niedziela, 3 czerwca 2018

Notatki sponsora (odc. 103)


Pytanie, a więc i dodatkowy temat mityngu, brzmiało: Czemu we Wspólnocie AA nie wolno udzielać rad? I wtedy się zaczęło… 
Jestem absolutnie przekonany, że zakaz ten przeniesiony został na spotkania AA bezpośrednio z zajęć grupowych psychoterapii odwykowej – we Wspólnocie AA nigdy nic takiego nie miało miejsca.

Opierając się na własnym doświadczeniu, możesz mu udzielić wielu praktycznych rad. (WK, s. 83)

Pierwsze, co rzuciło mi się w uszy to przekonanie niektórych uczestników spotkania, że Wspólnota AA = mityng AA. Trochę mnie to zaskoczyło – jak tak właśnie miałem, ale… to było kilkanaście, prawie dwadzieścia lat temu. Czyżby nic się od tego czasu nie zmieniło?

Zastanowiła mnie też próba obrony grup, które zakaz udzielania rad (w trakcie mityngu, a nie w ogóle!) mają zawarty w jakichś tam swoich regulaminach, z powoływaniem się na IV Tradycję włącznie. Nie wiem, przed czym ta obrona, skoro nikt nie atakował grup, tym niemniej faktem jest, że grupa AA może… wiele różnych rzeczy – pod warunkiem, że nie wystawia tym na szwank imienia Wspólnoty AA. Ale czy naprawdę nie wystawia?

Usłyszałem też, że na grupach, które zakaz udzielania rad mają w swoich scenariuszach, tak naprawdę rad się udziela, ale należy to robić w taki sposób, żeby rada nie wyglądała na radę. I wtedy uważny słuchacz zapewne jakoś wyłapie z dziwacznie skonstruowanej wypowiedzi sugestię, po którą przyszedł, której naprawdę potrzebuje.

Przyznaję, że to ostatnie wprawiło mnie w osłupienie. Bo jak to?! Grupie nikt nie może scenariusza mityngów narzucić, grupa opracowuje go sobie sama i sama, w dowolnym momencie, może opracować jakiś inny. W tymże scenariuszu grupa umieszcza pewien zakaz, a zaraz potem zaczyna uczyć swoich członków (obecnych i nowych) jak ten zakaz lekceważyć, ignorować, omijać. Jak w specjalny sposób konstruować wypowiedzi, żeby wydawało się, że zakazu nie naruszają, choć w rzeczywistości to robią. Według mnie to obłuda i zakłamanie. Tak ma działać grupa AA, tego uczyć? Takie świadectwo wystawiać Wspólnocie Anonimowych Alkoholików?

Zasady, normy, prawa, przepisy, reguły, są po to, żeby ich przestrzegać – proste, prawda? Taka zdolność jest cechą ludzi dojrzałych i odpowiedzialnych. Jeśli jednak chcemy udzielać rad, to może jednak łatwiej i uczciwiej byłoby zlikwidować zakaz, który zresztą sami wymyśliliśmy, zamiast tworzyć specjalne pokrętne, manipulacyjne i nieuczciwe konstrukcje językowe, dzięki którym uczestnicy mityngu będą mogli nadal udawać, że przestrzegają zasad. Tak – udawać!

Zaiste, alkoholizm to straszna choroba psychiczna…




---
A przy okazji… Wszystkich tych, którym wydaje się, że radzić nie wolno, ale sugerować tak, informuję, że rady i sugestie to synonimy, oznaczają w zasadzie to samo:

SUGESTIA
1. «czyjś wpływ na myśli, przekonania, zachowania drugiej osoby lub całej grupy»
2. «czyjeś rady, pomysły lub propozycje»
3. «informacja, która nie wynika wprost z czyjejś wypowiedzi lub jakiegoś tekstu, ale jest w nich zawarta np. w formie aluzji»


czwartek, 24 maja 2018

Notatki sponsora (odc. 102)

Ten wpis powinien chyba nosić podtytuł: zła wiadomość dla podopiecznych.

Jakoś tak, dziwnym trafem, bardzo często się zdarza, że alkoholik, który pod opieką sponsora zaczyna pracę na Kroku IV albo V, nagle zaczyna mieć problemy ze zdrowiem. Ja nie wiem, czy te choroby i dolegliwości są prawdziwe, czy urojone, nie moja sprawa, nie znam się, nie jestem lekarzem, jednak obserwuję to zjawisko od lat i – jak na zwykły przypadek – trochę tych zdarzeń za dużo.

A zła wiadomość jest taka, że praca na Programie Dwunastu Kroków AA to nie szkoła ani zakład pracy, w których to miejscach respektowane są zwolnienia chorobowe albo też inne usprawiedliwienia (pogrzeb dziadka, ślub córki itp.). Program AA jest programem działania, a to oznacza, że jeśli pewnych działań nie wykonasz, to efektu nie będzie, bez względu na to, jak wiarygodne masz usprawiedliwienie. Jako sponsor przyjmuję do wiadomości, że podopieczny był chory i w związku z tym nie mógł (jak twierdzi) zdążyć, zrobić, zadzwonić, przyjąć na spotkanie. Nawet za bardzo nie wnikam, czy wyjaśnienia są realne i sensowne, bo bez względu na ich prawdziwość, efektu z niezrobionych prac, niepodjętych działań, nie będzie. Szef może przyjąć twoje wyjaśnienia, ale alkoholizm ma głęboko w du… w nosie twoje usprawiedliwienia, nawet te najprawdziwsze.

poniedziałek, 21 maja 2018

Notatki sponsora (odc. 101)


W pewnym miasteczku w Polsce usłyszałem na mityngu AA określenie „inwentura” (dokładnie to: zdaję sponsorowi inwenturę IV Kroku). Zdaje się, że tubylcy używali go zamiast prostego, zwykłego, znanego wszystkim z IV Kroku „obrachunku”. Tę „inwenturę” zawiera tylko (stary, właściwie to staropolski) słownik Doroszewskiego: https://sjp.pwn.pl/doroszewski/inwentura;5435259.html We współczesnej polszczyźnie takie określenie już od dawna nie występuje. Gdy szukać „inwentury” w aktualnym, współczesnym Słowniku Języka Polskiego, zawsze trafiamy na odnośnik do słowa „inwentaryzacja”: https://sjp.pwn.pl/szukaj/inwentura.html
Oczywiście nie każdy musi umieć po polsku, nie każdy korzysta ze słowników, ale… Wpadło mi do głowy, żeby spytać tych miłośników „inwentury”, czy kiedykolwiek widzieli coś takiego na drzwiach zamkniętego sklepu albo gdzieś słyszeli? Odparli, że nie, że zawsze to była „inwentaryzacja” albo „remanent”, ewentualnie w Kościele „rachunek sumienia”.  Kolejne pytanie w tej sytuacji brzmiało: Po co? Po co używać specjalnego, udziwnionego języka? Na to odpowiedzieć nie potrafili.

Jakieś dziesięć lat temu pisałem (https://meszuge.blogspot.com/2009/02/wrogowie-wspolnoty-aa.html ):
Wydaje mi się, że od samego początku, od narodzin, Wspólnota AA nieustannie, stale i wciąż musi się przeciwstawiać dwóm poważnym zagrożeniom. Jednym z nich jest – nie zawsze uświadomiona – wewnętrzna potrzeba stworzenia organizacji, a drugim ciągoty i pokusy o charakterze sekciarskim.
[…]
Jako alkoholik, z jednej strony nie znałem siebie zupełnie, ale z drugiej uważałem, że jestem nikim. Byłem też bardzo samotny, właściwie bez swojego miejsca w życiu. To dość oczywiste, prawda? Chciałem wreszcie być kimś, nie wiedziałem jeszcze za bardzo kim, ale wiedziałem, że nie byle kim. Chciałem też w końcu odnaleźć to swoje miejsce w życiu, ale ono też nie miało być byle jakie. Pić przestałem, jednak moje pragnienia i potrzeby jakiejś niezwykłości, wyjątkowości i nieprzeciętności pozostały. Tak było, a ja nie mam do siebie o to pretensji.
Myślę, że miałem szczęście, że w tym okresie nie trafiłem do jakiejś prawdziwej sekty. Oczywiście nie chodzi mi o taką lub inna doktrynę (religijną albo inną), ale o te elementy sekty, które zapewnia ona swoim członkom… przynajmniej w początkowym okresie: poczucie identyfikacji i przynależności, jakaś wyjątkowość i swoiste praktyki, ekskluzywizm (wyjątkowość i niedostępność dla ogółu), tajemnica, specyficzny język, obrzędy i tradycje, jakieś specjalne znaki i symbole identyfikujące, określone rytuały inicjacyjne, itd. 

Tajemniczy, udziwniony język, w którym określone słowa i pojęcia przybierają inne znaczenie wśród członków sekty, a inne w normalnym, powszechnie używanym przez resztę społeczeństwa języku, jest typowy dla sekt. Dzięki niemu właśnie członkowie sekty zapewniają sobie tak pożądany ekskluzywizm (wyjątkowość). 

Bill W. twierdził: Nigdy nie zdarzyło nam się, abyśmy chcieli być po prostu jednym z członków rodziny, jednym z przyjaciół, szeregowym pracownikiem… (12x12, s. 55). Ano, właśnie… zwyczajny, przeciętny, szeregowy – przecież to nie może być o mnie!!! A jeśli nie potrafię wyróżnić się czymś naprawdę dobrym, pożytecznym dla ludzi, to choć sekciarskim narzeczem będę się wyróżniał!

To nawet nie musi być całkiem błędne, ani tym bardziej zakazane (chodzi mi o te różne moralne inwentury, służebnych alkoholików, cudaczne akredytacje itp.), jeśli jednak prawdą jest, że podstawowym zadaniem, istotą Kroku Dziesiątego jest doraźna korekta zachowań oraz rozpoznanie intencji, prawdziwych, niezafałszowanych motywów naszych działań, postaw i wyborów, to może my, alkoholicy, powinniśmy częściej i bardziej wnikliwie pytać samych siebie, po co? dlaczego? chcemy… to, czy tamto.

I wszystko zapewne byłoby w porządku, gdyby nie to, że jesteśmy trzeźwi… podobno… a trzeźwość oznacza normalność, naturalność, zwyczajność. A może to tylko mnie się tak wydaje…

wtorek, 24 kwietnia 2018

Notatki sponsora (odc. 100)

Gdzieś mi wpadło w ucho, może nawet w „Warcie” o tym pisali, że jest pomysł, żeby Dwunastą Tradycję AA, która aktualnie wygląda tak: Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych tradycji przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami, zmienić na: Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych Tradycji, przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobowościami, ewentualnie …że zasady są ważniejsze od osobowości. Jak już chyba widać, kłopot pojawił się wraz z tymi wysoce  problematycznymi „osobowościami”.

W oryginale angielskim Dwunastej Tradycji nie ma mowy o osobistych ambicjach – to fakt. Czy jednak można użyć tam określenia „osobowości”? Tylko dlatego, że w oryginale mamy: …ever reminding us to place principles before personalities?
„Personalities” to – według internetowego słownika – osobowość, osobistość, indywidualność, charakter, prezencja i kilka innych. Tłumacz powinien biegle znać język, z którego dokonuje przekładu, ale tak samo dobrze albo nawet lepiej, język na który tłumaczy – w tym przypadku polski. Jednak zdanie „pierwszeństwo zasad przed osobowościami” lub „zasady są ważniejsze od osobowości” po polsku jest wysoce problematyczne, niejasne, mętne, niezrozumiałe, niewyraźne, po prostu enigmatyczne. Cóż z tego, że tak jest po angielsku… Po angielsku mieliśmy też sanity, unmanageable i mnóstwo innych, które trzeba było sensownie (sensownie, a nie dosłownie!) przełożyć na poprawny i zrozumiały język polski.

Osobowość (słownik PWN) jest to całość stałych cech psychicznych i mechanizmów wewnętrznych, które wpływają w sposób decydujący na zachowanie człowieka. Osobowość jakąś, jakąkolwiek, ma każdy człowiek i każdy inną, to właśnie odróżnia go od pozostałych ludzi, czyżby więc AA-owskie zasady miały być ważniejsze od wszystkich ludzi na ziemi? Absurd! Nie mamy (czy aby na pewno?) ambicji sekciarskich i nie będziemy próbować narzucić wszystkim ludziom własne zasady! A może zasady Wspólnoty AA są ważniejsze od stałych cech psychicznych każdego człowieka? Przecież to sensu nie ma! 

Osobowość to także (nadal zgodnie ze słownikiem): «człowiek o cechach wyróżniających go spośród innych ludzi», ale w przypadku tej definicji konieczne jest określenie tej wyróżniającej cechy. Słyszał ktoś kiedyś zdanie: To jest Ziutek, on jest osobowość? – oczywiście, że nie! Ale zdanie: To jest Ziutek, on ma dominującą (medialną, uległą, apodyktyczną, telewizyjną, prawną itd.) osobowość – oczywiście, tak.

Tak więc, wydaje mi się, że dałoby się zastosować w naszej Tradycji te nieszczęsne „osobowości” (jeśli koniecznie trzeba), jednak pod warunkiem doprecyzowania, konkretnego dookreślenia tego pojęcia.  W tej sytuacji jest to po prostu konieczne. Na przykład: zasady są ważniejsze od dominujących osobowości – jest jasne. Zasady są ważniejsze od naszych osobowości – też dobrze, wszak jesteśmy alkoholikami, mamy/mieliśmy zaburzoną osobowość, i za tą wersją mocno obstaję, wydaje mi się najlepsza, najwłaściwsza.
Oczywiście „osobowość” to nie jedyne słowo w języku polskim, które koniecznie wymaga jakiegoś uściślenia, tak samo jest na przykład z „cechami”. W zdaniu: Reguły są ważniejsze od cech, niezbędne byłoby określenie, jakich cech? czego cech? czyich cech? których cech?
W każdym razie jeśli do wyrazu "osobowość" nie dołoży się jakiegoś określenia, to pozostaje pierwsza definicja, to jest... «całość stałych cech psychicznych i mechanizmów wewnętrznych regulujących zachowanie człowieka», a o tym było już wcześniej.

Prezentuję tu różne argumenty, przekonuję, ale przecież jestem technikiem, a nie polonistą, nie znam się, głowa może mnie oszukiwać, może mi się tylko wydaje, więc warto i trzeba spytać kogoś, kto się na tym naprawdę dobrze zna. I tak okazuje się, że językoznawca, doktor habilitowany Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistka współpracująca z naukowym wydawnictwem PWN, jednoznacznie wypowiedziała się w tej kwestii:

Pytanie:
Interesuje mnie zdanie Pierwszeństwo zasad przed osobowościami. Wyraz po wyrazie jest ono przełożone z angielskiego (principles before personalities) i przekład ten jest zapewne poprawny, ale jego polska wersja wydaje mi się mocno problematyczna. Przed jakimi osobowościami? Jak rozumieć to Pierwszeństwo zasad przed osobowościami? Co z tego niby wynika? O co chodzi? Jak to rozumieć?

Odpowiedź:
Jestem wobec tego zdania tak samo bezradna jak Pan – nie rozumiem go (po prostu).

Pytanie:
Gdyby całe zdanie brzmiało tak: Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych tradycji, przypominając nam zawsze, że zasady są ważniejsze od osobowości, czy w takim przypadku te dziwne osobowości byłyby zrozumiałe, miały jakiś sens? Co znaczy takie zdanie? Czy da się je zrozumieć i ewentualnie – jak?

Odpowiedź:
Osobowość w języku polskim to ‘ogół cech psychicznych i mechanizmów regulujących zachowanie człowieka’. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację opisaną w zdaniu.

Z poważaniem
Katarzyna Kłosińska, Uniwersytet Warszawski*


Zanegować, rzecz jasna, można wszystko, jako alkoholik mam w tym nawet dużą wprawę. Przez cały okres pijaństwa twierdziłbym hardo, że specjalistka od poprawnej polszczyzny, doktor habilitowany, nie zna się na chorobie alkoholowej, nie rozumie Programu AA, ale przede wszystkim – żadna taka nie będzie mi mówić, jak JA mam coś rozumieć! Tylko, że od czasów picia minęło kilkanaście lat i coś się rzekomo we mnie zmieniło. Poza tym tworzony właśnie nowy problem dotyczy tylko i wyłącznie języka polskiego, a nie Programu AA.

Jasne komunikaty rodzą jasne sytuacje, ale mętne, wątpliwe komunikaty rodzą problemy i nieporozumienia. Dotąd żadnych kłopotów ze zrozumieniem idei Dwunastej Tradycji nie było, więc co, trzeba go stworzyć? Od kilku lat wydawało mi się, że okres generowania coraz to nowych problemów mamy we Wspólnocie AA w Polsce już za sobą - oj naiwny, naiwny...




I to by było na tyle… tym razem, w jubileuszowym odcinku. Niecierpliwie czekam na nowe wydanie Wielkiej Księgi, będąc całkowicie pewien (pewnym? qrna!, jak się to pisze?), że będzie ono lepsze od poprzedniego i nie będzie zawierało wyrazów, zwrotów, słów, określeń, które sponsorzy musieliby znowu tłumaczyć podopiecznym z polskiego na polski. 



-- 
Kolega podsunął mi link do dyskusji na podobny temat: https://www.quora.com/What-does-it-mean-to-have-a-personality może się komuś przyda.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Pendolino albo szybka ścieżka


Pytają mnie czasem znajomi i nieznajomi alkoholicy, skąd się u nas wzięły, zalecane przez niektórych sponsorów „Codzienne sugestie”, a zwłaszcza kontrowersyjna modlitwa na kolanach albo telefonowanie. Od lat interesuję się historią Wspólnoty AA, mam przyjaciół, którzy biegle władają językiem angielskim, trochę sam poszperałem, więc w pewnej mierze, częściowo, spróbuję odpowiedzieć na te pytania i wątpliwości. Zwracam jednak uwagę, że są to moje amatorskie poszukiwania, a nie rzetelne i na sto procent wiarygodne opracowanie naukowe.

W książce „12 Kroków od dna. Sponsorowanie” pisałem: Czasem przypominam, że na kolanach ludzie poddawali się na polach bitew już tysiące lat temu. Jest to pozycja, w której przestaję stanowić zagrożenie… dla siebie i innych. W książce „Doktor Bob i dobrzy weterani” znaleźć można informację o pożytkach z modlitwy na kolanach (s. 95, 245) oraz codziennego telefonowania (s. 159). I to się zgadza, jednak nie wyjaśnia w pełni, skąd się  wzięło sławetnych sześć punktów na karteczce z codziennymi sugestiami.

Wydaje się, że „Codzienne sugestie” to pomysł niesławnej pamięci Davida B., alkoholika, byłego kapitana w armii brytyjskiej, charyzmatycznego przywódcy pewnego odłamu AA, homoseksualisty; słyszałem, że na jego pogrzeb przyszły setki ludzi, a złośliwe plotki głoszą, że część z nich przyszła po to, żeby się upewnić… hm… zresztą, nieważne. W każdym razie był niewątpliwie postacią nietuzinkową.

Jest/była taka strona internetowa (obecnie funkcjonuje jako blog: http://aacultwatch.blogspot.com/ ), której autorzy starają się monitorować różne… kulty, odłamy, sekciarskie zapędy, alternatywne pomysły i inne takie w łonie AA. Na temat Davida B. (i nie tylko) jest tam  sporo:   http://aacultwatch.blogspot.com/search/label/David%20B i http://aacultwatch.blogspot.co.uk/search?q=David+B i są to informacje mocno nieprzychylne. Zarzucano mu, że wykorzystywał seksualnie swoich podopiecznych, że dodawał wina do gotowanych potraw, że nakazywał odstawić lekarstwa przepisane przez lekarza, że uważał, że istota Kroku Pierwszego polega na ślepym i absolutnym posłuszeństwie wobec sponsora itp. To na kontrolowanych przez niego i jego poruczników mityngach miała się narodzić (prawdopodobnie lata osiemdziesiąte, grupa „Wizja dla ciebie”, a wkrótce wiele innych) tzw. szybka ścieżka, to jest metoda realizacji Programu stosunkowo szybko… bardzo szybko. Na tymże blogu można również znaleźć informacje o „panu sześć punktów”.

1) Rano i wieczorem, na kolanach, módl się o trzeźwy dzień – wieczorem dziękuj.
2) Prowadź regularnie dzienniczek/listę wdzięczności.
3) Czytaj wskazany fragment Wielkiej Księgi.
4) Dzwoń do sponsora i do jednego czy dwóch nowych członków AA.
5) Czytaj codziennie „Just for Today” („Tylko dzisiaj”) i realizuj zalecenia tam zawarte.
6) Módl się za ludzi do których czujesz urazy, żeby dostali wszystko to, co dla siebie samego pragniesz. Jeżeli się złe czujesz, to powtarzaj modlitwę o pogodę ducha aż się poczujesz lepiej.


Oczywiście można (i kto wie, może nawet warto) zakwestionować rzetelność i intencje AA Cult Watch. Jednak ważniejsze wydaje się coś innego, a mianowicie pytanie, czy „Codzienne sugestie” są czymś złym, bo – powiedzmy – wymyślił je wredny David B.?

Na koniec rodzynek, fragmenty relacji Andy'ego F., alkoholika, który przez kilkanaście miesięcy był podopiecznym Davida B.

Davida B. poznałem w Londynie w kwietniu 1993, po powrocie ze Stanów. Byłem w AA już od 13 lat, ale co pewien czas wracałem do alkoholu i narkotyków. Nie wiem jak to się stało, ale jakimś cudem wylądowałem na mityngu, na który nigdy dotąd się nie wybrałem. Był to mityng na Pont Street, w poniedziałek, a grupa „Wizja dla ciebie” okazała się bastionem Davida B. i jego zwolenników. David był kapitanem w wojsku brytyjskim i jego podopieczni mówili do niego i o nim „kapitan”. Prowadził on te mityngi jak jednostkę wojskową.

Na tej grupie poznałem Davida B. i poprosiłem go o sponsorowanie. Był to niewysoki, starszy pan z wyżej klasy społeczeństwa angielskiego. Posługiwał się wytwornym językiem i było widać, że był szkolony w jakiejś szkole dla wyższych klas, gdzie mówiło się „królewską angielszczyzną”.
David B. zgodził się na sponsorowanie i dał mi samoprzylepną karteczkę z napisem „W tej chwili patrzysz na problem”, którą miałem przylepić do lustra. W ten sposób miałem sobie codziennie przypominać, że ja, nikt inny, jestem problemem. Dał mi też sześć codziennych sugestii (na jego mityngach zawsze leżały na stołach).
David B. przez cały czas miał tych podopiecznych nie mniej niż dwudziestu. Zapraszał wszystkich swoich najbliższych poruczników na niedzielną mszę w katolickim kościele „Brompton Oratory”. Blisko ołtarza był cały rząd wypełniony jego podopiecznymi i wszyscy przymusowo ubrani w garnitury. Oczekiwał też, że jak ktoś z jego grupy miał spikerkę na mityngu, to też musiał być w garnitur ubrany.

Trzeba powiedzieć, że David B. bardzo źle patrzył na kogokolwiek, kto się dzielił swoim bólem na mityngach. Wszystko to było widziane jako użalanie się nad sobą. Zażywanie środków uspakajających czy antydepresyjnych nie było tolerowane na jego mityngach. David B. był homoseksualistą i były wypadki, że dobierał się do swoich podopiecznych. Miał słabość do młodych ładnych chłopaków.

Jego najbardziej ulubionym powiedzonkiem na mityngach było, że odkąd wstąpił do AA, to nigdy nie miał złego dnia, że nieszczęście jest efektem wyboru i że jego zdrowienie było jak przyjemny spacer w parku od momentu, gdy przyszedł na pierwszy mityng. Nie było wolno mówić o żadnych smutnych i przykrych sprawach na jego mityngach, więc każdy udawał, że jest cały czas szczęśliwy i uśmiechnięty.


I co? Kanalia i szuja z tego Davida, czy może jeszcze jedno niedoskonałe narzędzie w rękach Boga – jak Go rozumiemy?

czwartek, 15 marca 2018

Notatki sponsora (odc. 099)


Tym razem tylko pytania i wątpliwości. Jeśli ktoś z czytających ten tekst potrafi na nie jakoś odpowiedzieć, pomóc mi zrozumieć, wyciągnąć wnioski, to bardzo będę wdzięczny, bo w tym przypadku własnych pomysłów jakoś nie mam.

Powiedzmy, że jestem miłośnikiem gry w pchełki, że to moja życiowa pasja. Zapisałem się więc do Stowarzyszenia Pchełkarzy, bo dzięki temu w klubie „Pchełka” mogę w tę grę grać choćby codziennie. I gram. Tylko to mnie interesuje. Mam w nosie wybory do Rady Stowarzyszenia, jakieś wewnętrzne przepychanki; nie szukam żadnej dziury w całym, interesuje mnie tylko gra i granie.

Po dłuższym czasie, jakoś tak zupełnie przypadkiem, wpada mi w uszy plotka, że to moje Stowarzyszenie i Klub, to tylko przykrywka, że zarząd robi jakieś niefajne rzeczy. Jednak mam to w nosie, plotek nie słucham, zawsze przecież znajdą się zawistnicy i złośliwcy. Ale po kilku miesiącach, z zupełnie innego źródła, dochodzą do mnie podobne wieści. Wreszcie podczas gry jeden ze znajomych podpytuje, czy coś wiem o powiązaniach naszego klubu ze światem przestępczym. Informacji, że coś tu może być nie w porządku jest coraz więcej. Zaznaczam, że może być – pewności nadal nie ma.

I tu pojawiają się pytania o postawę – moją, jako alkoholika (tym razem zupełnie nie interesują mnie ludzie zdrowi), a więc co ja, jako uzależniony, powinienem zrobić? Jak się zachować? Wydaje się, że możliwości zasadniczo są dwie:

1. Będę się starał dowiedzieć, jak to z moim klubem i stowarzyszeniem jest naprawdę. Pogłoski nie muszą być prawdziwe, ale, jako alkoholik, powinienem wiedzieć, w czym naprawdę biorę udział, do czego się przyłączyłem, co wspieram. Zgodnie ze słowami Scotta Pecka: Choroba psychiczna to unikanie rzeczywistości za wszelką cenę; zdrowie psychiczne to pogodzenie się z rzeczywistością bez względu na cenę. Kiedy już uzyskam konkretne, wiarygodne informacje, a plotki, nie daj Boże się potwierdzą, będę musiał zdecydować, czy w klubie zostać, czy może z niego się wypisać. Choć możliwości grania bardzo byłoby mi szkoda w razie czego.

2. Za bardzo lubię grę w pchełki, żeby ryzykować konieczność podejmowania jakichś drastycznych decyzji. Poza tym ja sam przecież nic złego nie robię. Zapowiadam więc znajomym, kolegom oraz innym graczom, że nie chcę nic wiedzieć o ewentualnych matactwach klubu i stowarzyszenia, nie życzę sobie, by mnie o nich informowano, wolę tkwić w błogiej nieświadomości i po prostu sobie grać w pchełki. W końcu tylko po to tu przyszedłem, reszta mnie nie interesuje i nie musi, to nie jest moja sprawa; do zarządu przecież nie należę i nie zamierzam.

Pytania i wątpliwości.
Czy któraś z tych dwóch postaw jest w jakiś sposób lepsza od drugiej? Jak się one mają do mojej trzeźwości, uczciwości wobec samego siebie, egoizmu, egocentryzmu, odwagi, oportunizmu, powierzaniu woli Bogu i innych takich? A może rozwiązań jest więcej niż dwa? Jak o swojej decyzji (takiej lub innej) poinformować podopiecznych i kolegów z AA?

poniedziałek, 26 lutego 2018

Notatki sponsora (odc. 098)


Podopieczny coś tam zawalił, czegoś nie dopatrzył, po prostu popełnił błąd, więc kiedy na głowę zaczęły mu spadać konsekwencje, zadzwonił do sponsora, od którego usłyszał: a co zrobiłeś, żeby tych konsekwencji uniknąć?
Nie wiem, o co im chodziło, ani jak się to ostatecznie skończyło, bo tylko tyle wpadło mi w uszy, ale wystarczyło, żeby  tak postawione pytanie wywołało lawinę wspomnień i skojarzeń. I o nich będzie mowa, a nie o jakichś uniwersalnych albo „jedynie słusznych” rozwiązaniach, postawach, zachowaniach, reakcjach, bo takowych zapewne nie ma.

Dwanaście lat temu mój sponsor napisał tekst  „Nie muszę już być Kainem”, drukowany w biuletynie „Mityng”, który swego czasu zrobił na mnie duże wrażenie; wiele się dzięki niemu nauczyłem, a może raczej… oduczyłem. Głównie w pracy z podopiecznymi, ale nie tylko. Oto fragmenty tego tekstu.

Byłem odpowiedzialny za pewną pracę wydawniczą dla wspólnoty. Już w momencie odbierania druków, ze zgrozą zobaczyłem jak na samym wierzchu widnieje błąd wyraźnie utrudniający sensowne odczytanie tekstu. Zmartwiałem. Naprawa nie wchodziła w rachubę. Z duszą na ramieniu oddałem wydruki. Oczekiwałem najgorszego; słów krytyki, wymówek itp. Nic takiego się nie stało.
Przyjaciel nie wypowiedział nawet jednego słowa nagany. To było dla mnie dziwne; sam pewnie bym zrobił karczemną awanturę, żądał zwrotu pieniędzy, wyzwał od nieudaczników. Wydaje mi się, że widział ból w moich oczach i zrezygnował z gorzkich uwag. Poczułem wdzięczność za taką postawę; przecież i tak wiedziałem o swoim zaniedbaniu. Nie trzeba mi dodawać kolejnych przykrości.
[…]
Gdy zapytałem się siebie, czego z tego zdarzenia się nauczyłem, przypomniałem jak bardzo zaimponowała mi postawa kolegi przyjmującego moją wadliwą pracę. Nie muszę już być dłużej Kainem.
Obydwaj zdawaliśmy sobie sprawę, że nawet przez najbardziej wymyślne słowa nie zmienimy sytuacji; słowa nagany były zbyteczne. Natomiast jak zmienia atmosferę życzliwe stwierdzenie – no cóż, następnym razem będzie lepiej, nie trać nadziei. Wierzę, że chciałeś dobrze.
Oczywiście brak wymówek nie jest zachętą do wadliwej pracy, raczej wsparciem w drodze do uzyskania dobrych wyników. Dzisiaj nikt nie musi mi przypominać o dodatkowym sprawdzeniu tekstów. Zaś okazanie się przyjacielem w trudnej sytuacji ma większe znaczenie niż awantury, nawet najbardziej słuszne.

W każdym moim miejscu pracy, kiedy coś się zawaliło, w pierwszej kolejności zaczynało się szukanie winnych – skupiali się na tym głównie przełożeni, ale też i my, podwładni, żeby uniknąć własnej odpowiedzialności. Pamiętam, jak niesamowite wrażenie wywarła na mnie informacja, wyczytana w jakiejś książce o stylu pracy japońskiej korporacji, że oni w razie czego nie szukają winnych – szukają rozwiązań! Pracownicy nie są za błędy i pomyłki karani – szybko się przyznają, a więc szybko można zacząć podejmować środki zaradcze. Wydało mi się to genialne, ale i zupełnie nie do zastosowania na podrzędnych stanowiskach, na jakich bywałem zatrudniany.

We Wspólnocie AA też nie czuję się w pełni powołany do rozliczania dyrektora, powierników, delegatów czy innych „zaufanych sług”, ale podczas pracy sponsora z podopiecznym wygląda to, albo wyglądać może, zgoła inaczej.

Jeśli ktoś powie mi „to twoja wina!”, czy coś z tego wynika? Jeśli spyta „a co zrobiłeś, żeby tych konsekwencji uniknąć?”, to i co z tego? Przecież wiadomo i widać wyraźnie, że nie zrobiłem nic, bo gdybym zrobił albo wcześniej zapytał, to nie byłoby konsekwencji. Potrzebne są mi teraz rozwiązania, sposoby i metody na zażegnanie kryzysu do którego doprowadziłem, pomysły, rady i sugestie jak gasić pożar, a nie dowody na to, jak bardzo mądry jest mój sponsor. Następnym razem nie jestem pewien, czy do czegokolwiek bym się przyznawał.

Zdarza się, że kiedy moi podopieczni mają jakiś kłopot ze swoimi podopiecznymi, pytam krótko: czy chcesz jeszcze jej/jemu pomóc? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, a wcale taka być nie musi, to oznacza często konieczność schowania do kieszeni swojego ego i realną pomoc i wsparcie.