wtorek, 24 kwietnia 2018

Notatki sponsora (odc. 100)

W AA-owskim biuletynie „Mityng” przeczytałem kiedyś, że alkoholik to takie cacuszko, co to aby żyć, musi mieć problemy, a jak ich nie ma, to sobie wymyśli, a jak już wymyśli, to musi je rozwiązywać, a jak rozwiązać nie potrafi, to... A mnie się wydawało, że okres generowania coraz to nowych problemów mamy w AA w Polsce już za sobą - oj naiwny, naiwny...


Gdzieś mi wpadło w ucho, może nawet w „Warcie” o tym pisali, że jest pomysł, żeby Dwunastą Tradycję AA, która aktualnie wygląda tak: Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych tradycji przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami, zmienić na: Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych Tradycji, przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobowościami, ewentualnie że zasady są ważniejsze od osobowości. Jak już zapewne widać, kłopot pojawił się wraz z tymi problematycznymi „osobowościami”.

W oryginale angielskim Dwunastej Tradycji nie ma mowy o osobistych ambicjach – to fakt. Czy jednak można użyć tam określenia „osobowości”? Tylko dlatego, że w oryginale mamy: …ever reminding us to place principles before personalities?
„Personalities” to – według internetowego słownika – osobowości, osobistości, indywidualność, charakter i kilka innych. Myślę, że tłumacz powinien biegle znać język, z którego dokonuje przekładu, ale tak samo dobrze albo nawet lepiej, język na który tłumaczy – w tym przypadku polski. Jednak zdanie „pierwszeństwo zasad przed osobowościami” lub „zasady są ważniejsze od osobowości” po polsku jest wysoce problematyczne, niejasne, mętne, niezrozumiałe, po prostu błędne. Cóż z tego, że po angielsku… Po angielsku mieliśmy też sanity, unmanageable i mnóstwo innych, które trzeba było sensownie (sensownie, a nie dosłownie!) przełożyć na polski.

Osobowość, jakąś, jakąkolwiek, ma każdy człowiek, czyżby więc AA-owskie zasady miały być ważniejsze od wszystkich ludzi na ziemi? Absurd! Nie mamy (czy aby na pewno?) ambicji sekciarskich i nie będziemy próbować narzucić wszystkim ludziom własne zasady!

Owszem, wydaje mi się, że dałoby się zastosować w naszej Tradycji te nieszczęsne „osobowości” (jeśli koniecznie trzeba, ale czy naprawdę trzeba?), jednak pod warunkiem doprecyzowania, konkretnego dookreślenia tego pojęcia.  W tej sytuacji jest to konieczne. Na przykład: zasady są ważniejsze od dominujących osobowości – jest OK. Zasady są ważniejsze od naszych osobowości – też dobrze, wszak jesteśmy alkoholikami, mamy/mieliśmy zaburzoną osobowość.
Oczywiście "osobowości" to nie jedyne słowo w języku polskim, które wymaga jakiegoś doprecyzowania, tak samo jest na przykład z cechami. W zdaniu: Reguły są ważniejsze od cech, niezbędne jest określenie, jakich cech? czego cech? czyich cech? których cech?

Ale zaraz, zaraz… ja się tu produkuję, nie będąc polonistą, a przecież językoznawcy, specjaliści współpracujący z Radą Języka Polskiego i naukowym wydawnictwem PWN jasno i jednoznacznie wypowiedzieli się w tej kwestii.

Pytanie:
Interesuje mnie zdanie Pierwszeństwo zasad przed osobowościami. Wyraz po wyrazie jest ono przełożone z angielskiego (principles before personalities) i przekład ten jest zapewne poprawny, ale jego polska wersja wydaje mi się mocno problematyczna. Przed jakimi osobowościami? Jak rozumieć to Pierwszeństwo zasad przed osobowościami? Co z tego niby wynika? O co chodzi? Jak to rozumieć?

Odpowiedź:
Jestem wobec tego zdania tak samo bezradna jak Pan – nie rozumiem go (po prostu).

Z poważaniem
Katarzyna Kłosińska, Uniwersytet Warszawski
(Źródło: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Pierwszenstwo-zasad-przed-osobowosciami;18558.html )


Zanegować, rzecz jasna, można wszystko, jako alkoholik mam w tym nawet dużą wprawę. Przez cały okres picia twierdziłbym hardo, że specjalistka od poprawnej polszczyzny, doktor habilitowany, nie zna się na chorobie alkoholowej, nie rozumie Programu AA, ale przede wszystkim – żadna taka nie będzie mi mówić, jak JA mam coś rozumieć! Tylko, że od czasów picia minęło kilkanaście lat i coś się rzekomo we mnie zmieniło. Poza tym tworzony problem dotyczy języka polskiego, a nie Programu AA.

I to by było na tyle… tym razem, w jubileuszowym odcinku. Niecierpliwie czekam na nowe wydanie Wielkiej Księgi, będąc całkowicie pewien (pewnym? qrna!, jak się to pisze?), że będzie ono lepsze od poprzedniego i nie będzie zawierało wyrazów, zwrotów, słów, określeń, które sponsorzy musieliby znowu tłumaczyć podopiecznym z polskiego na polski. 


PS. 
Kolega podsunął mi link do dyskusji na podobny temat: https://www.quora.com/What-does-it-mean-to-have-a-personality może się komuś przyda.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Pendolino albo szybka ścieżka


Pytają mnie czasem znajomi i nieznajomi alkoholicy, skąd się u nas wzięły, zalecane przez niektórych sponsorów „Codzienne sugestie”, a zwłaszcza kontrowersyjna modlitwa na kolanach albo telefonowanie. Od lat interesuję się historią Wspólnoty AA, mam przyjaciół, którzy biegle władają językiem angielskim, trochę sam poszperałem, więc w pewnej mierze, częściowo, spróbuję odpowiedzieć na te pytania i wątpliwości. Zwracam jednak uwagę, że są to moje amatorskie poszukiwania, a nie rzetelne i na sto procent wiarygodne opracowanie naukowe.

W książce „12 Kroków od dna. Sponsorowanie” pisałem: Czasem przypominam, że na kolanach ludzie poddawali się na polach bitew już tysiące lat temu. Jest to pozycja, w której przestaję stanowić zagrożenie… dla siebie i innych. W książce „Doktor Bob i dobrzy weterani” znaleźć można informację o pożytkach z modlitwy na kolanach (s. 95, 245) oraz codziennego telefonowania (s. 159). I to się zgadza, jednak nie wyjaśnia w pełni, skąd się  wzięło sławetnych sześć punktów na karteczce z codziennymi sugestiami.

Wydaje się, że „Codzienne sugestie” to pomysł niesławnej pamięci Davida B., alkoholika, byłego kapitana w armii brytyjskiej, charyzmatycznego przywódcy pewnego odłamu AA, homoseksualisty; słyszałem, że na jego pogrzeb przyszły setki ludzi, a złośliwe plotki głoszą, że część z nich przyszła po to, żeby się upewnić… hm… zresztą, nieważne. W każdym razie był niewątpliwie postacią nietuzinkową.

Jest/była taka strona internetowa (obecnie funkcjonuje jako blog: http://aacultwatch.blogspot.com/ ), której autorzy starają się monitorować różne… kulty, odłamy, sekciarskie zapędy, alternatywne pomysły i inne takie w łonie AA. Na temat Davida B. (i nie tylko) jest tam  sporo:   http://aacultwatch.blogspot.com/search/label/David%20B i http://aacultwatch.blogspot.co.uk/search?q=David+B i są to informacje mocno nieprzychylne. Zarzucano mu, że wykorzystywał seksualnie swoich podopiecznych, że dodawał wina do gotowanych potraw, że nakazywał odstawić lekarstwa przepisane przez lekarza, że uważał, że istota Kroku Pierwszego polega na ślepym i absolutnym posłuszeństwie wobec sponsora itp. To na kontrolowanych przez niego i jego poruczników mityngach miała się narodzić (prawdopodobnie lata osiemdziesiąte, grupa „Wizja dla ciebie”, a wkrótce wiele innych) tzw. szybka ścieżka, to jest metoda realizacji Programu stosunkowo szybko… bardzo szybko. Na tymże blogu można również znaleźć informacje o „panu sześć punktów”.

1) Rano i wieczorem, na kolanach, módl się o trzeźwy dzień – wieczorem dziękuj.
2) Prowadź regularnie dzienniczek/listę wdzięczności.
3) Czytaj wskazany fragment Wielkiej Księgi.
4) Dzwoń do sponsora i do jednego czy dwóch nowych członków AA.
5) Czytaj codziennie „Just for Today” („Tylko dzisiaj”) i realizuj zalecenia tam zawarte.
6) Módl się za ludzi do których czujesz urazy, żeby dostali wszystko to, co dla siebie samego pragniesz. Jeżeli się złe czujesz, to powtarzaj modlitwę o pogodę ducha aż się poczujesz lepiej.


Oczywiście można (i kto wie, może nawet warto) zakwestionować rzetelność i intencje AA Cult Watch. Jednak ważniejsze wydaje się coś innego, a mianowicie pytanie, czy „Codzienne sugestie” są czymś złym, bo – powiedzmy – wymyślił je wredny David B.?

Na koniec rodzynek, fragmenty relacji Andy'ego F., alkoholika, który przez kilkanaście miesięcy był podopiecznym Davida B.

Davida B. poznałem w Londynie w kwietniu 1993, po powrocie ze Stanów. Byłem w AA już od 13 lat, ale co pewien czas wracałem do alkoholu i narkotyków. Nie wiem jak to się stało, ale jakimś cudem wylądowałem na mityngu, na który nigdy dotąd się nie wybrałem. Był to mityng na Pont Street, w poniedziałek, a grupa „Wizja dla ciebie” okazała się bastionem Davida B. i jego zwolenników. David był kapitanem w wojsku brytyjskim i jego podopieczni mówili do niego i o nim „kapitan”. Prowadził on te mityngi jak jednostkę wojskową.

Na tej grupie poznałem Davida B. i poprosiłem go o sponsorowanie. Był to niewysoki, starszy pan z wyżej klasy społeczeństwa angielskiego. Posługiwał się wytwornym językiem i było widać, że był szkolony w jakiejś szkole dla wyższych klas, gdzie mówiło się „królewską angielszczyzną”.
David B. zgodził się na sponsorowanie i dał mi samoprzylepną karteczkę z napisem „W tej chwili patrzysz na problem”, którą miałem przylepić do lustra. W ten sposób miałem sobie codziennie przypominać, że ja, nikt inny, jestem problemem. Dał mi też sześć codziennych sugestii (na jego mityngach zawsze leżały na stołach).
David B. przez cały czas miał tych podopiecznych nie mniej niż dwudziestu. Zapraszał wszystkich swoich najbliższych poruczników na niedzielną mszę w katolickim kościele „Brompton Oratory”. Blisko ołtarza był cały rząd wypełniony jego podopiecznymi i wszyscy przymusowo ubrani w garnitury. Oczekiwał też, że jak ktoś z jego grupy miał spikerkę na mityngu, to też musiał być w garnitur ubrany.

Trzeba powiedzieć, że David B. bardzo źle patrzył na kogokolwiek, kto się dzielił swoim bólem na mityngach. Wszystko to było widziane jako użalanie się nad sobą. Zażywanie środków uspakajających czy antydepresyjnych nie było tolerowane na jego mityngach. David B. był homoseksualistą i były wypadki, że dobierał się do swoich podopiecznych. Miał słabość do młodych ładnych chłopaków.

Jego najbardziej ulubionym powiedzonkiem na mityngach było, że odkąd wstąpił do AA, to nigdy nie miał złego dnia, że nieszczęście jest efektem wyboru i że jego zdrowienie było jak przyjemny spacer w parku od momentu, gdy przyszedł na pierwszy mityng. Nie było wolno mówić o żadnych smutnych i przykrych sprawach na jego mityngach, więc każdy udawał, że jest cały czas szczęśliwy i uśmiechnięty.


I co? Kanalia i szuja z tego Davida, czy może jeszcze jedno niedoskonałe narzędzie w rękach Boga – jak Go rozumiemy?

czwartek, 15 marca 2018

Notatki sponsora (odc. 099)


Tym razem tylko pytania i wątpliwości. Jeśli ktoś z czytających ten tekst potrafi na nie jakoś odpowiedzieć, pomóc mi zrozumieć, wyciągnąć wnioski, to bardzo będę wdzięczny, bo w tym przypadku własnych pomysłów jakoś nie mam.

Powiedzmy, że jestem miłośnikiem gry w pchełki, że to moja życiowa pasja. Zapisałem się więc do Stowarzyszenia Pchełkarzy, bo dzięki temu w klubie „Pchełka” mogę w tę grę grać choćby codziennie. I gram. Tylko to mnie interesuje. Mam w nosie wybory do Rady Stowarzyszenia, jakieś wewnętrzne przepychanki; nie szukam żadnej dziury w całym, interesuje mnie tylko gra i granie.

Po dłuższym czasie, jakoś tak zupełnie przypadkiem, wpada mi w uszy plotka, że to moje Stowarzyszenie i Klub, to tylko przykrywka, że zarząd robi jakieś niefajne rzeczy. Jednak mam to w nosie, plotek nie słucham, zawsze przecież znajdą się zawistnicy i złośliwcy. Ale po kilku miesiącach, z zupełnie innego źródła, dochodzą do mnie podobne wieści. Wreszcie podczas gry jeden ze znajomych podpytuje, czy coś wiem o powiązaniach naszego klubu ze światem przestępczym. Informacji, że coś tu może być nie w porządku jest coraz więcej. Zaznaczam, że może być – pewności nadal nie ma.

I tu pojawiają się pytania o postawę – moją, jako alkoholika (tym razem zupełnie nie interesują mnie ludzie zdrowi), a więc co ja, jako uzależniony, powinienem zrobić? Jak się zachować? Wydaje się, że możliwości zasadniczo są dwie:

1. Będę się starał dowiedzieć, jak to z moim klubem i stowarzyszeniem jest naprawdę. Pogłoski nie muszą być prawdziwe, ale, jako alkoholik, powinienem wiedzieć, w czym naprawdę biorę udział, do czego się przyłączyłem, co wspieram. Zgodnie ze słowami Scotta Pecka: Choroba psychiczna to unikanie rzeczywistości za wszelką cenę; zdrowie psychiczne to pogodzenie się z rzeczywistością bez względu na cenę. Kiedy już uzyskam konkretne, wiarygodne informacje, a plotki, nie daj Boże się potwierdzą, będę musiał zdecydować, czy w klubie zostać, czy może z niego się wypisać. Choć możliwości grania bardzo byłoby mi szkoda w razie czego.

2. Za bardzo lubię grę w pchełki, żeby ryzykować konieczność podejmowania jakichś drastycznych decyzji. Poza tym ja sam przecież nic złego nie robię. Zapowiadam więc znajomym, kolegom oraz innym graczom, że nie chcę nic wiedzieć o ewentualnych matactwach klubu i stowarzyszenia, nie życzę sobie, by mnie o nich informowano, wolę tkwić w błogiej nieświadomości i po prostu sobie grać w pchełki. W końcu tylko po to tu przyszedłem, reszta mnie nie interesuje i nie musi, to nie jest moja sprawa; do zarządu przecież nie należę i nie zamierzam.

Pytania i wątpliwości.
Czy któraś z tych dwóch postaw jest w jakiś sposób lepsza od drugiej? Jak się one mają do mojej trzeźwości, uczciwości wobec samego siebie, egoizmu, egocentryzmu, odwagi, oportunizmu, powierzaniu woli Bogu i innych takich? A może rozwiązań jest więcej niż dwa? Jak o swojej decyzji (takiej lub innej) poinformować podopiecznych i kolegów z AA?

poniedziałek, 26 lutego 2018

Notatki sponsora (odc. 098)


Podopieczny coś tam zawalił, czegoś nie dopatrzył, po prostu popełnił błąd, więc kiedy na głowę zaczęły mu spadać konsekwencje, zadzwonił do sponsora, od którego usłyszał: a co zrobiłeś, żeby tych konsekwencji uniknąć?
Nie wiem, o co im chodziło, ani jak się to ostatecznie skończyło, bo tylko tyle wpadło mi w uszy, ale wystarczyło, żeby  tak postawione pytanie wywołało lawinę wspomnień i skojarzeń. I o nich będzie mowa, a nie o jakichś uniwersalnych albo „jedynie słusznych” rozwiązaniach, postawach, zachowaniach, reakcjach, bo takowych zapewne nie ma.

Dwanaście lat temu mój sponsor napisał tekst  „Nie muszę już być Kainem”, drukowany w biuletynie „Mityng”, który swego czasu zrobił na mnie duże wrażenie; wiele się dzięki niemu nauczyłem, a może raczej… oduczyłem. Głównie w pracy z podopiecznymi, ale nie tylko. Oto fragmenty tego tekstu.

Byłem odpowiedzialny za pewną pracę wydawniczą dla wspólnoty. Już w momencie odbierania druków, ze zgrozą zobaczyłem jak na samym wierzchu widnieje błąd wyraźnie utrudniający sensowne odczytanie tekstu. Zmartwiałem. Naprawa nie wchodziła w rachubę. Z duszą na ramieniu oddałem wydruki. Oczekiwałem najgorszego; słów krytyki, wymówek itp. Nic takiego się nie stało.
Przyjaciel nie wypowiedział nawet jednego słowa nagany. To było dla mnie dziwne; sam pewnie bym zrobił karczemną awanturę, żądał zwrotu pieniędzy, wyzwał od nieudaczników. Wydaje mi się, że widział ból w moich oczach i zrezygnował z gorzkich uwag. Poczułem wdzięczność za taką postawę; przecież i tak wiedziałem o swoim zaniedbaniu. Nie trzeba mi dodawać kolejnych przykrości.
[…]
Gdy zapytałem się siebie, czego z tego zdarzenia się nauczyłem, przypomniałem jak bardzo zaimponowała mi postawa kolegi przyjmującego moją wadliwą pracę. Nie muszę już być dłużej Kainem.
Obydwaj zdawaliśmy sobie sprawę, że nawet przez najbardziej wymyślne słowa nie zmienimy sytuacji; słowa nagany były zbyteczne. Natomiast jak zmienia atmosferę życzliwe stwierdzenie – no cóż, następnym razem będzie lepiej, nie trać nadziei. Wierzę, że chciałeś dobrze.
Oczywiście brak wymówek nie jest zachętą do wadliwej pracy, raczej wsparciem w drodze do uzyskania dobrych wyników. Dzisiaj nikt nie musi mi przypominać o dodatkowym sprawdzeniu tekstów. Zaś okazanie się przyjacielem w trudnej sytuacji ma większe znaczenie niż awantury, nawet najbardziej słuszne.

W każdym moim miejscu pracy, kiedy coś się zawaliło, w pierwszej kolejności zaczynało się szukanie winnych – skupiali się na tym głównie przełożeni, ale też i my, podwładni, żeby uniknąć własnej odpowiedzialności. Pamiętam, jak niesamowite wrażenie wywarła na mnie informacja, wyczytana w jakiejś książce o stylu pracy japońskiej korporacji, że oni w razie czego nie szukają winnych – szukają rozwiązań! Pracownicy nie są za błędy i pomyłki karani – szybko się przyznają, a więc szybko można zacząć podejmować środki zaradcze. Wydało mi się to genialne, ale i zupełnie nie do zastosowania na podrzędnych stanowiskach, na jakich bywałem zatrudniany.

We Wspólnocie AA też nie czuję się w pełni powołany do rozliczania dyrektora, powierników, delegatów czy innych „zaufanych sług”, ale podczas pracy sponsora z podopiecznym wygląda to, albo wyglądać może, zgoła inaczej.

Jeśli ktoś powie mi „to twoja wina!”, czy coś z tego wynika? Jeśli spyta „a co zrobiłeś, żeby tych konsekwencji uniknąć?”, to i co z tego? Przecież wiadomo i widać wyraźnie, że nie zrobiłem nic, bo gdybym zrobił albo wcześniej zapytał, to nie byłoby konsekwencji. Potrzebne są mi teraz rozwiązania, sposoby i metody na zażegnanie kryzysu do którego doprowadziłem, pomysły, rady i sugestie jak gasić pożar, a nie dowody na to, jak bardzo mądry jest mój sponsor. Następnym razem nie jestem pewien, czy do czegokolwiek bym się przyznawał.

Zdarza się, że kiedy moi podopieczni mają jakiś kłopot ze swoimi podopiecznymi, pytam krótko: czy chcesz jeszcze jej/jemu pomóc? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, a wcale taka być nie musi, to oznacza często konieczność schowania do kieszeni swojego ego i realną pomoc i wsparcie.

wtorek, 20 lutego 2018

Notatki sponsora (odc. 097)


Trzy elementy musiały połączyć się w całość, żebym zaczął zastanawiać się nad dość ważnym (dla mnie) zagadnieniem; zastanawiać się poważnie, bo tak powierzchownie, luźno, bez znaczących wniosków, to już od dawna.

1. Po wielu latach przerwy znów usłyszałem w środowisku AA powiedzenie: AA jest jak mafia, kto odchodzi – ginie. Nie dość, że problematycznie przyrównuje Wspólnotę AA do organizacji przestępczej, to jeszcze zawiera sekciarski element zastraszania członków przed odejściem. Przypomniało mi się też określenie: skazani na rozwój, które do pewnego stopnia uważam za prawdziwe.

2. Kolejny raz praktykowałem duchowe narzędzie słuchania (A spiritual listening tool), tym razem zwracając szczególną uwagę na odwołania do przeszłości w mityngowych wypowiedziach.

3. Fragment wiersza Adama Asnyka „Daremne żale”:
Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe,
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę…

Od kilkunastu lat wiem już z całą pewnością i ponad wszelką wątpliwość, że nie jest prawdą, jakoby każdy, kto przestaje chodzić na mityngi AA, musi marnie zdechnąć. A sekciarskiego zastraszania sobie nie życzę.
Głęboką, wewnętrzną potrzebę nieustannego rozwoju znam z własnego doświadczenia oraz relacji wielu przyjaciół z AA – choć zapewne nie dotyczy ona wszystkich uczestników mityngów.
W trakcie realizacji duchowego słuchania starałem się zorientować, policzyć, jak wiele wypowiedzi na mityngach dotyczy dalekiej przeszłości i do niej się odwołuje – wyszło mi, że około 80%, a na niektórych grupach to i więcej, właściwie… wszystkie.

Przeszłość można naprawić – w mniejszym lub większym stopniu. Przeszłość może być też niezłym nauczycielem, ale do czasu, bo przecież nie w nieskończoność! Rozwój osobisty to otwarcie się na przyszłość, na zupełnie nowe doświadczenia, przeżycia i odkrycia, a nie tylko wieczne oglądanie się do tyłu, za siebie. Jaki sens ma wyprawa, podczas której wzrok i zainteresowanie nieustannie skierowane mam wstecz, a nie przed siebie, nie w stronę celu i tego, co przede mną? Bo miejsce przeszłości jest w przeszłości, a nie stale i codziennie – dzisiaj, teraz.

Przeszłość, dawno już przeanalizowana, po wielokroć omówiona, ale przede wszystkim przeżyta, nie determinuje rozwoju, choć oczywiście zapewnia błogi spokój oraz poczucie bezpieczeństwa. Tak… statki są bezpieczne w porcie, ale nie po to je zbudowano, by tam stały. Może z czasem, choćby po latach, niektórzy z nas, alkoholików, dla własnego dobra i w swoim dobrze pojętym interesie, powinni wziąć odpowiedzialność za siebie, za swoje życie i jego jakość na siebie, zamiast kurczowo trzymać się sponsorów i grup/wspólnot, które decydują za nas, jak żyć, a jeśli nawet nie decydują, to zwalniają z obowiązku samodzielnego myślenia. Oni za nas naszego życia nie przeżyją…

Każdy musi, niestety, swoje doświadczenia gromadzić sam. Nie są one w pełni przekazywalne. [Władysław Bartoszewski, „Warto być przyzwoitym”, s. 75]

Funkcjonowanie zawsze blisko Wspólnoty, podporządkowanie jej zasadom i regułom, być może zapewnia wolność od alkoholu, obsesji na temat picia, seksu i innych takich, ale czy to jest wszystko, czego w swoim życiu pragnę i potrzebuję? Zapewne życie zbudowane na zasadach i regułach AA jest bezpieczne, ale czy nie chodziło o nieskończony rozwój osobisty, a nie tylko o bezpieczną, cieplutką norkę, w której jakoś zakopię się, ukryję i jakoś, byle jak, dotrwam do śmierci?

W „Języku serca” Bill pisał (przekład nieautoryzowany): … mamy częściowo uformowaną strategię public relations. Jak wszystko inne w AA, wyrosła ona z prób i błędów. Nikt jej nie wymyślił. Nikt nigdy nie ustalił jej zasad i reguł, i mam nadzieję, że nikt nigdy tego nie zrobi. A to dlatego, że zasady i reguły wydają się dla nas niezbyt korzystne. Rzadko kiedy się sprawdzają.

Ano właśnie… zasady i reguły wspierają status quo, to jest obecny, niezmienny stan rzeczy, ale kiepsko się sprawdzają, gdy chodzi o rozwój – zarówno osób, jak i całych wspólnot. Żeby się rozwijać, trzeba kiedyś wreszcie wyjść spod ochronnego klosza, zacząć podejmować próby, otwierać się na nowe przeżycia, weryfikować przekonania, popełniać błędy (o nich też była mowa wyżej) i konfrontować z ich konsekwencjami (przyjemnymi i paskudnymi)  i na nich się uczyć. Bo nie ma osobistego rozwoju bez ryzyka i bez… cierpienia.

wtorek, 13 lutego 2018

Notatki sponsora (odc. 096)


Pomyliłem się, nie miałem racji – nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni. Pisząc tekst „Członek AA, czy to brzmi dumnie?” z typowym dla alkoholika egocentryzmem założyłem, że ataki i napaści wojującego weteraństwa dotyczą mnie oraz kilku jeszcze znanych mi osób; znanych z tego, że sponsorują od dawna i skutecznie. Dzięki wielu e-mailom (za wszystkie dziękuję) zorientowałem się, że wojna trwa w całej Polsce, a nawet poza jej granicami. Alkoholicy z grup staropolskich, może nie wszędzie jeszcze posuwają się do przestępstw, jak w Opolu i okolicach, ale coraz bardziej agresywnie walczą… ale o co? z kim? dlaczego?   

W połowie 1998 roku trafiłem do grupy ludzi, którzy Wspólnotą Anonimowych Alkoholików byli chyba tylko z nazwy. W rzeczywistości było to połączenie klubu abstynenta z grupą wsparcia, wzorowane na regułach grup psychoterapeutycznych z pewnymi elementami zaczerpniętymi ze Wspólnoty AA. Dziś wiadomo już powszechnie, że w jej powstawaniu nie uczestniczył żaden anonimowy alkoholik, że założona została przez socjologa, dwie psychoterapeutki i harcmistrza Polski Ludowej, którzy zrobili to najlepiej jak potrafili i zapewne w dobrej wierze, ale… wyszło, jak wyszło.

Dekadę później (daty oczywiście orientacyjne), kiedy sponsorowanie i realna praca na Programie rozwijały się w najlepsze w Opolu i kilku miastach na Śląsku, w środowisku mówiono o nowinkach, o nowej modzie, o nowych, zbędnych eksperymentach w AA. Ale po kolejnych dziesięciu latach już chyba wszędzie wiadomo, że Wspólnota AA od zawsze, od chwili powstania w latach trzydziestych XX w. (prawie 85 lat temu!), opiera się na 12 Krokach i sponsorowaniu. A także, że to COŚ, co założyli profesjonaliści czterdzieści parę lat temu w Polsce, to właśnie jest nowość i chyba niezbyt udany eksperyment. Co komu po wspólnocie, która nie dysponuje rozwiązaniem problemu alkoholizmu, w której nie wolno używać słowa „my”? Przeróżne grupy wsparcia i kluby abstynenta już mieliśmy i mamy, więc…

Kilkanaście lat temu zaczął się też proces sprzeczania się z faktami, a nawet jawnego ich negowania oraz wymyślania absurdalnych teorii, też zresztą kompletnie niezgodnych z rzeczywistością, których ślady widoczne są do dziś. Czy w najnowszej wersji propozycji scenariusza mityngu nie ma nadal rojeń o świeczkach, które rzekomo palą się na drugim końcu świata?

Z tamtego okresu pamiętam też alkoholika, który próbował porównywać Wspólnotę AA do biblioteki, do której każdy może przyjść i wypożyczyć sobie taką książkę, jaka mu się spodoba, która mu sprawi przyjemność (tak… przyjemność, dobre samopoczucie – to przecież najważniejsze!!!). Z czasem, bardzo powoli i ociężale, docierała do niektórych uczestników mityngów reguła jedynego celu Wspólnoty AA oraz, z jeszcze większymi oporami, treść Preambuły, czytanej na większości chyba mityngów w naszym kraju, najwyraźniej kompletnie bez zrozumienia, a zwłaszcza zdanie: Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu. Naszym jedynym wspólnym problemem jest alkoholizm, a jedyna oferta Wspólnoty AA to Program, stanowiący rozwiązanie problemu alkoholizmu. To nie jest ani biblioteka, ani nie restauracja, w której można zamówić to, na co się akurat ma ochotę, a jutro coś zupełnie innego – Wspólnota AA dysponuje sprawdzonym rozwiązaniem problemu alkoholizmu i… niczym więcej. Rozliczne potrzeby towarzyskie, zawodowe, seksualne, wychowawcze, motoryzacyjne – bardzo możliwe, że całkiem realne i naturalne – trzeba realizować w innej bibliotece/restauracji/miejscu. Po prostu. Tylko, żeby to pojąć i się z tym zgodzić, trzeba być trzeźwym.

Wspólnota AA w Polsce raz już w historii była bliska rozłamu – gdy ośrodki w Poznaniu ścierały się z Warszawą. Wtedy jakoś udało się alkoholikom dogadać w imię wspólnego dobra, ale obecnie sytuacja jest znacznie trudniejsza, bardziej niebezpieczna. Wspólnota na naszych oczach dzieli się na dwa obozy. Może nawet na trzy, jeśli za oddzielny odłam uznać tzw. pendolino, którego w moim mieście nie ma, więc nie znam się na tym. Wojna, którą obserwuję i doświadczam, którą opisywali w wielu e-mailach znajomi i nieznajomi alkoholicy z różnych miejsc w Polsce i nie tylko, dotyczy skrajnie agresywnych postaw uczestników mityngów staropolskich wobec tych… programowych.

O co walczą, po co, dlaczego, w koszmarny sposób naruszając i lekceważąc Tradycje AA, a nawet dopuszczając się przestępstw? – pytałem na początku. Przecież alkoholicy po Programie tych staropolskich nie są w stanie do niczego zmusić, a zwłaszcza do pracy ze sponsorami na Dwunastu Krokach, nie grożą wyrzuceniem z AA, nie przystawiają noża do gardła, więc… o co do diabła chodzi?! Jak to jest, że samo tylko istnienie alkoholików realnie trzeźwiejących w oparciu o ofertę AA, wywołuje wściekłą agresję niektórych (nielicznych?) pozostałych?
Bardzo łatwo byłoby stwierdzić, że to choroba alkoholowa się broni, ale nawet jeśli w jakiejś mierze odpowiedź ta jest prawdziwa, to niewiele konstruktywnego z niej wynika.
Właściwa odpowiedź jest oczywista i banalnie prosta – strach.

Jeśli jedyną wartością w moim życiu, jedynym źródłem pozytywnej samooceny, są AA-owskie rocznice abstynencji (bo przecież nie napięte relacje z drugą żoną, z którą się też średnio układa, nie przeciętna albo wręcz podrzędna praca i płaca), to każdy człowiek, który osiąga więcej z znacznie krótszym czasie, zadowolony z siebie i swojego miejsca w życiu, szczęśliwy w rodzinie, radujący się realnie czymś większym i ważniejszym, niż… a ja się cieszę, że dzisiaj nie piję i tutaj dotarłem – jest dla mnie zagrożeniem, a samo jego życie, wręcz obelgą. Taki ktoś, nawet nie wiedząc o moim istnieniu, coś mi odbiera. Jeśli okaże się, że same tylko rocznice abstynencji niewiele albo i nic nie znaczą, to wyjdzie na to, że jestem nikim, zerem. Nie mogę do tego dopuścić nawet za cenę życia innych ludzi, których swoją złością i urazami zrażę do Wspólnoty AA. Czyż nie tak?

Ile razy słyszałem od weteranów, że liczy się tylko dzisiaj, ale… zawsze jakoś przemycali informację, jak długo nie piją. Często nawet dodawali, że to nie ma znaczenia, ale wtedy, kiedy już im się jakoś wymsknęło: ja nie piję 24 rok, ale to nie ma znaczenia, bo w AA…
Ile razy słyszałem, że w AA wszyscy jesteśmy równi, ale gdy powiedziałem coś, co się lokalnemu weteranowi-guru nie spodobało, to słyszałem, że może na ten temat będę mógł się wypowiadać, gdy będę miał choć połowę tej abstynencji, co on.
Ile razy słyszałem od takich alkoholików, że we Wspólnocie AA nie powinno się, a nawet nie wolno szukać autorytetów, ale przecież każda wypowiedź weterana-guru miała być traktowana jak jakaś prawda objawiona i broń Boże mieć inne doświadczenia i poglądy. Żadnego autorytetu poza jego własnym, chyba…

Oczywiście, ponad wszelką wątpliwość i na pewno nie wszyscy alkoholicy po Programie są trzeźwi i dobrzy, nie wszyscy uczestnicy mityngów staropolskich są pijani i źli, bez bzdurnych uogólnień! Jednak tak się jakoś dziwnie składa, że ani jeden e-mail z kilkunastu, a może i więcej, które w ostatnich dniach dostałem, nie dotyczył pretensji i żalów wobec alkoholików po Programie. Czyżby dlatego, że trzeźwi ludzie niczego nie chcą od tych staropolskich, niczego nie próbują im zabierać?
Smutne to wszystko, ale ja już jestem zmęczony udawaniem, że wszystko działa jak należy, że dobrze idzie, że jest super, a będzie jeszcze lepiej.

Za moich szkolnych czasów Asnyk był w kanonie lektur, nieźle go pamiętam, więc teraz drobna, zabawna parafraza, żeby nie było aż tak poważnie:

Trzeba z trzeźwymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe,
A nie w żałosnych rocznic laur,
Z uporem stroić głowę.

Wy nie cofniecie życia fal,
Nic wojny nie pomogą,
Bezsilne gniewy, próżny żal,
AA pójdzie swoją drogą.


A na koniec jedna jeszcze uwaga. Od lat już czekam na nowe, wolne od błędów wydanie Wielkiej Księgi. Zgodę i licencję na nie mamy chyba ponad rok. Jeśli nadal nowe wydanie jest wstrzymywane, to bardzo chciałbym wierzyć, że tylko z powodów merytorycznych, a nie ze strachu przed wojującymi staropolanami w AA i ewentualnym rozłamem. Bo manifestacje choroby alkoholowej można zrozumieć, można współczuć, można czasem nawet pomóc, ale nigdy, przenigdy nie należy im ulegać, bo zło zawsze w konsekwencji urodzi jeszcze większe zło. Zawsze!

poniedziałek, 5 lutego 2018

Członek AA, czy brzmi dumnie?


Dawno, dawno temu, z pomocą sponsora odkryłem, że Wspólnota AA zaczyna się dla mnie na poważnie wtedy, kiedy w moim życiu, nie tylko tym wspólnotowym, zaczynają się liczyć Tradycje. Choć to był oczywiście proces, to jednak z dokładnością do jakichś dwóch-trzech lat potrafię określić, kiedy stały się one ważne w moim życiu. W ostatnich latach, obserwując środowisko AA, zastanawiam się czasem, jak ważne są w życiu tych, którzy „zrobili” (teoretycznie) Tradycje ze sponsorami, i jak to wygląda w praktyce, w działaniu. Ale powoli dojdę i do tego.

„Lepiej być znanym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem” – zabawne? W środowisku AA może się tak wydawać, ale tam, gdzie raz i drugi słyszałem te słowa, nie były one traktowane jak żart, czy dowcip. Czyżby więc członkowie Wspólnoty AA, w ocenie postronnych, byli szubrawcami, łotrami i draniami gorszymi od alkoholików pijących?
Kiedy rozmawiałem na ten temat z kolegami i znajomymi z AA, zaraz na mnie „wsiedli”, wołając, że nie wolno uogólniać i szufladkować ludzi, że nie szata zdobi człowieka, że żeby kogoś poznać, trzeba z nim zjeść beczkę soli, że generalizowanie to świństwo… Naprawdę? Czyżby?!
A czy nie jest tak, że wielu Polaków wie z góry, bez zastanowienia, że policjanci to gestapo, że politycy to oszuści, że lekarze to łapownicy, że pielęgniarki ……  z lekarzami, że kelnerki i barmanki, to….. za pieniądze, że księża to pedofile itd. itd. itd. Co oznacza i czemu służy określenie „pisior”? Nie dość, że ordynarnie wiąże się z męskimi genitaliami, to oznacza zwolennika PiS i już pół Polski, wie, co to za (źli, głupi, straszni) ludzie. Naprawdę wie? Ja znam i przyjaźnię się z osobami z obu opcji politycznych, a Ty? Ilu naprawdę znasz ludzi o przekonaniach odmiennych niż Twoje? Oczywiście w drugą stronę działa to dokładnie tak samo.

O tym, że wiele takich i podobnych mądrości ludowych (naprawdę wartościowych) to tylko zgrabne powiedzonka, z których właściwie w praktyce w Polsce nic nie wynika, przekonałem się na własnej skórze w młodym wieku. Prawie 40 lat temu powołany zostałem do odbycia obowiązkowej wtedy, zasadniczej służby wojskowej. Trafiłem do WOP (Wojska ochrony Pogranicza). Były to czasy w Polsce bardzo trudne; wkrótce został ogłoszony stan wojenny, a ja dowiedziałem się, że w naszym kraju są dwa rodzaje wojsk – jedne podlegają MON (Ministerstwo Obrony Narodowej), a drugie MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych). WOP okazał się należeć do tego drugiego pionu, i w tamtych czasach okazało się to mieć istotne znaczenie i konsekwencje. Ale, żeby nie przedłużać, po służbie wojskowej zostałem (cały czas trwał stan wojenny!) referentem techniki operacyjnej kontrwywiadu PRL i udało mi się z tego wywikłać dopiero z sześć-siedem lat później. Cóż, rzecz się działa w kraju, który demokratyczny nie był i nie wystarczyło wtedy napisać podanie o zwolnienie. Wówczas to właśnie odkryłem, że tak naprawdę nikogo nie obchodzi, co robiłem, czy mam czyste sumienie, kim jestem i jaki jestem – nie, liczyła się etykietka, szufladka, nazwa instytucji.
Pamiętam rozżalenie znajomych urzędników z wydziału dowodów osobistych (Milicja Obywatelska), z wydziału paszportów (SB), lekarzy na etatach oficerskich w Poliklinikach, czy wreszcie kumpla z Wydziału Inwestycji i Remontów, który po wódce z goryczą pytał: „czy im się wydaje, że ja odtykałem zlewy śpiewając Międzynarodówkę?”.
Ale… miało być o Tradycjach, o alkoholikach i o Wspólnocie, a nie moim pokręconym życiu.

Ktoś z AA, bo przecież na pewno nie spoza, odkrył, że do elektronicznych, internetowych map można dodać grupy AA albo Punkty Informacyjno-Kontaktowe (PIK), czy inne takie. Pierwszy raz zaobserwowałem coś takiego na śląsku (Intergrupa Śląska albo PIK w Katowicach). Fantastyczny pomysł! Podróżujący alkoholik może zobaczyć na mapie, gdzie jest hotel, gdzie kino, gdzie grupa AA, gdzie kawiarnia, kościół, basen… Na pewno metoda bardziej sensowna w obecnych internetowych czasach niż, nieaktualne już w dniu wydania, spisy teleadresowe, które przecież rozprowadzane są właściwie tylko w środowisku AA. Dzięki mapom potencjalni alkoholicy, osoby niezdecydowane, mogą dowiedzieć się o grupie AA, o którą przecież wstydziliby się zapytać i nawet nie wiedzieliby, kogo. Ostatecznie nawet sam jedno takie miejsce dodałem, a na spotkaniu intergrupy zrelacjonowałem przedsięwzięcie i wyjaśniłem, jak się to robi.

Bardzo szybko jednak okazało się, niestety, że miejsca dodawane do map można oceniać i komentować. Świetna sprawa dla normalnych ludzi, ale okazuje się, że nie dla nas, alkoholików. Zamiast w komentarzu zawrzeć dodatkowe informacje o tym, jak trafić na mityng, albo choćby naszą Preambułę, uczestnicy mityngów w starym stylu (i tylko oni!) zaczęli agresywnie szkalować i oczerniać mityngi grup, na którym mowa jest głównie o Programie i sponsorowaniu. „Para-religijna sekta sponsorów” – to jedno z najłagodniejszych, bo wiele było naprawdę odrażających.

Kiedy niektórzy, rozjuszeni członkowie AA w swoich komentarzach zaczęli dopuszczać się przestępstw albo wykroczeń, zwłaszcza przeciwko ustawie o ochronie danych osobowych, Google interweniowało i zaczęło usuwać takie wpisy. W sytuacji, gdy muszą się nieźle tłumaczyć z błędów w tłumaczeniu wystąpienia premiera, firma Google nie może sobie pozwolić na oskarżenie, że jej platforma służy w Polsce do popełniania przestępstw – z zapisów na specjalnym forum dla przewodników i ekspertów od map wynika, że proceder ten został już chyba zgłoszony do organów ścigania*. W każdym razie z takich właśnie komentarzy do map dowiedziałem się, że jestem krętaczem i lewusem, że utrzymują mnie podopieczni, że nie mam prawa jazdy (sic!), że kolega podróżuje po świecie, wyłudzając na ten cel pieniądze od Wspólnoty AA, że znajomy to żonę zostawił itd. itp. Tak! I to wszystko, jako komentarz do miejsca na mapie!!!

Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem (J 8,1-11) – bez komentarza.

Nasze wspólne dobro jest najważniejsze – platforma informacyjna, gdzie potrzebujący pomocy może znaleźć grupę AA mogłaby być naszym wspólnym dobrem, ręką wyciągniętą do tych, którzy wciąż jeszcze cierpią, ale przecież, jak widać, niektórzy członkowie AA potrafią splugawić każde wspólne dobro.

…główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi – tak, na pewno ten główny cel zostanie osiągnięty i do Wspólnoty przyciągniemy wielu nowych, jeśli potencjalny kandydat do AA zobaczy, że wystarczy, żeby alkoholik nie spodobał się mandatariuszowi, weteranowi, czy innemu „zaufanemu słudze”, żeby zasada anonimowości przestała go chronić i jego dane osobiste oraz sprawy prywatne zostały opublikowane w internecie. Brawo!

…przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami – w tej sytuacji to już są kpiny, bo najwyraźniej żadne zasady nie liczą się, gdy w grę wchodzą osobiste ambicje, zawiść, złość, nienawiść i urazy niepijącego już od dawna alkoholika, czyli to, co nazywam manifestacją choroby alkoholowej.

Żyj i daj żyć innym – to wezwanie nie działa dziś w Polsce w środowisku AA dokładnie tak samo, jak nie działało w czasach krucjat. Normalnej, niezaburzonej większości ludzi wystarcza życie własne i rodziny według pasujących im zasad i reguł, ale są też fanatycy, którzy chcą wymusić na innych zmianę postaw i przekonań. Nie chcesz wdrażać w życie Programu Wspólnoty AA z pomocą sponsora, to tego nie rób, przecież nie musisz, ale przestań odrażającymi metodami zmuszać innych, by żyli i zachowywali się tak, jak ty!


W internecie przybywa tekstów, które, bardzo delikatnie rzecz ujmując, nie stawiają nas w najlepszym świetle. 
Tu na przykład alkoholików beztrosko porównuje się do pedofilów.  Stąd dowiedziałem się, że pijacy nie idą do Nieba. Tutaj piszą, że AA jest nieskuteczna, a nawet szkodliwa, a tu jest szokujący ciąg dalszy.  Oczywiście takich stron i artykułów jest znacznie więcej.

I tak się zastanawiam, czy to zły świat nas biednych misiów nie rozumie i nie docenia naszej wyjątkowej wrażliwości i dobroci, czy może niektórzy z nas zapracowali i nadal ciężko pracują na coraz gorszą opinię o alkoholikach i Wspólnocie AA? A przecież nie potrzeba żadnych nieprzychylnych opinii z zewnątrz, skoro całkiem skutecznie plugawimy się sami.

Tak sobie myślę, że raczej nie chciałbym doczekać czasów, w których określenie „anonimowy alkoholik” albo „członek Wspólnoty AA” będzie równoznaczne z… kanalia i szuja. I naprawdę lepiej będzie być znanym, czynnym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem.

Chciałem coś jeszcze napisać o będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego z Ewangelii Mateusza, ale to przecież bez sensu w kraju, w którym chrześcijaństwo się właściwie nie przyjęło. Bo… Samo tylko uczęszczanie na niedzielną mszę nie sprawi, że ktoś zostanie chrześcijaninem – to już nie ja, to franciszkanin Richard Rohr w swojej książce „W poszukiwaniu Graala”.



Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz — Mahatma Gandhi. To był mądry człowiek. Na razie wszystko się zgadza. :-)



--
* Niezbyt zorientowanym użytkownikom internetu wydaje się, że wystarczy jakimś prostym programem zamaskować albo zmienić swój adres IP i już można się czuć bezpiecznym – otóż tak nie jest i nie tylko dlatego, że każde urządzenie łączące się z siecią (komputer, laptop, telefon, tablet) ma swój unikalny numer jednoznacznie je identyfikujący.