niedziela, 14 stycznia 2018

Notatki sponsora (odc. 095)


Historia 1
Niezdrowa cera, zapadnięte oczy, spocona mimo chłodu, opuchnięta twarz, nieświeży oddech – nie ma wątpliwości, czterdziestodwuletni mężczyzna jest poważnie chory. Kolejny raz, zniechęcony i zrezygnowany, odchodzi wolno od komputera, zmęczony bezskutecznymi poszukiwaniami rozwiązania swojego problemu. W tym momencie dzwoni telefon. Dawny kolega szkolny mówi, że słyszał, że w przychodni na drugim końcu miasta jest lekarz, specjalizujący się w takich przypadkach. W chorego wstępuje nowy duch. Szybko ubiera się i jedzie na peryferie szukać przychodni, o której nigdy dotąd nie słyszał i lekarza, który podobno nie takim przypadkom ratował życie.
Wywiad lekarski trwa dosyć długo, w międzyczasie choremu robią też różne badania i wreszcie nadchodzi dramatyczna chwila, w której lekarz oznajmia:

Jest pan chory na nieuleczalną, potencjalnie śmiertelną chorobę, specyficzną alergię – oznajmia lekarz.

Boże! Panie doktorze, ile mi jeszcze zostało? Mam żonę, którą kocham i małe jeszcze dzieci – niech mnie pan jakoś ratuje. Może jeszcze choć trochę dałoby się pożyć, żeby dzieciaki podrosły… – pacjent jest zupełnie załamany – ja zrobię wszystko, co tylko trzeba – deklaruje – pieniądze… Tu lekarz mu przerywa.

Nie jest potrzebne żadne drogie leczenie, a pan, mimo swojej choroby, może żyć całkiem nieźle do później starości. Bo widzi pan – wyjaśnia – pana organizm nie toleruje kwasku cytrynowego. Po jego spożyciu w pana organizmie, ale i w umyśle, zachodzą szczególne zmiany.

Rany Boskie! – woła pacjent – my kwasku cytrynowego używamy od zawsze, to przyzwyczajenie z czasów, kiedy byliśmy bardzo biedni i nie stać nas było na cytryny. Ale do diabła z kwaskiem! – woła pacjent – jest jakieś lekarstwo na tę moją chorobę, na tę alergię – dopytuje.

I to dla pana wiadomość najlepsza – odpowiada pogodnie lekarz – poza absolutnym powstrzymaniem się od tej substancji nie potrzebuje pan zupełnie nic, żadnej kuracji; z czasem, i to niedługim, wszystko u pana wróci do normy. Ale uprzedzam, że nie wystarczy zrezygnować z niego w domu. Będzie pan musiał uważać na skład pokarmów i napojów, i po prostu trzeba będzie rezygnować z tych, które w składzie mają kwas cytrynowy.

Jasne! Jeśli to wszystko się sprawdzi, jeśli będzie działać, to… Doktorze, pan mi życie uratował! – entuzjazmuje się chory – Ja jestem mechanikiem, jakby coś z pana autem, to ja zawsze do usług! I gratis do końca życia!!!



Historia 2
Niezdrowa cera, zapadnięte oczy, spocona mimo chłodu, opuchnięta twarz, nieświeży oddech – nie ma wątpliwości, czterdziestodwuletni mężczyzna jest poważnie chory. Kolejny raz, zniechęcony i zrezygnowany, odchodzi wolno od komputera, zmęczony bezskutecznymi poszukiwaniami rozwiązania swojego problemu. W tym momencie dzwoni telefon. Dawny kolega szkolny mówi, że słyszał, że w przychodni na drugim końcu miasta jest lekarz, specjalizujący się w takich przypadkach. W chorego wstępuje nowy duch. Szybko ubiera się i jedzie na peryferie szukać przychodni, o której nigdy dotąd nie słyszał i lekarza, który podobno nie takim przypadkom ratował życie.
Wywiad lekarski trwa dosyć długo,  ale wreszcie nadchodzi dramatyczna chwila, w której lekarz oznajmia:

Jest pan chory na nieuleczalną, potencjalnie śmiertelną chorobę, specyficzną alergię – oznajmia lekarz.

Boże! Panie doktorze, ile mi jeszcze zostało? Mam żonę i małe jeszcze dzieci stale na głowie – niech mnie pan jakoś ratuje. Może jeszcze choć trochę dałoby się pożyć, żeby tego życia sobie poużywać… – pacjent jest zupełnie załamany – ja zrobię wszystko, co tylko trzeba – deklaruje – pieniędzy za wiele to nie mam… Tu lekarz mu przerywa.

Nie jest potrzebne żadne drogie leczenie, a pan, mimo swojej choroby, może żyć całkiem nieźle do później starości. Bo widzi pan – wyjaśnia – pana organizm nie toleruje etanolu. Po jego spożyciu w pana organizmie, ale i w umyśle, zachodzą niebezpieczne zmiany.

E… ten etanol… – pacjent w wyraźny sposób jest zdezorientowany.

Etanol, alkohol etylowy – podpowiada lekarz i wobec wyraźnego braku zrozumienia wyjaśnia dalej – To składnik wszystkich napojów wyskokowych, zawiera go, choć w różnym stężeniu, wino, piwo, wódka, koniaki itd.

A co ze mną? – dopytuje pacjent – Na czym ma polegać leczenie i ile to kosztuje?

Jak wspomniałem – tłumaczy doktor – ma pan alergię na ten etanol, więc konieczne będzie…

Zaraz, zaraz! – przerywa chory – Mówił pan o alergii. Dobrze słyszałem. Czy chodzi o alergię sensu stricto, czy sensu largo? Bo to jest dla mnie bardzo ważne, wie pan…

Drogi panie! – lekarz jest odrobinę poirytowany – właśnie staram się wytłumaczyć panu, jak ma pan żyć, żeby ta nadwrażliwość na etanol pana nie zabiła, więc…

Chwileczkę! – pacjent znowu mu przerywa – teraz mówi pan o nadwrażliwości. W Wikipedii napisano, że termin „nadwrażliwość” jest pojęciem szerszym i nie jest synonimem alergii sensu stricto. My mamy teraz ICD-10, ale w niedługim czasie przyjmiemy zapewne ICD-11, a czy tam alergię nie opiszą jeszcze inaczej?

– Czy chce pan usłyszeć, jak uratować sobie życie?! – lekarz jest solidnie wkurzony.

Ależ tak, oczywiście – zapewnia pacjent – ale wie pan, ja się do czegoś przyznam, choć bardzo mi wstyd.

Słucham! – twardo rzuca lekarz.

Bo, panie doktorze, kuzyn szwagra jest alkoholikiem i oni mają taką swoją książkę, i tam jest napisane, „że typ nałogowego alkoholika wykazuje coś w rodzaju alergii na każdy rodzaj alkoholu”no właśnie! „coś w rodzaju”! Nie piszą, że to alergia, ale, że coś w rodzaju! To przecież ma kolosalne znaczenie!

Dosyć tego! – lekarz już kipi złością – Pan wybaczy, ale na rodzinne opowieści i analizy językowe nie mam czasu, a pan tym bardziej. Proszę teraz uważnie słuchać, dostanie pan zalecenia…

Ale doktorze, to są ważne sprawy – chory znowu wchodzi mu w słowo – ten kuzyn szwarga mówił też, że oni nie są pewni tłumaczenia tej swojej książki, więc jest możliwe, że nie chodzi o „coś w rodzaju alergii”, ale może o „coś podobnego do alergii”? I jeszcze o tym mówił, że ta książka została napisana 80 lat temu, to jak pan myśli doktorze, jaki wtedy był numer ICD? Panie doktorze?!




Dwie uwagi na zakończenie:
a) historia nr 1 jest całkowicie wyssana z palca,
b) alkoholizm to straszliwa choroba psychiczna.




--
Sensu stricto - w wąskim znaczeniu, w ścisłym znaczeniu.
Sensu largo - w szerokim znaczeniu.
ICD-10 – Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych.
„Anonimowi Alkoholicy” wyd. II, strona XX.

niedziela, 31 grudnia 2017

Notatki sponsora (odc. 094)


W ostatnim wpisie w tym roku nie będzie żadnych zaskakujących nowości, elektryzujących odkryć, łatwych pytań, szokujących wniosków. Parę uwag ogólnych, trochę podsumowań, to wszystko.

Podczas porządkowania zbiorów multimedialnych (ależ się to ładnie nazywa!) trafiłem na krótki film nagrany dawno temu przy okazji jakiegoś krokowego warsztatu w Woźniakowie. We fragmencie, o który mi chodzi, zarejestrowana została rozmowa dwóch moich znajomych: młodego (wiekiem i stażem) alkoholika po Programie oraz starego weterana, człowieka, który kiedyś wiele dobrego zrobił dla Wspólnoty AA w Polsce, cieszącego się przed laty wielkim autorytetem. Rozmawiali na temat świeczek na mityngowych stołach. Znamienne wydało mi się to, że jeden z nich, broniąc tych nieszczęsnych świeczek, posługiwał się swoimi przekonaniami, podczas gdy drugi powoływał się na realne, konkretnie doświadczenia i przeżycia, na fakty po prostu. Przypomniało mi się wtedy, że ludzie trzeźwo myślący mają przekonania zbudowane na wiedzy i doświadczeniu, a alkoholicy mają przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia. Zadałem sobie też pytanie, jak często i czy nie za często w mijającym roku posługiwałem się przekonaniami zamiast wiedzy i doświadczenia?

W środowisku niepijących alkoholików setki razy słyszałem deklaracje: postęp, stopniowy rozwój, a nie ideał, nie doskonałość, aż wreszcie sobie (z czasem też i innym), zacząłem zadawać pytania mniej więcej takie: OK. ideału i doskonałości nie osiągnę, ale jak konkretnie wyglądają moje postępy, mój rozwój? Czy jakieś dostrzegłem, ja i inni u mnie? I wreszcie najprościej: Czy ja w ogóle cokolwiek zrobiłem dla swojego rozwoju w ubiegłym miesiącu, kwartale, roku? Ilu palców potrzebuję, by wszystkie te działania wyliczyć?

Kiedy trafiłem do AA, jedna z grup miała ogromną przewagę, jeśli chodzi o liczbę uczestników mityngów. W spotkaniach uczestniczyło trzydzieści i więcej osób, gdy na pozostałych grupach bywało ich zwykle pięć-dziesięć. Minęło kilkanaście lat i dziś sytuacja wygląda odwrotnie – tak popularna niegdyś grupa skupia kilka osób, bywa że trzy-cztery, a większość z moich znajomych nawet pewnie nie wie, że gdzieś tam, na peryferiach miasta, powoli zdycha grupa, która kiedyś była symbolem AA w naszym mieście. Pytanie: czy potrzeba, czy należy podtrzymywać, wspierać grupy AA ze względu na ich niegdysiejszą chwałę i zasługi? A to, w sposób naturalny, prowadzi do pytania kolejnego: po co, w jakim celu ja sam chodzę na mityngi AA? Czy na przestrzeni lat powody zawsze były takie same?

Środowisko Anonimowych Alkoholików, jak to coraz częściej zauważam, dostarcza mi inspiracji do rozwoju już chyba tylko w obszarze pracy z podopiecznymi. Intrygujący był jesienny warsztat w Woźniakowie, a dokładnie warsztat sponsorów, ale to w sumie ten sam przecież temat. Okazuje się, co zapewne było do przewidzenia, że czas już powoli zacząć się rozglądać za innymi niż AA źródłami duchowego rozwoju. 

Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe,
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę
/Adam Asnyk/

niedziela, 17 grudnia 2017

Notatki sponsora (odc. 093)

Miałem niedawno spikerkę w mieście przemysłowym średniej wielkości na południu Polski. Kiedy już powiedziałem swoje, padło sporo pytań; niektóre dotyczyły Tradycji AA, a dokładnie to sponsorowania „na Tradycjach”. Opowiedziałem, jak się to zaczęło, czemu miało służyć i co na ten temat sądzę obecnie. Jednak najwięcej przemyśleń, dotyczących Tradycji i ich poznawania, pojawiło mi się podczas długiej drogi powrotnej.

Obrazek 1.
Do sklepu włamał się złodziej. Wybił szybę w drzwiach i teraz pakuje do wora jakieś towary. Późny wieczór, ale jeszcze nie noc, więc ktoś to zauważył i wezwał pomoc. Przyjechali funkcjonariusze Straży Miejskiej i… wraz z grupą ciekawskich stoją przed sklepem. Ktoś z gapiów odzywa się w końcu i krzyczy: czemu nie interweniujecie, czemu nie wkraczacie do akcji? Funkcjonariusze odpowiadają poważnie, że jak wejdą do sklepu po złodzieja i z nim szarpać, to tam się może coś zniszczyć, coś potłuc, a tak, to przecież wiele do tego swojego worka nie napakuje, więc niech już skończy i spier…la. Ktoś inny woła wtedy: ale przecież wy jesteście strażnikami prawa i porządku! Funkcjonariusze nie lubią, żeby ich ktoś pouczał, więc rozeźleni arogancko  zamykają sprawę mówiąc, że oni wiedzą lepiej, jak ma być, byli na specjalnych kursach i to oni decydują.
Całej tej hecy przygląda się też z zadziwieniem kilku nastolatków…

Obrazek 2.
Plugawy bandzior gwałci młodą kobietę w bramie. Jej matka krzyczy o pomoc, próbuje walić go torebką po głowie; zbiegają się gapie, ktoś zadzwonił po policję. Przybyli na miejsce przestępstwa policjanci stają z boku i obserwują zdarzenie. Zadyma coraz większa, gwałcona się drze, mieszkańcy okolicznych domów wzywają policjantów do bardziej zdecydowanej albo w ogóle jakiejś reakcji, przecież są strażnikami prawa! Wreszcie poirytowani funkcjonariusze zwracają się do matki ofiary z żądaniem, by zostawiła go w spokoju, a do młodej kobiety, żeby przestała się szarpać i wydzierać, bo ściągnie tu jeszcze więcej gapiów. Oni wiedzą lepiej, co i jak mają robić, kończyli przecież specjalne szkoły policyjne. Niech gwałciciel już skończy – tak będzie szybciej po kłopocie i po sprawie.
Wydarzeniu przyglądają się dzieci z kilku okolicznych domów, nie rozumiejąc zupełnie, co tu się dzieje tak naprawdę.

I cóż miałyby znaczyć te historyjki, jaki jest ich związek z Tradycjami AA?

Obrazek 3.
Spotkanie grupy/intergrupy/regionu – krwawiący diakon tokuje już kilkanaście minut, skandalicznie naruszając Tradycje AA i próbując uwikłać innych obecnych w sprawy, którymi Wspólnota AA zajmować się nie powinna. Wreszcie z sali odzywają się głosy, że ktoś powinien wreszcie przerwać ten cyrk i prowadzący nawet próbuje, ale… w tym momencie odzywają się mandatariusze, a więc niby strażnicy Tradycji, oraz alkoholicy, którzy „zrobili Tradycje” ze sponsorami, i żądają, żeby krwawiącemu nie przerywać, że niech skończy, niech powie swoje.
Całej tej sytuacji, z kompletnym brakiem zrozumienia, przyglądają się i przysłuchują alkoholicy ze stosunkowo krótkim stażem.

Jakie z tego wnioski? Jest ich kilka.

- Zasada zapewne stara jak świat, lecz gdy w grę wchodzi wybujałe ego, nadal bagatelizowana i ignorowana: zgoda na zło rodzi coraz większe zło.

- „Zrobienie Tradycji” ze sponsorem najwyraźniej nie oznacza już ich znajomości, czy umiejętności zastosowania, to tylko jakaś średnio ważna teoria, którą niektórzy alkoholicy zaliczyli, by czuć się lepszymi, ważniejszymi od innych alkoholików.

- Od czasu kiedy to ja zapoznawałem się z Tradycjami ze sponsorem minęło wiele lat i chyba zagubiła się gdzieś po drodze idea, że robi się to po to, żeby w AA być bardziej przydatnym, bardziej godnym zaufania SŁUGĄ. Wydaje się, że znajomość Tradycji AA nie ukróca już samowoli i nie uczy pokory – bywa raczej wprost przeciwnie. 

- I wreszcie niezmienna od lat osiemdziesięciu postawa wielu alkoholików, także tych po Programie i po Tradycjach, stara zapewne jak sama Wspólnota AA: zasady zasadami, ale ja wiem lepiej, jak będzie dobrze, jak ma być. Co mi tam Dwunasta Tradycja!

środa, 29 listopada 2017

Notatki sponsora (odc. 092)

Z wycieczki do USA i dzięki obserwacji kilku tamtejszych mityngów kolega przywiózł pomysł na dodanie do scenariusza naszych spotkań pewnego zdania. Podobało nam się ono mniej lub bardziej, ale skoro w samej Ameryce tak robią… W końcu tam chyba najlepiej wiedzą, jak powinna funkcjonować grupa, a my chcemy się uczyć od najlepszych. Po latach, w miarę pogłębiania znajomości języka angielskiego, kolega zorientował się, że źle to zdanie przetłumaczył, więc my teraz na mityngach kilku grup czytamy coś, co może jakiś tam sens ma, ale jednak odmienny od tego amerykańskiego. Swoją drogą bardzo mi ów kolega zaimponował przyznając się do tego błędu publicznie. Jednak nie o postawę kolegi – powtarzam, godną uznania – teraz mi chodzi.

Grupa stanęła w obliczu (niewielkiego) problemu, bo i co z tym fantem teraz zrobić? Usunąć kłopotliwe zdanie ze scenariusza? Zmienić na właściwie przetłumaczone? W tym momencie dałem się zaskoczyć. Niektórzy trzeźwi alkoholicy, którzy godzinę temu albo przed tygodniem lub dwoma deklarowali otwartą głowę i gotowość na zmiany, starali się teraz gorączkowo wymyślić jakiś sens tego błędnego tłumaczenia, byle tylko niczego nie trzeba było zmieniać. Ups! Natychmiast przypomniały mi się czasy, kiedy z zajadłym oporem spotykały się moje propozycje zmian w scenariuszu, na przykład rezygnacja z przyjmowania nowicjuszy do Wspólnoty AA i zadawania im jakichś pytań.

Teraz pozornie inna sprawa. Tak się jakoś złożyło, przypadkiem albo i nie, że na dwóch mityngach mowa była o tym, czy alkoholik do końca życia powinien uczestniczyć w tych mityngach, z jakich powodów i po co na mityngi AA chodziliśmy kiedyś, a po co teraz, po latach abstynencji i po Programie… Słuchałem uważnie wypowiedzi, bo i ja nie mam na razie jeszcze w pełni sprecyzowanego zdania na ten temat. Chodzi mianowicie o kwestię kardynalną: czy rację mają Anonimowi Alkoholicy i z alkoholizmu można całkowicie wytrzeźwieć, czy może jednak psychoterapeuci, twierdzący, że alkoholicy mogą sobie trzeźwieć do końca życia, ale nigdy nie wytrzeźwieją i zawsze już będą potrzebowali kontroli sponsora lub jakiejś nadzorującej ich grupy, żeby znowu nie narobić kłopotów, żeby nie zrobić krzywdy komuś albo sobie?

W Wielkiej Księdze napisano: … ofiarowany został nam wzorzec, według którego należy żyć (ewentualnie „…projekt na życie”, który naprawdę działa). Więc jak to, dostałem ten projekt albo wzorzec, czy nie dostałem? Wierzę, że dobrze mi służy, czy straciłem tę wiarę? Realizuję go w praktyce? Bo może nie albo już nie…

piątek, 27 października 2017

Czy jestem dobrym sponsorem?

Co to znaczy „dobry sponsor”? Pytanie to jest oczywistym następstwem poprzedniego tekstu, 91 notatek sponsora, tego o sponsorach krygujących się, fałszywie skromnych, bojaźliwych. Czasem łatwiej jest zaprezentować negatywne postawy, pokazać, jakim człowiekiem dobry sponsor raczej być nie powinien, więc będzie o jednych i o drugich.

Najpierw sprawy podstawowe, oczywiste, nie rodzące wątpliwości – przynajmniej moich. Dobry sponsor powinien być trzeźwy oraz duchowo przebudzony. A tak, bo abstynencja, nawet wieloletnia oraz techniczna znajomość pracy na Krokach nie wystarczy. Jak niby przekazać albo chociaż przybliżyć podopiecznemu coś, czego samemu się nie ma? To proste pytanie, moim zdaniem, dotyczy właśnie przebudzenia duchowego, a nie znajomości techniki pracy sponsora z podopiecznym, bo o tej można poczytać w jakimś poradniku, na przykład „12 Kroków ze sponsorem” Hamiltona B.
Uważam, że celem pracy podopiecznego ze sponsorem na Programie jest przebudzenie duchowe (doświadczenie, przeżycie), a nie poprawienie sobie jakości życia, choć taki efekt to i tak lepsze niż nic. Coraz częściej do mnie, do podopiecznych i sponsorujących przyjaciół zgłaszają się alkoholicy, którzy wprawdzie zrobili Program ze sponsorem i to nawet bardzo szybko, ale oczekiwany efekt się nie pojawił albo na bardzo krótko, więc zgłaszają się z prośbą o powtórne przeprowadzenie ich przez Kroki, mimo, że przecież nie złamali abstynencji. To skłania do zastanowienia. I chyba powinno… sponsorów.

Dobry sponsor powinien znać literaturę Wspólnoty. Całą Wielką Księgę oraz 12x12 i to uważam za absolutne minimum. Zwracam uwagę na CAŁĄ Wielką Księgę, bo spotykałem sponsorów, którzy z tej książki znają tylko pewne niewielkie fragmenty, akapity i zdania zaznaczone albo wskazane przez ich sponsora. Dochodzi w efekcie do tego, że alkoholik, niepijący od kilku już lat, pierwszy raz w życiu słyszy od mojego podopiecznego, że ma wynaturzone instynkty.
Podobno stosowanie półśrodków nic nie daje, więc fragmentaryczna znajomość książki, w której zawarty jest Program Anonimowych Alkoholików, nie jest chyba najlepszym rozwiązaniem i najkorzystniejszym podejściem.

Kolejną cechą dobrego sponsora jest doświadczenie. Alkoholik, który zaczyna pracę z pierwszym w życiu podopiecznym, nie jest doświadczonym sponsorem. Na dokładnie tej samej zasadzie, według której prowadzący pojazd, pierwszy raz po zaliczeniu egzaminu na prawo jazdy, nie jest jeszcze dobrym kierowcą. Dwóch pierwszych podopiecznych, a jak trzeba to i więcej, nowy sponsor powinien prowadzić w ścisłej współpracy ze swoim sponsorem. Tak, wiem, czasem, bardzo rzadko, zdarzają się podopieczni trzeźwiejsi od swoich sponsorów, ale ja tu nie skupiam się na wyjątkach, zdarzających się może raz na kilka tysięcy, ale na ogólnych regułach. Poza tym… trzeźwiejszy nie oznacza nadal, że bardziej doświadczony.

Dobry sponsor nie tylko zna Program AA, ale go ma. Program AA przebudzeni duchowo alkoholicy mają w sercu, w duszy, w świadomości, nie wiem, jak to sprecyzować, ale to coś więcej niż wiedza, informacje; można się Kroków i kilku cytatów nauczyć na pamięć, ale przecież nie o to chodzi. Sponsor, który rzeczywiście ma Program, potrafi nim żyć i żyje na co dzień. I zwykle nie stanowi to jakiegoś ogromnego wyzwania, choć nie zawsze jest łatwo. Potrafi stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach…
Pamiętam, pół żartem, pół serio traktowaną radę, którą pierwszy raz usłyszałem chyba w Londynie: zanim poprosisz alkoholika o sponsorowanie, przejedź się z nim po mieście w godzinach szczytu jego samochodem. Bo mądrze i spokojnie przemawiać na mityngu potrafi wielu, ale tylko trzeźwi, psychicznie zdrowi ludzie potrafią nie używać w aucie wulgaryzmów i nie przekonywać swoich pasażerów, że wszyscy inni uczestnicy ruchu, to kretyni i debile. Poza tym trzeźwi ludzie przestrzegają przepisy ruchu drogowego, są zdolni do podporządkowania się, rezygnują z samowoli i postawy „ja wiem lepiej”, nie lekceważą egoistycznie i arogancko cudzego życia i zdrowia.

Dobremu sponsorowi bardziej zależy na podopiecznym niż na tym, żeby być przez niego lubianym. Dobry sponsor potrafi wyraźnie mówić „nie” i nie boi się, że podopieczny go zostawi albo że się obrazi. Sponsor kieruje się miłością, ale nie należy jej mylić ze zgodą na bylejakość, tolerancją i wyrozumiałością wobec manifestacji choroby alkoholowej u podopiecznego.
Sponsor rozczarowany i zawiedziony zbyt skromnymi (według niego) wyrazami nieustannej wdzięczności podopiecznych, nie był/nie jest dobrym sponsorem, bo trzeźwość wyklucza nierealistyczne oczekiwania, obrażanie się i fochy. Sponsor nigdy nie wiesza się emocjonalnie na podopiecznych, nie wykorzystuje ich w żaden sposób.
O tym, że dobry sponsor jest trzeźwy już pisałem, ale warto chyba dodać, że to wyklucza wszelkie płynne, wziewne (np. nikotyna), wstrzykiwane środki chemiczne zmieniające świadomość, nie przepisane przez lekarza świadomego, że pacjent jest alkoholikiem.
Oczywiste jest chyba, że sponsor nie może zmuszać podopiecznego do udziału w jakichkolwiek obrzędach religijnych lub przedsięwzięciach generujących koszty.

Pamiętając, że… zdajemy sobie sprawę, że wiemy niewiele… dobry sponsor jest pewny stosowanej przez siebie metody pracy z podopiecznymi, ale też jego pewność wynika z wiedzy, to jest rzetelnej znajomości literatury AA i doświadczenia, a nie z przekonań. Nigdy nie odnosi się wrogo, napastliwie, nie szydzi z alkoholików reprezentujących inne techniki pracy na Krokach. Dobry sponsor posługuje się językiem miłości, a nie pogardy i nienawiści; z nikim nie walczy. Jeśli od alkoholika usłyszysz, niekoniecznie do ciebie skierowane słowa lub określenia: macie krew na rękach, mogę rozmawiać z tobą, ale nie będę rozmawiał z twoją chorobą, alleluja bracie i do przodu!, kradniesz mi pogodę ducha, to może warto rozglądać się też za jakimś alternatywnym kandydatem na sponsora.

Dobry sponsor bez problemu utrzymuje równowagę między domem/rodziną, pracą zawodową, życiem towarzyskim i służbami w AA. Tu trzeba dodać, że równowaga nie oznacza po równo, ale to zależy już od sytuacji rodzinnej i zawodowej. Alkoholik, który manifestacyjnie poświęca się sprawom Wspólnoty i innym alkoholikom, który ma tylu podopiecznych, że mylą mu się oni i często nie ma dla nich czasu, nie jest trzeźwy, więc co tu mówić o dobrym sponsorowaniu.

Na koniec, choć zapewne można by tu napisać dużo więcej, dobry sponsor nigdy nie zabrania swojemu podopiecznemu kontaktów z innymi alkoholikami, weryfikowania, konsultowania, wręcz przeciwnie, zachęca do korzystania z mądrości i doświadczenia Wspólnoty. Nie sprzedaje podopiecznym jakichś cudacznych przekonań, diabli wiedzą skąd pochodzących, na przykład, że w AA nie udziela się rad, albo że można, albo nawet należy żyć, nie oceniając nikogo i niczego. Dobry sponsor zdaje sobie sprawę, że jasne komunikaty rodzą jasne sytuacje, a te sprzyjają budowaniu przyjaźni, bliskości i więzi.

Z pewnością każdą osobę, której pragniemy zaufać, powinniśmy oceniać pod kątem zarówno jej zdolności do wyrządzenia krzywdy, jak i zdolności do świadczenia dobra. Taka prywatna ocena pokaże nam, w jakim stopniu możemy sobie pozwolić na zaufanie w każdej konkretnej sytuacji. Jednakże oceny takiej należy dokonywać w duchu zrozumienia i miłości. [„Jak to widzi Bill”, s. 144]



Tekst ten, zawierający moje prywatne doświadczenia i wnioski, wynikające z obserwacji środowiska AA w Polsce, nie ma służyć rozliczaniu kogokolwiek. Jeśli przeczytają go i zastanowią się nad sobą sponsorujący alkoholicy, to będzie wszystko, o co mi chodziło.

niedziela, 22 października 2017

Notatki sponsora (odc. 091)

Dodatkowy temat mityngu dotyczył trzeźwości po Programie. Przypomniało mi się, jak kiedyś uważałem, że realizacja Programu ze sponsorem daje trzeźwość w oczywisty, naturalny sposób, i jak z czasem, spotykając nietrzeźwych alkoholików po Programie, z niechęcią i smutkiem weryfikowałem swoje dawne, naiwne przekonania. Rozważania i wspomnienia, dotyczące tej poprogramowej trzeźwości, plątały mi się po głowie jeszcze długo. Oto i wynik tych rozmyślań.

Nie znoszę zakłamania, hipokryzji, podwójnych standardów moralnych, kokietowania fałszywą skromnością. Jeśli na czymś takim się złapię, reaguję niezwłocznie; na szczęście takie przypadki zdarzają mi się coraz rzadziej. Kiedy jednak obserwuję takie zachowania u innych, to… A, to już zależy od tego, czy są to alkoholicy po Programie, czy uczestnicy staropolskich mityngów AA. W każdym razie takie zachowania i postawy, u siebie oraz u innych, z założenia trzeźwych, alkoholików, uważam po prostu za manifestację choroby alkoholowej.

W pierwszych tygodniach i miesiącach abstynencji ciągle niewiele o sobie wiedziałem. Nie wiedziałem, kim jestem i jaki jestem, w czym jestem dobry, a z czym sobie nie radzę... ("Alkoholik", s. 258)

Na początku coś takiego mogło sobie być normalne i naturalne, ale trzeźwość oznacza także świadomość swoich mocnych i słabych stron, wad i zalet, talentów i zdolności itd. Po coś w końcu robiłem tabele IV Kroku i pisałem Krok V, w którym umieszczałem też zalety, mocne strony i talenty dane mi przez Boga! Jeśli po kilku latach abstynencji, po Programie, nadal nie wiem, na czym się znam, a na czym nie, co umiem, a czego nie, to chyba coś tu poszło nie tak. Od lat obserwuję alkoholików, którzy z ochotą wyliczą wszystkie swoje wady i słabości, ale nie są w stanie wyksztusić z siebie kilku zdań na temat swoich zalet, zdolności, umiejętności. To nie jest trzeźwość, moim zdaniem, to – jak już wspomniałem – próba kokietowania otoczenia fałszywą skromnością. Czy ma to coś wspólnego z uczciwością wobec siebie i innych? Oczywiście – kompletnie nic.

Ktoś powie zapewne, że to wina rodziców…
…rodziców, którzy z uporem godnym lepszej sprawy, wmawiali wielu z nas, że mówienie o sobie dobrze jest czymś złym, nagannym, że nie wolno się chwalić – nawet jeśli jest czym. ("Alkoholizm zobowiązuje", s. 11)

A gdyby nawet to była prawda, to i co z tego? Program oducza mnie (a jeśli nie oducza, to chodzi zapewne o jakiś inny program, nie Program AA) szukania winnych, natomiast uczy i przyzwyczaja do budowania własnych przekonań na rzeczywistości, na faktach, na wiedzy i realnym doświadczeniu, , a nie na cudacznych przekonaniach mamusi.

Zapytałem kolegę, czy jest dobrym murarzem – odpowiedział, że tak, bardzo dobrym, bo całe zawodowe życie spędził na rusztowaniach z kielnią w ręce. I ja mu wierzę, to jest trzeźwy, odpowiedzialny człowiek.
Zapytałem znajomego, także alkoholika, czy jest dobrym lekarzem – stwierdził pewnie, że w swojej specjalności jest najlepszym specjalistą w województwie i jednym z lepszych w kraju. I ja mu wierzę, to jest trzeźwy, odpowiedzialny, uczciwy człowiek.
Zapytałem moją dawną podopieczną, czy jest dobrą pielęgniarką – przyznała, że niewątpliwie tak i dodała kilka argumentów potwierdzających jej przekonanie. I dlatego jej wierzę…
  
A jeśli kandydat na podopiecznego zapyta Ciebie, czy jesteś dobrym sponsorem, to co na to odpowiesz? Uczciwie, odważnie i trzeźwo prawdę (o ile ją znasz)? Czy może będziesz krygować się i popisywać fałszywą skromnością? 
Żeby nie było aż tak beznadziejnie albo może po to, żeby zapaliło się światełko w tunelu, dodam, że dwie osoby z tych, które pytałem, alkoholiczka i alkoholik, odpowiedziało: tak, wydaje mi się, sądzę, że jestem dobrą sponsorką/sponsorem. A więc da się!

Przyprowadzam do serwisu auto, bo mi coś biegi źle chodzą. Pytam, mechanika, czy dobrze zna się na samochodach tej właśnie marki. Majster odpowiada: no, nie wiem… kto to może wiedzieć, może tylko Bóg, ja się staram, ale wcale nie mam pewności, że dobrze się znam na mechanice pojazdowej…
Samochodu bym komuś takiemu nie powierzył, ale wielu alkoholików takiemu właśnie niepewnemu, wystraszonemu sponsorowi-asekurantowi powierzyłoby życie, swoje albo lepiej - cudze. Zaiste, alkoholizm to straszna psychiczna choroba…


Panie Boże, chroń alkoholików nowicjuszy przed sponsorami, którzy nie mają nawet tyle samoświadomości, żeby zdawać sobie sprawę z realnej wartości swoich doświadczeń, predyspozycji i umiejętności w tej służbie, albo fałszywą skromność oraz asekurację stawiają ponad uczciwością wobec siebie i innych, bo ani jedno, ani drugie trzeźwe nie jest.


czwartek, 19 października 2017

Notatki sponsora (odc. 090)

- Czym alkoholicy różnią się od innych ludzi?
- Alkoholicy są tacy sami, jak inni ludzie, tylko bardziej.

Na początku trzeźwienia wydawało mi się, że dorosnąć do poziomu innych, zdrowych, normalnych ludzi, byłoby szczytem moich możliwości i celem całego tego procesu. Z czasem przekonałem się, że nie trzeba być alkoholikiem, żeby mieć problemy z rozpoznawaniem rzeczywistości, z trzeźwym myśleniem, z prawidłowym wyciąganiem wniosków, z odwagą bycia uczciwym wobec siebie. A oto i przykład…

Pewna kobieta zachorowała na chorobę nowotworową, po prostu miała raka. Poddała się uciążliwemu leczeniu, jakieś naświetlania, chemia i co tam jeszcze trzeba, i kuracja przyniosła pozytywne efekty. Rak zniknął, przerzutów nie było. Trwało to wszystko z pół roku. Oczywiście przez następne lata kobieta będę w grupie dyspanseryjnej, co kwartał, a później co sześć miesięcy będzie jeździła na kontrolne badana, ale wydawało się, że wszystko jest już w porządku.

W trakcie leczenia miała miejsce sytuacja, wywołująca mocno mieszane uczucia. Kobieta miała trudne, pokomplikowane relacje z dorosłym już synem (w przyczyny nie wnikam), jednak choroba zbliżyła ich do siebie, przełamała bariery – jakie by one nie były. Pytała wtedy czasem trochę prowokacyjnie, trochę ironicznie, czy musiała dostać raka, żeby naprawiły się relacje z synem? W każdym razie było między nimi… może nie idealnie, ale lepiej i w dobrym kierunku zmierzało.

Kiedy wiadomo już było, że życiu kobiety nic nie zagraża, że jest wyleczona, o ile można być z nowotworu zupełnie wyleczonym, jej syn zdecydował się skorzystać z oferty swojego uniwersytetu i pojechać do Nowej Zelandii na trzymiesięczne stypendium naukowe.
W czasie jego nieobecności kobieta miała ostre pogorszenie stanu zdrowia. Coś zaczęło ją boleć, podniosła się temperatura, pojawiły się torsje. Wystraszona wylądowała znowu w szpitalu. Zapytała wtedy odwiedzającą ją kuzynkę, czy powinna zawiadomić syna. Kuzynka, po namyśle, odpowiedziała, że ona – gdyby była na miejscu chorej – nie zrobiłaby tego. Bo i co ten syn miałby zrobić? Bać się o matkę w tej Nowej Zelandii? Lekarzem nie jest, matka jest pod opieką fachowców, ma też inną rodzinę, donoszącą do szpitala wszystko, co potrzeba, więc… I co, syn powinien zmarnować stypendium i nagle natychmiast wracać, żeby… no, właśnie, żeby, co?

Kobieta posłuchała rady, nie informowała syna o pobycie w szpitalu, który zresztą trwał trzy doby. Zrobiono jej wszystkie możliwe badania, okazało się, że nie dzieje się zupełnie nic złego, a te objawy, to po prostu końcówka reakcji na chemię. Kobieta wróciła do domu i normalnego życia.

Po zakończonym sukcesem stypendium syn wrócił do kraju, ale ich bliskość, wywołana poważną chorobą, zdawała się ulatniać teraz, gdy jej życiu nic już nie groziło. Później nadeszła katastrofa – syn, podpytując jakąś przyszywaną ciotkę (dziesiątą wodę po kisielu, jak to mówią) albo dawną sąsiadkę, dowiedział się, że matka była w szpitalu. Jakoś nie docierało do niego, że to były tylko trzy dni, że w sumie okazało się, że to nic poważnego – młody facet był zawiedziony, rozczarowany, pełen uraz i złości do matki; manifestował swoje pretensje i utratę zaufania.

Kobieta natychmiast przerzuciła odpowiedzialność za ponowne ochłodzenie stosunków z synem na kuzynkę. Bo to ona poradziła… Kiedy się spotkały i kiedy kobieta wylała już na kuzynkę wszystkie swoje żale, usłyszała, że wśród dorosłych ludzi za podejmowane decyzje odpowiada ten, kto je podejmuje, a nie ten, kto radzi (jeśli nie jest specjalistą prawnikiem, lekarzem, notariuszem itp.). Poza tym kuzynka zapytała, czy stosunki matki z synem były dobre, do tego momentu, kiedy dowiedział się, że nie poinformowała go o szpitalu. Kobieta skwapliwie potwierdziła, że znakomite, że syn już jej w pełni ufał, i w ogóle, było super, idealnie, fantastycznie. Wtedy kuzynka zadała jeszcze jedno pytanie, po czym wyszła, nie oczekują odpowiedzi: skoro syn tak ci ufał, to czemu o ciebie i twoje zdrowie nie spytał ciebie właśnie, ale podpytywał jakieś pociotki, czy dawne sąsiadki, czemu jakoś nie cieszył się, że nic ci nie jest, że nic się nie stało, tylko skupia się na swoich urazach i pretensjach?

Tak sobie pomyślałem, że gdybyśmy pakowali tyle czasu i wysiłku w budowanie albo naprawianie więzi (jeśli trzeba), ile wydatkujemy na szukanie winnych naszych własnych niepowodzeń, to… Bo niewątpliwie łatwiej jest zwalić winę na złą kuzynkę, niż przyznać, że stosunki z synem nie były takie idealne, że bardzo poważna choroba mogła przysłonić dawne urazy, stare, niezałatwione sprawy, ale po wyleczeniu… Po wyleczeniu potrzebny był już tylko pretekst. Cóż z tego, że bzdurny, ale jest!
Trzeźwy ogląd sytuacji, to trudna sztuka, czasem tak trudna, że nawet nieuzależnieni nie w pełni sobie z nią radzą.

Kiedyś marzyłem o normalności, zwyczajności i przeciętności, ale z czasem przestało mi to wystarczać. Co się zobaczyło, to się nie odzobaczy – jak mówił Kubuś Puchatek, a może Prosiaczek. Jeśli widzę, jeśli rozumiem, jeśli usłyszałem, to… chyba niemożliwe byłoby wycofanie się i udawanie biednego żuczka, który, nieboraczek, nic nie kuma. A może wręcz przeciwnie, może to łatwiejsze, niż mi się wydaje i tylko ja tak nie umiem?

Kiedy rozstałem się z pragnieniem bycia przeciętnym człowiekiem, wykombinowałem, że chciałbym być taki, jak Bill W. współzałożyciel Wspólnoty AA. Przecież – roiłem sobie – to musiał być najtrzeźwiejszy z trzeźwych. Ten okres w moim życiu trwał krócej. Do czasu, aż przeczytałem trzy książki na temat historii AA i Billa.

Dyskrecja nigdy nie była mocnym punktem Billa. […] Jak mawiała Nell, jeśli nie chcesz, żeby coś stało się powszechnie znane, lepiej nie dziel się tym z Billem. Jednym słowem, z otwartością traktował on zarówno swoje sprawy, jak i cudze („Przekaż dalej”, s. 398).

Czasem wydaje mi się, że alkoholicy z AA mylą zasadę anonimowości z dyskrecją i wydaje im się, że to, co mówią zaufanej, wydawałoby się, osobie, nie będzie wypaplane, rozgadane, oplotkowane. Dowiadywałem się, o czym była rozmowa dwóch osób, w cztery oczy, zanim jeszcze obie z nich wróciły do swoich domów i nie było w tym nic przyjemnego ani zabawnego, bo zorientowałem się też, że i ja sam, wśród przyjaciół z AA muszę bardzo uważać na to, co mówię, że w tym środowisku jest tylko odrobinę mniej bezpiecznie niż w maglu.

Oczywiście plotkowanie to nie jedyna wada Billa W. Z tejże książki dowiedziałem się, że lubił się popisywać, że kłamał, że zdradzał żonę w zasadzie prawie do końca życia i wiele innych. Wtedy zapytałem siebie, czy ja naprawdę chcę być takim człowiekiem, jak William Griffith Wilson?

Jestem Billowi niesamowicie wdzięczny za Kroki, może nawet bardziej za Tradycje. To one są realną wartością, siłą i nadzieją dla alkoholików, one, a nie życie Billa W., bo on był jeszcze jednym, bardzo niedoskonałym narzędziem w rękach Boga, jak wielu z nas. A że nie jest moim idolem… trudno. Choć czasem szkoda.