piątek, 17 sierpnia 2018

Notatki sponsora (odc. 107)


Psychopatia (zgodnie ze słownikiem PWN) – trwała nieprawidłowość osobowości utrudniająca przystosowanie do otoczenia (https://sjp.pwn.pl/sjp/psychopatia;2513096.html). Kryteria diagnostyczne ICD-10 podają, że charakterystyczna dla psychopatów jest między innymi niezdolność przeżywania poczucia winy i uczenia się, skłonność do obwiniania innych, lekceważenie norm, nieliczenie się z uczuciami innych.

...istnieje duże podobieństwo między osobowością psychopatycznego przestępcy a alkoholika… – cytat z „Przekaż dalej”.

Bardzo, naprawdę bardzo nie chciałem się z tym zgodzić, ale mijały lata, przychodziły kolejne sierpnie i wrześnie, alkoholicy z maniackim uporem powtarzali całymi latami, że tak w ogóle, to oni skrzywdzili najbardziej sami siebie, a więc coraz bardziej mi się to nie udawało, coraz lepiej rozumiałem i godziłem się (cóż z tego, że niechętnie), że w książce „Przekaż dalej” napisano smutną i brutalną prawdę o alkoholikach.

Krzywdaszkoda moralna, fizyczna lub materialna wyrządzona komuś niezasłużenie; też: nieszczęście lub obraza dotykające kogoś niesłusznie (https://sjp.pwn.pl/sjp/krzywda;2475955.html ).

Pytałem wielu alkoholików, na czym konkretnie polegały te krzywdy, które ich spotkały, a wtedy okazało się, że były to rozmaite kary dyscyplinarne za picie alkoholu w miejscu pracy, odebrane prawo jazdy za jazdę po pijanemu, wysokie koszty wielu noclegów w izbie wytrzeźwień, gdy ich rodziny miały poważne problemy finansowe, ustawowe kary wymierzane przez sądy za wykroczenia albo przestępstwa dokonywane pod wpływem alkoholu ze znęcaniem się nad członkami rodziny włącznie itd. Wtedy zrozumiałem też, że wśród cech charakteryzujących psychopatów i socjopatów, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną: traktowanie słusznych, naturalnych, oczywistych, przede wszystkim jednak zasłużonych konsekwencji własnych postaw i zachowań, jako osobistej krzywdy. Wyrządzonej przez samego siebie lub kogoś innego, ale to już mniej ważne.
Tak, to potworne, zdaję sobie z tego sprawę, ale niestety brutalnie prawdziwe – alkoholik, zmuszony do ponoszenia konsekwencji swojego zachowania, poczuje się tym skrzywdzony! Uzna się za ofiarę!

Alkoholizm to straszna psychiczna choroba… 

niedziela, 12 sierpnia 2018

Notatki sponsora (odc. 106)


Określenie „samowola” występuje w Wielkiej Księdze wiele razy, ale w wydaniu drugim, trzecim i wcześniejszych, za każdym razem tłumaczona była jakoś inaczej, bo a to była upartym szaleńcem, a to własną wolą, a to jeszcze czymś innym. W nowym wydaniu WK ma to wreszcie zostać naprawione. Jest to kwestia o tyle poważna, że po braku siły duchowej, samowola jest prawdopodobnie drugim z kolei problemem alkoholika. A w takim razie, czym jest ta cała samowola i czym się różni od, na przykład, wolnej woli?

W obu tych pojęciach występuje „wola”, więc tym bardziej łatwo o pomyłkę, jednak są to określenia zupełnie różne. Z samowolą jest łatwiej – to po prostu niezdolność do podporządkowania się. Wszystko jedno, czy ludziom, czy zasadom, prawom, zwyczajom, umowom, uzgodnieniom… niezdolność. Podobna (tylko trochę podobna!) może być ona do bezsilności, bo też wymaga duchowej siły, by ją przezwyciężyć, by przestać jej ulegać. W każdym razie nie zawsze wystarczy tu zwyczajne postanowienie, decyzja.

Z wolną wolą jest to odrobinę bardziej skomplikowane. W każdym razie łatwiej będzie ją wyjaśnić, za pomocą przeciwieństwa. Na czym polega, czym jest przeciwieństwo wolnej woli? Jest nim zniewolenie. Zniewolenie wynikające z uzależnienia (sławetna bezsilność) jest banalne i oczywiste – robię to, czego już od pewnego czasu robić nie chcę, co mi przynosi ewidentne szkody, ale… nie mam siły, żeby przestać. Jednak zniewolonym można być także przez wiele innych czynników, na przykład przez brak wiedzy lub doświadczenia, przez bezmyślność lub lekkomyślność, przez błędne informacje, przez brak wyobraźni, przez emocje, przez przekonania itd. Możliwe jest też oczywiście zniewolenie przez innego człowieka/ludzi.

Ostateczne wolną wolą posługuję się wtedy, kiedy dokonuję jakiegoś wyboru spokojnie, z rozwagą (nie szalejąc ze strachu, miłości lub złości, na trzeźwo, po prostu), rozumiejąc, znając wszystkie opcje, między którymi mogę wybierać, ze świadomością konsekwencji każdej z nich. I tyle.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Notatki sponsora (odc. 105)


Uczestniczyłem niedawno w mityngu, na którym czas zatrzymał się 12-15 lat temu. To i tak nieźle, bo bywają grupy, w których czas zatrzymał się przed ćwierćwieczem i wcześniej jeszcze. Nie zamierzam twierdzić obłudnie, że mnie tam zaskoczyło cokolwiek, w końcu w takich (i podobnych) grupach zaczynałem drogę do trzeźwości, tak kiedyś wyglądała Wspólnota AA w całej Polsce.

Jeden tylko element mnie poruszył, bo w nieprzyjemny sposób przypomniał mi moje początki, kiedy to z ogromnym zapałem starałem się nauczyć różnych „prawd i zasad” AA (po latach proces ten nazwałem zaklinaniem alkoholizmu), co miało świadczyć rzekomo o mojej trzeźwości. Chodziło o stwierdzenie, że nie będę w stanie wybaczyć* nic nikomu, jeśli najpierw nie wybaczę samemu sobie.

Sam kiedyś takie wątpliwe rewelacje powtarzałem, zresztą, razem z: daję czas czasowi, AA jest jak mafia, uczę się pokory, trzeźwieć należy tylko dla siebie, egoizm jest pożądaną postawą, i innych w tym stylu. Później zająłem się realnym, praktycznym zadośćuczynianiem i nie miałem już czasu ani ochoty koncentrować się na wybaczaniu samemu sobie. A jeszcze później zdałem sobie sprawę, że to jest kompletna bzdura. Że twierdzenie: nie mogę wybaczyć innym, jeśli najpierw nie wybaczę samemu sobie – jest po prostu nieprawdziwe.

Są w mojej przeszłości ze 2-3 osoby, kilka sytuacji, wydarzeń, których darować sobie nie potrafię, których żałuję, mam wyrzuty sumienia. Oczywiście nie żyję nimi na co dzień, nie rozpamiętuję, ale poczucie winy pozostało – po prostu sobie nie wybaczyłem. Ale jednocześnie potrafiłbym wymienić wiele sytuacji oraz zachowań innych osób, które mnie w jakiś tam sposób skrzywdziły, ale im darowałem, machnąłem ręką, odpuściłem, zapomniałem, wybaczyłem.

Później, przy różnych okazjach, rozmawiałem z wieloma osobami i każda z nich, jeśli się chwilę uczciwie zastanowiła, znajdowała w swojej pamięci zdarzenia oraz ludzi, którym coś tam dawno już wybaczyła, ale także własne zachowania z przeszłości, nadal rodzące poczucie winy, niewybaczone.

Po co powtarzać dziwaczne, bardzo wątpliwe, jeśli nie zupełnie bezsensowne, „prawdy”? Czy może po to, żeby alkoholik nadal miał argument, by podtrzymywać w nieskończoność dawne urazy, złości, pretensje i żale, nadal grać rolę ofiary?



---
*Wybaczyć, wybaczać: «darować komuś winę» https://sjp.pwn.pl/sjp/wybaczyc;2538507.html

niedziela, 29 lipca 2018

Notatki sponsora (odc. 104)


Teściowie obchodzili hucznie złote gody. Z tej okazji urządzali przyjęcie w przydomowym ogrodzie. Alkoholiczka z dziesięciomiesięczną abstynencją, w trakcie psychoterapii odwykowej, wiedziała, że nie powinna w tej imprezie uczestniczyć, ale nie chciała pogarszać i tak nienajlepszych relacji z rodzicami męża, więc jednak spędziła z całym towarzystwem jakiś czas. Nie bawiła się dobrze, wręcz przeciwnie – bez przerwy spięta, wystraszona i przekonana, że robi coś bardzo złego, niebezpiecznego, coś wbrew zasadom, że niesamowicie ryzykuje. O dziwo, imprezę jakoś przetrwała. Napiła się dwa dni później.

Oczywiste jest, że strach przed alkoholem i ludźmi pijącymi, to dzieło psychoterapii odwykowej. Pamiętam raz tylko ostry protest, gdy wyraziłem to przekonanie na jakiejś spikerce – jeden ze słuchaczy stwierdził, że to nieprawda, że to nie psychoterapeuci wdrukowali mu w psychikę obawy przed alkoholem. Poprosiłem wtedy, żeby podniosły rękę te osoby, które jeszcze przed leczeniem odwykowym bały się kieliszków, reklam piwa oraz sklepów spożywczych, w których jest też alkohol. Najpierw, zdezorientowani, popatrzyli na mnie jak na wariata, a następnie sala wybuchnęła gromkim śmiechem.

Uczucia albo emocje, które napędzały moje picie, były tylko trzy: strach, wstyd i złość. Od nich potrzebowałem ulgi, wytchnienia, ucieczki. Czy w okresie destrukcyjnego picia bałem się innych gości na imprezie (na przykład wujka, szwagierki albo kuzynki)? Ależ skądże znowu! Co najwyżej niepokoiłem się, czy pozostali uczestnicy imprezy za dużo nie wypiją, czy mi wódki nie braknie. To może balem się kieliszków albo sklepów? No… bez jaj!

Takie i podobne wydarzenia i przemyślenia skłoniły mnie kiedyś do zastanowienia się i rozważenia, jaka jest naprawdę rola strachu w procesie zdrowienia/trzeźwienia alkoholika. Czy strach (lęk, obawa itp.) przed innymi osobami będącymi „pod wpływem”, na przykład w miejskim autobusie lub tramwaju, na rodzinnym spotkaniu,  przed kieliszkami, kuflami, reklamami, sklepami spożywczymi, naprawdę jest korzystny, czy może wręcz przeciwnie?

Kiedy rozmawiałem o tym z kolegami, któryś z nich stwierdził, że tych lęków uczą także w AA, ale… chyba jednak niezupełnie. W Polsce zapewne uczą, ale uczestnicy mityngów w naszym kraju są prawie zawsze pacjentami albo absolwentami jakiejś psychoterapii odwykowej i stamtąd te przekonania przynieśli do środowiska Wspólnoty AA. „Czysta” postawa Anonimowych Alkoholików jest przecież inna:

W naszym przekonaniu jakikolwiek program leczenia z alkoholizmu, który opiera się na izolowaniu alkoholika od pokusy, z góry skazany jest na niepowodzenie. Fizyczna ucieczka od alkoholu może się udać na krótki czas, ale z reguły kończy się ona fatalnym ciągiem picia. Próbowaliśmy i tej metody. Stwierdzamy, że próby dokonania czegoś, co niewykonalne, zawsze kończą się klęską. („Anonimowi Alkoholicy”)

Każdego dnia będziemy pewnie widzieli pijących czy miejsca, w których się pije, będziemy oglądali dziesiątki reklam zachęcających do picia. Nie możemy się zabezpieczyć przeciwko wszelkim tego rodzaju przypadkom, a wylewanie łez z tego powodu byłoby daremne. Nie żywimy też pragnienia czy potrzeby pozbawienia innych ludzi możliwości picia. Stwierdziliśmy również, że nie musimy odmawiać sobie przyjemności przebywania z pijącymi przyjaciółmi. („Życie w trzeźwości”)
  
Utarło się na przykład przeświadczenie, że nie wolno nam bywać tam, gdzie podaje się alkohol, że nie powinniśmy trzymać alkoholu w domu, że należy unikać towarzystwa pijących przyjaciół, że powinniśmy unikać filmów, w których są sceny picia, że nie wolno nam wchodzić do barów, że nasi przyjaciele, gdy ich odwiedzamy, powinni chować butelki, żeby na tym poprzestać - nie wolno nam myśleć o alkoholu, a innym przypominać nam o tym. Nasze własne doświadczenie mówi, że wcale tak nie musi być. Przecież z okolicznościami wyliczanymi przykładowo powyżej spotykamy się każdego dnia. Jeśli alkoholik nie potrafi stawić im czoła, oznacza to, że nie wypracował jeszcze w sobie właściwego nastawienia duchowego wobec swojej choroby. („Anonimowi Alkoholicy”)

Czy w przypadku alkoholiczki, opisanej na początku tekstu, strach oraz przekonanie, że robi coś strasznego, że to się na pewno źle skończy, że jej nie wolno, że nie powinna, że ze swojej obecności na imprezie alkoholowej będzie się musiała tłumaczyć na zajęciach grupowych psychoterapii odwykowej, naprawdę działał na jej korzyść?

To pytanie, i wiele podobnych, pozostanie zapewne bez odpowiedzi, bo i kto wie, co by było gdyby…, ale na koniec dodam coś jeszcze bardziej problematycznego: spotkałem w naszym środowisku alkoholików z wieloletnią abstynencją, którzy się boją przestać bać. I smutno mi się jakoś zrobiło, bo jakość życia zbudowanego i opartego na strachu przed alkoholem i zapiciem jest… gówniana. Próbowałem tak żyć i niestety coś o tym wiem.

wtorek, 24 lipca 2018

O teorii, praktyce i prymusach


Znacznie rzadziej niż pięć-siedem lat temu czytam AA-owskie biuletyny, bo albo trafiam na nudne piciorysy, albo jakieś teoretyczne rozważania na temat Tradycji i Koncepcji. Jednak tak się niedawno złożyło, że przeczytałem, bodajże w Warcie, tekst Sandy’ego B. o tym, że w sumie wszystko jest kwestią naszego postrzegania. Artykuł bardzo konkretny, rzeczowy, duchowy, choć także nieco... hm... radykalny.

Niedługo po zaprzestaniu picia ukułem sobie powiedzonko: łatwo jest nie pić, kiedy się nie chce pić. Używania alkoholu dotyczyło ono dość krótko, bo szybko stało się skrótem myślowym, obejmującym wiele różnych dziedzin życia. Chodziło o to, że bardzo łatwo utrzymuje się wysokie standardy moralne (trzeźwieje, rozwija duchowo itp.), gdy zdrowie dopisuje, firma przynosi zyski, rodzina kochająca i zdrowa, dzieciaki świetnie się uczą… Inne, podobne w swej wymowie powiedzenie, już nie moje, mówi, że tyle tylko jesteśmy warci, ile nas sprawdzono. Sandy pisze o tym tak:

Przez to doświadczenie ostatni rok był rokiem, w którym doznałem najwięcej duchowości z pośród wszystkich lat mojej trzeźwości. Można tego doświadczyć tylko, gdy pojawia się cierpienie i nieszczęścia. Możemy dokonać jakiegoś postępu, ale to tylko teoria, do czasu gdy dostajesz test do rozwiązania. Dopiero w tedy w praktyce możesz zobaczyć, czy te duchowe zasady działają. Wiecie o czym mówię.  Jeśli zostaniesz zwolniony z pracy przekonasz się, czy Bóg jest w stanie Ci pomóc z brakiem poczucia bezpieczeństwa materialnego. Ale nie dowiesz się tego dopóki Cię nie zwolnią, albo nie stracisz masy pieniędzy na giełdzie. Wtedy dopiero…

Ale… do rzeczy. Stwierdziłem, że zgadzam się z Sandym B., bardzo dobrze go rozumiem, jego przekonania są moje, ale z jednym wyjątkiem. Pisze on o różnych sprawach, także o wybaczaniu. Twierdzi, że akceptować jakieś paskudne wydarzenie i wybaczyć komuś zło można natychmiast. Jednak moje długie doświadczenia mówiły mi, że psychologowie i psychoterapeuci mają rację, że wybaczenie to proces, który wymaga czasu, że nie da się tego załatwić decyzją, w kilka chwil. Kilka dni później Pan Bóg powiedział: sprawdzam! I kolejny raz okazało się, że nie mam racji, że się myliłem.

Kiedy wyszło na jaw, że pewien anonimowy alkoholik gotów jest nawet płacić pieniądze, żeby realizować swoją chorą zazdrość i urojone pretensje wobec mnie, zorientowałem się, że mam wybór, ale też wiedziałem, intuicyjnie czułem, że na jego podjęcie mam bardzo mało czasu, góra kilkanaście sekund.
Zdążyłem. Wybrałem współczucie dla nietrzeźwego alkoholika, wypisującego jakieś bzdurne anonimy do dyrektora BSK, próbuje manipulować domenami (parę innych działań też mógłbym wymienić, ale po co?), biednego w sumie człowieka, bo wyraźnie chorego z nienawiści i uraz, i… tak mi zostało. W końcu alkoholizm to potworna choroba psychiczna.

Po pewnym czasie raz tylko wpadło mi do głowy zadziwienie, że ktoś stara się ujawniać jakieś tam moje „tajemnice”, ale najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że są one opisane w moich książkach. Chwilę później śmiałem się z siebie drwiąco – Meszuge, naiwny człowieku, kogo ty posądzasz o czytanie książek?!  :-)
Nie, nie zapominam o alkoholiku, który od kilku lat stara się konfliktować u nas różne osoby i grupy, ale o tym, to może jakimś innym razem... albo i nigdy.


Pamiętam z VI-VII klasy szkoły podstawowej historię z prymusem. W każdej szkole, w każdej klasie jest taka jedna lub więcej osób. Leszek nie skarżył, nie podlizywał się, nie donosił, ale po prostu bardzo dobrze się uczył. Nie lubiliśmy go za to i nazywali kujonem. To wszystko jednak było głupstwem wobec wściekłej agresji Edwarda, bo ten Leszka nienawidził wręcz organicznie. Edward rozpowiadał niestworzone historie o Leszku, oczerniał go i szkalował, a raz nawet ukradł coś i podrzucił do tornistra Leszka. To było tak widoczne, że kiedyś zapytałem Edwarda, za co tak Leszka nienawidzi – odpowiedział przez zaciśnięte zęby: prosiłem, żeby mi dał odpisać zadanie. Domyślnie i współczująco zapytałem: i co, odmówił? Po dłuższej chwili Edward z wściekłością i jakby wbrew sobie wysyczał – dał.

Długo nie mogłem zrozumieć tej historii (podobna miała miejsce w szkole zawodowej, gdzie Bogdan całe dwa lata dopier… się do Agnieszki, klasowej prymuski), potrzebny był alkoholizm i Program, i kontakt z rzeczywistością, żebym zrozumiał. W porównaniu z prymusem, a przecież te porównania odbywały się prawie każdego dnia, cała reszta klasy wypadała jeszcze gorzej, jeszcze bardziej żałośnie. Może gdyby wszyscy w klasie uczyli się tak samo miernie, to nie rzucałoby się aż tak w oczy. No, ale ten argument wystarczał do zazdrości i niechęci, skąd w takim razie nienawiść niektórych? Któregoś razu w końcu mnie olśniło – proszenie nielubianego prymusa o pomoc oraz przyjęcie jej, było dla Edwarda upokorzeniem. Tego już nie mógł znieść, nie mógł wybaczyć.

Byliśmy dziećmi, później nastolatkami, wtedy nie byliśmy w stanie zrozumieć absurdu całej tej sytuacji – chcieliśmy, żeby uczeń, który lepiej i więcej się uczył, uczył się mniej, gorzej, żeby był równie leniwy i niekumaty jak my. Nikomu nie przyszło do głowy podjąć wyzwanie, więcej wysiłku włożyć w naukę, zdobywać lepsze stopnie, coś osiągać. Może niekoniecznie pierwsze miejsce w klasie, ale drugie, trzecie. Nie, łatwiej było domagać się, by ktoś inny równał do dołu. Prawdopodobnie kluczowym słowem było właśnie to: „łatwiej”.

Ale… co te dziecinne sprawy mają wspólnego z alkoholikami? Specjaliści wiele napisali o osobowości alkoholików, że autotolerancyjna, że nałogowa, że egocentryczna, ale przede wszystkim niedojrzała. Alkoholicy w każdym wieku są emocjonalnie niedojrzali; to duże dzieci; skupione głównie na sobie, zazdrosne, leniwe, roszczeniowo nastawione bachory. Dzieciom, bez względu na wiek (jak widać), zawsze łatwiej jest równać do dołu, niż w górę, zazdrościć, obrażać, oczerniać, szkalować lepszych (lepszych w czymkolwiek, w dowolnej dziedzinie), niż starać się do nich dorosnąć, a może i przegonić.

Zawsze śmiać mi się chce z własnej bezmyślności i naiwności, na wspomnienie czasów, kiedy nie potrafiłem zrozumieć nienawiści kilku, może kilkunastu polskich alkoholików. Przecież niczego od nich nie chcę – tak sobie myślałem – wysokie wymagania stawiam sobie, a nie im. Owszem, stawiam też podopiecznym, ale żaden alkoholik nie musi być moim podopiecznym, sponsorów mamy na pęczki, a w moim mieście to w ogóle więcej niż nowicjuszy. To co jest?! Czemu i w czym przeszkadza im moje niepalenie i sugestie, by podopieczni też przestali? Czemu do furii doprowadza ich fakt, że pokazuję, w jaki sposób można stawać się lepszym człowiekiem dzięki Tradycjom AA? Czemu zajadle walczą i upierają się, że w Kroku VI nie trzeba podejmować żadnego działania (na wszelki wypadek pracują tylko na WK, bo w 12x12 mogliby niechcący wyczytać, że coś tu jednak trzeba robić), przecież jak wyżej – to ja to robię w swoim życiu i ewentualnie moi sponsorowani! Nikogo nie zmuszam, nie terroryzuję!

A przecież wystarczyło przypomnieć sobie szkolne czasy – czy Leszek, ten prymus z mojej podstawówki, cokolwiek chciał od innych uczniów, leniwych niedouczków? Przecież zupełnie nic – jednak samo jego istnienie sprawiało im dyskomfort, przeszkadzało.

Dzięki takim oraz podobnym wydarzeniom, obserwacjom, przemyśleniom i wnioskom z nich płynącym, dzięki słuchaniu wypowiedzi mityngowych, a może nawet bardziej tych kuluarowych, po wielu latach stworzyłem pewną sugestię (dla siebie, podopiecznych i każdego, kto miałby ochotę skorzystać), która może się przydać w środowisku polskich AA: Jeśli w temacie trzeźwienia ktoś mówi ci, że powinieneś robić więcej, bardziej się przyłożyć, to słuchaj go uważnie, bo bardzo możliwe, że ma rację. Jeśli ktoś twierdzi, że robisz za dużo, że za bardzo się starasz, że wcale tyle nie potrzeba – nie zwracaj na niego uwagi, bo tacy ludzie w rzeczywistości wcale nie mają na myśli dobra twojego, twojej rodziny, twojej trzeźwości, duchowego rozwoju i powodzenia w różnych sferach życia, a jedynie bronią własnej bylejakości i lenistwa.


Cytaty warte uwagi.
Józef Piłsudski: Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.
Melchior Wańkowicz: W narodzie polskim jest morze bezinteresownej zawiści.
Meszuge: Czy alkoholicy różnią się czymś od innych ludzi? Alkoholicy są tacy sami jak inni ludzie, tylko bardziej.

niedziela, 3 czerwca 2018

Notatki sponsora (odc. 103)


Pytanie, a więc i dodatkowy temat mityngu, brzmiało: Czemu we Wspólnocie AA nie wolno udzielać rad? I wtedy się zaczęło… 

Jestem absolutnie przekonany, że zakaz ten przeniesiony został na spotkania AA bezpośrednio z zajęć grupowych psychoterapii odwykowej – we Wspólnocie AA nigdy nic takiego nie miało miejsca.

Opierając się na własnym doświadczeniu, możesz mu udzielić wielu praktycznych rad. (WK, s. 83)

Pierwsze, co rzuciło mi się w uszy to przekonanie niektórych uczestników spotkania, że Wspólnota AA = mityng AA. Trochę mnie to zaskoczyło – jak tak właśnie miałem, ale… to było kilkanaście, prawie dwadzieścia lat temu. Czyżby nic się od tego czasu nie zmieniło?

Zastanowiła mnie też próba obrony grup, które zakaz udzielania rad (w trakcie mityngu, a nie w ogóle!) mają zawarty w jakichś tam swoich regulaminach, z powoływaniem się na IV Tradycję włącznie. Nie wiem, przed czym ta obrona, skoro nikt nie atakował grup, tym niemniej faktem jest, że grupa AA może… wiele różnych rzeczy – pod warunkiem, że nie wystawia tym na szwank imienia Wspólnoty AA. Ale czy naprawdę nie wystawia?

Usłyszałem też, że na grupach, które zakaz udzielania rad mają w swoich scenariuszach, tak naprawdę rad się udziela, ale należy to robić w taki sposób, żeby rada nie wyglądała na radę. I wtedy uważny słuchacz zapewne jakoś wyłapie z dziwacznie skonstruowanej wypowiedzi sugestię, po którą przyszedł, której naprawdę potrzebuje.

Przyznaję, że to ostatnie wprawiło mnie w osłupienie. Bo jak to?! Grupie nikt nie może scenariusza mityngów narzucić, grupa opracowuje go sobie sama i sama, w dowolnym momencie, może opracować jakiś inny. W tymże scenariuszu grupa umieszcza pewien zakaz, a zaraz potem zaczyna uczyć swoich członków (obecnych i nowych) jak ten zakaz lekceważyć, ignorować, omijać. Jak w specjalny sposób konstruować wypowiedzi, żeby wydawało się, że zakazu nie naruszają, choć w rzeczywistości to robią. Według mnie to obłuda i zakłamanie. Tak ma działać grupa AA, tego uczyć? Takie świadectwo wystawiać Wspólnocie Anonimowych Alkoholików?

Zasady, normy, prawa, przepisy, reguły, są po to, żeby ich przestrzegać – proste, prawda? Taka zdolność jest cechą ludzi dojrzałych i odpowiedzialnych. Jeśli jednak chcemy udzielać rad, to może jednak łatwiej i uczciwiej byłoby zlikwidować zakaz, który zresztą sami wymyśliliśmy, zamiast tworzyć specjalne pokrętne, manipulacyjne i nieuczciwe konstrukcje językowe, dzięki którym uczestnicy mityngu będą mogli nadal udawać, że przestrzegają zasad. Tak – udawać!

Zaiste, alkoholizm to straszna choroba psychiczna…




---
A przy okazji… Wszystkich tych, którym wydaje się, że radzić nie wolno, ale sugerować tak, informuję, że rady i sugestie to synonimy, oznaczają w zasadzie to samo:

SUGESTIA
1. «czyjś wpływ na myśli, przekonania, zachowania drugiej osoby lub całej grupy»
2. «czyjeś rady, pomysły lub propozycje»
3. «informacja, która nie wynika wprost z czyjejś wypowiedzi lub jakiegoś tekstu, ale jest w nich zawarta np. w formie aluzji»

czwartek, 24 maja 2018

Notatki sponsora (odc. 102)

Ten wpis powinien chyba nosić podtytuł: zła wiadomość dla podopiecznych.

Jakoś tak, dziwnym trafem, bardzo często się zdarza, że alkoholik, który pod opieką sponsora zaczyna pracę na Kroku IV albo V, nagle zaczyna mieć problemy ze zdrowiem. Ja nie wiem, czy te choroby i dolegliwości są prawdziwe, czy urojone, nie moja sprawa, nie znam się, nie jestem lekarzem, jednak obserwuję to zjawisko od lat i – jak na zwykły przypadek – trochę tych zdarzeń za dużo.

A zła wiadomość jest taka, że praca na Programie Dwunastu Kroków AA to nie szkoła ani zakład pracy, w których to miejscach respektowane są zwolnienia chorobowe albo też inne usprawiedliwienia (pogrzeb dziadka, ślub córki itp.). Program AA jest programem działania, a to oznacza, że jeśli pewnych działań nie wykonasz, to efektu nie będzie, bez względu na to, jak wiarygodne masz usprawiedliwienie. Jako sponsor przyjmuję do wiadomości, że podopieczny był chory i w związku z tym nie mógł (jak twierdzi) zdążyć, zrobić, zadzwonić, przyjąć na spotkanie. Nawet za bardzo nie wnikam, czy wyjaśnienia są realne i sensowne, bo bez względu na ich prawdziwość, efektu z niezrobionych prac, niepodjętych działań, nie będzie. Szef może przyjąć twoje wyjaśnienia, ale alkoholizm ma głęboko w du… w nosie twoje usprawiedliwienia, nawet te najprawdziwsze.

poniedziałek, 21 maja 2018

Notatki sponsora (odc. 101)


W pewnym miasteczku w Polsce usłyszałem na mityngu AA określenie „inwentura” (dokładnie to: zdaję sponsorowi inwenturę IV Kroku). Zdaje się, że tubylcy używali go zamiast prostego, zwykłego, znanego wszystkim z IV Kroku „obrachunku”. Tę „inwenturę” zawiera tylko (stary, właściwie to staropolski) słownik Doroszewskiego: https://sjp.pwn.pl/doroszewski/inwentura;5435259.html We współczesnej polszczyźnie takie określenie już od dawna nie występuje. Gdy szukać „inwentury” w aktualnym, współczesnym Słowniku Języka Polskiego, zawsze trafiamy na odnośnik do słowa „inwentaryzacja”: https://sjp.pwn.pl/szukaj/inwentura.html
Oczywiście nie każdy musi umieć po polsku, nie każdy korzysta ze słowników, ale… Wpadło mi do głowy, żeby spytać tych miłośników „inwentury”, czy kiedykolwiek widzieli coś takiego na drzwiach zamkniętego sklepu albo gdzieś słyszeli? Odparli, że nie, że zawsze to była „inwentaryzacja” albo „remanent”, ewentualnie w Kościele „rachunek sumienia”.  Kolejne pytanie w tej sytuacji brzmiało: Po co? Po co używać specjalnego, udziwnionego języka? Na to odpowiedzieć nie potrafili.

Jakieś dziesięć lat temu pisałem (https://meszuge.blogspot.com/2009/02/wrogowie-wspolnoty-aa.html ):
Wydaje mi się, że od samego początku, od narodzin, Wspólnota AA nieustannie, stale i wciąż musi się przeciwstawiać dwóm poważnym zagrożeniom. Jednym z nich jest – nie zawsze uświadomiona – wewnętrzna potrzeba stworzenia organizacji, a drugim ciągoty i pokusy o charakterze sekciarskim.
[…]
Jako alkoholik, z jednej strony nie znałem siebie zupełnie, ale z drugiej uważałem, że jestem nikim. Byłem też bardzo samotny, właściwie bez swojego miejsca w życiu. To dość oczywiste, prawda? Chciałem wreszcie być kimś, nie wiedziałem jeszcze za bardzo kim, ale wiedziałem, że nie byle kim. Chciałem też w końcu odnaleźć to swoje miejsce w życiu, ale ono też nie miało być byle jakie. Pić przestałem, jednak moje pragnienia i potrzeby jakiejś niezwykłości, wyjątkowości i nieprzeciętności pozostały. Tak było, a ja nie mam do siebie o to pretensji.
Myślę, że miałem szczęście, że w tym okresie nie trafiłem do jakiejś prawdziwej sekty. Oczywiście nie chodzi mi o taką lub inna doktrynę (religijną albo inną), ale o te elementy sekty, które zapewnia ona swoim członkom… przynajmniej w początkowym okresie: poczucie identyfikacji i przynależności, jakaś wyjątkowość i swoiste praktyki, ekskluzywizm (wyjątkowość i niedostępność dla ogółu), tajemnica, specyficzny język, obrzędy i tradycje, jakieś specjalne znaki i symbole identyfikujące, określone rytuały inicjacyjne, itd. 

Tajemniczy, udziwniony język, w którym określone słowa i pojęcia przybierają inne znaczenie wśród członków sekty, a inne w normalnym, powszechnie używanym przez resztę społeczeństwa języku, jest typowy dla sekt. Dzięki niemu właśnie członkowie sekty zapewniają sobie tak pożądany ekskluzywizm (wyjątkowość). 

Bill W. twierdził: Nigdy nie zdarzyło nam się, abyśmy chcieli być po prostu jednym z członków rodziny, jednym z przyjaciół, szeregowym pracownikiem… (12x12, s. 55). Ano, właśnie… zwyczajny, przeciętny, szeregowy – przecież to nie może być o mnie!!! A jeśli nie potrafię wyróżnić się czymś naprawdę dobrym, pożytecznym dla ludzi, to choć sekciarskim narzeczem będę się wyróżniał!

To nawet nie musi być całkiem błędne, ani tym bardziej zakazane (chodzi mi o te różne moralne inwentury, służebnych alkoholików, cudaczne akredytacje itp.), jeśli jednak prawdą jest, że podstawowym zadaniem, istotą Kroku Dziesiątego jest doraźna korekta zachowań oraz rozpoznanie intencji, prawdziwych, niezafałszowanych motywów naszych działań, postaw i wyborów, to może my, alkoholicy, powinniśmy częściej i bardziej wnikliwie pytać samych siebie, po co? dlaczego? chcemy… to, czy tamto.

I wszystko zapewne byłoby w porządku, gdyby nie to, że jesteśmy trzeźwi… podobno… a trzeźwość oznacza normalność, naturalność, zwyczajność. A może to tylko mnie się tak wydaje…

wtorek, 24 kwietnia 2018

Notatki sponsora (odc. 100)

Gdzieś mi wpadło w ucho, może nawet w „Warcie” o tym pisali, że jest pomysł, żeby Dwunastą Tradycję AA, która aktualnie wygląda tak: Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych tradycji przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami, zmienić na: Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych Tradycji, przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobowościami, ewentualnie …że zasady są ważniejsze od osobowości. Jak już chyba widać, kłopot pojawił się wraz z tymi wysoce  problematycznymi „osobowościami”.

W oryginale angielskim Dwunastej Tradycji nie ma mowy o osobistych ambicjach – to fakt. Czy jednak można użyć tam określenia „osobowości”? Tylko dlatego, że w oryginale mamy: …ever reminding us to place principles before personalities?
„Personalities” to – według internetowego słownika – osobowość, osobistość, indywidualność, charakter, prezencja i kilka innych. Tłumacz powinien biegle znać język, z którego dokonuje przekładu, ale tak samo dobrze albo nawet lepiej, język na który tłumaczy – w tym przypadku polski. Jednak zdanie „pierwszeństwo zasad przed osobowościami” lub „zasady są ważniejsze od osobowości” po polsku jest wysoce problematyczne, niejasne, mętne, niezrozumiałe, niewyraźne, po prostu enigmatyczne. Cóż z tego, że tak jest po angielsku… Po angielsku mieliśmy też sanity, unmanageable i mnóstwo innych, które trzeba było sensownie (sensownie, a nie dosłownie!) przełożyć na poprawny i zrozumiały język polski.

Osobowość (słownik PWN) jest to całość stałych cech psychicznych i mechanizmów wewnętrznych, które wpływają w sposób decydujący na zachowanie człowieka. Osobowość jakąś, jakąkolwiek, ma każdy człowiek i każdy inną, to właśnie odróżnia go od pozostałych ludzi, czyżby więc AA-owskie zasady miały być ważniejsze od wszystkich ludzi na ziemi? Absurd! Nie mamy (czy aby na pewno?) ambicji sekciarskich i nie będziemy próbować narzucić wszystkim ludziom własne zasady! A może zasady Wspólnoty AA są ważniejsze od stałych cech psychicznych każdego człowieka? Przecież to sensu nie ma! 

Osobowość to także (nadal zgodnie ze słownikiem): «człowiek o cechach wyróżniających go spośród innych ludzi», ale w przypadku tej definicji konieczne jest określenie tej wyróżniającej cechy. Słyszał ktoś kiedyś zdanie: To jest Ziutek, on jest osobowość? – oczywiście, że nie! Ale zdanie: To jest Ziutek, on ma dominującą (medialną, uległą, apodyktyczną, telewizyjną, prawną itd.) osobowość – oczywiście, tak.

Tak więc, wydaje mi się, że dałoby się zastosować w naszej Tradycji te nieszczęsne „osobowości” (jeśli koniecznie trzeba), jednak pod warunkiem doprecyzowania, konkretnego dookreślenia tego pojęcia.  W tej sytuacji jest to po prostu konieczne. Na przykład: zasady są ważniejsze od dominujących osobowości – jest jasne. Zasady są ważniejsze od naszych osobowości – też dobrze, wszak jesteśmy alkoholikami, mamy/mieliśmy zaburzoną osobowość, i za tą wersją mocno obstaję, wydaje mi się najlepsza, najwłaściwsza.
Oczywiście „osobowość” to nie jedyne słowo w języku polskim, które koniecznie wymaga jakiegoś uściślenia, tak samo jest na przykład z „cechami”. W zdaniu: Reguły są ważniejsze od cech, niezbędne byłoby określenie, jakich cech? czego cech? czyich cech? których cech?
W każdym razie jeśli do wyrazu "osobowość" nie dołoży się jakiegoś określenia, to pozostaje pierwsza definicja, to jest... «całość stałych cech psychicznych i mechanizmów wewnętrznych regulujących zachowanie człowieka», a o tym było już wcześniej.

Prezentuję tu różne argumenty, przekonuję, ale przecież jestem technikiem, a nie polonistą, nie znam się, głowa może mnie oszukiwać, może mi się tylko wydaje, więc warto i trzeba spytać kogoś, kto się na tym naprawdę dobrze zna. I tak okazuje się, że językoznawca, doktor habilitowany Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistka współpracująca z naukowym wydawnictwem PWN, jednoznacznie wypowiedziała się w tej kwestii:

Pytanie:
Interesuje mnie zdanie Pierwszeństwo zasad przed osobowościami. Wyraz po wyrazie jest ono przełożone z angielskiego (principles before personalities) i przekład ten jest zapewne poprawny, ale jego polska wersja wydaje mi się mocno problematyczna. Przed jakimi osobowościami? Jak rozumieć to Pierwszeństwo zasad przed osobowościami? Co z tego niby wynika? O co chodzi? Jak to rozumieć?

Odpowiedź:
Jestem wobec tego zdania tak samo bezradna jak Pan – nie rozumiem go (po prostu).

Pytanie:
Gdyby całe zdanie brzmiało tak: Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych tradycji, przypominając nam zawsze, że zasady są ważniejsze od osobowości, czy w takim przypadku te dziwne osobowości byłyby zrozumiałe, miały jakiś sens? Co znaczy takie zdanie? Czy da się je zrozumieć i ewentualnie – jak?

Odpowiedź:
Osobowość w języku polskim to ‘ogół cech psychicznych i mechanizmów regulujących zachowanie człowieka’. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację opisaną w zdaniu.

Z poważaniem
Katarzyna Kłosińska, Uniwersytet Warszawski*


Zanegować, rzecz jasna, można wszystko, jako alkoholik mam w tym nawet dużą wprawę. Przez cały okres pijaństwa twierdziłbym hardo, że specjalistka od poprawnej polszczyzny, doktor habilitowany, nie zna się na chorobie alkoholowej, nie rozumie Programu AA, ale przede wszystkim – żadna taka nie będzie mi mówić, jak JA mam coś rozumieć! Tylko, że od czasów picia minęło kilkanaście lat i coś się rzekomo we mnie zmieniło. Poza tym tworzony właśnie nowy problem dotyczy tylko i wyłącznie języka polskiego, a nie Programu AA.

Jasne komunikaty rodzą jasne sytuacje, ale mętne, wątpliwe komunikaty rodzą problemy i nieporozumienia. Dotąd żadnych kłopotów ze zrozumieniem idei Dwunastej Tradycji nie było, więc co, trzeba go stworzyć? Od kilku lat wydawało mi się, że okres generowania coraz to nowych problemów mamy we Wspólnocie AA w Polsce już za sobą - oj naiwny, naiwny...




I to by było na tyle… tym razem, w jubileuszowym odcinku. Niecierpliwie czekam na nowe wydanie Wielkiej Księgi, będąc całkowicie pewien (pewnym? qrna!, jak się to pisze?), że będzie ono lepsze od poprzedniego i nie będzie zawierało wyrazów, zwrotów, słów, określeń, które sponsorzy musieliby znowu tłumaczyć podopiecznym z polskiego na polski. 



-- 
Kolega podsunął mi link do dyskusji na podobny temat: https://www.quora.com/What-does-it-mean-to-have-a-personality może się komuś przyda.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Pendolino albo szybka ścieżka


Pytają mnie czasem znajomi i nieznajomi alkoholicy, skąd się u nas wzięły, zalecane przez niektórych sponsorów „Codzienne sugestie”, a zwłaszcza kontrowersyjna modlitwa na kolanach albo telefonowanie. Od lat interesuję się historią Wspólnoty AA, mam przyjaciół, którzy biegle władają językiem angielskim, trochę sam poszperałem, więc w pewnej mierze, częściowo, spróbuję odpowiedzieć na te pytania i wątpliwości. Zwracam jednak uwagę, że są to moje amatorskie poszukiwania, a nie rzetelne i na sto procent wiarygodne opracowanie naukowe.

W książce „12 Kroków od dna. Sponsorowanie” pisałem: Czasem przypominam, że na kolanach ludzie poddawali się na polach bitew już tysiące lat temu. Jest to pozycja, w której przestaję stanowić zagrożenie… dla siebie i innych. W książce „Doktor Bob i dobrzy weterani” znaleźć można informację o pożytkach z modlitwy na kolanach (s. 95, 245) oraz codziennego telefonowania (s. 159). I to się zgadza, jednak nie wyjaśnia w pełni, skąd się  wzięło sławetnych sześć punktów na karteczce z codziennymi sugestiami.

Wydaje się, że „Codzienne sugestie” to pomysł niesławnej pamięci Davida B., alkoholika, byłego kapitana w armii brytyjskiej, charyzmatycznego przywódcy pewnego odłamu AA, homoseksualisty; słyszałem, że na jego pogrzeb przyszły setki ludzi, a złośliwe plotki głoszą, że część z nich przyszła po to, żeby się upewnić… hm… zresztą, nieważne. W każdym razie był niewątpliwie postacią nietuzinkową.

Jest/była taka strona internetowa (obecnie funkcjonuje jako blog: http://aacultwatch.blogspot.com/ ), której autorzy starają się monitorować różne… kulty, odłamy, sekciarskie zapędy, alternatywne pomysły i inne takie w łonie AA. Na temat Davida B. (i nie tylko) jest tam  sporo:   http://aacultwatch.blogspot.com/search/label/David%20B i http://aacultwatch.blogspot.co.uk/search?q=David+B i są to informacje mocno nieprzychylne. Zarzucano mu, że wykorzystywał seksualnie swoich podopiecznych, że dodawał wina do gotowanych potraw, że nakazywał odstawić lekarstwa przepisane przez lekarza, że uważał, że istota Kroku Pierwszego polega na ślepym i absolutnym posłuszeństwie wobec sponsora itp. To na kontrolowanych przez niego i jego poruczników mityngach miała się narodzić (prawdopodobnie lata osiemdziesiąte, grupa „Wizja dla ciebie”, a wkrótce wiele innych) tzw. szybka ścieżka, to jest metoda realizacji Programu stosunkowo szybko… bardzo szybko. Na tymże blogu można również znaleźć informacje o „panu sześć punktów”.

1) Rano i wieczorem, na kolanach, módl się o trzeźwy dzień – wieczorem dziękuj.
2) Prowadź regularnie dzienniczek/listę wdzięczności.
3) Czytaj wskazany fragment Wielkiej Księgi.
4) Dzwoń do sponsora i do jednego czy dwóch nowych członków AA.
5) Czytaj codziennie „Just for Today” („Tylko dzisiaj”) i realizuj zalecenia tam zawarte.
6) Módl się za ludzi do których czujesz urazy, żeby dostali wszystko to, co dla siebie samego pragniesz. Jeżeli się złe czujesz, to powtarzaj modlitwę o pogodę ducha aż się poczujesz lepiej.


Oczywiście można (i kto wie, może nawet warto) zakwestionować rzetelność i intencje AA Cult Watch. Jednak ważniejsze wydaje się coś innego, a mianowicie pytanie, czy „Codzienne sugestie” są czymś złym, bo – powiedzmy – wymyślił je wredny David B.?

Na koniec rodzynek, fragmenty relacji Andy'ego F., alkoholika, który przez kilkanaście miesięcy był podopiecznym Davida B.

Davida B. poznałem w Londynie w kwietniu 1993, po powrocie ze Stanów. Byłem w AA już od 13 lat, ale co pewien czas wracałem do alkoholu i narkotyków. Nie wiem jak to się stało, ale jakimś cudem wylądowałem na mityngu, na który nigdy dotąd się nie wybrałem. Był to mityng na Pont Street, w poniedziałek, a grupa „Wizja dla ciebie” okazała się bastionem Davida B. i jego zwolenników. David był kapitanem w wojsku brytyjskim i jego podopieczni mówili do niego i o nim „kapitan”. Prowadził on te mityngi jak jednostkę wojskową.

Na tej grupie poznałem Davida B. i poprosiłem go o sponsorowanie. Był to niewysoki, starszy pan z wyżej klasy społeczeństwa angielskiego. Posługiwał się wytwornym językiem i było widać, że był szkolony w jakiejś szkole dla wyższych klas, gdzie mówiło się „królewską angielszczyzną”.
David B. zgodził się na sponsorowanie i dał mi samoprzylepną karteczkę z napisem „W tej chwili patrzysz na problem”, którą miałem przylepić do lustra. W ten sposób miałem sobie codziennie przypominać, że ja, nikt inny, jestem problemem. Dał mi też sześć codziennych sugestii (na jego mityngach zawsze leżały na stołach).
David B. przez cały czas miał tych podopiecznych nie mniej niż dwudziestu. Zapraszał wszystkich swoich najbliższych poruczników na niedzielną mszę w katolickim kościele „Brompton Oratory”. Blisko ołtarza był cały rząd wypełniony jego podopiecznymi i wszyscy przymusowo ubrani w garnitury. Oczekiwał też, że jak ktoś z jego grupy miał spikerkę na mityngu, to też musiał być w garnitur ubrany.

Trzeba powiedzieć, że David B. bardzo źle patrzył na kogokolwiek, kto się dzielił swoim bólem na mityngach. Wszystko to było widziane jako użalanie się nad sobą. Zażywanie środków uspakajających czy antydepresyjnych nie było tolerowane na jego mityngach. David B. był homoseksualistą i były wypadki, że dobierał się do swoich podopiecznych. Miał słabość do młodych ładnych chłopaków.

Jego najbardziej ulubionym powiedzonkiem na mityngach było, że odkąd wstąpił do AA, to nigdy nie miał złego dnia, że nieszczęście jest efektem wyboru i że jego zdrowienie było jak przyjemny spacer w parku od momentu, gdy przyszedł na pierwszy mityng. Nie było wolno mówić o żadnych smutnych i przykrych sprawach na jego mityngach, więc każdy udawał, że jest cały czas szczęśliwy i uśmiechnięty.


I co? Kanalia i szuja z tego Davida, czy może jeszcze jedno niedoskonałe narzędzie w rękach Boga – jak Go rozumiemy?

czwartek, 15 marca 2018

Notatki sponsora (odc. 099)


Tym razem tylko pytania i wątpliwości. Jeśli ktoś z czytających ten tekst potrafi na nie jakoś odpowiedzieć, pomóc mi zrozumieć, wyciągnąć wnioski, to bardzo będę wdzięczny, bo w tym przypadku własnych pomysłów jakoś nie mam.

Powiedzmy, że jestem miłośnikiem gry w pchełki, że to moja życiowa pasja. Zapisałem się więc do Stowarzyszenia Pchełkarzy, bo dzięki temu w klubie „Pchełka” mogę w tę grę grać choćby codziennie. I gram. Tylko to mnie interesuje. Mam w nosie wybory do Rady Stowarzyszenia, jakieś wewnętrzne przepychanki; nie szukam żadnej dziury w całym, interesuje mnie tylko gra i granie.

Po dłuższym czasie, jakoś tak zupełnie przypadkiem, wpada mi w uszy plotka, że to moje Stowarzyszenie i Klub, to tylko przykrywka, że zarząd robi jakieś niefajne rzeczy. Jednak mam to w nosie, plotek nie słucham, zawsze przecież znajdą się zawistnicy i złośliwcy. Ale po kilku miesiącach, z zupełnie innego źródła, dochodzą do mnie podobne wieści. Wreszcie podczas gry jeden ze znajomych podpytuje, czy coś wiem o powiązaniach naszego klubu ze światem przestępczym. Informacji, że coś tu może być nie w porządku jest coraz więcej. Zaznaczam, że może być – pewności nadal nie ma.

I tu pojawiają się pytania o postawę – moją, jako alkoholika (tym razem zupełnie nie interesują mnie ludzie zdrowi), a więc co ja, jako uzależniony, powinienem zrobić? Jak się zachować? Wydaje się, że możliwości zasadniczo są dwie:

1. Będę się starał dowiedzieć, jak to z moim klubem i stowarzyszeniem jest naprawdę. Pogłoski nie muszą być prawdziwe, ale, jako alkoholik, powinienem wiedzieć, w czym naprawdę biorę udział, do czego się przyłączyłem, co wspieram. Zgodnie ze słowami Scotta Pecka: Choroba psychiczna to unikanie rzeczywistości za wszelką cenę; zdrowie psychiczne to pogodzenie się z rzeczywistością bez względu na cenę. Kiedy już uzyskam konkretne, wiarygodne informacje, a plotki, nie daj Boże się potwierdzą, będę musiał zdecydować, czy w klubie zostać, czy może z niego się wypisać. Choć możliwości grania bardzo byłoby mi szkoda w razie czego.

2. Za bardzo lubię grę w pchełki, żeby ryzykować konieczność podejmowania jakichś drastycznych decyzji. Poza tym ja sam przecież nic złego nie robię. Zapowiadam więc znajomym, kolegom oraz innym graczom, że nie chcę nic wiedzieć o ewentualnych matactwach klubu i stowarzyszenia, nie życzę sobie, by mnie o nich informowano, wolę tkwić w błogiej nieświadomości i po prostu sobie grać w pchełki. W końcu tylko po to tu przyszedłem, reszta mnie nie interesuje i nie musi, to nie jest moja sprawa; do zarządu przecież nie należę i nie zamierzam.

Pytania i wątpliwości.
Czy któraś z tych dwóch postaw jest w jakiś sposób lepsza od drugiej? Jak się one mają do mojej trzeźwości, uczciwości wobec samego siebie, egoizmu, egocentryzmu, odwagi, oportunizmu, powierzaniu woli Bogu i innych takich? A może rozwiązań jest więcej niż dwa? Jak o swojej decyzji (takiej lub innej) poinformować podopiecznych i kolegów z AA?

poniedziałek, 26 lutego 2018

Notatki sponsora (odc. 098)


Podopieczny coś tam zawalił, czegoś nie dopatrzył, po prostu popełnił błąd, więc kiedy na głowę zaczęły mu spadać konsekwencje, zadzwonił do sponsora, od którego usłyszał: a co zrobiłeś, żeby tych konsekwencji uniknąć?
Nie wiem, o co im chodziło, ani jak się to ostatecznie skończyło, bo tylko tyle wpadło mi w uszy, ale wystarczyło, żeby  tak postawione pytanie wywołało lawinę wspomnień i skojarzeń. I o nich będzie mowa, a nie o jakichś uniwersalnych albo „jedynie słusznych” rozwiązaniach, postawach, zachowaniach, reakcjach, bo takowych zapewne nie ma.

Dwanaście lat temu mój sponsor napisał tekst  „Nie muszę już być Kainem”, drukowany w biuletynie „Mityng”, który swego czasu zrobił na mnie duże wrażenie; wiele się dzięki niemu nauczyłem, a może raczej… oduczyłem. Głównie w pracy z podopiecznymi, ale nie tylko. Oto fragmenty tego tekstu.

Byłem odpowiedzialny za pewną pracę wydawniczą dla wspólnoty. Już w momencie odbierania druków, ze zgrozą zobaczyłem jak na samym wierzchu widnieje błąd wyraźnie utrudniający sensowne odczytanie tekstu. Zmartwiałem. Naprawa nie wchodziła w rachubę. Z duszą na ramieniu oddałem wydruki. Oczekiwałem najgorszego; słów krytyki, wymówek itp. Nic takiego się nie stało.
Przyjaciel nie wypowiedział nawet jednego słowa nagany. To było dla mnie dziwne; sam pewnie bym zrobił karczemną awanturę, żądał zwrotu pieniędzy, wyzwał od nieudaczników. Wydaje mi się, że widział ból w moich oczach i zrezygnował z gorzkich uwag. Poczułem wdzięczność za taką postawę; przecież i tak wiedziałem o swoim zaniedbaniu. Nie trzeba mi dodawać kolejnych przykrości.
[…]
Gdy zapytałem się siebie, czego z tego zdarzenia się nauczyłem, przypomniałem jak bardzo zaimponowała mi postawa kolegi przyjmującego moją wadliwą pracę. Nie muszę już być dłużej Kainem.
Obydwaj zdawaliśmy sobie sprawę, że nawet przez najbardziej wymyślne słowa nie zmienimy sytuacji; słowa nagany były zbyteczne. Natomiast jak zmienia atmosferę życzliwe stwierdzenie – no cóż, następnym razem będzie lepiej, nie trać nadziei. Wierzę, że chciałeś dobrze.
Oczywiście brak wymówek nie jest zachętą do wadliwej pracy, raczej wsparciem w drodze do uzyskania dobrych wyników. Dzisiaj nikt nie musi mi przypominać o dodatkowym sprawdzeniu tekstów. Zaś okazanie się przyjacielem w trudnej sytuacji ma większe znaczenie niż awantury, nawet najbardziej słuszne.

W każdym moim miejscu pracy, kiedy coś się zawaliło, w pierwszej kolejności zaczynało się szukanie winnych – skupiali się na tym głównie przełożeni, ale też i my, podwładni, żeby uniknąć własnej odpowiedzialności. Pamiętam, jak niesamowite wrażenie wywarła na mnie informacja, wyczytana w jakiejś książce o stylu pracy japońskiej korporacji, że oni w razie czego nie szukają winnych – szukają rozwiązań! Pracownicy nie są za błędy i pomyłki karani – szybko się przyznają, a więc szybko można zacząć podejmować środki zaradcze. Wydało mi się to genialne, ale i zupełnie nie do zastosowania na podrzędnych stanowiskach, na jakich bywałem zatrudniany.

We Wspólnocie AA też nie czuję się w pełni powołany do rozliczania dyrektora, powierników, delegatów czy innych „zaufanych sług”, ale podczas pracy sponsora z podopiecznym wygląda to, albo wyglądać może, zgoła inaczej.

Jeśli ktoś powie mi „to twoja wina!”, czy coś z tego wynika? Jeśli spyta „a co zrobiłeś, żeby tych konsekwencji uniknąć?”, to i co z tego? Przecież wiadomo i widać wyraźnie, że nie zrobiłem nic, bo gdybym zrobił albo wcześniej zapytał, to nie byłoby konsekwencji. Potrzebne są mi teraz rozwiązania, sposoby i metody na zażegnanie kryzysu do którego doprowadziłem, pomysły, rady i sugestie jak gasić pożar, a nie dowody na to, jak bardzo mądry jest mój sponsor. Następnym razem nie jestem pewien, czy do czegokolwiek bym się przyznawał.

Zdarza się, że kiedy moi podopieczni mają jakiś kłopot ze swoimi podopiecznymi, pytam krótko: czy chcesz jeszcze jej/jemu pomóc? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, a wcale taka być nie musi, to oznacza często konieczność schowania do kieszeni swojego ego i realną pomoc i wsparcie.

wtorek, 20 lutego 2018

Notatki sponsora (odc. 097)


Trzy elementy musiały połączyć się w całość, żebym zaczął zastanawiać się nad dość ważnym (dla mnie) zagadnieniem; zastanawiać się poważnie, bo tak powierzchownie, luźno, bez znaczących wniosków, to już od dawna.

1. Po wielu latach przerwy znów usłyszałem w środowisku AA powiedzenie: AA jest jak mafia, kto odchodzi – ginie. Nie dość, że problematycznie przyrównuje Wspólnotę AA do organizacji przestępczej, to jeszcze zawiera sekciarski element zastraszania członków przed odejściem. Przypomniało mi się też określenie: skazani na rozwój, które do pewnego stopnia uważam za prawdziwe.

2. Kolejny raz praktykowałem duchowe narzędzie słuchania (A spiritual listening tool), tym razem zwracając szczególną uwagę na odwołania do przeszłości w mityngowych wypowiedziach.

3. Fragment wiersza Adama Asnyka „Daremne żale”:
Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe,
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę…

Od kilkunastu lat wiem już z całą pewnością i ponad wszelką wątpliwość, że nie jest prawdą, jakoby każdy, kto przestaje chodzić na mityngi AA, musi marnie zdechnąć. A sekciarskiego zastraszania sobie nie życzę.
Głęboką, wewnętrzną potrzebę nieustannego rozwoju znam z własnego doświadczenia oraz relacji wielu przyjaciół z AA – choć zapewne nie dotyczy ona wszystkich uczestników mityngów.
W trakcie realizacji duchowego słuchania starałem się zorientować, policzyć, jak wiele wypowiedzi na mityngach dotyczy dalekiej przeszłości i do niej się odwołuje – wyszło mi, że około 80%, a na niektórych grupach to i więcej, właściwie… wszystkie.

Przeszłość można naprawić – w mniejszym lub większym stopniu. Przeszłość może być też niezłym nauczycielem, ale do czasu, bo przecież nie w nieskończoność! Rozwój osobisty to otwarcie się na przyszłość, na zupełnie nowe doświadczenia, przeżycia i odkrycia, a nie tylko wieczne oglądanie się do tyłu, za siebie. Jaki sens ma wyprawa, podczas której wzrok i zainteresowanie nieustannie skierowane mam wstecz, a nie przed siebie, nie w stronę celu i tego, co przede mną? Bo miejsce przeszłości jest w przeszłości, a nie stale i codziennie – dzisiaj, teraz.

Przeszłość, dawno już przeanalizowana, po wielokroć omówiona, ale przede wszystkim przeżyta, nie determinuje rozwoju, choć oczywiście zapewnia błogi spokój oraz poczucie bezpieczeństwa. Tak… statki są bezpieczne w porcie, ale nie po to je zbudowano, by tam stały. Może z czasem, choćby po latach, niektórzy z nas, alkoholików, dla własnego dobra i w swoim dobrze pojętym interesie, powinni wziąć odpowiedzialność za siebie, za swoje życie i jego jakość na siebie, zamiast kurczowo trzymać się sponsorów i grup/wspólnot, które decydują za nas, jak żyć, a jeśli nawet nie decydują, to zwalniają z obowiązku samodzielnego myślenia. Oni za nas naszego życia nie przeżyją…

Każdy musi, niestety, swoje doświadczenia gromadzić sam. Nie są one w pełni przekazywalne. [Władysław Bartoszewski, „Warto być przyzwoitym”, s. 75]

Funkcjonowanie zawsze blisko Wspólnoty, podporządkowanie jej zasadom i regułom, być może zapewnia wolność od alkoholu, obsesji na temat picia, seksu i innych takich, ale czy to jest wszystko, czego w swoim życiu pragnę i potrzebuję? Zapewne życie zbudowane na zasadach i regułach AA jest bezpieczne, ale czy nie chodziło o nieskończony rozwój osobisty, a nie tylko o bezpieczną, cieplutką norkę, w której jakoś zakopię się, ukryję i jakoś, byle jak, dotrwam do śmierci?

W „Języku serca” Bill pisał (przekład nieautoryzowany): … mamy częściowo uformowaną strategię public relations. Jak wszystko inne w AA, wyrosła ona z prób i błędów. Nikt jej nie wymyślił. Nikt nigdy nie ustalił jej zasad i reguł, i mam nadzieję, że nikt nigdy tego nie zrobi. A to dlatego, że zasady i reguły wydają się dla nas niezbyt korzystne. Rzadko kiedy się sprawdzają.

Ano właśnie… zasady i reguły wspierają status quo, to jest obecny, niezmienny stan rzeczy, ale kiepsko się sprawdzają, gdy chodzi o rozwój – zarówno osób, jak i całych wspólnot. Żeby się rozwijać, trzeba kiedyś wreszcie wyjść spod ochronnego klosza, zacząć podejmować próby, otwierać się na nowe przeżycia, weryfikować przekonania, popełniać błędy (o nich też była mowa wyżej) i konfrontować z ich konsekwencjami (przyjemnymi i paskudnymi)  i na nich się uczyć. Bo nie ma osobistego rozwoju bez ryzyka i bez… cierpienia.

wtorek, 13 lutego 2018

Notatki sponsora (odc. 096)


Pomyliłem się, nie miałem racji – nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni. Pisząc tekst „Członek AA, czy to brzmi dumnie?” z typowym dla alkoholika egocentryzmem założyłem, że ataki i napaści wojującego weteraństwa dotyczą mnie oraz kilku jeszcze znanych mi osób; znanych z tego, że sponsorują od dawna i skutecznie. Dzięki wielu e-mailom (za wszystkie dziękuję) zorientowałem się, że wojna trwa w całej Polsce, a nawet poza jej granicami. Alkoholicy z grup staropolskich, może nie wszędzie jeszcze posuwają się do przestępstw, jak w Opolu i okolicach, ale coraz bardziej agresywnie walczą… ale o co? z kim? dlaczego?   

W połowie 1998 roku trafiłem do grupy ludzi, którzy Wspólnotą Anonimowych Alkoholików byli chyba tylko z nazwy. W rzeczywistości było to połączenie klubu abstynenta z grupą wsparcia, wzorowane na regułach grup psychoterapeutycznych z pewnymi elementami zaczerpniętymi ze Wspólnoty AA. Dziś wiadomo już powszechnie, że w jej powstawaniu nie uczestniczył żaden anonimowy alkoholik, że założona została przez socjologa, dwie psychoterapeutki i harcmistrza Polski Ludowej, którzy zrobili to najlepiej jak potrafili i zapewne w dobrej wierze, ale… wyszło, jak wyszło.

Dekadę później (daty oczywiście orientacyjne), kiedy sponsorowanie i realna praca na Programie rozwijały się w najlepsze w Opolu i kilku miastach na Śląsku, w środowisku mówiono o nowinkach, o nowej modzie, o nowych, zbędnych eksperymentach w AA. Ale po kolejnych dziesięciu latach już chyba wszędzie wiadomo, że Wspólnota AA od zawsze, od chwili powstania w latach trzydziestych XX w. (prawie 85 lat temu!), opiera się na 12 Krokach i sponsorowaniu. A także, że to COŚ, co założyli profesjonaliści czterdzieści parę lat temu w Polsce, to właśnie jest nowość i chyba niezbyt udany eksperyment. Co komu po wspólnocie, która nie dysponuje rozwiązaniem problemu alkoholizmu, w której nie wolno używać słowa „my”? Przeróżne grupy wsparcia i kluby abstynenta już mieliśmy i mamy, więc…

Kilkanaście lat temu zaczął się też proces sprzeczania się z faktami, a nawet jawnego ich negowania oraz wymyślania absurdalnych teorii, też zresztą kompletnie niezgodnych z rzeczywistością, których ślady widoczne są do dziś. Czy w najnowszej wersji propozycji scenariusza mityngu nie ma nadal rojeń o świeczkach, które rzekomo palą się na drugim końcu świata?

Z tamtego okresu pamiętam też alkoholika, który próbował porównywać Wspólnotę AA do biblioteki, do której każdy może przyjść i wypożyczyć sobie taką książkę, jaka mu się spodoba, która mu sprawi przyjemność (tak… przyjemność, dobre samopoczucie – to przecież najważniejsze!!!). Z czasem, bardzo powoli i ociężale, docierała do niektórych uczestników mityngów reguła jedynego celu Wspólnoty AA oraz, z jeszcze większymi oporami, treść Preambuły, czytanej na większości chyba mityngów w naszym kraju, najwyraźniej kompletnie bez zrozumienia, a zwłaszcza zdanie: Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu. Naszym jedynym wspólnym problemem jest alkoholizm, a jedyna oferta Wspólnoty AA to Program, stanowiący rozwiązanie problemu alkoholizmu. To nie jest ani biblioteka, ani nie restauracja, w której można zamówić to, na co się akurat ma ochotę, a jutro coś zupełnie innego – Wspólnota AA dysponuje sprawdzonym rozwiązaniem problemu alkoholizmu i… niczym więcej. Rozliczne potrzeby towarzyskie, zawodowe, seksualne, wychowawcze, motoryzacyjne – bardzo możliwe, że całkiem realne i naturalne – trzeba realizować w innej bibliotece/restauracji/miejscu. Po prostu. Tylko, żeby to pojąć i się z tym zgodzić, trzeba być trzeźwym.

Wspólnota AA w Polsce raz już w historii była bliska rozłamu – gdy ośrodki w Poznaniu ścierały się z Warszawą. Wtedy jakoś udało się alkoholikom dogadać w imię wspólnego dobra, ale obecnie sytuacja jest znacznie trudniejsza, bardziej niebezpieczna. Wspólnota na naszych oczach dzieli się na dwa obozy. Może nawet na trzy, jeśli za oddzielny odłam uznać tzw. pendolino, którego w moim mieście nie ma, więc nie znam się na tym. Wojna, którą obserwuję i doświadczam, którą opisywali w wielu e-mailach znajomi i nieznajomi alkoholicy z różnych miejsc w Polsce i nie tylko, dotyczy skrajnie agresywnych postaw uczestników mityngów staropolskich wobec tych… programowych.

O co walczą, po co, dlaczego, w koszmarny sposób naruszając i lekceważąc Tradycje AA, a nawet dopuszczając się przestępstw? – pytałem na początku. Przecież alkoholicy po Programie tych staropolskich nie są w stanie do niczego zmusić, a zwłaszcza do pracy ze sponsorami na Dwunastu Krokach, nie grożą wyrzuceniem z AA, nie przystawiają noża do gardła, więc… o co do diabła chodzi?! Jak to jest, że samo tylko istnienie alkoholików realnie trzeźwiejących w oparciu o ofertę AA, wywołuje wściekłą agresję niektórych (nielicznych?) pozostałych?
Bardzo łatwo byłoby stwierdzić, że to choroba alkoholowa się broni, ale nawet jeśli w jakiejś mierze odpowiedź ta jest prawdziwa, to niewiele konstruktywnego z niej wynika.
Właściwa odpowiedź jest oczywista i banalnie prosta – strach.

Jeśli jedyną wartością w moim życiu, jedynym źródłem pozytywnej samooceny, są AA-owskie rocznice abstynencji (bo przecież nie napięte relacje z drugą żoną, z którą się też średnio układa, nie przeciętna albo wręcz podrzędna praca i płaca), to każdy człowiek, który osiąga więcej z znacznie krótszym czasie, zadowolony z siebie i swojego miejsca w życiu, szczęśliwy w rodzinie, radujący się realnie czymś większym i ważniejszym, niż… a ja się cieszę, że dzisiaj nie piję i tutaj dotarłem – jest dla mnie zagrożeniem, a samo jego życie, wręcz obelgą. Taki ktoś, nawet nie wiedząc o moim istnieniu, coś mi odbiera. Jeśli okaże się, że same tylko rocznice abstynencji niewiele albo i nic nie znaczą, to wyjdzie na to, że jestem nikim, zerem. Nie mogę do tego dopuścić nawet za cenę życia innych ludzi, których swoją złością i urazami zrażę do Wspólnoty AA. Czyż nie tak?

Ile razy słyszałem od weteranów, że liczy się tylko dzisiaj, ale… zawsze jakoś przemycali informację, jak długo nie piją. Często nawet dodawali, że to nie ma znaczenia, ale wtedy, kiedy już im się jakoś wymsknęło: ja nie piję 24 rok, ale to nie ma znaczenia, bo w AA…
Ile razy słyszałem, że w AA wszyscy jesteśmy równi, ale gdy powiedziałem coś, co się lokalnemu weteranowi-guru nie spodobało, to słyszałem, że może na ten temat będę mógł się wypowiadać, gdy będę miał choć połowę tej abstynencji, co on.
Ile razy słyszałem od takich alkoholików, że we Wspólnocie AA nie powinno się, a nawet nie wolno szukać autorytetów, ale przecież każda wypowiedź weterana-guru miała być traktowana jak jakaś prawda objawiona i broń Boże mieć inne doświadczenia i poglądy. Żadnego autorytetu poza jego własnym, chyba…

Oczywiście, ponad wszelką wątpliwość i na pewno nie wszyscy alkoholicy po Programie są trzeźwi i dobrzy, nie wszyscy uczestnicy mityngów staropolskich są pijani i źli, bez bzdurnych uogólnień! Jednak tak się jakoś dziwnie składa, że ani jeden e-mail z kilkunastu, a może i więcej, które w ostatnich dniach dostałem, nie dotyczył pretensji i żalów wobec alkoholików po Programie. Czyżby dlatego, że trzeźwi ludzie niczego nie chcą od tych staropolskich, niczego nie próbują im zabierać?
Smutne to wszystko, ale ja już jestem zmęczony udawaniem, że wszystko działa jak należy, że dobrze idzie, że jest super, a będzie jeszcze lepiej.

Za moich szkolnych czasów Asnyk był w kanonie lektur, nieźle go pamiętam, więc teraz drobna, zabawna parafraza, żeby nie było aż tak poważnie:

Trzeba z trzeźwymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe,
A nie w żałosnych rocznic laur,
Z uporem stroić głowę.

Wy nie cofniecie życia fal,
Nic wojny nie pomogą,
Bezsilne gniewy, próżny żal,
AA pójdzie swoją drogą.


A na koniec jedna jeszcze uwaga. Od lat już czekam na nowe, wolne od błędów wydanie Wielkiej Księgi. Zgodę i licencję na nie mamy chyba ponad rok. Jeśli nadal nowe wydanie jest wstrzymywane, to bardzo chciałbym wierzyć, że tylko z powodów merytorycznych, a nie ze strachu przed wojującymi staropolanami w AA i ewentualnym rozłamem. Bo manifestacje choroby alkoholowej można zrozumieć, można współczuć, można czasem nawet pomóc, ale nigdy, przenigdy nie należy im ulegać, bo zło zawsze w konsekwencji urodzi jeszcze większe zło. Zawsze!