piątek, 27 października 2017

Czy jestem dobrym sponsorem?

Co to znaczy „dobry sponsor”? Pytanie to jest oczywistym następstwem poprzedniego tekstu, 91 notatek sponsora, tego o sponsorach krygujących się, fałszywie skromnych, bojaźliwych. Czasem łatwiej jest zaprezentować negatywne postawy, pokazać, jakim człowiekiem dobry sponsor raczej być nie powinien, więc będzie o jednych i o drugich.

Najpierw sprawy podstawowe, oczywiste, nie rodzące wątpliwości – przynajmniej moich. Dobry sponsor powinien być trzeźwy oraz duchowo przebudzony. A tak, bo abstynencja, nawet wieloletnia oraz techniczna znajomość pracy na Krokach nie wystarczy. Jak niby przekazać albo chociaż przybliżyć podopiecznemu coś, czego samemu się nie ma? To proste pytanie, moim zdaniem, dotyczy właśnie przebudzenia duchowego, a nie znajomości techniki pracy sponsora z podopiecznym, bo o tej można poczytać w jakimś poradniku, na przykład „12 Kroków ze sponsorem” Hamiltona B.
Uważam, że celem pracy podopiecznego ze sponsorem na Programie jest przebudzenie duchowe (doświadczenie, przeżycie), a nie poprawienie sobie jakości życia, choć taki efekt to i tak lepsze niż nic. Coraz częściej do mnie, do podopiecznych i sponsorujących przyjaciół zgłaszają się alkoholicy, którzy wprawdzie zrobili Program ze sponsorem i to nawet bardzo szybko, ale oczekiwany efekt się nie pojawił albo na bardzo krótko, więc zgłaszają się z prośbą o powtórne przeprowadzenie ich przez Kroki, mimo, że przecież nie złamali abstynencji. To skłania do zastanowienia. I chyba powinno… sponsorów.

Dobry sponsor powinien znać literaturę Wspólnoty. Całą Wielką Księgę oraz 12x12 i to uważam za absolutne minimum. Zwracam uwagę na CAŁĄ Wielką Księgę, bo spotykałem sponsorów, którzy z tej książki znają tylko pewne niewielkie fragmenty, akapity i zdania zaznaczone albo wskazane przez ich sponsora. Dochodzi w efekcie do tego, że alkoholik, niepijący od kilku już lat, pierwszy raz w życiu słyszy od mojego podopiecznego, że ma wynaturzone instynkty.
Podobno stosowanie półśrodków nic nie daje, więc fragmentaryczna znajomość książki, w której zawarty jest Program Anonimowych Alkoholików, nie jest chyba najlepszym rozwiązaniem i najkorzystniejszym podejściem.

Kolejną cechą dobrego sponsora jest doświadczenie. Alkoholik, który zaczyna pracę z pierwszym w życiu podopiecznym, nie jest doświadczonym sponsorem. Na dokładnie tej samej zasadzie, według której prowadzący pojazd, pierwszy raz po zaliczeniu egzaminu na prawo jazdy, nie jest jeszcze dobrym kierowcą. Dwóch pierwszych podopiecznych, a jak trzeba to i więcej, nowy sponsor powinien prowadzić w ścisłej współpracy ze swoim sponsorem. Tak, wiem, czasem, bardzo rzadko, zdarzają się podopieczni trzeźwiejsi od swoich sponsorów, ale ja tu nie skupiam się na wyjątkach, zdarzających się może raz na kilka tysięcy, ale na ogólnych regułach. Poza tym… trzeźwiejszy nie oznacza nadal, że bardziej doświadczony.

Dobry sponsor nie tylko zna Program AA, ale go ma. Program AA przebudzeni duchowo alkoholicy mają w sercu, w duszy, w świadomości, nie wiem, jak to sprecyzować, ale to coś więcej niż wiedza, informacje; można się Kroków i kilku cytatów nauczyć na pamięć, ale przecież nie o to chodzi. Sponsor, który rzeczywiście ma Program, potrafi nim żyć i żyje na co dzień. I zwykle nie stanowi to jakiegoś ogromnego wyzwania, choć nie zawsze jest łatwo. Potrafi stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach…
Pamiętam, pół żartem, pół serio traktowaną radę, którą pierwszy raz usłyszałem chyba w Londynie: zanim poprosisz alkoholika o sponsorowanie, przejedź się z nim po mieście w godzinach szczytu jego samochodem. Bo mądrze i spokojnie przemawiać na mityngu potrafi wielu, ale tylko trzeźwi, psychicznie zdrowi ludzie potrafią nie używać w aucie wulgaryzmów i nie przekonywać swoich pasażerów, że wszyscy inni uczestnicy ruchu, to kretyni i debile. Poza tym trzeźwi ludzie przestrzegają przepisy ruchu drogowego, są zdolni do podporządkowania się, rezygnują z samowoli i postawy „ja wiem lepiej”, nie lekceważą egoistycznie i arogancko cudzego życia i zdrowia.

Dobremu sponsorowi bardziej zależy na podopiecznym niż na tym, żeby być przez niego lubianym. Dobry sponsor potrafi wyraźnie mówić „nie” i nie boi się, że podopieczny go zostawi albo że się obrazi. Sponsor kieruje się miłością, ale nie należy jej mylić ze zgodą na bylejakość, tolerancją i wyrozumiałością wobec manifestacji choroby alkoholowej u podopiecznego.
Sponsor rozczarowany i zawiedziony zbyt skromnymi (według niego) wyrazami nieustannej wdzięczności podopiecznych, nie był/nie jest dobrym sponsorem, bo trzeźwość wyklucza nierealistyczne oczekiwania, obrażanie się i fochy. Sponsor nigdy nie wiesza się emocjonalnie na podopiecznych, nie wykorzystuje ich w żaden sposób.
O tym, że dobry sponsor jest trzeźwy już pisałem, ale warto chyba dodać, że to wyklucza wszelkie płynne, wziewne (np. nikotyna), wstrzykiwane środki chemiczne zmieniające świadomość, nie przepisane przez lekarza świadomego, że pacjent jest alkoholikiem.
Oczywiste jest chyba, że sponsor nie może zmuszać podopiecznego do udziału w jakichkolwiek obrzędach religijnych lub przedsięwzięciach generujących koszty.

Pamiętając, że… zdajemy sobie sprawę, że wiemy niewiele… dobry sponsor jest pewny stosowanej przez siebie metody pracy z podopiecznymi, ale też jego pewność wynika z wiedzy, to jest rzetelnej znajomości literatury AA i doświadczenia, a nie z przekonań. Nigdy nie odnosi się wrogo, napastliwie, nie szydzi z alkoholików reprezentujących inne techniki pracy na Krokach. Dobry sponsor posługuje się językiem miłości, a nie pogardy i nienawiści; z nikim nie walczy. Jeśli od alkoholika usłyszysz, niekoniecznie do ciebie skierowane słowa lub określenia: macie krew na rękach, mogę rozmawiać z tobą, ale nie będę rozmawiał z twoją chorobą, alleluja bracie i do przodu!, kradniesz mi pogodę ducha, to może warto rozglądać się też za jakimś alternatywnym kandydatem na sponsora.

Dobry sponsor bez problemu utrzymuje równowagę między domem/rodziną, pracą zawodową, życiem towarzyskim i służbami w AA. Tu trzeba dodać, że równowaga nie oznacza po równo, ale to zależy już od sytuacji rodzinnej i zawodowej. Alkoholik, który manifestacyjnie poświęca się sprawom Wspólnoty i innym alkoholikom, który ma tylu podopiecznych, że mylą mu się oni i często nie ma dla nich czasu, nie jest trzeźwy, więc co tu mówić o dobrym sponsorowaniu.

Na koniec, choć zapewne można by tu napisać dużo więcej, dobry sponsor nigdy nie zabrania swojemu podopiecznemu kontaktów z innymi alkoholikami, weryfikowania, konsultowania, wręcz przeciwnie, zachęca do korzystania z mądrości i doświadczenia Wspólnoty. Nie sprzedaje podopiecznym jakichś cudacznych przekonań, diabli wiedzą skąd pochodzących, na przykład, że w AA nie udziela się rad, albo że można, albo nawet należy żyć, nie oceniając nikogo i niczego. Dobry sponsor zdaje sobie sprawę, że jasne komunikaty rodzą jasne sytuacje, a te sprzyjają budowaniu przyjaźni, bliskości i więzi.

Z pewnością każdą osobę, której pragniemy zaufać, powinniśmy oceniać pod kątem zarówno jej zdolności do wyrządzenia krzywdy, jak i zdolności do świadczenia dobra. Taka prywatna ocena pokaże nam, w jakim stopniu możemy sobie pozwolić na zaufanie w każdej konkretnej sytuacji. Jednakże oceny takiej należy dokonywać w duchu zrozumienia i miłości. [„Jak to widzi Bill”, s. 144]



Tekst ten, zawierający moje prywatne doświadczenia i wnioski, wynikające z obserwacji środowiska AA w Polsce, nie ma służyć rozliczaniu kogokolwiek. Jeśli przeczytają go i zastanowią się nad sobą sponsorujący alkoholicy, to będzie wszystko, o co mi chodziło.

niedziela, 22 października 2017

Notatki sponsora (odc. 091)

Dodatkowy temat mityngu dotyczył trzeźwości po Programie. Przypomniało mi się, jak kiedyś uważałem, że realizacja Programu ze sponsorem daje trzeźwość w oczywisty, naturalny sposób, i jak z czasem, spotykając nietrzeźwych alkoholików po Programie, z niechęcią i smutkiem weryfikowałem swoje dawne, naiwne przekonania. Rozważania i wspomnienia, dotyczące tej poprogramowej trzeźwości, plątały mi się po głowie jeszcze długo. Oto i wynik tych rozmyślań.

Nie znoszę zakłamania, hipokryzji, podwójnych standardów moralnych, kokietowania fałszywą skromnością. Jeśli na czymś takim się złapię, reaguję niezwłocznie; na szczęście takie przypadki zdarzają mi się coraz rzadziej. Kiedy jednak obserwuję takie zachowania u innych, to… A, to już zależy od tego, czy są to alkoholicy po Programie, czy uczestnicy staropolskich mityngów AA. W każdym razie takie zachowania i postawy, u siebie oraz u innych, z założenia trzeźwych, alkoholików, uważam po prostu za manifestację choroby alkoholowej.

W pierwszych tygodniach i miesiącach abstynencji ciągle niewiele o sobie wiedziałem. Nie wiedziałem, kim jestem i jaki jestem, w czym jestem dobry, a z czym sobie nie radzę... ("Alkoholik", s. 258)

Na początku coś takiego mogło sobie być normalne i naturalne, ale trzeźwość oznacza także świadomość swoich mocnych i słabych stron, wad i zalet, talentów i zdolności itd. Po coś w końcu robiłem tabele IV Kroku i pisałem Krok V, w którym umieszczałem też zalety, mocne strony i talenty dane mi przez Boga! Jeśli po kilku latach abstynencji, po Programie, nadal nie wiem, na czym się znam, a na czym nie, co umiem, a czego nie, to chyba coś tu poszło nie tak. Od lat obserwuję alkoholików, którzy z ochotą wyliczą wszystkie swoje wady i słabości, ale nie są w stanie wyksztusić z siebie kilku zdań na temat swoich zalet, zdolności, umiejętności. To nie jest trzeźwość, moim zdaniem, to – jak już wspomniałem – próba kokietowania otoczenia fałszywą skromnością. Czy ma to coś wspólnego z uczciwością wobec siebie i innych? Oczywiście – kompletnie nic.

Ktoś powie zapewne, że to wina rodziców…
…rodziców, którzy z uporem godnym lepszej sprawy, wmawiali wielu z nas, że mówienie o sobie dobrze jest czymś złym, nagannym, że nie wolno się chwalić – nawet jeśli jest czym. ("Alkoholizm zobowiązuje", s. 11)

A gdyby nawet to była prawda, to i co z tego? Program oducza mnie (a jeśli nie oducza, to chodzi zapewne o jakiś inny program, nie Program AA) szukania winnych, natomiast uczy i przyzwyczaja do budowania własnych przekonań na rzeczywistości, na faktach, na wiedzy i realnym doświadczeniu, , a nie na cudacznych przekonaniach mamusi.

Zapytałem kolegę, czy jest dobrym murarzem – odpowiedział, że tak, bardzo dobrym, bo całe zawodowe życie spędził na rusztowaniach z kielnią w ręce. I ja mu wierzę, to jest trzeźwy, odpowiedzialny człowiek.
Zapytałem znajomego, także alkoholika, czy jest dobrym lekarzem – stwierdził pewnie, że w swojej specjalności jest najlepszym specjalistą w województwie i jednym z lepszych w kraju. I ja mu wierzę, to jest trzeźwy, odpowiedzialny, uczciwy człowiek.
Zapytałem moją dawną podopieczną, czy jest dobrą pielęgniarką – przyznała, że niewątpliwie tak i dodała kilka argumentów potwierdzających jej przekonanie. I dlatego jej wierzę…
  
A jeśli kandydat na podopiecznego zapyta Ciebie, czy jesteś dobrym sponsorem, to co na to odpowiesz? Uczciwie, odważnie i trzeźwo prawdę (o ile ją znasz)? Czy może będziesz krygować się i popisywać fałszywą skromnością? 
Żeby nie było aż tak beznadziejnie albo może po to, żeby zapaliło się światełko w tunelu, dodam, że dwie osoby z tych, które pytałem, alkoholiczka i alkoholik, odpowiedziało: tak, wydaje mi się, sądzę, że jestem dobrą sponsorką/sponsorem. A więc da się!

Przyprowadzam do serwisu auto, bo mi coś biegi źle chodzą. Pytam, mechanika, czy dobrze zna się na samochodach tej właśnie marki. Majster odpowiada: no, nie wiem… kto to może wiedzieć, może tylko Bóg, ja się staram, ale wcale nie mam pewności, że dobrze się znam na mechanice pojazdowej…
Samochodu bym komuś takiemu nie powierzył, ale wielu alkoholików takiemu właśnie niepewnemu, wystraszonemu sponsorowi-asekurantowi powierzyłoby życie, swoje albo lepiej - cudze. Zaiste, alkoholizm to straszna psychiczna choroba…


Panie Boże, chroń alkoholików nowicjuszy przed sponsorami, którzy nie mają nawet tyle samoświadomości, żeby zdawać sobie sprawę z realnej wartości swoich doświadczeń, predyspozycji i umiejętności w tej służbie, albo fałszywą skromność oraz asekurację stawiają ponad uczciwością wobec siebie i innych, bo ani jedno, ani drugie trzeźwe nie jest.


czwartek, 19 października 2017

Notatki sponsora (odc. 090)

- Czym alkoholicy różnią się od innych ludzi?
- Alkoholicy są tacy sami, jak inni ludzie, tylko bardziej.

Na początku trzeźwienia wydawało mi się, że dorosnąć do poziomu innych, zdrowych, normalnych ludzi, byłoby szczytem moich możliwości i celem całego tego procesu. Z czasem przekonałem się, że nie trzeba być alkoholikiem, żeby mieć problemy z rozpoznawaniem rzeczywistości, z trzeźwym myśleniem, z prawidłowym wyciąganiem wniosków, z odwagą bycia uczciwym wobec siebie. A oto i przykład…

Pewna kobieta zachorowała na chorobę nowotworową, po prostu miała raka. Poddała się uciążliwemu leczeniu, jakieś naświetlania, chemia i co tam jeszcze trzeba, i kuracja przyniosła pozytywne efekty. Rak zniknął, przerzutów nie było. Trwało to wszystko z pół roku. Oczywiście przez następne lata kobieta będę w grupie dyspanseryjnej, co kwartał, a później co sześć miesięcy będzie jeździła na kontrolne badana, ale wydawało się, że wszystko jest już w porządku.

W trakcie leczenia miała miejsce sytuacja, wywołująca mocno mieszane uczucia. Kobieta miała trudne, pokomplikowane relacje z dorosłym już synem (w przyczyny nie wnikam), jednak choroba zbliżyła ich do siebie, przełamała bariery – jakie by one nie były. Pytała wtedy czasem trochę prowokacyjnie, trochę ironicznie, czy musiała dostać raka, żeby naprawiły się relacje z synem? W każdym razie było między nimi… może nie idealnie, ale lepiej i w dobrym kierunku zmierzało.

Kiedy wiadomo już było, że życiu kobiety nic nie zagraża, że jest wyleczona, o ile można być z nowotworu zupełnie wyleczonym, jej syn zdecydował się skorzystać z oferty swojego uniwersytetu i pojechać do Nowej Zelandii na trzymiesięczne stypendium naukowe.
W czasie jego nieobecności kobieta miała ostre pogorszenie stanu zdrowia. Coś zaczęło ją boleć, podniosła się temperatura, pojawiły się torsje. Wystraszona wylądowała znowu w szpitalu. Zapytała wtedy odwiedzającą ją kuzynkę, czy powinna zawiadomić syna. Kuzynka, po namyśle, odpowiedziała, że ona – gdyby była na miejscu chorej – nie zrobiłaby tego. Bo i co ten syn miałby zrobić? Bać się o matkę w tej Nowej Zelandii? Lekarzem nie jest, matka jest pod opieką fachowców, ma też inną rodzinę, donoszącą do szpitala wszystko, co potrzeba, więc… I co, syn powinien zmarnować stypendium i nagle natychmiast wracać, żeby… no, właśnie, żeby, co?

Kobieta posłuchała rady, nie informowała syna o pobycie w szpitalu, który zresztą trwał trzy doby. Zrobiono jej wszystkie możliwe badania, okazało się, że nie dzieje się zupełnie nic złego, a te objawy, to po prostu końcówka reakcji na chemię. Kobieta wróciła do domu i normalnego życia.

Po zakończonym sukcesem stypendium syn wrócił do kraju, ale ich bliskość, wywołana poważną chorobą, zdawała się ulatniać teraz, gdy jej życiu nic już nie groziło. Później nadeszła katastrofa – syn, podpytując jakąś przyszywaną ciotkę (dziesiątą wodę po kisielu, jak to mówią) albo dawną sąsiadkę, dowiedział się, że matka była w szpitalu. Jakoś nie docierało do niego, że to były tylko trzy dni, że w sumie okazało się, że to nic poważnego – młody facet był zawiedziony, rozczarowany, pełen uraz i złości do matki; manifestował swoje pretensje i utratę zaufania.

Kobieta natychmiast przerzuciła odpowiedzialność za ponowne ochłodzenie stosunków z synem na kuzynkę. Bo to ona poradziła… Kiedy się spotkały i kiedy kobieta wylała już na kuzynkę wszystkie swoje żale, usłyszała, że wśród dorosłych ludzi za podejmowane decyzje odpowiada ten, kto je podejmuje, a nie ten, kto radzi (jeśli nie jest specjalistą prawnikiem, lekarzem, notariuszem itp.). Poza tym kuzynka zapytała, czy stosunki matki z synem były dobre, do tego momentu, kiedy dowiedział się, że nie poinformowała go o szpitalu. Kobieta skwapliwie potwierdziła, że znakomite, że syn już jej w pełni ufał, i w ogóle, było super, idealnie, fantastycznie. Wtedy kuzynka zadała jeszcze jedno pytanie, po czym wyszła, nie oczekują odpowiedzi: skoro syn tak ci ufał, to czemu o ciebie i twoje zdrowie nie spytał ciebie właśnie, ale podpytywał jakieś pociotki, czy dawne sąsiadki, czemu jakoś nie cieszył się, że nic ci nie jest, że nic się nie stało, tylko skupia się na swoich urazach i pretensjach?

Tak sobie pomyślałem, że gdybyśmy pakowali tyle czasu i wysiłku w budowanie albo naprawianie więzi (jeśli trzeba), ile wydatkujemy na szukanie winnych naszych własnych niepowodzeń, to… Bo niewątpliwie łatwiej jest zwalić winę na złą kuzynkę, niż przyznać, że stosunki z synem nie były takie idealne, że bardzo poważna choroba mogła przysłonić dawne urazy, stare, niezałatwione sprawy, ale po wyleczeniu… Po wyleczeniu potrzebny był już tylko pretekst. Cóż z tego, że bzdurny, ale jest!
Trzeźwy ogląd sytuacji, to trudna sztuka, czasem tak trudna, że nawet nieuzależnieni nie w pełni sobie z nią radzą.

Kiedyś marzyłem o normalności, zwyczajności i przeciętności, ale z czasem przestało mi to wystarczać. Co się zobaczyło, to się nie odzobaczy – jak mówił Kubuś Puchatek, a może Prosiaczek. Jeśli widzę, jeśli rozumiem, jeśli usłyszałem, to… chyba niemożliwe byłoby wycofanie się i udawanie biednego żuczka, który, nieboraczek, nic nie kuma. A może wręcz przeciwnie, może to łatwiejsze, niż mi się wydaje i tylko ja tak nie umiem?

Kiedy rozstałem się z pragnieniem bycia przeciętnym człowiekiem, wykombinowałem, że chciałbym być taki, jak Bill W. współzałożyciel Wspólnoty AA. Przecież – roiłem sobie – to musiał być najtrzeźwiejszy z trzeźwych. Ten okres w moim życiu trwał krócej. Do czasu, aż przeczytałem trzy książki na temat historii AA i Billa.

Dyskrecja nigdy nie była mocnym punktem Billa. […] Jak mawiała Nell, jeśli nie chcesz, żeby coś stało się powszechnie znane, lepiej nie dziel się tym z Billem. Jednym słowem, z otwartością traktował on zarówno swoje sprawy, jak i cudze („Przekaż dalej”, s. 398).

Czasem wydaje mi się, że alkoholicy z AA mylą zasadę anonimowości z dyskrecją i wydaje im się, że to, co mówią zaufanej, wydawałoby się, osobie, nie będzie wypaplane, rozgadane, oplotkowane. Dowiadywałem się, o czym była rozmowa dwóch osób, w cztery oczy, zanim jeszcze obie z nich wróciły do swoich domów i nie było w tym nic przyjemnego ani zabawnego, bo zorientowałem się też, że i ja sam, wśród przyjaciół z AA muszę bardzo uważać na to, co mówię, że w tym środowisku jest tylko odrobinę mniej bezpiecznie niż w maglu.

Oczywiście plotkowanie to nie jedyna wada Billa W. Z tejże książki dowiedziałem się, że lubił się popisywać, że kłamał, że zdradzał żonę w zasadzie prawie do końca życia i wiele innych. Wtedy zapytałem siebie, czy ja naprawdę chcę być takim człowiekiem, jak William Griffith Wilson?

Jestem Billowi niesamowicie wdzięczny za Kroki, może nawet bardziej za Tradycje. To one są realną wartością, siłą i nadzieją dla alkoholików, one, a nie życie Billa W., bo on był jeszcze jednym, bardzo niedoskonałym narzędziem w rękach Boga, jak wielu z nas. A że nie jest moim idolem… trudno. Choć czasem szkoda.

poniedziałek, 16 października 2017

Notatki sponsora (odc. 089)

Fragment jednej z Koncepcji: Dla naszego przyszłego funkcjonowania i bezpieczeństwa nieodzowne jest dobre przywództwo w służbach. A w podręczniku Billa W. o Koncepcjach przeczytałem, że: Należy odłożyć na bok osobiste ambicje i zapomnieć o waśniach i kontrowersjach. „Które, spośród znanych nam osób, mają najlepsze kwalifikacje?” – ta myśl powinna przyświecać wszystkim.

Tak jakoś wyszło, że po bardzo długiej przerwie postanowiłem wpaść na losowo wybrane spotkanie intergrupy i zobaczyć w działaniu to dobre przywództwo oraz poznać osoby o najlepszych kwalifikacjach.

Spotkanie było bardzo ciekawe i wiele się na nim dowiedziałem – głównie o sobie: z czego żyję, ile i na czym zarabiam, co myślę, co planuję i z jakiego powodu… Dowiedziałem się też, że trzeźwy nie jestem i zapewne nigdy nie będę, marne szanse. No, cóż… szkoda. :-(
Ten zbieg okoliczności nieco mnie zaskoczył. Ależ dziwny traf! – pomyślałem sobie, ale szybko zorientowałem się, że znowu nie mam racji, żaden traf ani przypadek, po prostu moje sprawy osobiste nie pierwszy, i zapewne nie ostatni raz, są jednym z tematów poruszanych na spotkaniu intergrupy. Z własnym egocentryzmem stale walczę, nawet z pewnym powodzeniem, więc zakładam, choć z trudem i w wbrew sobie, że to nie tylko ja jestem jakimś wybrańcem i intergrupa omawia sprawy prywatne także innych osób.

Przypomniało mi się, jak wyglądały i czego dotyczyły spotkania intergrupy, kiedy to ja byłem jej rzecznikiem (w innej miejscowości). No, cóż… muszę otwarcie przyznać, że nieco inaczej, na pewno mniej emocjonująco, co tu ukrywać, po prostu nudno, ale – wprawdzie kompletnie nietrzeźwy – jednak staram się mieć otwarty umysł i gotowość na zmiany, więc przyjmuję jakoś do wiadomości, że ta akurat intergrupa, w określonym składzie i czasie, działa nieco inaczej niż kiedyś. Wszystko się przecież dynamicznie zmienia. Prosty przykład: jeszcze przed „moimi czasami” intergrupa rozpowszechniała odezwę, coś jakby apel do grup AA w województwie: „Intergrupa xyz odcina się od wszelkich informacji publikowanych w Internecie”, a teraz proszę – własna strona internetowa, a co! Super!

A jeśli już mowa o internecie, to ja przy okazji bardzo przepraszam Wspólnotę za to, że Wspólnota jest tak nieudolna, że nie potrafi porządnie wypozycjonować swojej strony albo stron, no… przykro mi jest, naprawdę. Wydawało mi się, że nie potrafię w tym nijak pomóc, ale może jednak jest sposób – jeśli zmodyfikuję którąś ze swoich stron, to może alkoholicy w okolicy zwrócą wreszcie uwagę na strony AA-owskie? Zastanawiam się tylko, czy takie posunięcie jest rzeczywiście dbaniem o najlepsze kwalifikacje oraz jakość, czy może tylko promowaniem indolencji i miernoty? Skoro jednak trzeba, to ja zawsze chętnie zapominam o waśniach i kontrowersjach, i dla wspólnego dobra zrobię wszystko… no, prawie wszystko. 

Poważnie zastanawiam się też nad uczestnictwem w kolejnym spotkaniu intergrupy i przyznaję, że kusi mnie to. Może tym razem dowiem się czegoś o seksie, moralności, grzechach, prowadzeniu się… któregoś z kolegów lub koleżanek. Wolałbym tylko, żeby o mojej kochance nie gadali za wiele, żeby się żona nie dowiedziała.

poniedziałek, 2 października 2017

Notatki sponsora (odc. 088)

Będą pytania i wątpliwości. Odpowiedzi raczej nie. Uprzedzam, żeby nie było rozczarowań.

Wczoraj zakończyła się kolejna edycja warsztatu AA-owskich Kroków organizowana tradycyjnie dwa razy w roku przez grupę Krok za Krokiem w Woźniakowie. Tym razem, po raz pierwszy w tym miejscu, kilkanaście osób uczestniczyło w warsztacie sponsorów. Uznaliśmy wcześniej, że grupa, która miałaby zająć się całą tematyką Dwunastego Kroku, miałaby zbyt wiele pracy, jak na warsztat trwający od czwartku do niedzieli. Bo to i rozliczne formy niesienia posłania AA, i doświadczenia związane z przebudzeniem duchowym, i mnóstwo różnych problemów po zakończeniu pracy na Programie i wreszcie ogromny pakiet doświadczeń czynnych sponsorów.
Było ciekawie i wartościowo, choć brakło mi trochę doświadczeń krańcowo (według mojej oceny) odmiennych, jakichś bardzo egzotycznych. Zastanawialiśmy się, między wieloma innymi, nad tym, jak to jest, że alkoholicy deklarujący z dumą, że „zrobili” ze sponsorem Tradycje, a nawet Koncepcje, często nie potrafią nawet zorganizować głosowania na poziomie grupy.
Mam nadzieję, że jeszcze więcej i ciekawiej będzie podczas warsztatu wiosennego (12-15 kwietnia 2018).

Nie na wszystko starczyło czasu i tak pewna konkretna wątpliwość pojawiła się nam w czasie drogi powrotnej, w wygodnym, a nawet luksusowym samochodzie Krzysztofa. Sytuacja wygląda mniej więcej tak: alkoholik „zrobił” Program ze sponsorem i w stosownym czasie sam zaczął sponsorować. Jako sponsor pomógł wytrzeźwieć trzem innym alkoholikom i… wtedy postanowił się napić. Pił ostro z tydzień, później jakoś się pozbierał i wrócił na mityngi. Teraz utrzymuje abstynencję od kilkunastu tygodni, odzyskuje zaufanie rodziny i swojej grupy AA, ale… chciałby też wrócić do sponsorowania. Pytanie zasadnicze brzmi: kiedy i czy w ogóle alkoholik po zapiciu może znowu być sponsorem? Nigdy, bo nie? Po roku albo po pięciu latach abstynencji? Po ponownym „zrobieniu” Programu albo jego części? Kto miałby o tym decydować albo weryfikować jego zdolność do sponsorowania?

Takie sytuacje się zdarzają. Może nie masowo, ale też nie pierwszy już raz. Więc pojawia się pytanie, czy Wspólnota AA ma jakieś doświadczenia w takich przypadkach?

sobota, 2 września 2017

Notatki sponsora (odc. 087)

Kilka dni temu uczestniczyłem w spikerce bardzo sympatycznej alkoholiczki (jeszcze niedawno w służbie krajowej). Tematem była Siódma i Ósma Tradycja AA. Kiedy spikerka zakończyła swoje wystąpienie, zadałem kilka pytań – może nie dlatego, żebym nie znał na nie odpowiedzi, ale głównie po to, żeby słowa alkoholiczki, tej właśnie, z innego miasta i województwa, z doświadczeniem w służbie krajowej, usłyszeli także inni, licznie zgromadzeni słuchacze. Pytań powtarzał nie będę, wystarczą odpowiedzi.

1. Tak, to prawda, Wspólnota AA w Polsce dotowana jest przez Kościół katolicki.

2. Nie, nie jest prawdą, że Wspólnota AA w Polsce utrzymuje się z naszych własnych, dobrowolnych datków (jak chce Preambuła), ale finansowana jest dzięki sprzedaży literatury.

Oczywiście, jak to zwykle w większym gronie, znalazł się ktoś skłonny do wyliczeń kosztów sali wynajmowanej niby to tylko na dwie godziny w tygodniu. To przypomniało mi podobną dyskusję sprzed kilku lat. Zapytałem wówczas zwolennika wyliczeń, ile płaci czynszu za mieszkanie, a następnie poprosiłem, żeby wyliczył, ile kosztuje miesięcznie używanie jednego jego pokoju przez 15 minut raz w miesiącu. Wyszło mu, jeśli dobrze pamiętam, coś koło 4 groszy. Wtedy zaproponowałem, że wynajmę ten pokój od niego za 10 groszy (niech sobie chłopina zarobi!) i przychodził będę rzeczywiście raz w miesiącu, na nie dłużej niż kwadrans. Zgodnie z przewidywaniami zapytał, po co mi to, a wtedy odparłem, że będę w tym jego pokoju trzymał rower i starą pralkę. Wszyscy słuchacze wybuchnęli śmiechem.
Czy naprawdę tak trudno jest zrozumieć, że jeśli nasze rzeczy (czajniki, kubki, książki itd.) w jakimś miejscu są stale, to też oznacza, że stale tego pomieszczenia używamy – wszystko jedno, czy do spotkań, czy do przechowywania przedmiotów. Za to się płaci.

A co do Tradycji Ósmej… Nie warto chyba tworzyć skomplikowanych, choć niewątpliwie ciekawych, spekulacji na temat znaczenia słowa „honor”, bo takie określenie w oryginale tej Tradycji nie występuje – to polski pomysł… jeden z wielu zresztą. W taki sposób, nie wiem dlaczego, przełożono termin „non-professional”.

Ósma Tradycja:  Alcoholics Anonymous should remain forever non-professional, but our service centers may employ special workers.

Anonimowi Alkoholicy powinni na zawsze pozostać nieprofesjonalni, nigdy nie możemy stać się zawodowymi Anonimowymi Alkoholikami. Bill W. wyjaśniał, że nie możemy nieść posłania AA za pieniądze. Ot i wszystko. A honoru (albo jego braku) może lepiej do tego nie mieszać. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Notatki sponsora (odc. 086)

Sierpień i wrzesień… Na wielu mityngach AA podstawowym tematem są zadośćuczynienia i wszystko, co z nimi związane. Dawno, dawno temu wydawało mi się, że stwierdzenie „zadośćuczynienie jest dla ofiar, a nie dla katów” ułatwi mi oraz innym alkoholikom praktyczną realizację Kroków 8-9, ale tak się chyba jednak dotąd nie stało i najwyraźniej trzeba je powtarzać nadal.

Kilka dni temu, podczas mityngu usłyszałem, że zadośćuczynienia pośrednie są w naszej literaturze polecane, jako znakomite rozwiązanie. Zapytałem po mityngu znajomego, głoszącego te przekonania z wielką pewnością siebie, w jakiej książce AA i gdzie konkretnie jest o takich zadośćuczynieniach mowa. Dowiedziałem się, że w 12x12 w rozdziałach poświęconych Krokowi 8 albo 9. OK. Uważam, że nieźle znam literaturę AA, ale przecież nie na pamięć, więc nie polemizowałem, nie upierałem się, po prostu postanowiłem sprawdzić. Krótko: żadnych zaleceń dotyczących zadośćuczynień pośrednich nie znalazłem ani w 12x12, ani w WK.

Tym razem słownik niewiele mi pomógł; wyczytałem w nim, że termin „pośredni” to: «niedotyczący czegoś bezpośrednio». Kicha! Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy mogą istnieć jakieś sensowne działania, podejmowane w interesie pokrzywdzonego (ważne!), które można byłoby nazwać pośrednimi. Powiedzmy, że w dzieciństwie rozmyślnie i złośliwie rozwaliłem bratu zabawkę. Przecież mu tej zabawki teraz nie odkupię! A w takim razie, czy wręczenie mu… powiedzmy stu złotych, jest zadośćuczynieniem pośrednim? Ależ skądże! To nadal przecież działanie bezpośrednie.

Wróciłem więc do tekstu Kroków 8 i 9, bo spekulacje na temat niewystępującego w nich terminu „pośrednie”, zaprowadziło mnie na manowce, jak zresztą widać. Skupiłem się na słowie „osobiście” ( Zadośćuczyniliśmy osobiście…). Moim zdaniem ma ono podwójne znaczenie. Z jednej strony sugeruje, żebym to ja sam dokonał zadośćuczynienia, nie prosząc o wyręczenie mnie w tym działaniu członka rodziny, podwładnego, sąsiada, wynajętego gońca itp. Z drugiej, „osobiście” to też informacja, że zadośćuczynienia mam dokonać osobie skrzywdzonej, a nie komuś innemu.

Jeśli dobrze zrozumiałem, zadośćuczynienie pośrednie miałoby być moim działaniem podjętym w interesie kogoś innego, a nie osoby skrzywdzonej. Ale zaraz! Przecież osobie której nie skrzywdziłem, żadne zadośćuczynienie z mojej strony się nie należy, a Kroki mówią o zadośćuczynieniu, a nie o prezentach!

Ofiara i kat… Nie ma tu innych osób, tak więc ostatecznie wychodzi mi na to, że jeśli nie mogę, z jakiegoś względu, zadośćuczynić osobie skrzywdzonej (ofiara), to robię to tylko i wyłącznie dla siebie (kat).  A to uważam za świństwo.

Kiedyś bezmyślnie straciłem wartościową, kolekcjonerską monetę, należącą do matki. Matka nie żyje. Jeśli teraz ofiaruję koledze w prezencie ciekawą monetę, to… zrobię mu prezent, za który będzie mi wdzięczny (znów ja coś z tego będę miał!), czy zadośćuczynię matce? 

Powtórzę to, co pisałem już dawno temu: jeśli nie mogę dokonać zadośćuczynienia osobiście, bezpośrednio osobie pokrzywdzonej, to nie podejmuję żadnych innych cwaniackich działań, których jedynym celem, tak naprawdę, jest zrobienie dobrze samemu sobie, pozbycie się poczucia winy i wyrzutów sumienia. Ze świadomością, że niektórych zadośćuczynień nie wykonałem, będę sobie żył, po prostu. Jednak bynajmniej nie po to, żeby się przez tę resztę życia nimi zadręczać, ale, żeby wreszcie zacząć zdawać sobie sprawę, że nie wszystko, co nawyrabiam (tak, w przyszłości, a nie w przeszłości!), da się zawsze jakoś tam odkręcić, załatwić, odfajkować, zniknąć…