poniedziałek, 26 lutego 2024

Błąd za błędem, po błędzie...

 Tradycja Druga w obecnej wersji: Dla naszego grupowego celu istnieje tylko jedna ostateczna władza – miłujący Bóg, tak jak może On wyrażać Siebie w naszym grupowym sumieniu. Nasi liderzy są tylko zaufanymi sługami; oni nie rządzą.




sobota, 24 lutego 2024

Na czym polega ten problem?

Jeśli alkoholik potrafi już uważnie patrzeć/słuchać i wyciągać właściwe wnioski, to okazuje się, że na swoim i cudzym alkoholizmie może się naprawdę sporo nauczyć. Podobnie jak na błędach popełnionych przez siebie i innych. Z czasem można dzięki temu zrozumieć, że rozwiązania różnych kłopotów czy trudności bywają stosunkowo proste, ale pod warunkiem, że we właściwy sposób rozpozna się sam problem. A to często nie jest takie łatwe.

Piłem za dużo, ryzykownie, szkodliwie, destrukcyjnie. Dochodziłem do wniosku (ja lub znajomi alkoholicy), że jest to picie spowodowane koniecznością życia w stale irytującej rodzinie, szykanami szefa, idiotyczną polityką tej lub innej partii, beznadziejnym życiem w małym miasteczku, nudną i ciężką pracą itd. Niektórzy z nas tylko narzekali, ale wielu, po rozpoznaniu problemu, z zapałem zaczynała go rozwiązywać, a więc próbowaliśmy innych związków, innych zawodów, wyjeżdżaliśmy w inne miejsca. Zdarzało się, że te rozwiązania pomagały, ale niestety, tylko na chwilę.
Ten przykład jest zapewne najprostszy, najlepiej znany i rozumiany w naszym środowisku, natomiast nie jedyny z całej gamy przypadków, kiedy to błędnie lub nieprecyzyjnie rozpoznawaliśmy, na czym konkretnie polega nasz problem, a w konsekwencji, podejmowaliśmy nieskuteczne lub mało skuteczne działania w celu jego rozwiązania.

Jeśli jakaś grupa ludzi, na przykład alkoholików, podczas spotkania nie będzie miała drobiazgowo opracowanego regulaminu zachowania się i postępowania, to do czego będą się uczestnicy tego spotkania odwoływać? Kiedyś zadaliśmy sobie takie pytanie i wspólnie odpowiedzieliśmy, że zapewne do podstawowych zasad dobrego wychowania. Dodatkowo zaczynaliśmy rozumieć sens sugestii: bierz odpowiedzialność za siebie na siebie. Wtedy usunęliśmy ze scenariusza mityngu wszelkie zakazy i nakazy. Było to kilkanaście lat temu i dobrze działało, a alkoholicy uczyli się odpowiedzialności za swoje postępowanie, bez przerzucania jej na laminat. I jakoś nikogo nie dziwiło, że to sprawnie działa, bo trzeźwość oznacza też odpowiedzialność.
Czasem, rzadko, zdarzały się niewielkie konflikty, ale od ich sprawnego rozwiązywania mieliśmy przecież prowadzących, którzy potrafili to robić z pogodą ducha i spokojem.

Z upływem lat alkoholicy oduczyli się prosić grupę o powierzenie służby, samowolnie ją sobie brali („biorę służby”). Grupa przestała mieć wpływ na jakość pełnionych służb, ale nadal jeszcze, może siłą rozpędu, wszystko dobrze działało. Aż do czasu, kiedy to na mityngu pojawił się alkoholik z wieloletnią abstynencją, który wielokrotnie zabierał głos, mówi nie na temat, uniemożliwił innym podzielenie się własnym doświadczeniem. Uczestnicy spotkania zerkali zdezorientowani i zaniepokojeni na prowadzącego, ale ten uciekał wzrokiem, czerwienił się i… nijak nie reagował; po prostu wyraźnie się bał podjąć jakieś działanie, coś powiedzieć. Takie zdarzenie, z tym samym trudnym alkoholikiem, miało miejsce kilka razy, więc grupa uznała to za problem i postanowiła go rozwiązać. Tyle że w zadziwiający sposób.

Podczas najbliższego spotkania organizacyjnego sumienie grupy podjęło decyzję o zmianie scenariusza i dołożeniu do niego zakazu mówienia dłużej niż pięć minut. Do mierzenia czasu zakupiono też specjalne urządzenie.
Samozadowolenie z niby to rozwiązania problemu trwało bardzo krótko. Prowadzący, czytając scenariusz, przeczytał też ten zakaz wypowiadania się powyżej pięciu minut, ale ten sam weteran najwyraźniej miał to głęboko w… nosie i tokował po swojemu. I znowu prowadzący, choć już inny, bał się zareagować albo nie wiedział, jak to zrobić i czy w ogóle mu wolno. Po kilku kolejnych wizytach weteran przestał przychodzić; może mu się znudziło. Zakaz w scenariuszu pozostał.

Żeby rozwiązać problem trzeba najpierw na trzeźwo rozpoznać, na czym on naprawdę polega. Bo można wpakować wiele wysiłku w – jak to w AA nazywamy – rąbanie nie tego drzewa. W opisanym przypadku problemem był brak regulaminów, zakazów i nakazów w scenariuszu, czy może zgoda grupy na prowadzenie mityngów przez kogoś, kto sobie z tym nie radzi? Bardzo delikatnie wskazałem na to drugie, ale wtedy usłyszałem, że ci dwaj prowadzący są ludźmi bardzo nieśmiałymi i taka służba im się przyda. Nie jestem pewien, czy kulenie się za stołem prowadzącego jest takie przydatne, ale ważniejsze wydało mi się coś innego. AA zajmuje się rozwiązywaniem problemu alkoholizmu, a nie walką z nieśmiałością. Zwłaszcza, jeśli to leczenie czyjejś nieśmiałości odbywa się kosztem poczucia bezpieczeństwa grupy osób i kosztem merytorycznej jakości mityngu.

A to inny, choć taki sam, przykład.
Alkoholicy od kilkunastu lat byli przyzwyczajeni, że mogą poprosić grupę o pomoc i zaproponować (na to zwracam uwagę – zaproponować) dodatkowy temat mityngu, związany z Programem i jego realizacją albo z praktykowaniem Tradycji. Ot, choćby tak: pracuję właśnie ze sponsorem nad Krokiem Czwartym i zastanawiam się, czy wszystkie wady charakteru są zawsze czymś złym, bo może niektóre są jednocześnie zaletami – pomoglibyście mi i podpowiedzieli, jak wy to widzicie? I właściwie zawsze znajdował się ktoś, kto był gotów pomóc, dzieląc się w tym temacie doświadczeniem, siłą i nadzieją.

Kiedy na mityngach AA zaczęli pojawiać się alkoholicy w procesie terapeutycznym, przynieśli ze sobą wątpliwości i pytania o sprawy, którymi AA się nie zajmuje i takie właśnie terapeutyczne propozycje tematów podawali. Nie ma w tym żadnej ich winy czy złej woli, są w AA krótko, nie wiedzą, nie rozumieją. Zapewne nie obraziliby się, gdyby im spokojnie wytłumaczyć, czym AA się zajmuje, a czym nie, co wymaga pewnej znajomości Tradycji, ale to chyba oczywiste. Przydałaby się też umiejętność i odwaga, by zwrócić uwagę, że uczestnicy spotkania mogą proponować dodatkowe tematy mityngu, ale to nie znaczy, że wszystkie one zostaną automatycznie przyjęte.
To teraz pytanie. Jak sądzicie, grupa zamierza zacząć powierzać służbę prowadzącego alkoholikom, który są w stanie robić to sensownie i dla wspólnego dobra, czy może rozważa zmiany w scenariuszu i wprowadzenie do niego zakazu proponowania dodatkowych tematów?

Jeśli w miejskim parku wieczorami i w nocy zdarzają się napady, rabunki, rozboje i gwałty, to w celu rozwiązania tego problemu, należałoby skierować tam dodatkowe patrole policji i poprawić oświetlenie, czy może (rozwiązanie w duchu AAPL) zakazać wstępu do parku w określonych godzinach?

Coraz częściej zbiorowa mądrość AA wydaje mi się, delikatnie mówiąc, odrobinę problematyczna.

wtorek, 20 lutego 2024

Nie lekceważ ich możliwości

Jakiś czas temu wspominałem, że wysłałem do Konferencji kilka pytań. Powtórzę: DO KONFERENCJI. Nie do Powierników ani Rady Powierników, którzy to ludzie uznali, że będą odpowiadać zamiast Konferencji, ale i cenzurować pytania kierowane nie do nich, ale właśnie do Konferencji.

W jednym z e-maili zadałem trzy pytania. Żeby nie było najmniejszych wątpliwości, co pytaniem jest, a co pytaniem nie jest, wyraźnie je oznaczyłem. Oto i one, a najpierw zrzut ekranu z poczty na dowód, że takie właśnie i tak oznaczone były pytania.






Moje pierwsze pytanie brzmi:
Od kiedy w AA jest funkcja, stanowisko lub służba "delegat narodowy - po służbie"? Czy należy przez to rozumieć, że pojawiła się też służba "prowadzący mityng - po służbie" i inne takie?

Moje drugie pytanie brzmi:
Czy AA w Polsce (w tym Konferencja) uważa, że nie można odebrać służby alkoholikowi, gdy w wyraźny sposób szkodzi Wspólnocie swoimi działaniami (na przykład kłamstwami albo wyłudzaniem pieniędzy), psuje opinię AA, zraża i/lub wykorzystuje nowicjuszy? Czy celem takich działań jest stworzenie w polskiej wersji AA ludzi bezkarnych, których działania wręcz nie wolno ocenić pod żadnym pozorem?

Moje trzecie pytanie brzmi:
Czy zdanie "Działania Konferencji nigdy nie mogą powodować pociągnięcia jej członków do odpowiedzialności karnej..." dotyczy bezkarności, czy może ogranicza zakres spraw, którymi Konferencja się nie zajmuje?


Poinformowali mnie w odpowiedzi, że moje pytania nie zostały przyjęte na podstawie Regulaminu Pracy Służby Krajowej AA w Polsce roz. VI p. 22.10) h).

Podpowiedziano mi, że ów podpunkt "h" brzmi:
Zgłoszone sprawy – napisane obraźliwym językiem, poniżające godność osób, insynuujące przynależność wyznaniową lub polityczną, formułowane oceną i odnoszące się personalnie do osób, nie będą przyjmowane do rozpatrzenia przez Zespół ds. Przygotowania Konferencji Służby Krajowej.

Jeśli rzeczywiście taka jest jego treść, to czy mógłby mi ktoś wskazać, gdzie w moich pytaniach jest obraźliwy język, poniżanie osób, insynuacje wyznaniowe lub personalia jakichkolwiek osób?

Potraktuję to jako zagadkę dla czytelników oraz autentyczną prośbę o pomoc w zrozumieniu powodu odmowy. Ja mam pewien pomysł, ale podam go dopiero wtedy, kiedy nikt nie wymyśli niczego sensownego.


wtorek, 13 lutego 2024

Historia AA kółkiem się toczy

Dawno temu wyczytałem w jakiejś książce, niestety, nie pamiętam już jej tytułu, że kiedy Bill W. odwiedził Europę i zapoznał się z europejską wersją AA, bardzo był zdziwiony, że Anonimowi Alkoholicy w Starym Kraju powtarzają dokładnie te same błędy, jakie popełniali wcześniej w Ameryce. Jakby zupełnie nie potrafili się uczyć na przykładzie doświadczeń starszych kolegów. Przecież podobno dobrze jest trzymać z wygranymi, a więc obserwować i wdrażać sprawdzone już w USA rozwiązania, zamiast wywarzania drzwi przez kogoś już otwartych. Lektura książek „Historia AA w Polsce” oraz moje ponad dwudziestoletnie obserwacje przekonały mnie, że to dzieje się nadal. To, czyli popełnianie błędów naprawionych już znacznie wcześniej w Ameryce, Kanadzie lub Wielkiej Brytanii. Ale zauważyłem coś jeszcze…

Byłem niedawno na mityngu. Pierwszy raz w tym roku. Tak się jakoś złożyło, ale faktem jest też i to, że od czasów epidemii, z różnych powodów zresztą, uczestniczę w spotkaniach AA znacznie rzadziej niż wcześniej. Wybrałem się na grupę, którą znałem jako ultra programową. Jej spotkania były merytorycznie znakomite, dotyczyły rozwiązania problemu alkoholizmu, pracy ze sponsorem i Programu. Coś się chyba jednak zmieniło w ostatnim czasie (2-3 lata?). Właściwie na tym mityngu było prawie tak, jak 20-30 lat temu. Włącznie z pochwałą arogancji i egoizmu, jako zalecanych postaw życiowych i innych terapeutycznych teorii. Świecy i przerwy na papierosa jeszcze nie było, ale…
Słuchając scenariusza i obserwując zbiórkę pieniędzy zorientowałem się, że grupa wróciła albo dynamicznie wraca do starych błędów. Jednak nie takich popełnionych i rozwiązanych pół wieku temu gdzieś tam, w Ameryce, ale takich, które były popełniane i z powodzeniem korygowane kilka-kilkanaście lat temu przez tę właśnie grupę. I nie, nie wszyscy na tym mityngu byli nowi. Alkoholików z mniej niż trzema-czterema latami abstynencji była na pewno większość, ale uczestniczyły w mityngu także te osoby, które same brały kiedyś udział w naprawianiu nieprawidłowości w tejże grupie przed laty.

W WK napisano: W sferze materii ludzkiej umysły skrępowane były przesądami, tradycją i utartymi poglądami. Jednak to chyba nie w tym leżał prawdziwy problem, a na pewno nie tylko. Także nie w tym, że nie potrafimy (większość) uczyć się na cudzych błędach, a bywa, że i na swoich własnych też nie. Czyżby szukanie łatwiejszej, łagodniejszej drogi i dbanie głównie o swoje dobre samopoczucie i święty spokój, na dłuższą metę jednak wygrywało z koniecznością ciągłej duchowej aktywności? Przecież w WK przeczytałem: Obaj zrozumieli, że muszą być ciągle aktywni duchowo – czy to też nie jest już prawda?

Przypomniało mi się z „Myśli nieuczesanych” Leca: Prawda zwycięża czasem, gdy nią przestaje być. Tylko… jakoś nie wydaje mi się to teraz tak zabawne, jak kiedyś.


Niewiele znam osób, które w USA lub innych krajach anglojęzycznych spędziły w tamtejszym AA kilkadziesiąt lat. W sumie trzy. Wszystkie one twierdzą, że w Wielkiej Brytanii i w Ameryce też był kiedyś okres dynamicznego wzrostu, po którym nastąpiła stagnacja. Jeszcze ze dwa-trzy lata temu mój podopieczny twierdził, że polska wersja AA, wydaje mu się znacznie bardziej zaangażowana i zdeterminowana niż angielska.

czwartek, 8 lutego 2024

Dobrzy czy źli są z nas ludzie?

W czasach kiedy jeszcze uczęszczałem na zajęcia grupowe terapii odwykowej (w sumie ok. 2,5 roku), we Wspólnocie AA w Polsce wszystkie przekonania na temat alkoholizmu, alkoholików, leczenia choroby alkoholowej i tak dalej, były identyczne, jak na terapii. Bo i niby jakie miałyby być – literatury AA albo nie było, a jak nawet była, to prawie nikt jej nie czytał, nikt nie pracował ze sponsorem na Programie, nawet jeśli tego sponsora miał, jak ja. W każdym razie wszystkie moje przekonania z tamtych lat, nawet jeśli zasłyszane w AA, wywodziły się z terapii. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że przydatność wielu z nich była problematyczna, albo miały sens tylko przez bardzo krótki czas, albo tylko w określonych okolicznościach, albo w ogóle nie były zgodne z prawdą, choć nie wszystkie były szkodliwe.

Pamiętam – wygłaszane przez terapeutów, a następnie powtarzane namiętnie przez alkoholików na mityngach – stwierdzenie, że alkoholicy, to są w sumie dobrzy, wrażliwi ludzie. Czasem ktoś z terapeutów ubierał to w słowa: dobrzy ludzie, którzy czasem robili złe rzeczy. Pod koniec terapii zaczynałem mieć pierwsze wątpliwości, co do tych właśnie przekonań, ale obecnie jestem już całkowicie pewien, że nie są prawdziwe; wiem też, po co terapeuci sprzedawali je swoim klientom.

Terapeutyczna czy psychologiczna doktryna, która próbuje oderwać człowieka od jego zachowań, zdecydowanie nie jest moja, nie wierzę w to, uważam za bujdę na resorach. Bo wychodzi z tego, że Ziuta jest właściwie dziewicą, tylko czasem się puszcza, Ziutek jest uczciwym człowiekiem, tylko czasem kradnie, Tomek jest niezwykle prawdomówny, tylko często kłamie, Bronia jest w zasadzie abstynentką, tylko czasem się upija itp. Tak by to miało wyglądać?
Poza bardzo specyficznymi przypadkami, jak na przykład obóz koncentracyjny, kataklizm czy wojna, o człowieku świadczy jego powtarzane wielokrotnie (bo raz, to mógłby być przypadek) zachowanie czy postępowanie – tak uważam.

Kradłem i kłamałem od kiedy pamiętam aż do… To byłoby mi trudno konkretnie ustalić, ale wydaje mi się, że proces wygaszania tych wadliwych postaw i zachowań, zaczął się u mnie, kiedy zadomowiłem się już trochę we Wspólnocie AA, zaczynała mi się nieśmiało marzyć trwała trzeźwość, i zacząłem słyszeć, jak wielką wagę przywiązuje się tam do uczciwości.

Poza tym ten czas przeszły: robili złe rzeczy… robili, a nie… robią. Jak gdyby po rozpoczęciu terapii odwykowej alkoholicy natychmiast stawali się idealni. Wiedziałem, że u mnie to tak nie działa, a po pewnym czasie, dzięki rozmowom z kolegami z tego środowiska, pojąłem, że i inni tak nie mają. Przestaliśmy pić, ale nadal robiliśmy złe rzeczy – przynajmniej wielu. Choć poziom draństwa bywał nieco mniej rażący.

Trochę dłużej zeszło mi z tą wrażliwością. Minęło kilka lat, byłem już na Programie, kiedy zorientowałem się, że ja (oraz wielu innych) wcale nie byliśmy tacy wielce wrażliwi, ale nieprawdopodobnie wręcz przewrażliwieni. I to głównie na swoim punkcie. „Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie…”.

Jak już wspomniałem, szybko zrozumiałem, że terapeuci robili to po to, żeby przygnieciony wyrzutami sumienia, wstydem i poczuciem winy alkoholik, klient, nie uciekł im do baru, nie upił się, żeby przestać czuć się jak kanalia i szuja. Może i miałoby to sens, ale pod warunkiem, że informowaliby też, że tego typu pomysły mają bardzo ograniczony okres przydatności do użycia. Niestety, przez wszystkie te lata w AA spotkałem tylko dwoje alkoholików, którzy pamiętali, że terapeuta wspominał, że „zdrowy egoizm” i inne takie szkodliwe brednie, mogą być tolerowane przez pierwsze 2-3 miesiące abstynencji, ale zdecydowanie nie dłużej.

Ciekaw jestem, jak to jest teraz. Nawet przez moment rozważaliśmy z kolegą terapię stacjonarną na Majorce* (tylko 14 tysięcy za 4 tygodnie), ale szybko doszliśmy do wniosku, że piorunem by nas wykopali za rozwalanie pracy grupowej i demaskowanie ich bredni.





---
Terapia odwykowa Borowik na Majorce.


wtorek, 30 stycznia 2024

Staing sober Without God PL

Dostałem w prezencie polską wersję książki „Staing sober Without God” (Zachować trzeźwość lub Pozostać trzeźwym bez Boga) napisaną przez Jeffreya Munna, LMFT, co zapewne jest skrótem od nazwy jego tytułu zawodowego*. Za prezent bardzo dziękuję – lektura tej i wielu innych pozycji na temat uzależnień pomaga mi w procesie, który nazywam wietrzeniem poglądów. Jest to okazja by zastanowić się, co ja o tym myślę, jak ja to widzę, czy coś w moim pojmowaniu określonej kwestii się zmieniło itp. W tej pozycji jest takich okazji mnóstwo.

Autor, który pierwszy raz przestał chlać i ćpać w wieku lat 20, korzystając z pomocy AA i sponsora, po niedługim czasie odszedł od Wspólnoty, bo Bóg za bardzo mu w niej przeszkadzał. Wrócił do picia po 2,5 roku abstynencji i wtedy wymyślił, że widocznie musi skorzystać z terapii odwykowej. Po jej ukończeniu, a trwała 45 dni, czyli dokładnie tyle, ile w Polsce (6 tygodni terapii plus 2-3 dni detoksu). Jak wielu alkoholików w trakcie i po skończeniu terapii odwykowej postanowił zostać psychoterapeutą i magistrem psychologii klinicznej. Faktu, że kiedy był w AA i komunikował się ze sponsorem, to nie pił, Jeffrey Munn jakoś nie zauważył. Tyle o autorze.

Bardzo mi się spodobało, kiedy stwierdził, że będzie unikał kategorycznych stwierdzeń, ale okazało się to deklaracją, która nie zawsze znajdowała pokrycie w prezentowanych przez niego przekonaniach. Niektóre z nich, tych przekonań, wynikają zapewne z doświadczeń zawodowych i własnych przeżyć. Inne są wynikiem fantazji. Przykład: „I dlaczego te wszystkie przeobrażenia, wyglądały uderzająco podobnie do zmian, które prawdopodobnie i tak by nastąpiły, gdyby ktoś zaangażował się w konsekwentne, świadome i zdrowe zachowanie?”. Te zmiany, które PRAWDOPODOBNIE by nastąpiły… Wprawdzie wyraźnie nie nastąpiły, skoro były tylko prawdopodobne, ale autor wie ponad wszelką wątpliwość, że wyglądałyby uderzająco podobnie, gdyby nastąpiły. OK. Tyle że u nas w AA coś takiego nazywa się odgrywaniem wszystkowiedzącego Boga, przewidywaniem i prorokowaniem przyszłości.

Jeffrey Munn pisze: „Spędziłem wiele lat w programach 12 kroków” – chyba jako terapeuta, bo z jego wypowiedzi o sobie wynika, że jako uzależniony korzystał z pomocy AA wyjątkowo krótko.

Jego książka, jak sam stwierdził: „Jest dla ludzi, którym powiedziano, że ich logika i rozsądek szkodzi im i że powinni ignorować osobiste przekonania”. Popatrzmy… moje osobiste przekonania sprzed roku 1998 to: wszyscy piją, sam siebie znam najlepiej, więc najlepiej wiem, co jest dla mnie dobre, nikt mi nie będzie mówił, co i jak mam robić – naprawdę były takie wartościowe i nie powinienem ich ignorować?

Dzięki tej książce odkrywałem też to, czego wcześniej w ogóle nie wiedziałem, na przykład: „Powszechnie używany slogan: „twój optymizm doprowadził cię do miejsca, w którym jesteś” to jeden najbardziej potencjalnie szkodliwych zwrotów, jakie słyszę na mityngach 12 kroków”. I to wydaje mi się ciekawe, bo w AA w Polsce nigdy niczego takiego nie słyszałem, więc albo tak mają w Ameryce, albo chodzi o inną wspólnotę. Notabene uważam optymizm za poważną i niebezpieczną wadę: OPTYMIZM to WADA. Ale to inna sprawa.

W niektórych przypadkach nie mam zdania na jakiś temat. Munn uważa, że logiczne myślenie i zdrowy rozsądek, to cechy, które można w sobie wyrobić i doskonalić. Doskonalić… zapewne tak, ale wyrobić, jeśli ich w ogóle nie było? No, nie wiem, może i tak…

Znajduję w książce opinie, z którymi nie zgadzam się zdecydowanie, na przykład: „Prawda jest taka, że podstawową bazę niezbędną do budowania szczęśliwego życia tworzy niewielka liczba fundamentalnych zasad”. Być może też tak uważałem do czasu, kiedy to w wieku lat 16-18 przeczytałem książkę „Ikowie ludzie gór” Colina Turnbulla. Później wystarczyła już uważna obserwacja, żeby zorientować się, że pewne wartości lub kanony może i występują częściej niż inne, ale to nie znaczy, że są powszechne, przez wszystkich aprobowane. Szkoda, że Munn nie podał konkretnie tych niewielu fundamentalnych zasad.
A przy okazji… „prawda jest taka, że…” to zdecydowanie jest stwierdzenie kategoryczne, sugerujące, że autor zna jakąś jedynie słuszną prawdę i z jego ust ona płynie.

Nie zgadzam się też z koncepcją nieskończonego zdrowienia, trwającego całe życie. Ani ze stwierdzeniem, że nie istnieje żadne przyjemne zachowanie, które jest całkowicie wykluczone z listy możliwych uzależnień (ależ oczywiście, świetny pomysł, skoro można się uzależnić od wszystkiego, to jak ogromne pole manewru daje to terapeutom!). Cytat: „Zdrowienie nie jest wydarzeniem ani skończonym procesem, to styl życia”. Otóż nie! Zdrowienie to wracanie do zdrowia po chorobie (ZDROWIENIE), a jeśli ktoś robi sobie z wracania do zdrowia po chorobie styl życia i taki styl życia mu pasuje, to niewątpliwie wymaga pomocy psychiatry lub psychologa klinicznego. Albo rzetelnego i trzeźwego sponsora w AA.

Jeffrey Munn jest wykształconym, inteligentnym człowiekiem, co łatwo jest poznać po takim oto zdaniu: „Uzależnienie jest doświadczaniem niemożności zaprzestania używania substancji…” – w tym momencie na pewno ktoś by zaprotestował, że Munn ogranicza alkoholizm tylko do problemów z nadużywaniem alkoholu, a to przecież choroba duszy, ciała i umysłu, ale chwila, moment… Autor użył określenia „uzależnienie”, a nie „alkoholizm”. Jego książkę trzeba czytać bardzo uważnie, żeby nie wpakować się w emocjonalną pułapkę.

Z ciekawością zainteresowałem się rozdziałem, w którym Munn próbował wyjaśnić, czemu nadal trzyma się 12 kroków, zamiast stworzyć własny program, ale wyszło mu to… mało przekonująco, poza jednym zdaniem: ”Fundament klasycznych 12 kroków jest dość solidny”. Też tak uważam. Nawet więcej – gdyby programy ateistyczne działały, to od 70 lat na świecie roiłoby się od stosownych wspólnot.

W pełni zgadzam się ze słowami Munna: „Język w oryginalnych 12 krokach może być czasem niejasny” - ma rację i dlatego w AA powstała instytucja sponsora, kogoś, kto wytłumaczy, co i w jaki konkretnie sposób należy zrobić w ramach tego czy innego Kroku.
Co do kwestii, kiedy kończę dany Krok, też zgadzam się w całej rozciągłości „Jeśli czujesz się przekonany, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, a twój sponsor przewodnik zgadza się z tym, idź dalej”.

Następnie w książce zawarte są rozdziały dotyczące poszczególnych Kroków, ale o tym pisał nie będę. Chciałem zasygnalizować wartą uwagi książkę, a nie sprzeczać się z techniką realizacji ateistycznych Kroków lub im potakiwać. Podobnie jak autor uważam, że jeśli coś działa, to świetnie, bo nie technika pracy jest ważna, ale efekty.

Książkę kończą rozdziały o nawrotach, o odpowiedzialności wobec innych, o asertywności, o wskaźnikach osobistego szaleństwa, o eliminowaniu toksycznych ludzi, miejsc i rzeczy ze swojego życia oraz o tym, co Kroki pomijają. W tym ostatnim przypadku pozwolę sobie na uwagę: Kroki niczego nie pomijają, stanowią rozwiązanie problemu alkoholizmu, a jeśli alkoholik rzeczywiście wytrzeźwiał, to zdrowiem fizycznym, sportem, sztuką, czy zabawą, zajmie się i tak.




---
* Jeffrey Munn jest licencjonowanym terapeutą małżeńskim i rodzinnym z Santa Clarita w Kalifornii. Pracuje w prywatnej klinice, specjalizującej się w uzależnieniach, zaburzeniach kompulsywnych i lękowych. Oprócz magisterium z dziedziny psychologii klinicznej, zdobył również specjalizację ze współuzależnień.



Kilka zdań z...  https://madebykarlik.pl/lifestyle/magiczny-optymizm-cz-1/
Teoria „Boga wypełniacza dziur” wszędzie tam, gdzie nie możemy znaleźć wytłumaczenia brzmi może groteskowo, ale i dla osób wierzących bywa naciągana. „Przypadek to sposób boga na pozostawanie w ukryciu” jest powiedzonkiem poetyckim, ale – nawet w opinii religii – Bóg nie jest od tego, by kierować losem człowieka, tylko dawać mu szansę na zapracowanie na niebo swoimi wyborami. Bóg to nie automat do kawy.

sobota, 27 stycznia 2024

Chyba szkoda mi na to czasu

Kiedy zacząłem uczestniczyć w mityngach, kwestii ewentualnego całkowitego wyleczenia się z choroby alkoholowej, to jest powrotu do stanu sprzed zachorowania, nie rozważał nikt. Polska wersja AA była całkowicie podporządkowana przekonaniom terapeutów odwykowych, a ci orzekli, że alkoholizm jest nieuleczalny. Lekarze używali raczej pojęcia choroba trwała, ale… mniejsza z tym.

Zdaję sobie sprawę, że w środowisku niepijących alkoholików wiele jest osób, dla których określenie alkoholik nie jest zwyczajną diagnozą, ale czasem i pomimo wielu już lat abstynencji, najwyraźniej pozostało plugawym wyzwiskiem, obelgą, poniżeniem – typowy brak akceptacji rzeczywistości. Rozumiem też i nie dziwię się, że w tej sytuacji osoby te gotowe są zrobić naprawdę wiele, by się tego okropnego piętna w jakikolwiek sposób pozbyć. To akurat byłoby bardzo proste, bo wystarczyłoby przestać o swoim alkoholizmie mówić, sobie i innym stale przypominać, i w taki sposób publicznie się przedstawiać. Natomiast jeśli do tego obniżonego poczucia własnej wartości, spowodowanego alkoholizmem, mają takie osoby nieodparte pragnienie zaistnienia, wywarcia wrażenia, wzbudzenia podziwu i zainteresowania, i mogą tego szukać tylko w środowisku AA, to pojawia się gotowa recepta na wojującego AA-owskiego fanatyka.

Gdy postrzeganie rzeczywistości wywołuje przykrość, wtedy poświęca się prawdę – Zygmunt Freud.

Kiedy po kilkunastu latach pomysły na całkowite wyleczenie zaczęły się u nas pojawiać, usłyszałem o sposobie na udowodnienie takiej wersji. Wielu alkoholików wie z doświadczenia, że jedno lub dwurazowe zapicie nie dowodzi niczego – głód alkoholowy, łaknienie nie do opanowania, ciąg alkoholowy, mogą się pojawić, ale nie muszą. Więc pojawił się inny sposób na sprawdzenie: alkoholik, który twierdzi, że już jest zdrowy, kupuje trzy litry wódki i stawia je na stole, na widoku. Przez miesiąc, każdego dnia, wypija setkę. Nie mniej i nie więcej. Jeżeli ten eksperyment się powiedzie, to z radością (i odrobiną zazdrości) pogratulujemy wyleczonemu człowiekowi.

Nie lubimy nikogo uznawać za alkoholika, ale szybko możesz zdiagnozować się sam. Wstąp do najbliższego baru i spróbuj pić w sposób kontrolowany. Spróbuj się napić i nagle przestać. Spróbuj więcej niż jeden raz. Zadecydowanie, czy jesteś uczciwy wobec siebie samego w tej kwestii, nie zajmie ci wiele czasu. [WK z 2018 roku]
Podkreśliłem to zdanie, na którym pomysłodawcy zbudowali wyżej opisany eksperyment.

Kilkanaście razy, podczas jednej z wielu dyskusji o całkowitym wyleczeniu, kilku zwolennikom teorii pełnego wyzdrowienia z alkoholizmu zadałem pozornie proste pytanie: czy teraz, po tych wszystkich terapiach, zlotach radości i rozmaitych warsztatach, po latach abstynencji i tysiącach mityngów, nadal jesteś bezsilny wobec alkoholu? Odpowiedzi albo nie było w ogóle, albo agresja, złośliwości i wyzwiska, albo słyszałem jakieś mętne przekonania, nie zbudowane na żadnym doświadczeniu.

W Wielkiej Księdze napisano: Widzieliśmy, wciąż i wciąż, tę samą prawdę: „Kto raz stanie się alkoholikiem, pozostanie nim na zawsze”.
Oczywiście napisano w niej też coś zupełnie innego, ale to świadczy jedynie o tej książce, a nie o życiu, faktach i rzeczywistości.

Nazywają mnie Meszuge, jestem alkoholikiem – w chwili obecnej alkohol nie stanowi problemu w moim życiu. Nie walczę już z alkoholem, nie walczę z alkoholizmem, nie walczę też z określeniem alkoholik. Już nie muszę, nie odczuwam takiej potrzeby. Zmarnowałem w życiu mnóstwo czasu, więc… będzie dosyć.
Już od wielu lat znaczenie ma dla mnie realna jakość życia, duchowego, ale nie tylko, a nie etykietki stanowiące jedynie przekonania zbudowane na rojeniach i wierzeniach, bo przecież nie na faktach. Innymi słowy i zdecydowanie bardziej dosadnie: guzik mnie obchodzi, czy jesteś alkoholikiem, byłym alkoholikiem, człowiekiem wyleczonym, uzdrowionym, zdrowiejącym, trzeźwiejącym, czy jak tam sobie chcesz – liczy się tylko jakość twojej więzi z Bogiem, bliskimi i innymi ludźmi oraz pomoc, jakiej chcesz, możesz, potrafisz im udzielić.

Jest tylko jeden pewny sprawdzian wartości jakiegokolwiek doświadczenia duchowego: „Po owocach ich poznacie ich” (Bill W.).