat.
W Opolu można usłyszeć: pokaż mi, do czego mnie przekonujesz. Samym gadaniem i właściwymi słowami można tylko robić dobre wrażenie w środowisku ludzi psychicznie chorych, zaburzonych, na przykład na mityngu AA. O obecnym życiu i trzeźwości to nie świadczy.





