Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierwsza dekada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierwsza dekada. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 stycznia 2009

Jedna grupa AA, czy kilka?

Kiedy kolejny raz od nowicjusza usłyszałem pytanie: „czy mam chodzić na jedną grupę, czy na różne?”, przypomniałem sobie swoje własne, doświadczenia związane z tym tematem i postanowiłem podzielić się nimi na szerszym forum.


Czy tylko jedna grupa AA, czy może kilka?

Pamiętam, jak pewnego razu na grupę, z którą się identyfikowałem, przyszło kilku nowicjuszy. Przyszli i… zostali, to znaczy zaczęli na tą grupę przychodzić stale. Atmosfera na grupie nieco się zmieniła. Już nie zawsze czułem się tam tak dobrze, jak przedtem. Może nie źle, ale… Jakoś inaczej w każdym razie.
W tej sytuacji, podczas któregoś z obowiązkowych spotkań z szefem przychodnianych „odwykaczy”, opowiedziałem, co się dzieje i zdradziłem się z myślami, a może nawet planami, opuszczenia AA, bo tam już nie jest tak, jak chciałem, jak się przyzwyczaiłem, jak lubiłem. Liczyłem na jego zrozumienie i poparcie. Może nawet chciałem, żeby użalił się nad moją niedolą.
 
Zaskoczenie i rozczarowanie było ogromne, bo oczywiście doktor S. wylał mi na głowę kubeł lodowatej wody, „objechał” z góry na dół jak święty Michał diabła, a kiedy nareszcie trochę się uspokoił zapytał, czy mi się przypadkiem coś nie pomyliło, czy ja na pewno wiem gdzie i po co chodzę? Usłyszałem między innymi, że Wspólnotę AA pomyliłem najwyraźniej z jakimś klubem towarzyskim lub knajpą (bez wyszynku), gdzie chodzę spotykać się z koleżkami, a także po to, żeby dobrze się poczuć, poprawić sobie nastrój, rozerwać się. 
Takie były początki długiego procesu weryfikacji moich przekonań na temat chodzenia na jedną grupę, a także chodzenia na mityngi AA w ogóle.
 
Przez pierwszą połowę swojego trzeźwego życia byłem, w zasadzie, AA-owcem jednej grupy. Natomiast w drugiej połowie ruszałem już tyłek ze swojej grupy, a nawet z miasta i wykorzystywałem każdą okazję do spotkania i wymiany doświadczeń z członkami AA spoza „mojej paczki”. Dlaczego i po co?
 
1. W pewnym momencie zrozumiałem, że siłę Wspólnoty stanowi Program AA, a nie mityng. Mityng to tylko narzędzie. Podczas mityngu zebrani dzielą się doświadczeniami i efektami pracy nad Programem. Jeśli zamiast pracy zajmę się kolekcjonowaniem narzędzi, to efekt może być… różny od oczekiwanego. Delikatnie rzecz ujmując.
 
2. Mityng nie służy do poprawiania nastroju i samopoczucia. Tym celom znakomicie służył mi alkohol, a zdrowienie z uzależnienia (popularnie nazywane trzeźwieniem) nie ma chyba polegać na tym, żebym mityngu AA używał jako zamiennika dla flaszki i knajpy.
 
3. Mityng Wspólnoty AA to nie jest spotkanie w klubie abstynenta – nic nie ujmując tym ostatnim. Swoje potrzeby, czy nawet aspiracje, towarzyskie powinienem chyba jednak realizować gdzieś indziej. I to z korzyścią zarówno dla siebie, jak i innych Anonimowych Alkoholików. 
 
4. I wreszcie, co chyba jest najważniejsze, zamykając się w jednej tylko grupie, w dość istotny sposób ograniczam swoje możliwości wyzdrowienia z alkoholizmu. A czy nie o to cały czas przecież chodzi?!
 
W okresie, kiedy jeszcze chodziłem na jedną tylko grupę, często przychodziłem na mityng wcześniej. Chodziło mi o to, żeby nikt nie zajął mojego ulubionego miejsca przy mityngowym stole. Kiedy to sobie dzisiaj przypomnę, to aż śmiać mi się chce – w czasie mityngu miałem pełną gębę opowieści o tym, jak to zmieniam siebie i w ogóle na te zmiany jestem gotowy i zdeterminowany, ale w rzeczywistości nie byłem gotów nawet miejsca zmienić i faktycznie źle się czułem, kiedy ktoś inny mi je zajął.
 
Na jednej grupie, wśród takich samych jak ja stałych bywalców, prędzej czy później (a raczej prędzej) następowało nieuniknione: znaliśmy siebie nawzajem i nasze historie życiowe na pamięć i na wyrywki. W takiej sytuacji szansa na to, że dowiem się czegoś nowego, pożytecznego, czegoś, czego jeszcze nie słyszałem sto razy, była niewielka i z czasem niestety coraz mniejsza. Owszem, czułem się tam bardzo bezpiecznie, bo z góry dokładnie wiedziałem, kto co powie, jak zareaguje itd. no, ale jak się to ma do mojej potrzeby zmiany siebie, niezbędnej przy zdrowieniu z alkoholizmu?
 
W praktyce okazywało się często, że na mityng idę po to, żeby spotkać tam Kazia, Ziutka czy Alę i po prostu z nimi pogadać. Gdybyśmy spotkali się na rogu ulicy czy w barze, pewnie też opowiadalibyśmy sobie nawzajem, co też się u nas wydarzyło od ostatniego spotkania. Tutaj wykorzystywaliśmy tzw. „problemy i radości”, żeby w formie terapeutycznej rundki poinformować przyjaciół, co to się ostatnio w naszym życiu stało. Szansa na zmianę, na korektę swojego myślenia i zachowań? Właściwie żadna.
 
W naszych relacjach (cały czas mam na myśli stałą paczkę z jednej grupy AA) sporo było zrozumienia, akceptacji, wyrozumiałości i sympatii. To oczywiście bardzo było miłe, ale zauważyłem, że przy okazji zaczęliśmy się wzajemnie chronić i osłaniać. Ja nie powiedziałem nic nieprzyjemnego Ziutkowi, bo to mój przyjaciel, więc po co mu sprawiać przykrość. Ziutek nie zdobył się na bolesną szczerość wobec Ali, żeby jej nie zranić, a Ala nieco złagodziła swoją wypowiedź, żeby nie urazić Frania.
 
Przyjemnie było, ale czy w takich warunkach można rzeczywiście i skutecznie trzeźwieć? Wydawało mi się, że tak, w końcu zawsze mogłem odpowiedzieć, że przecież chodzę na mityngi, pracuję nad sobą, zmieniam się i kilka podobnych ogólników, z których kompletnie nic nie wynika. I wszystko wydawało się w porządku, dopóki nie wybrałem się na mityng w zupełnie innej miejscowości. Usłyszałem wtedy kilka ciekawych wypowiedzi – usłyszałem, a nie tylko ich słuchałem – już choćby dlatego, że były nowe. Z jednymi się zgadzałem, z innymi nie, ale to inna sprawa, bo przede wszystkim zmuszały mnie do myślenia, zastanowienia, odniesienia tego do siebie.
Nikomu nieznany, a więc i nie powiązany z nikim żadnymi relacjami towarzyskimi, nie byłem też jakoś specjalnie chroniony, nikt się nade mną nie rozczulał. Usłyszałem w związku z tym kilka rzeczy, które w niewygodny sposób naruszały moje, z takim trudem zbudowane wśród przyjaciół, wyobrażenie o sobie. Wracając z tego mityngu zastanawiałem się, czy jest sens robić takie eksperymenty – w końcu wcale się tam dobrze nie czułem. Ano właśnie… znów szukałem dobrego samopoczucia…
 
Wtedy mój drugi sponsor podpowiedział mi coś, co zapamiętałem do dziś, zaproponował mianowicie, żebym poszukał odpowiedzi na pytanie, co we mnie jest takiego, że się tam niezbyt dobrze czułem? Zaskoczył mnie kompletnie. Gotów byłem długo i namiętnie mówić o tym, co w nich tam, na tej obcej grupie, jest takiego, że się tam źle czułem, ale że to coś jest we mnie, to mi do głowy nie przyszło. Oczywiście znalazłem to coś, a był to całkiem niezły zestaw moich wad charakteru, na które przyjaciele i znajomi ze starej paczki nie zwracali już uwagi, przyjmując po prostu, że „to przecież Meszuge, on już tak ma, nie znasz go?”.
 
Ja nie wiem, czy da się wytrzeźwieć zamknąwszy się na jednej tylko grupie AA. Być może i można, ja tam nie wiem, natomiast mam pełne przekonanie, że dla mnie nie jest to dobry ani bezpieczny pomysł. Nadal i wciąż najlepiej się czuję na swojej grupie, jednak bardzo pilnuję tego, żeby przynajmniej raz czy dwa na kwartał wybrać się na jakąś inną grupę, „przewietrzyć poglądy”, jak to nazywam. Pilnuję też, żeby nie przyzwyczajać się do miejsca za stołem. Już choćby dla zasady…
 
Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że w moim mieście działa pięć grup AA i odbywa się kilkanaście mityngów tygodniowo. Co mają zrobić AA-owcy, w których miejscowości jest tylko jedna grupa? Polska to nadal nie Ameryka i zwyczaju jeżdżenia po 300 kilometrów na mityng tu nie ma, ale… Czasem, choćby raz na miesiąc, można się chyba wybrać na spotkanie Intergrupy, albo do oddalonego o te kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów miasta? W końcu po flaszkę to ja przecież byłem gotów iść pół nocy, boso po śniegu, więc jak to teraz ze mną jest? 





Dużo więcej w moich książkach


środa, 14 stycznia 2009

Po co mi służba w AA?

Wiele razy byłem w swoim trzeźwym życiu świadkiem, jak ktoś kogoś przekonywał i zachęcał do takiej czy innej służby w AA. Padały argumenty takie jak na przykład: „ze służby odniesiesz korzyści i ty także”, „zobaczysz, jak bardzo ci się to w zdrowieniu przyda”, ”służba to milowy krok na drodze trzeźwienia” itp. Pomimo takich zachęt, w mojej części Polski problem ze służbami jest nadal i wciąż ogromny. Czemu? Może między innymi dlatego, że namawiający nie tłumaczą, jakie korzyści ze służby odniesie ten, kto się jej podejmie i do czego niby mu się ta służba tak bardzo przyda.
U mnie wyglądało to tak…
 
Pełniłem kiedyś służbę rzecznika grupy AA. Jako jednemu z „ojców założycieli” nie wypadało mi jej nie przyjąć. Faktem jednak jest, że była to raczej „sztuka dla sztuki” – nie miałem pojęcia, jak się taką służbę pełni, co należy do moich obowiązków i jak się z nich wywiązywać. Pomagałem prowadzącemu utrzymywać porządek na mityngach, albo sam je prowadziłem i… to w zasadzie było wszystko.
 
Do służenia poważnego przekonał mnie sponsor. Wówczas jeszcze moim sponsorem nie był, ale potrafił w hipnotyzujący wręcz sposób opowiadać o Wspólnocie AA i swoich rozlicznych służbach na jej rzecz. To, co mówił trafiało mi do przekonania. Poza tym pokazywał Wspólnotę, o jakiej mi się nie śniło.
 
W tym okresie byłem w stanie wojny ze swoją Intergrupą o Internet. Uważałem, że z ludźmi, którzy odcinają się od całej wiedzy ludzkości zawartej w Internecie (w tym tekstów i materiałów AA-owskich), ja zdecydowanie nie mam i nie chcę mieć nic wspólnego.
Dzięki przyszłemu sponsorowi nie tyle może zmieniłem stanowisko, co uchyliłem zatrzaśnięte dotąd na głucho drzwi. Teraz gotów już byłem przynajmniej wysłuchać argumentów drugiej strony i starać się je zrozumieć, bez kierowania się emocjami, w tym głównie urazą i złością.
Przyjąłem zaproszenie Intergrupy, spotkaliśmy się raz i drugi, wiele rozmawialiśmy i ostatecznie po 2-3 miesiącach Intergrupa powierzyła mi służbę łącznika internetowego. Podjąłem się pełnienia tej służby kierowany raczej zaufaniem do Hipnotyzera, bo wewnętrznego przekonania do tego „przedsięwzięcia” wtedy, na początku, nadal chyba jeszcze nie miałem.
 
Jak służba wpłynęła na utrwalenie mojej trzeźwości, świadomość AA-owską, zadowolenie z życia?
 
Gdzieś wyczytałem, że istotą służby jest pokora. Wydaje mi się, że sporo w tym racji. Służący… służący, a nie „służebny”, bo takie słowo we współczesnym języku polskim nie występuje w formie osobowej (rola lub funkcja może być służebna, ale człowiek – nie), a więc służący, jak sama nazwa wskazuje, jest od wykonywania poleceń, a nie od rządzenia i decydowania. Ma robić to, co mu się zleci i to w wyznaczony sposób. Służącego rozlicza się z wykonanej pracy.
 
Większą część życia spędziłem napędzany jedynie własnymi popędami, zachciankami i fantazjami. Ot, typowy alkoholik – egocentryk i egoista. Moje JA CHCĘ było najważniejsze. A tu nagle okazuje się, że muszę wykonywać pewne prace i to w określony sposób – owszem, mogę zaproponować pewne rozwiązania, ale to nie ja sam podejmuję ostateczne decyzje. Muszę składać z tej pracy sprawozdania i wyjaśnienia, a kiedy tylko ktokolwiek podczas spotkania Intergrupy zechce mnie o coś zapytać, czy coś mi zarzucić, mam wytłumaczyć swoje postępowanie i ewentualnie skorygować je na przyszłość. 
Mam się wreszcie dostosować do większości, a nie nią rządzić!
 
Pamiętam, że kiedyś mocno byłem rozczarowany i zawiedziony błahością spraw omawianych podczas spotkań Intergrupy czy Regionu. Tam nie zapadały decyzje o losach świata, a zebrani dyskutowali namiętnie o jakichś „duperelach” – jak je nazywałem. Z czasem zdałem sobie sprawę, że nie waga spraw ma tu decydujące znaczenie, ale to, jak ja się potrafię dostosować do konieczności współpracy z innymi i podporządkowania się woli większości. Służba, była i jest, moją szkołą życia. Jest też czasem i miejscem, w którym program Wspólnoty AA ma szansę mnie zmienić, uzdrowić moje chore ego.
 
Pełniąc służbę poza grupą, zaczynam mieć pojęcie, jak działa Wspólnota Anonimowych Alkoholików, staję się jej członkiem i pełnoprawnym uczestnikiem, a nie tylko „konsumentem”, który po zakończeniu mityngu AA wychodzi nie troszcząc się o całą resztę, zadowolony, bo sobie „naładował akumulatory”.
 
Może wydawać się to dziwne, ale służba w strukturach AA ma dość istotny wpływ na całą resztę mojego życia, a zwłaszcza na poziom satysfakcji i zadowolenia. Dobrze jest czuć się i być potrzebnym, dobrze jest robić coś wartościowego dla siebie i innych, dobrze być czasem bezinteresownym, dobrze jest mieć poczucie wspólnoty i przynależności. Dobrze jest nareszcie znaleźć swoje miejsce w życiu…





Dużo więcej w moich książkach


środa, 17 grudnia 2008

Wkraczanie w dojrzałość?

Zbliża się XXXV rocznica powstania w Polsce Wspólnoty AA. Jednak czy faktycznie jest to trzydziesta piąta rocznica? Od kiedy to liczyć? Od pierwszego mityngu? A czy pierwszy mityng rzeczywiście był mityngiem AA? Wystrzegając się jakichkolwiek ocen tego stanu rzeczy, faktem jest, że Wspólnotę AA w Polsce założyli psychiatrzy i terapeuci. Byli założycielami grup, które osobiście prowadzili. Po pewnym czasie już tylko czynnie uczestniczyli w mityngach… AA (?), następnie przeszli na pozycje obserwatorów, by wreszcie definitywnie opuścić grupy. Ale czy rzeczywiście można dziś dokładnie określić, kiedy to było? Bo chyba dopiero od tego momentu można mówić o prawdziwej Wspólnocie AA w Polsce.


Czy AA w Polsce wkraczają w dojrzałość?

Te trudne początki pojawiają się czasem we wspomnieniach weteranów. Przeróżne obstrukcje czynione nam przez ówczesne władze, zakaz rozpowszechniania Programu 12 Kroków ze względu na pojawiające się w nim słowo „Bóg”, samodzielnie dokonywane tłumaczenia, konsultowane później z psychologiem…
Wielu ludzi wpakowało kiedyś naprawdę dużo wysiłku, zaangażowania, determinacji i dobrej woli, żeby Wspólnota AA mogła w Polsce powstać. To ciekawa i niezwykle pouczająca historia, ale… to jednak już tylko historia. Owszem, nie należy jej zapominać, ale nie można też żyć nią na co dzień, a zwłaszcza upierać się, że obecnie wszystko ma być dokładnie tak, jak kiedyś.
Oznaką dojrzałości na pewno nie jest uporczywe trwanie w dzieciństwie. Błędy wieku dziecięcego są oczywiste, zrozumiałe i pewnie nawet potrzebne w prawidłowym rozwoju, ale nie można popełniać ich w nieskończoność.
 
W czasach, w których w Polsce prawie nikt nie znał żadnego języka obcego, kilku zapaleńców wykonało kawał dobrej roboty starając się przetłumaczyć (z języka angielskiego, ale często także z niemieckiego) i udostępnić innym potrzebującym podstawowe materiały AA-owskie. Ale tamte czasy minęły… Dziś wielu członków Wspólnoty AA biegle włada angielskim i pewnie między innymi dlatego coraz częściej zwracają uwagę na najrozmaitsze błędy i przekłamania w tłumaczeniach dokonywanych w tamtych, trudnych czasach. 
 
Dzień 10 czerwca 1935 roku nie był niestety pierwszym dniem nieprzerwanej trzeźwości doktora Boba (tego dnia doktor Bob pił alkohol), jak to słyszałem z tysiąc razy na rozmaitych mityngach.
W Kroku VIII, dzięki usunięciu jednego „all” (wszyscy), zmieniony został w sposób istotny sens: po polsku alkoholicy mają zadośćuczynić wszystkim ze swojej listy, a nie wszystkim, których skrzywdzili przez całe życie – a to, w wielu wypadkach, może stanowić dość istotną różnicę.
Kontrowersyjne tłumaczenie słowa „sanity”, dzięki któremu ustawicznie wybuchają dyskusje na temat możliwości wyzdrowienia z alkoholizmu.
 
Nie jest jednak moim celem czy zadaniem wyliczanie tutaj błędów w tłumaczeniach lub innych, bo przecież faktem jest też niestety, że na mityngach AA oraz między sobą, porozumiewamy się często jakimś udziwnionym językiem na wpół terapeutycznym, w którym prym wiedzie „trzeźwienie” jako dość niesprecyzowany proces, który z założenia nigdy się nie kończy, bo nie może i nie powinien. 
 
W artykule pochodzącym z Raportu Światowego Mityngu Służb AA w NJ w 2004 r., opublikowanym w biuletynie „Mityng” nr 2/2008, znaleźć można stwierdzenie: „Nasze przykre doświadczenie pokazuje, że ignorancja zabija AA”.  Ano właśnie… 
 
Oczywiście mogę się mylić, ale wydaje mi się, że trzydzieści kilka lat dojrzewania, to dość długo i może wystarczy? I marzy mi się z okazji najbliżej rocznicy, poza milionem życzeń i „misiaczków” nowe, poprawne tłumaczenie Kroków i Tradycji, Wielkiej Księgi i innych, bo entuzjazm i dobra wola są na pewno niezwykle ważne i cenne, ale jednak nie zastąpią rzetelnej wiedzy. A przynajmniej nie mogą jej zastępować w nieskończoność…





Dużo więcej w moich książkach


poniedziałek, 15 grudnia 2008

AA – analiza krytyczna

Syn coś tam przeskrobał, nakłamał lub nazmyślał, no i ojciec wziął go na poważną, „męską” rozmowę. Długo przekonywał, że uczciwość i prawdomówność są podstawą dobrych kontaktów i więzi z innymi ludźmi. Padały ważkie argumenty religijne, ale i takie zwykłe, wypływające z życiowej mądrości ojca. Chłopiec, początkowo wystraszony (może będzie lanie?) powoli wciąga się w rozmowę, o coś dopytuje, coś komentuje. Ojciec jest bardzo zadowolony z bliskiego kontaktu i porozumienia z synem, widać, że jego mądre argumenty znajdują posłuch i zrozumienie… W tym momencie dzwoni telefon. Syn biegnie do przedpokoju, podnosi słuchawkę, chwilę słucha, następnie kładzie ją na stoliku, wraca do ojca i…
– Tato, wujek Jurek do ciebie.
– Och, nie! – jęczy ojciec scenicznym szeptem – nie teraz, kiedy wreszcie tak dobrze nam się rozmawia – i błyskawicznie, „po męsku”, podejmuje decyzję – powiedz mu, że mnie nie ma.

AA – analiza krytyczna czyli… co mi się nie podoba we Wspólnocie

Niestety, czasem Wspólnotę AA w Polsce „widzę” właśnie tak, jak ojca z powyższej anegdoty. I nie jest to dla mnie, jako AA-owca, doświadczenie przyjemne. Hipokryzja, obłuda, zakłamanie – czy coś może być większym przeciwieństwem trzeźwości?
 
Połowa grudnia. Na mityng koleżanka ściągnęła znajomego. Przy jej pomocy zrozumiał, że ma problem z alkoholem i dojrzał do tego, by poprosić o pomoc. Mężczyzna ma około trzydziestki i w tej chwili nie pije od trzech tygodni, nie jest więc „wczorajszy” czy otępiały po wielodniowym ciągu. Obserwowałem go z ciekawością, tym bardziej, że koleżanka trochę mi o nim opowiadała.
 
Zenek (takie samo dobre imię, jak każde inne, prawda?) słuchał bardzo uważnie słów prowadzącego i jednocześnie starał się dyskretnie i ze zrozumiałą ciekawością rozglądać dookoła. Kiedy czytana była Preambuła, a zwłaszcza fragment „Wspólnota AA nie jest związana z żadną sektą, wyznaniem…”, jego wzrok błądził po świętych obrazach na ścianach, by wreszcie utkwić w krucyfiksie stojącym obok mityngowej świeczki. Zenek z wyraźną ulgą słuchał III Tradycji, oraz słów, z których wyraźnie wynikało, że przynależność do AA to jego osobista sprawa i że tylko od niego zależy, czy będzie we Wspólnocie. Zamarł jednak jak rażony gromem, kiedy chwilę później prowadzący, któremu widocznie ktoś udzielił takich uprawnień, przystąpił energicznie do procedury przyjmowania nowicjuszy. Bardzo szybko stało się dla Zenka jasne, że jeśli odpowie niewłaściwie na któreś z dwóch pytań, to prezes tego zgromadzenia każe mu opuścić salę, a więc Wspólnota AA odmówi mu pomocy. Zawahał się, zastanawiał przez chwilę i… na szczęście odpowiedział poprawnie i pozwolono mu zostać, a nawet przyjęto w poczet członków. 
 
Zenek na szczęście nie zwrócił uwagi na fakt, że tematem mityngu nie był Program AA, lecz jakiś tekst z książeczki wydanej przez Duszpasterstwo Trzeźwości, a więc wszystko toczyło się w miarę gładko, aż do momentu, w którym przed przerwą grupa zaczęła omawiać sprawy organizacyjne. Znowu obserwowałem, ze sporym niepokojem, kompletny brak zrozumienia w oczach Zenka, kiedy wybuchła burzliwa dyskusja na temat mityngu opłatkowego. Chodziło o to, ile grupa ma przeznaczyć na to pieniędzy z kapelusza (stanęło na 150 złotych) i czy mityng ma się zaczynać, czy może kończyć Mszą Świętą. I czy zaprosić tylko proboszcza, czy może wszystkich księży z parafii. Oczywiście, na tą okoliczność, zamknięty normalnie mityng, miał być zamieniony na otwarty.
 
Bomba wybuchła w ostatnim momencie przed przerwą. Skarbnik czytał stan kasy, podał też, że grupa, jak co miesiąc, zapłaciła właścicielowi lokalu czynsz za salę w wysokości 20,00 złotych. Kiedy jeszcze prowadzący wyraził zadowolenie z faktu, ze grupa jest samowystarczalna i nie przyjmuje dotacji z zewnątrz – Zenek nie wytrzymał. Jako, że był to jego pierwszy mityng, udzielono mu łaskawie prawa do zadawania pytań, a on najwyraźniej postanowił z tego prawa skorzystać.
– Macie trzy mityngi w tygodniu, po dwie godziny?
– Tak. Czasem nawet trochę dłużej, jak się przeciągnie.
– Macie dostęp do kuchenki i łazienki? Korzystacie bez ograniczeń z wody i energii elektrycznej?
– No, tak… Ale o co ci chodzi?
– W kuchence wiszą szafki, w których macie czajniki elektryczne, naczynia, kawę, herbatę?
– Oczywiście!
– Tu w sali też macie swoje szafki, a na ścianach pozwolono wam powiesić swoje materiały?
– Tak. I co z tego?
– I nawet dostaliście kilka par kluczy do tych pomieszczeń?
– Tak, dostaliśmy. Ksiądz ma do nas zaufanie. 
– I chcecie mnie przekonać, że 20,00 złotych miesięcznie za to wszystko jest normalną, rynkową ceną najmu?! 
 
Kilka osób potaknęło odruchowo, ale prowadzący zorientował się chyba, że twierdząca odpowiedź na ostatnie pytanie Zenka byłaby już jawnym absurdem, więc posłużył się ostatnim argumentem, jaki przyszedł mu do głowy – ale ksiądz nie chce więcej! – stwierdził, chyba jednak nie całkiem pewien swoich racji. Zenek pokręcił głową z niedowierzaniem – A co ma do tego ksiądz? On może robić, co mu się żywnie podoba, ale to wy czytaliście mi przed chwilą, że AA nie może przyjmować dotacji z zewnątrz. Czy nie zdajecie sobie sprawy, że przecież sam prąd i woda kosztują więcej niż te 20,00 złotych… ten ksiądz was po prostu utrzymuje!  
Prowadzący szybciutko ogłosił przerwę.
 
Zenkiem zajęło się dwóch weteranów. Słyszałem, jak radzili mu, żeby przyniósł na mityng AA ciało, a potem głowa przyjdzie sama. No i żeby „zaliczył” 90 mityngów w 90 dni. Koleżanka wołała mnie nawet, żebym pomógł w tej rozmowie, może jakoś ratował sytuację, przekonywał Zenka, który wątpliwości i pytań miał zdaje się o wiele więcej. Nie podszedłem. Stchórzyłem. Bo i co ja miałem mu do powiedzenia? Że moja grupa na każdym mityngu czyta Preambułę AA, czyta Tradycje (stanowiące fundament prawidłowego funkcjonowania każdej grupy), a następnie płaci czynsz za salę w wysokości 10,00 złotych miesięcznie? Przecież to jest fakt.
 
Wydaje mi się, a nawet jestem pewien, że w Polsce zdecydowana większość mityngów AA odbywa się w pomieszczeniach należących do Kościoła Katolickiego. Jeśli we wszystkich tych przypadkach koszty wynajęcia sali (zwykle z jakimiś przyległościami) stanowią 3-20% realnej ceny rynkowej, to niestety, ale faktem jest i to, że Wspólnota AA w Polsce „siedzi w kieszeni” właścicieli obiektów i jest przez nich dotowana i utrzymywana.
 
Chwała ludziom dobrej woli, w urzędzie, w kościele, w instytucji, w firmie, którzy chcą i mogą wesprzeć naszą Wspólnotę. Ich gest jest zauważany i doceniany. Ale we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików – podobno – pierwszeństwo mają zasady, a jedna z nich mówi, że nie przyjmujemy dotacji z zewnątrz.
 
Nie sądzę, żeby w tej materii możliwa była „od zaraz” jakaś nagła i drastyczna zmiana, ale na początek może nawet nie to jest najważniejsze. Chciałbym tylko, żebyśmy we Wspólnocie AA przestali samych siebie nawzajem oszukiwać. Żebyśmy zrezygnowali z zakłamania, obłudy i hipokryzji.
 
Jeśli ktoś finansuje nam lokal, bo my „dla picu” płacimy jakąś śmieszną, symboliczną kwotę, to nie jesteśmy samowystarczalni i od właściciela obiektu przyjmujemy dotację. Wygłaszanie na mityngach otwartych jakichś bombastycznych deklaracji o samowystarczalności i próśb o to, by do kapelusza nie wrzucali nic nieuzależnieni, niczego tu nie zmienia, a pomaga nam jedynie nadal bujać w krainie iluzji. Zwłaszcza, że przecież anonimowy datek sympatyczki Wspólnoty AA, Al-anonki, dotacją absolutnie nie jest, natomiast fundowanie grupie AA całymi latami lokalu to i owszem, jak najbardziej. 
 
Czy jest coś złego w rozmaitych klubach abstynenckich, stowarzyszeniach, grupach wsparcia i innych samopomocowych? Czy są one czymś gorszym od Wspólnoty AA? Oczywiście nie! Jeśli więc chcemy, żeby ktoś finansował nam lokal lub udzielał na działalność innych jakichś dotacji, jeżeli chcemy organizować sobie spotkania o charakterze religijnym (choćby na przykład opłatkowe), jeśli chcemy wprowadzić specjalną procedurę, a nawet ceremoniał związany z przyjmowaniem nowych członków, jeśli na swoich spotkaniach chcemy czytać Biblię, Koran, Torę czy „Kubusia Puchatka”, to załóżmy sobie taką grupę! Możemy zdziałać naprawdę wiele dobrego dla siebie i innych, ale…
 
… ale z jednego prostego powodu nie będzie to jednak grupa AA: my w AA przestrzegamy zasad AA.




Dużo więcej w moich książkach


sobota, 18 października 2008

Woźniaków jesień 2008

Jednoosobowy pokoik urządzony skromniutko, jak klasztorna cela – tapczan, szafka, jedno krzesło. W tym miejscu zresztą nie powinno to dziwić. Były do wyboru także sypialnie dwu lub trzyosobowe, ale ja chciałem właśnie tak, o to mi chodziło. Kiedy kończy się burza mózgów podczas zajęć grupowych, mogę się tu schować, zostać, choćby przez chwilę, z własnymi myślami, wnioskami, wątpliwościami. Nikt i nic mnie nie rozprasza, niczego nie zagubię w gwarze wesołego towarzystwa.

Powrót do Kroków X-XII w Woźniakowie, jesienią 2008

Tym razem przedmiotem naszych rozważań jest Program Dwunastu Kroków. Po pierwszych dziewięciu prześlizgujemy się szybko i sprawnie – z założenia miały być tylko przypomnieniem, a cały ciężar tego spotkania, maksimum czasu i uwagi, postanowiliśmy przenieść i poświęcić problematyce Kroków X-XII. I tak się stało i udało.
 
Dwa lata temu „robiłem” już Kroki X-XII w Strzyżynie i pewnie dlatego nie oczekiwałem specjalnie po tegorocznym Woźniakowie jakichś spektakularnych odkryć czy powalających swoją wagą przeżyć. Tym razem chciałem po prostu porozmawiać na temat Programu. W końcu tkwi w błędzie tylko ten, kto własnych przekonań nie konfrontuje systematycznie ze spostrzeżeniami innych ludzi. 
 
Przemyślenia i wnioski, z którymi wracałem, choć pozornie bezładne, może nawet chaotyczne, dla mnie stanowią logiczną i spójną całość. Tym niemniej, w trosce o czytelność tekstu, postaram się jakoś je ponumerować. Poza tym mój sponsor zmusza mnie ostatnio do odnajdowania samej istoty rzeczy i trenowania umiejętności zawierania jej w kilku czy kilkunastu zdaniach.
 
1. Od zawsze zdawałem sobie sprawę, że Program Dwunastu Kroków nie jest programem religijnym. Zauważam jednak, że czasem mam ciągotki (i chyba nie tylko ja) do traktowania go jako program magiczny. W magii, jak wiadomo, wystarczy wymówić zaklęcie, jakieś hokus-pokus lub abrakadabra i stoliczek sam się nakrywa, zmienia się rzeczywistość i – może przede wszystkim – my sami. Pewnie tego właśnie dotyczą słowa: „Sądziliśmy, że potrafimy znaleźć łatwiejszą, łagodniejszą drogę”.
Program jest sugestią i propozycją jednak w swojej skondensowanej formie nie zawiera instrukcji, która wyjaśniałaby jednoznacznie, jak to zrobić, i tu właśnie jest szczelina, przez którą wkradają mi się ciągotki magiczne. W książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” napisano: „Zrozumienie jest kluczem do właściwych zasad i postaw, a właściwe postępowanie jest kluczem do dobrego życia…”.
Program Wspólnoty AA jest programem duchowym, a nie religijnym czy magicznym! A zrozumienie, o co tu chodzi, jak zrobić, czego się ode mnie oczekuje itp., jest równie ważne jak wiara w skuteczność programu.
 
2. Podobno alkoholicy są niedojrzali. W moim przypadku jest to niewątpliwie prawdą. Może to wstyd się przyznać, ale już kilka razy złapałem się na tym, że po czterdziestce próbowałem się bawić w tropiciela śladów. Dotyczy to rzecz jasna poznawania woli Boga z Kroku XI.
Już raz, dawno temu, oberwałem po łapach, bo czyjąś śmierć uznałem za specjalny znak dla siebie. Usłyszałem wtedy, że Bóg nie morduje jednych, by dawać znaki innym, a ja, jako chrześcijanin i człowiek podobno dorosły, mam przestać bawić się w Sokole Oko, mam dać sobie spokój z tropieniem i magiczną interpretacją jakichś tajemniczych znaków, i woli Boga szukać raczej w Dekalogu. Tam przynajmniej jest mniejsze niebezpieczeństwo, że za ukrytą w znakach wolę Boga wezmę po prostu jakieś tam swoje własne projekcje, imaginacje czy skryte pragnienia. Warto też żebym pamiętał, że wiara to decyzje, wybory i działanie, a nie uczucia, emocje i egzaltacje.
 
3. Fakt, że Kroki I-IX AA dotyczą uporządkowania relacji z Siłą Wyższą i rozliczenia się z przeszłością, podczas gdy X-XII odnoszą się do teraźniejszości, chwili bieżącej i przyszłości, wydaje się oczywisty. Najdłużej jednak nie mogłem uchwycić związku między Krokami X i XI. Widać komplikator w mojej głowie utrudniał mi dostrzeganie rzeczy stosunkowo prostej: jeśli Krok X jest korektą zachowań, to Krok XI stanowi niewątpliwie okazję do korekty intencji.
Być może, dla kogoś, kto pomocy potrzebował i ją otrzymał, jest to obojętne, ale dla mnie, alkoholika – nie, bo potrafię zamanipulować i zafałszować dokładnie wszystko. Dlatego nie tyle może chcę, co muszę nieustannie sprawdzać, czy pomagam z miłości bliźniego i w myśl XII Kroku, czy po prostu po to, żeby poczuć się lepszym, popisać się, zrobić wrażenie na atrakcyjnej koleżance z mityngów. Czy jest coś złego w byciu lepszym? Pozornie nie, wprost przeciwnie. Problem tylko w tym, czy chcę być lepszym (prowadzącym mityng, mandatariuszem, itd.) dla innych czy… od innych.
 
Z Woźniakowa wyjeżdżałem z jednym postanowieniem: będę się starał mówić cicho i spokojnie, bo krzyk to czasem oznaka słabości, ale zawsze napaść, agresja i gwałt na rozmówcy. Wracałem też z pewną wątpliwością, tematem do przemyślenia, który związany jest z powtarzanym często w naszym środowisku powiedzonkiem: „dzielimy się doświadczeniem, a nie wiedzą”. Czy więcej sensu ma postawienie przed głodnymi gośćmi zupy, czy może zamiast niej, uraczenie ich opowieścią o palcu skaleczonym podczas obierania marchwi, o przypalonym garnku, o nadmiarze soli? Czy nie jest tak, że wiedza wynika z przeżyć i osobistego doświadczenia?
 
Muszę nad tym wszystkim pomyśleć, rozważyć, bo… tu kłania się kolejna stara prawda: „obłędem jest oczekiwanie odmiennych efektów przy niezmienionym działaniu”.




Dużo więcej w moich książkach


środa, 17 września 2008

Dlaczego ja?

Kiedyś, na początku swojego zdrowienia usłyszałem od jednego z terapeutów, że stosunek alkoholików niepijących do pijących to około 1,5%. To oznacza piętnastu na tysiąc. Nie wiem, czy jest to prawda, ale takie dane wydają mi się, zwłaszcza w Polsce, możliwe i prawdopodobne. Wtedy właśnie zacząłem sobie - i nie tylko sobie - zadawać pytania: dlaczego ja? I, rzecz jasna, szukać na nie odpowiedzi…

O potrzebie przeżycia duchowego…

Pierwsze „dlaczego ja?” dotyczyło samego faktu uzależnienia. Dlaczego mnie to spotkało? I za co? Etap ten na szczęście nie trwał zbyt długo, a skończył się w momencie, w którym usłyszałem jak moja koleżanka na mityngu sama sobie odpowiada na pytanie „dlaczego ja?” słowami: „a dlaczego nie?”. No, tak… Kimże ja jestem, żeby uważać, że alkoholizm zarezerwowany powinien być tylko dla innych, a mnie, MNIE!, on dotknąć nie może i nie powinien – bo i za co? Koszmarny egocentryzm…

Biegły tygodnie i miesiące. W trakcie i po drugiej terapii (tym razem stacjonarnej) okazało się, że jakoś jestem w stanie utrzymywać abstynencję, ale wokół mnie dziesiątki alkoholików płci obojga wracało do picia. Kilka razy słyszałem też od terapeutów, że stosunkowo szybko przestali odgadywać na starcie szanse na wyzdrowienie tego czy innego pacjenta, bo w praktyce okazywało się, że zwykle przeczucia ich mylą: ludzie, którzy rokowali duże nadzieje na przyszłość, zapijali w dwie godziny po opuszczeniu ośrodka, a tacy, za których nikt by nie dał pięć groszy, trzeźwieją później skutecznie latami.
Wróciło pytanie „dlaczego ja?”, ale teraz w zupełnie innym kontekście.

Mimo iż moje życie określiłbym jako ciąg złych wyborów i błędnych decyzji, nigdy nie byłem jednak tak zarozumiały, ani aż tak głupi, żeby uważać się za jednostkę najbardziej wartą ocalenia z piekła uzależnienia, za kogoś szczególnego, wyjątkowo dobrego, mądrego, czy coś w tym stylu. Dlaczego ja? Oczywiście mogłem sprawę załatwić krótko, uznając to za przypadek, ale takie rozwiązanie jakoś mnie nie przekonywało i nie zadowalało. Zacząłem jeszcze uważniej niż dotąd grzebać we własnej przeszłości, przypominać sobie pierwszą terapię przerwaną zapiciami, a także tą drugą, najwyraźniej bardziej udaną. Słuchałem też uważnie wypowiedzi na mityngach, próbując z morza słów i zdarzeń wyłowić to coś, co może… nie, nie gwarantować, ale w istotny sposób pomóc w uzyskaniu trwałej abstynencji.
Czym się różniła moja pierwsza terapia od drugiej, poza tym, że jedna była ambulatoryjna a druga stacjonarna? Właściwie niczym. Odstęp pomiędzy nimi wynosił w moim przypadku kilkanaście dni, co więc się miało zmienić? Pisałem te same zadania, ściągając je zresztą często z własnych materiałów. To nie o to chodziło. Na pewno nie o formę czy tempo zajęć – tego instynktownie byłem pewien.
W tamtych czasach (około 10 lat temu) było bardzo wskazane, żeby alkoholicy wracający po zapiciu mówili o tym zdarzeniu: „chciałem jeszcze spróbować picia kontrolowanego”, „widocznie nie uznałem w pełni własnej bezsilności”, a najlepiej, i taka wersja była najwyżej chyba oceniana przez terapeutów: „widocznie chciałem jeszcze pić”.
O swoich zapiciach w trakcie pierwszej terapii też mówiłem, że „widocznie chciałem jeszcze się napić”. Mówiłem to bez przekonania i dla świętego spokoju, ale to nie była prawda – ja już nie chciałem pić. Dlaczego w takim razie się nie udawało? Może dlatego, że nie byłem gotów na tak daleko idące zmiany, jakich wymagała abstynencja? W każdym razie nie dlatego, że chciałem jeszcze pić, bo nie chciałem.

Dlaczego teraz ja nie piję, a Andrzej zapił się na śmierć? Przecież tak dobrze mu szło! Dlaczego do picia wrócił Adam, dlaczego Waldek, dlaczego Marian, dlaczego Małgosia…
Zacząłem szukać we własnych przeżyciach, a także w zasłyszanych opowieściach dotyczących okresu przełomowego w życiu alkoholika, czegoś wyjątkowego, szczególnego, jakichś punktów wspólnych.
U siebie znalazłem takie dwa wydarzenia. Miały miejsce w odstępie kilku dni, w zamkniętym ośrodku odwykowym, w pałacyku w Woskowicach Małych. I to było chyba właśnie TO.
Gdy zaczynały się zajęcia okazało się, że nie ma jednego z członków naszej grupy. Nie znałem go, nie był moim kolegą, nie pamiętam nawet jego imienia. Nikt nie wiedział, co się stało, czemu go tu z nami nie ma. Oczami wyobraźni zobaczyłem go wtedy, jak stoi w toalecie z żyletką w ręce, gotów podciąć sobie żyły. Natychmiast zadeklarowałem się, że po niego pójdę. 
Nie sądzę, żebym wtedy mógł rościć sobie pretensje do jakichś szczególnych i wyjątkowych uczuć wyższych, altruizmu czy czegoś podobnego. Pewnie chciałem tylko zasłużyć na pochwałę i brawa, jako ktoś, kto uratował kolegę od samobójczej śmierci. Zresztą, już nie pamiętam… Terapeuta się zgodził, więc pobiegłem do pałacyku (zajęcia mieliśmy w innym budynku), gdzie były nasze sypialnie i toaleta, którą widziałem w wyobraźni. W sypialni go nie było, czego się zresztą spodziewałem. Stanąłem przez drzwiami łazienki i… zacząłem się bać. Strach był wręcz paraliżujący. A co będzie, jeśli mu całkiem „odbiło”? Jeśli rzuci się na mnie z żyletką i porani lub zabije?

Wizja oklaskiwanego bohatera przestała istnieć w ułamku sekundy. Bałem się. Bardzo się bałem, ale wszedłem do tej łazienki. I on tam był. Nie miał żyletki. Stał w szeroko otwartym oknie i palił papierosa. „Chodź na zajęcia” – wykrztusiłem najspokojniej jak tylko potrafiłem. Bez słowa wyrzucił papierosa i poszliśmy.
Dalej zajęcia potoczyły się normalnym trybem.
Nie było wiwatów, słów uznania i podziwu, bo też i nie było żadnych ku temu podstaw. Tylko ja się jakoś inaczej czułem. Bez względu na początkowe motywy, byłem gotów zrobić coś dla kogoś. Więcej, byłem gotów przełamać własny strach, nie uciekłem, nie wycofałem się. A przecież wystarczyło powiedzieć, że go nie znalazłem, teren ośrodka jest dość duży, to było prawdopodobne i realne.
Nie, nie uratowałem mu życia, ale możliwe jest, że zapobiegłem jego dezercji z ośrodka. Wreszcie ktoś, w jakimś tam sensie, był ważniejszy ode mnie. Tylko tyle…

Kilka dni później na nasze zajęcia grupowe (prowadził je W. terapeuta i alkoholik) przyszła na kontrolę szefowa terapeutów, M. I wtedy się zaczęło… Zajęcia toczyły się mniej więcej normalnie. Ktoś czytał pracę, inni się na jej temat wypowiadali, na końcu jak zwykle W. robił podsumowanie całości. Tylko, że teraz, po tym podsumowaniu, zabierała jeszcze głos M. i okazywało się, że ma do dodania bardzo dużo. Demaskowała w swoich wystąpieniach wiele elementów, które jakimś sposobem umknęły zarówno naszej uwadze, jak i W. Blady strach padł na grupę.

Kolejnego dnia wizytacji był ciąg dalszy i oberwało się i mnie. Przeczytałem jakąś tam pracę, zebrałem pochwały od członków grupy, W. też wydawał się być zadowolony, za to M. wylała mi na głowę wiadro lodowatej wody. Stwierdziła że świetnie manipuluję terapeutycznymi słowami kluczowymi (oczywista pozostałość po poprzedniej terapii), ale faktycznie jestem jak dotąd „odporny” na jakiekolwiek zmiany.
Zamiast trzymać się od niej z daleka, zrobiłem coś dziwacznego – w czasie przerwy poszedłem do niej i poprosiłem o spotkanie, sugerując nawet, że widziałbym ją jako swoją terapeutkę indywidualną. Z tym terapeutą (także alkoholikiem), którego mi do tej roli przydzielono, jakoś zupełnie nie potrafiłem się porozumieć. Wyraźnie nie nadawaliśmy na tych samych falach.

M. zgodziła się na spotkanie. Odbyło się tego samego dnia po zajęciach i trwało może ze 20-25 minut. Dowiedziałem się wtedy, że porzuciłem swojego syna (to „porzucenie” jeszcze mi w uszach dźwięczy) i że jest możliwe, że moja miłość do niego przestała istnieć wypłukana doszczętnie przez alkohol.
Dusiłem się od ledwie powstrzymywanych łez, nic nie potrafiłem powiedzieć. Zresztą, co niby miałbym do powiedzenia, w tej sytuacji… Żadnych dalszych spotkań z M. nie było. Wystarczyło to jedno.

Nie przepadam za określeniem „przebudzenie duchowe”, jestem w jego używaniu ostrożny, kojarzy mi się z jakimiś spektakularnymi zjawiskami typu „światło i dźwięk”, i może dlatego wyjątkowo daleki jestem od nazywania przebudzeniem tego, co mi się wydarzyło. Jeśli szukam porównań, to przychodzą mi na myśl masywne drzwi – powstała w nich mikroskopijna szparka, przez którą zaczęła sączyć się strużka światła. Do pełnego otwarcia tych drzwi było nadal jeszcze bardzo daleko, ale najważniejsze, że już drgnęły. Reszta, jak z pękającą tamą, była już tylko kwestią czasu. I moich starań. I pomocy udzielanej bezinteresownie przez innych ludzi. I Programu AA, ale o tym długo można by opowiadać…
W naszym środowisku (zdrowiejących alkoholików) bardzo popularne jest słowo „zobaczyłem”. Z tym, że nasze specyficznie rozumiane „zobaczenie” nie dotyczy filmu czy pejzażu, ale zwykle kawałka własnej niezafałszowanej wreszcie przeszłości lub prawdziwych intencji działania lub zachowania.
Podczas tych dwóch wydarzeń, które opisałem (nie jest wykluczone, że wystarczyłoby tylko drugie), ja nie tyle „zobaczyłem” kawałki swojego życia, bo te „widziałem” przecież już wcześniej podczas zajęć terapeutycznych, co je poczułem. Tak, poczułem kawałek swojej przeszłości i przeżyłem go jak gdyby raz jeszcze. Tylko że tym razem – emocjonalnie. Istotne znaczenie miała tu też empatia – być może pierwszy raz w życiu…

Nie jestem pewien, czy potrafię w sposób jasny i zrozumiały pokazać różnicę – PRZED i PO. Posłużę się więc jeszcze jednym przykładem.
Pewnego razu mój syn wywrzeszczał mi w twarz, że wolałby nie mieć żadnego ojca niż takiego jak ja. Gdyby mnie w związku z tą sytuacją zapytano, czy wiem, co mógł w takim momencie czuć, to PRZED wziąłbym spis uczuć (dają takie na terapii) i znalazł tam odpowiednie: złość, rozżalenie, wstręt, uraza – przede wszystkim. Natomiast PO, nie potrzebowałbym już kartki, bo potrafiłem czuć to, co on czuł.
(Na pewno dołożyłbym wówczas do takiej listy strach i rozczarowanie, ale to już inna sprawa…)
Nauczyłem się z czasem dostrzegać, a właściwie to chyba słyszeć, w opowieściach innych alkoholików, ten właśnie specyficzny moment przełomowy, bez względu na to, czy oni sami przywiązywali do niego jakąś szczególną wagę, czy też nie. A zwłaszcza u takich „intelektualistów” jak ja. :-)

Nie, nie znalazłem odpowiedzi na pytanie „dlaczego ja?” i, prawdę mówiąc, jakby coraz mniej mnie to interesuje. Jednak przy okazji tych poszukiwań zorientowałem się, że bez emocjonalnej konfrontacji ze swoim pijanym życiem, z wyborami, decyzjami i konsekwencjami, nie miałbym zbyt wielkiej szansy na przetrwanie w abstynencji pierwszych trzech lat. Musiałem poczuć, bo nie wystarczyło „zobaczyć”.





Więcej w moich książkach



poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Nasz wspólny cel

Naszym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu – z Preambuły AA. Wspólny cel… Dobro nas wszystkich… Takie oczywiste, takie proste słowa powtarzane tak często, że prawdopodobnie przestaliśmy je słyszeć, zastanawiać się nad nimi, może nawet rozumieć.


Nasz wspólny cel - co oznacza to dla mnie?


Kiedy tematem rozważań jest Krok I, kiedy na mityngu zjawia się nowicjusz, wypowiedzi uczestników dotyczą często tematu – co mi dała Wspólnota AA? Można wtedy wiele usłyszeć o odbudowanym życiu rodzinnym, zawodowym i religijnym, o odzyskanej godności i zaufaniu, mowa jest też o autentycznej, gorącej wdzięczności… Świetny temat, prawda? Co MI dała Wspólnota AA? Tylko czy czasem nie warto byłoby się zastanowić, czy MOJA abstynencja, a nawet trzeźwość jest faktycznie naszym wspólnym i najważniejszym celem?

Słowa „Nie pytaj, co Ameryka może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla Ameryki” pomogły zbudować silne, demokratyczne państwo. Czy silna jest moja Wspólnota, moja grupa? Kiedy ostatnio pytałem, co ja mogę zrobić dla realizacji naszego wspólnego celu, dla naszego, a nie tylko dla mojego dobra?
Moje dobro (a przynajmniej moje na ten temat wyobrażenie) wcale nie koniecznie musi oznaczać dobro innych alkoholików, czy całej Wspólnoty, natomiast dobro Wspólnoty AA, niewątpliwie w konsekwencji oznacza moje dobro – jako zdrowiejącego alkoholika. To chyba jednak jest oczywiste.

Co zrobiłem? Ano, popatrzmy…
Moja grupa powierzyła mi służbę mandatariusza. No to pojechałem na spotkanie Intergrupy przekazać stanowisko grupy w pewnej sprawie oraz skonsultować z innymi mandatariuszami dość nowatorski sposób niesienia posłania. Nasza dyskusja była gorąca i problem zostanie przekazany do zaopiniowania do Regionu, a może i dalej (niżej). I tak właśnie jest dobrze – chcemy zrobić coś dla siebie i dla innych, ale nie chcielibyśmy przy tej okazji naruszyć zasad Wspólnoty.

Podczas Intergrupy dostałem dla swojej grupy przygotowane wcześniej (bardzo dobry pomysł) dowody wpłat na specjalne konto, na którym gromadzone są fundusze niezbędne do realizacji obchodów XXXV lat Wspólnoty AA W Polsce. A tak! W dniach 21-23 sierpnia 2009 we Wrocławiu, w Hali Ludowej, odbędzie się uroczysty Zlot Radości z okazji XXXV rocznicy istnienia w Polsce Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Święto to będzie jednocześnie Zlotem Radości – Świętem "Zdroju".

W myśl I Tradycji i w duchu IV Tradycji AA organizatorzy (Rada Powierników, Zespół Organizacyjny) apelowali i prosili o przekazywanie symbolicznej złotówki z każdego mityngu na potrzeby organizacyjne naszego święta. Taka rocznica to też nasze wspólne dobro i okazja do niesienia posłania. Pytanie tylko, czy ja i moja grupa chcemy wziąć udział w realizacji tego wspólnego celu, czy też nie.

I jeszcze jedno – komunikacja i łączność. Jako mandatariusz, do swojej grupy przywiozłem wiadomość o Zlocie i o rocznicy ze spotkania Intergrupy. Tam dotarła ona dzięki powiernikowi naszej Intergrupy do Rady Regionu. Przedstawiciele Regionu brali udział w Konferencji. Problem tylko w tym, czy na każdym poziomie potrafiliśmy prosto i zgodnie z faktami przekazać, na co i jak wydatkowane są pieniądze Wspólnoty, czyli po prostu nasze własne pieniądze? Od takiej właśnie informacji i od sposobu jest przekazania zależy, czy – taka lub inna – inicjatywa Konferencji stanie się naszym wspólnym celem, czy może czymś obcym, narzuconym, niezrozumiałym, co jacyś „oni” niech sobie sami realizują.

Może takie działania nie wydają się zbyt spektakularne, nie porywają rozmachem i wizją, ale… Kiedy piłem, wydawało mi się, że jestem w stanie rozwiązać problemy całej ludzkości, teraz… Teraz jeśli jest taka potrzeba, poprowadzę mityng AA, nie wykręcając się i nie argumentując, że jeszcze nie dorosłem. Bo mityng mojej grupy to też nasze wspólne dobro. 
 



Dużo więcej w moich książkach

środa, 18 czerwca 2008

O przyjaźni w życiu i w AA

Dawno, dawno temu, na jakiejś prywatce w akademiku, spotkałem dziewczynę. Siedziała w kącie, na wersalce, z nogami owiniętymi kocem, i ze spokojem oraz jakimś takim… dystansem obserwowała parkietowe szaleństwa – w tym swojego chłopaka – nie biorąc w nich czynnego udziału. Jej sposób bycia, postawa, mądre i ciepłe spojrzenie spowodowały, że coś mnie do niej ciągnęło. Kiedy trochę wypiłem i poczułem się odważniejszy, podszedłem do niej, jakoś tam zacząłem rozmowę i ostatecznie przegadaliśmy pół nocy. 
Kiedy impreza miała się już ku końcowi, ze sporą tremą wydusiłem z siebie deklarację: chciałbym być twoim przyjacielem” i nie było najmniejszej wątpliwości, że chodzi o przyjaźń, a nie o „podryw”. Gdyby nie pełna powagi życzliwość w jej głosie, pewnie uznałbym, że żartuje sobie ze mnie, odpowiedziała mi bowiem krótko – „to bądź” i powiedziała to tak, jakby moja wola i „chcenie” załatwiało tu wszystko.
Nie zrozumiałem jej wtedy, a tego, co powiedziała nie rozumiałem jeszcze przez wiele kolejnych lat, ale nie spotkaliśmy się już nigdy więcej, więc nie było okazji do ewentualnych pytań i wyjaśnień. 
Żeby zrozumieć te pozornie proste słowa, musiałem przejść piekło czynnego uzależnienia, zamknięty odwyk i wiele innych, zwykle paskudnych dosyć, doświadczeń i przeżyć.
 
Wydarzenie to wypłynęło na powierzchnię mojej pamięci prawie ćwierć wieku później, kiedy w przerwie mityngu AA słuchałem smutnej opowieści znajomego. Zły, rozżalony i rozgoryczony opowiadał o tym, jak to potrzebował jakiejś tam pomocy i w środku nocy wykonał kilkanaście telefonów… najwyraźniej z miernym skutkiem – żaden z jego przyjaciół z AA nie stanął na wysokości zadania. Sprawa mnie nie dotyczyła, więc w jej detale nie wnikam, ale uderzyło mnie jedno, pełne gorzkiego wyrzutu zdanie: „a ja głupi uważałem ich za swoich prawdziwych przyjaciół…”.
 
Włos mi się jeży na głowie, kiedy słyszę o „prawdziwej przyjaźni” i to bez względu na to, czy chodzi o deklaracje, czy wymagania lub pragnienia. Spotkałem w życiu dziesiątki, a może setki ludzi (głównie w Centrum Terapii Nerwic w M.), którzy bardzo boleśnie zawiedli się na kimś, kogo uważali za swojego najlepszego, prawdziwego przyjaciela lub przyjaciółkę. Zawsze jednak, bez względu na okoliczności, które czasami faktycznie bywały mocno dramatyczne, okazywało się, że spory udział w tragedii mają zupełnie nierealne oczekiwania lub nawet żądania wobec innej osoby.
 
Jaki miałby być ten prawdziwy przyjaciel, w odróżnieniu od takiego zwykłego, codziennego? Prawdziwy przyjaciel powinien być absolutnie tolerancyjny i wyrozumiały – dla nas samych, naszych zachowań, postępowania itd. Ma być absolutnie szczery i otwarty, absolutnie dyskretny, absolutnie dyspozycyjny i gotów zrobić dla nas absolutne wszystko o absolutnie każdej porze dnia i nocy. Jednak przede wszystkim ma być absolutnie wobec nas lojalny. Można tu dorzucić jeszcze kilka swoich własnych wymagań.
Myślę, że tego typu oczekiwania bardzo łatwo jest zawieść, albo inaczej – wręcz niemożliwe jest im sprostać, a więc ktoś, kto takiej przyjaźni oczekuje w zasadzie z góry i na pewno skazuje się na zawód i rozczarowanie – prędzej czy później. Wredne pytanie o to, czy my sami potrafilibyśmy być takimi właśnie „prawdziwymi przyjaciółmi”, pewnie też mogłoby być mocno kłopotliwe, nieprawdaż?
 
Myślę, a nawet jestem pewien, że wydumane, urojone, niewątpliwie pożądane, ale przecież kompletnie nierealistyczne wymagania i oczekiwania w stosunku do innych osób, z trzeźwą postawą niewiele mają wspólnego… albo nawet wcale. Ale pytanie, od którego właściwie powinienem zacząć, brzmi: czym w ogóle jest przyjaźń? Wydaje mi się, że najprościej będzie określić przyjaźń, jako jedno z bardzo wielu uczuć dostępnych człowiekowi. Uczuć takich jak na przykład miłość. Albo nienawiść. Jednak, co oczywiste, przyjaźń (zresztą tak samo jak i miłość) to także pewna postawa wobec osoby obdarowywanej tym uczuciem, gotowość do określonych zachowań, postępowania, wyborów i decyzji.
 
Jeśli definicja przyjaźni, którą zaproponowałem ma sens, to jak w takim razie brzmi prawdziwy przekaz komunikatu: „Kasiu (Zbyszku, Anno, Jurku…), chciałbym żebyś była moim przyjacielem”?  No cóż… pewnie po prostu tak: „Kasiu (Zbyszku, Anno, Jurku…), życzyłbym sobie, bo przecież ja tym rządzę, żebyś czuła określone i pożądane przeze mnie uczucia (przyjaźń) oraz żebyś zachowywała się i postępowała w określony, korzystny i przyjemny dla mnie sposób. Przesadzam? Jeśli nawet, to tylko odrobinę… niestety.
 
Jeżeli prawdą jest, że mam ograniczone możliwości kontrolowania całego świata oraz ludzi wokół mnie, jeżeli prawdą jest też, że wpływ mam jedynie na swoje uczucia i zachowania, to jednocześnie jest też oczywiste, że o przyjaźni mogę mówić tylko i wyłącznie w odniesieniu do samego siebie, bo to przecież moje uczucie, a nie innej osoby – w cudzej głowie czy sercu nie siedzę.
 
„Jestem przyjacielem Tomka” – tak, ja tak mogę powiedzieć, bo oznacza to po prostu: rozpoznałem swoje uczucia i jestem gotów do określonych, związanych z tymi uczuciami, zachowań i postępowania.
 
„Tomek jest moim przyjacielem” – oj, ostrożnie, tu już zaczynają się moje „chciejstwa”, ale przede wszystkim moje wyobrażenia o jego uczuciach, zachowaniach, decyzjach i wyborach, jakie podejmie w bliższej lub dalszej przyszłości i to bez względu na to, co ja zrobię w międzyczasie. To są niebezpieczne (dla mnie, jako alkoholika) spekulacje i rojenia.
 
Zabawne (tylko w pewnym sensie) jest to, że mogę być czyimś przyjacielem właściwie bez względu na to, czy ten ktoś mnie za przyjaciela uważa czy też nie. Przyjaźń to moje uczucia i zachowania, a nie czyjeś wyobrażenia na temat tego, co czuję oraz spekulacje na temat tego, jak się zachowam.
 
I jeszcze jedno – w przyjaźni, tak jak w miłości, wzajemność jest pewnie wysoce pożądana, ale jednak nie niezbędna i wcale nie jest powiedziane, że osoba obdarowana przyjaźnią musi z niej w jakiś sposób korzystać. Ja mogę sobie być, stale i wciąż, przyjacielem Małgosi czy Kazia, mimo, że Małgosia i Kazio mają to permanentnie w nosie – to ich prawo i ich wybór – krótko mówiąc.
 
W związku z takimi przekonaniami, od pewnego już czasu, o wiele bardziej koncentruję się na tym, by być przyjacielem, niż żeby mieć przyjaciół. Zresztą, czy tak naprawdę, można innych ludzi mieć? Na krótką… bardzo krótką metę, pewnie można. Próbowałem. Tylko zawsze źle się to kończyło. Dla obu stron, choć wydaje mi się, że – wbrew pozorom – moje straty były ostatecznie większe.
 
A młodemu, rozczarowanemu Wspólnotą koledze mogę przypomnieć tylko stare AA-owskie powiedzenie, przepraszając od razu za jego cynizm, a nawet brutalność – Jeśli nadal uważasz wszystkich w AA za przyjaciół, to widocznie zbyt rzadko chodzisz na mityngi.





Dużo więcej w moich książkach

sobota, 17 maja 2008

Czy inteligencja przeszkadza?

Przekonanie, jakoby inteligencja przeszkadzała w trzeźwieniu jest w środowisku polskich AA dość powszechne. Z pewnym niepokojem obserwuję, jak na bazie tej nadinterpretacji* powstają kolejne, „święte” zasady i prawa AA, a może raczej PWAA (Polskiej Wspólnoty AA). Taką właśnie „mądrością” jest powtarzane coraz częściej powiedzonko: „Do programu AA nie można być za głupim, ale można być za mądrym”, które w bardzo przykry sposób przypomina mi klasową niechęć do inteligencji, tak przydatną „komunie” w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku.


Czy inteligencja przeszkadza wytrzeźwieć?

Wspólnota AA w Polsce już wystarczająco zraziła sobie ludzi młodych. Młodzi alkoholicy płci obojga witani byli na mityngach uśmieszkami, wyśmiewano poziom ich „dna”, kpiono ze strat, radzono, by wrócili, kiedy się „dopiją” i zdobędą właściwy (według „starych”) poziom determinacji. Czy stać nas na to, nas w AA, by teraz zrażać sobie też ludzi inteligentnych, oczytanych, kulturalnych? No, może i stać, w końcu „Polak potrafi!”, tylko… po co?
 
W artykule pochodzącym z Raportu Światowego Mityngu Służb AA w NJ w 2004 r., opublikowanym w biuletynie „Mityng” nr 2/2008, znaleźć można stwierdzenie: „Najważniejszy moment, albo krytyczny wybór, zależy od tego, czy alkoholik, który wciąż jeszcze cierpi, jest otwarty na pomoc, czy nie. Czy on lub ona chce przyjąć pomoc, i w ten sposób otrzymać część całego doświadczenia, siły i nadziei, jaką niesie AA? Jeśli odpowiedź brzmi tak, będzie to polegało na czymś więcej niż po prostu uczestniczenie w kilku mityngach, ale naprawdę na spróbowaniu, pomimo natychmiastowego wewnętrznego oporu, programu zdrowienia AA w oparciu o Dwanaście Kroków, i stopniowo głębszej integracji ze Wspólnotą AA. Dla alkoholika jest to sprawa życia lub śmierci. Nasze przykre doświadczenie pokazuje, że ignorancja zabija AA”. 
 
Ano właśnie… „głębsza integracja ze Wspólnotą AA”… „coś więcej niż uczestnictwo w kilku mityngach”… „ignorancja zabija AA”…
 
Stwierdzenie „inteligencja przeszkadza w trzeźwieniu” nazwałem nadinterpretacją* i zaraz postaram się wyjaśnić, czemu tak właśnie sądzę.
 
Zgodnie z aktualną definicją polskiej służby zdrowia, alkoholizm jest chorobą nieuleczalną (ostatnio już coraz częściej – „trwałą”). Ale podtytuł książki „Anonimowi Alkoholicy” (Wielkiej Księgi) brzmi: „Historia o tym, jak tysiące mężczyzn i kobiet zostało uzdrowionych z alkoholizmu”. 
Wydaje mi się, że termin „trzeźwienie” powstać mógł jako próba pogodzenia ze sobą tych sprzeczności. To polskie, i może nie tylko polskie, bo z pewnością znane w wielu krajach byłego ZSRR, „trzeźwienie” miałoby więc być procesem z natury swojej nieskończonym i docelowo nieosiągalnym.
 
Moja siostra jest alkoholiczką. Od ok. 20 lat mieszka w Stanach. A tam po dziś dzień nasze rozumienie tego „trzeźwienia” jest pewnie kompletnie niezrozumiałe. Alkoholicy używają (w Ameryce i może kilku innych, cywilizowanych krajach Europy) określenia „wytrzeźwiałem”… i tu podają datę, albo swojego ostatniego kieliszka, albo pierwszego dnia bez alkoholu. Doktor Bob S. wytrzeźwiał 10.06.1935 roku, to jest w dniu, w którym wypił swojego ostatniego drinka i jest to rzecz znana.
 
Moim zdaniem, to się może trzymać kupy. W końcu w ten ostatni dzień picia (lub pierwszy abstynencji) musiało wydarzyć się COŚ, co spowodowało, że alkoholik nigdy już nie sięgnął po kieliszek. Czemu nie nazwać tego wytrzeźwieniem? A co dzieje się po dniu wytrzeźwienia? Przez wszystkie te lata, gdy alkoholik uczęszcza na mityngi AA? Odpowiedź jest stosunkowo prosta – rozwój osobisty, program naprawy krzywd i relacji z Bogiem oraz powrót do normalnego, zdrowego społeczeństwa.
 
Jestem przekonany, że powiedzenie o inteligencji, która przeszkadza, jest żywcem przeniesione z USA. Problem w tym, że po drodze (kolejne tłumaczenia) uległo pewnej deformacji. Jak w czasie zabawy w głuchy telefon. Inteligencja przeszkadza wytrzeźwieć? Ależ tak! Przeszkadza osiągnąć ten punkt, po którym alkoholik jest już w stanie utrzymywać trwałą abstynencję. Jestem pewien, że doktorowi Bobowi inteligencja i wiedza medyczna bardzo przeszkadzały w osiągnięciu stanu z dnia 10 czerwca 1935. Gdyby nie one, być może, jego ostatni kieliszek miałby miejsce z dziesięć lat wcześniej. Ale to spekulacja.
 
Wysoka inteligencja alkoholika pijącego oczywiście przeszkadza w osiągnięciu „punktu przełomowego” choćby dlatego, że jego system iluzji i zaprzeczeń jest bardziej spójny, a racjonalizacje dużo bardziej logiczne, a więc trudniejsze do rozbicia niż u człowieka powiedzmy… prostego. Wydaje mi się, że po Wielkim Dniu inteligencja w zdrowieniu z alkoholizmu pomaga. Wydaje mi się, że łatwiej jest przyjąć Program Wspólnoty AA i skutecznie wdrażać go w życie człowiekowi rozgarniętemu, który rozumie, co się do niego mówi, czego się od niego oczekuje, co mu proponuje i co ma zrobić.
 
Ostatecznie wysoka inteligencja, według modelu amerykańskiego, przeszkadza wytrzeźwieć, to znaczy przeszkadza w czasie picia i DO ostatniego drinka, natomiast w modelu polskim miałaby przeszkadzać już PO odstawieniu alkoholu. Nie da się ukryć, że są to dwie różne sprawy, no a ja… jakoś tak… więcej mam zaufania i przekonania do tej pierwszej. Choćby ze względu na osobiste doświadczenia. 
 
Oczywiście wszystko to jest wina tych pokręconych Amerykanów. Z nimi zawsze są jakieś problemy. To może trudno sobie wyobrazić, ale oni nadal nie są w stanie pojąć różnicy między fotografią i fotografiką i z uporem godnym lepszej sprawy twierdzą, że fotografia dzieli się tylko na dobrą i złą. Dziwacy! A więc może to my, Polacy, powinniśmy pokazać im, jak ma wyglądać Wspólnota AA?



 
--- 
* Nadinterpretacja, zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego PWN 2008 to: «interpretacja wykraczająca poza komentowane fakty, wypowiedzi itp., niemająca dostatecznego uzasadnienia»





Dużo, dużo więcej w moich książkach


Anonimowość we Wspólnocie

Kiedy wybierałem się na swój pierwszy mityng, a także, kiedy szedłem po raz pierwszy na jakąkolwiek inną grupę w moim mieście, mocno się obawiałem spotkania tam kogoś znajomego. Szanse na takie spotkanie nie były może zbyt wielkie – piłem głównie sam, w pracy i w domu – tym niemniej się bałem. Wprawdzie dość szybko zdałem sobie sprawę, że w razie takiego spotkania, mój znajomy, sąsiad, lub kolega, znajdzie się w dokładnie takiej samej sytuacji jak ja, jednak to mnie jakoś nie przekonywało. On to on, a ja to ja.


Konspiracja, czyli nasze podziemne tradycje narodowe – o anonimowości we Wspólnocie AA

Chciwie słuchałem o anonimowości we Wspólnocie AA. Pamiętam jeszcze komunikaty, którymi kilka lat temu często kończyły się mityngi: „wszystko, co na tej sali usłyszałeś, niech na niej pozostanie” i był to miód na moją duszę, skoncentrowanego tylko na sobie samym, egocentryka.
 
Zaliczyłem pewnie kilkanaście mityngów, zanim skierowany zostałem na terapię grupową. Spotkałem tam kilka osób znanych mi z widzenia z mityngów AA i… aż się zachłysnąłem: moja terapeutka, przy nich wszystkich, wywołała mnie po nazwisku! To, że ich nazwiska podczas sprawdzania obecności też padły, guzik mnie obchodziło – moja anonimowość prysła jak mydlana bańka; czułem się zdradzony.
 
Anonimowość jako podstawa, pierwszeństwo zasad przed osobistymi ambicjami, rozumiałem w sposób następujący: obecnym na mityngu alkoholikom przypomina to, że nie mają realizować swoich ambicji, na przykład towarzyskich, opowiadając gdzieś tam o mnie, o tym, co tu robię i co mówię – to główna i podstawowa zasada, której oni mają się trzymać. A ja? No… też… trochę. 
Zimno mi się robi, kiedy teraz czytam to, co wyżej napisałem. Ale tak było…
 
Anonimowość we Wspólnocie AA miała na celu pomóc mi ukrywać fakt, że jestem alkoholikiem – tak jakby mnóstwo osób z mojego otoczenia, a nawet zupełnie obcych, nie wiedziało o tym lepiej i przede wszystkim dużo wcześniej, niż ja sam. Zasada anonimowości miała także sprawić, żebym na mityngach mógł czuć się bezpiecznie wyjawiając jakieś tam swoje świństwa i grzeszki z okresu picia, ale przecież i o nich wiedziała moja rodzina i wręcz gromady zupełnie obcych ludzi. Ostatecznie nie żyłem na pustyni, czy bezludnej wyspie, byli świadkowie mojego powrotu do domu (w samym centrum miasta) w jednym bucie, bo drugi zgubiłem w zamroczeniu alkoholowym. Nie byłem również sam w autobusie miejskim, w którym sikałem na podłogę…  
Tak oto anonimowość miała mi pomagać nadal bujać w krainie iluzji oraz złudzeń, co do samego siebie i całej reszty rzeczywistości. Ważne też było poprawianie mojego nastroju, to jest zwiększanie poczucia bezpieczeństwa. Na mityngach AA miałem się czuć pewnie i bezpiecznie – jak w ulubionym barze.
 
Minęło trochę czasu zanim zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, że mityng nie jest chyba najwłaściwszym miejscem na ekshibicjonizm moralny. Od omawiania tematów trudnych, intymnych, to ja mam sponsora, albo odpowiednich specjalistów, a nie przypadkowych uczestników mityngu AA. 
Po drugie zrozumiałem wreszcie, że zamiast walczyć o stuprocentowo bezpieczne i anonimowe mityngi, może powinienem się skupić na tym, jak żyć teraz, żebym opowieści o swoim życiu nie musiał utajniać.
 
O czymś podobnym Bill W. pisał już w 1961 roku w Grapevine, a fragment jego wypowiedzi odkryłem – szkoda, że tak późno – w książce „Jak to widzi Bill” (str. 311):
Mówienie najgorszego.
Przybierało to różne formy, lecz moim ulubionym motywem było zawsze stwierdzenie: Ależ ja jestem okropny! Tak jak pod wpływem pychy wyolbrzymiałem często swoje skromne osiągnięcia, podobnie w poczuciu winy demonizowałem swoje wady. Miotałem się na wszystkie strony, wyznając swoje braki komu popadło – każdemu, kto skłonny był słuchać. Wierzcie albo nie, ale to zakrojone na szeroką skalę obnażanie swoich grzechów uważałem za wielką pokorę z mojej strony – widziałem w tym wspaniałą zaletę ducha i pociechę!
Później jednak uświadomiłem sobie w głębi duszy, że tak naprawdę wcale nie odczuwałem skruchy i żalu z powodu krzywd, jakie wyrządziłem kiedyś ludziom. Zdarzenia te były dla mnie zaledwie pretekstem do opowiadania barwnych historii i folgowania własnemu ekshibicjonizmowi wewnętrznemu. Moment, w którym zdałem sobie z tego sprawę, był dla mnie początkiem jakiej takiej pokory.
 
Wiedziałem już, do czego NIE służy (a jeśli nawet służy to w niewielkim, marginalnym zakresie) zasada anonimowości we Wspólnocie AA, ale nadal nie wiedziałem, CO faktycznie jest w niej najważniejsze.
 
Nieco później natknąłem się w naszej literaturze na dwa fragmenty dotyczące anonimowości i… coś mi powolutku zaczęło świtać. Pierwszy z nich pochodzi również z książki "Jak to widzi Bill" (str. 241): 
„W niektórych grupach AA zasada anonimowości jest doprowadzona do absurdu. Członkowie tak kiepsko się ze sobą komunikują, że nie znają nawet swoich nazwisk ani nie wiedzą, gdzie kto mieszka. Przypomina to komórkę konspiracyjną”.
 
Drugi natomiast znalazłem w książce "Doktor Bob i dobrzy weterani" (str.281-82):
„Ponieważ nasza Tradycja dotycząca anonimowości wyraźnie wytycza poziom graniczny, dla każdego kto zna angielski, musi być oczywiste, że zachowywanie anonimowości na jakimkolwiek innym poziomie jest pogwałceniem tej Tradycji. Uczestnik AA, który ukrywa swoją tożsamość przed innym uczestnikiem Wspólnoty, podając jedynie swoje imię, łamie tę Tradycję tak samo, jak ten uczestnik Wspólnoty, który pozwala, aby jego nazwisko ukazało się w prasie w powiązaniu ze sprawami odnoszącymi się do AA. Ten pierwszy zachowuje swoją anonimowość powyżej poziomu prasy, radia i filmu; ten drugi zachowuje swoją anonimowość poniżej poziomu prasy, radia i filmu – podczas gdy Tradycja ta postuluje, abyśmy zachowywali anonimowość na poziomie kontaktów z prasą, radiem i filmem”.
 
Kiedy jeszcze ktoś podrzucił mi zdanie: „Anonimowość to pokora w działaniu”, byłem już dosyć blisko rozsądnej (trzeźwej?), wydaje mi się, odpowiedzi na pytanie o sens i znaczenie anonimowości w AA.
 
Mamy niewątpliwie długie i bogate podziemne tradycje narodowe. Konspirowaliśmy w czasie rozbiorów, za sanacji, w czasie rozmaitych powstań i wojen, knuliśmy ochoczo i radośnie w czasie tzw. „komuny”. No, ale Wspólnota AA to nie jest zabawa w tajnych agentów!
Do pewnego momentu bardzo mi się podobała koncepcja znajomego AA-owca, który twierdził, że V Krok to on sukcesywne realizuje na mityngach, „dzieląc się” (czytaj: obrzucając innych AA, którzy nie mogą nijak zaprotestować) niezwykle barwnymi opowieściami o własnych s…syństwach. Ale mityng AA to nie wychodek! A z pokorą i prawdziwą realizacją Kroku V nie ma to przecież zupełnie nic wspólnego.
 
Według mojego obecnego rozumienia istoty rzeczy, zasada anonimowości ma chronić… Chronić PRZEDE MNĄ zarówno Wspólnotę AA jako całość, innych AA-owców, jak i mnie samego.
 
Trudno przejąć władzę lub zostać dyktatorem, będąc dokładnie takim samym jak kilka milionów innych, anonimowym członkiem czy uczestnikiem. Trudno jest spuścić z łańcucha, uruchomić wady charakteru, zwłaszcza pychę, głód poklasku i podziwu, żądzę władzy, pragnienie dominacji, egocentryzm, egoizm, wśród ludzi dokładnie tak samo anonimowych jak ja, i w środowisku, w którym każda, najdrobniejsza nawet decyzja może być podjęta jedynie większością głosów, bo wszyscy są, po równo… anonimowi.
Trudno byłoby, będąc anonimowym, domagać się dla siebie lepszego miejsca czy specjalnego czasu z powodu urodzenia, majątku, pozycji zawodowej, wykształcenia itp.
Trudno jest wywrzeć na kimkolwiek jakąś presję czy go zastraszyć stanowiskiem lub władzą, jeśli obaj jesteśmy „tylko” AA.
 
Czy zasada anonimowości gwarantuje mi bezpieczeństwo? Tak, to dzięki niej właśnie niewielkie mam szanse nadąć się pychą i w konsekwencji pęknąć z hukiem i smrodem – a mniej poetycko – wrócić do picia z powodu nieumiarkowanego używania własnych wad charakteru…




Dużo więcej w moich książkach



czwartek, 17 kwietnia 2008

Być czy mieć – oto pytanie!

Około 4 lata temu pracowałem już nad Krokami VI-VII AA według programu „strzyżyńskiego”. System pracy, z powodów obiektywnych, pozostawiał wtedy wiele do życzenia. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu na kilkugodzinne sesje. Nie było noclegów, wspólnych posiłków, mityngów, bilansów, itd. Oczywiście było to lepsze niż nic, ale…
Dotrwałem jakoś do końca, ale w takich warunkach założyłem sobie i realizowałem jedynie program minimum: chciałem rozstać się z dwoma poważnymi wadami, które wyraźnie zagrażały mojej dalszej abstynencji i komplikowały mi życie.
Udało się, choć nie bardzo wiem jak (Siła Wyższa?). Jedna z tych wad natychmiast przestała być problemem, natomiast druga okazała się może nie tyle wadą charakteru, co jednym z symptomów typowych dla DDA, w pewnym sensie można by ją nazwać objawem zaburzenia DDA. Przestałem się więc nią „katować” i teraz spokojnie obserwuję, jak powoli zanika.


Być czy mieć, czyli Strzyżyna VI-VII

Moje trzeźwienie z choroby alkoholowej przebiega etapami. Wyznaczają je wielkie i doniosłe (dla mnie!) odkrycia, których dokonuję we współpracy i przy pomocy innych alkoholików podczas różnych spotkań AA-owskich, terapii, warsztatów i innych, na jakich bywam w najróżniejszych miejscach w Polsce.
 
Tym razem, czyli w Strzyżynie, wiosną 2008 roku, podczas pracy nad VI i VII Krokiem, również na coś takiego czekałem. Już od samego początku rozpoznawałem przecież charakterystyczne elementy. Do mojego „ogródka” wpadały, pozornie bez żadnego ładu i składu, „kamyczki”, kawałki układanki, które w odpowiednim momencie mogły i powinny utworzyć czytelny obraz, odkrycie, taki właśnie kamień milowy na drodze mojego zdrowienia.  
Wiele rzeczy jakoś zupełnie mnie nie dziwiło, a jednocześnie, jakby z góry, miałem na to, co się dzieje, pełną wewnętrzną zgodę. Liderka turnusu oznajmiła mi, że mam być liderem grupy. Zapytałem, czy to decyzja czy propozycja, a kiedy usłyszałem, że to pierwsze, bez oporów i grymaszenia zabrałem się po prostu do pracy. Widać tak właśnie miało być.
 
Okazało się, że w naszej grupie są dwie Al-anonki. OK. Będzie trudniej, ale praca w łączonej grupie to większa szansa na poznanie, zrozumienie, doświadczenie. Dwie osoby z grupy posiadają do spółki właściwie pełen komplet moich wad charakteru. OK. Będzie po prostu bardzo, bardzo trudno, bo przecież u innych zawsze najbardziej drażnią nas nasze własne wady.
 
Moje wady, to oczywiście egoizm i egocentryzm, ale nad tak ogólnie określonymi grupami wad trudno jest pracować, problemem są także konkretne przykłady. Wykombinowałem więc, że „walczył będę” z zarozumialstwem (pycha!), lekkomyślnością (zakupy!) i nieumiarkowaniem w jedzeniu (łakomstwo!). 
Co jednak wydawało mi się dosyć dziwne, podchodziłem do tych problemów dość „luźno”, jak gdyby przeczuwając podświadomie, że to nie jest aż takie ważne, że właściwie chodzi o coś innego.
 
Jednym z ciekawszych elementów tej mojej układanki było stwierdzenie kolegi: „jestem niewierzący, ale praktykujący”. Zaskoczenie? Zwykle przecież mówi się odwrotnie: „wierzący, niepraktykujący”. 
Nie jestem pewien, czy ta rzucona pół żartem, pół serio deklaracja rozumiana jest przez jej autora w sposób zbliżony choćby do mojego. Być może nie, ale nie to jest ważne. Istotne – dla mnie – jest pytanie: co jest ważniejsze, obrzędy religijne, kanony wiary (credo), liturgia, czy może po prostu codzienne praktykowanie… miłości i pokory?
 
Poza tym…
Siła Wyższa oczywiście jest wyższa i wszystko może, ale z jakiegoś powodu pewną część „zadania” ja muszę wykonać sam. Muszę! Czemu Jezus czeka z wskrzeszeniem Łazarza, aż ludzie odsuną kamień nagrobny?
 
Ponadto…
Zdaje się, że każdy z nas (w grupie) pełnił lub pełni jakieś służby we Wspólnocie AA lub Al-anon. To przecież, we współpracy z innymi ludźmi najlepiej i najłatwiej ujawniają się moje wady charakteru…
 
I jeszcze…
Napisałem kilka naprawdę fajnych tekstów i tak bardzo zależało mi, żeby inni alkoholicy je zrozumieli, że czasem mocno się wkurzałem, kiedy okazywało się, że moje „wielkie odkrycia” nie robią na nich większego wrażenia. A przecież św. Franciszek pisał, że mam raczej rozumieć niż szukać zrozumienia, i przecież ja tą modlitwę znam od bardzo dawna.
 
A dalej…
Wiktor Osiatyński i jego ostatnia książka… Jedno zdanie ze strony 52 Wielkiej Księgi… Program na 24 Godziny („nie okażę nikomu, że moje uczucia zostały zranione…”). No i wreszcie zasadnicze pytanie: być, czy mieć?
 
Zwykle w pytaniu „być, czy mieć?” konfrontuje się świat wartości duchowych z pragnieniem posiadania dóbr materialnych. Do dziś nie zgadzam się z twierdzeniem, że jedno musi zupełnie wykluczać drugie, ale to już inna historia. Tym razem pytanie to zadałem sobie w zupełnie innym kontekście – czy ja chcę być z ludźmi, czy mieć ludzi? Zgodnie z uproszczoną definicją egoizm kradnie rzeczy, natomiast egocentryzm kradnie ludzi… 
A więc być z ludźmi, czy mieć ludzi?
 
Po kilku dniach doszło do kryzysu w naszej grupie. Kryzysy w takich sytuacjach i warunkach uważam raczej za regułę niż wyjątek. Nie lubię takich sytuacji, ciężko je znoszę, ale zdaję już sobie sprawę, że są one często jedynym motorem napędowym zmian, albo katalizatorem istotnych odkryć.
 
Na koniec zajęć jednego dnia były „miśki”, zapewnienia o sympatii i radości ze wspaniałej współpracy, a następnego, zaraz z samego rana, miałem wrażenie jakby oblano mnie wiadrem pomyj. Okazało się, że na grupie nie jest wcale tak dobrze, że są żale i urazy (kierowane w różne strony), a współpraca i zaufanie wcale nie są takie idealne. Czułem się oszukany wcześniejszymi, najwyraźniej nieszczerymi, deklaracjami, ale… Stało się wtedy coś nieprawdopodobnego, coś, na co absolutnie nie byłoby mnie stać jeszcze nie tak dawno.
Pięć lat wcześniej całą winę za zaistniałą sytuację przerzuciłbym na członków grupy. Rok temu pewnie przyznałbym się do swojego kawałka, ale również wykazał, że i pozostali nie są bez winy. Tym razem jednak zrobiłem coś zupełnie innego – zapominając o swoich zranionych uczuciach, własnych racjach, rzeczowych argumentach i innych takich, w ułamku sekundy stanąłem w postawie pokory i wziąłem na siebie całą odpowiedzialność na konflikt. Oczywiście także przeprosiłem.
Kryzys przestał istnieć po kilkunastu minutach. Jeżeli „winowajca” przyznał się bez oporów i nawet przeprosił, cóż można zrobić więcej? W takim momencie nie ma już przecież, z kim i o co walczyć.
 
Jak się to stało, dlaczego zrobiłem tak właśnie? Z dwóch powodów. Po pierwsze słuchałem, co mówią członkowie grupy i nie tylko słuchałem, ale słyszałem ich i rozumiałem – na przykład wcześniejszy brak szczerości i otwartości. Po drugie okazało się, że ważniejsza była dla mnie tym razem dalsza zgodna i zdrowa atmosfera w grupie, niż moje żale, urazy i zranione uczucia. Mieliśmy do wykonania niezwykle ważne zadanie, a założone cele byliśmy w stanie osiągnąć tylko razem, wspólnie.
Poza tym, co na pewno też nie jest bez znaczenia, staram się nie zapominać o zasadzie, którą coraz częściej i to z powodzeniem, próbuję stosować w swoim życiu: „twoja racja – mój spokój”. Wynika ona z mojej identyfikacji z Preambułą AA – ja, jako anonimowy alkoholik, nie muszę popierać ani zwalczać żadnych poglądów. Nawet swoich własnych…
 
Taka analiza ładnie wygląda z perspektywy czasu, ale wtedy wszystko działo się w sekundach. Moja reakcja była automatyczna, odruchowa, spontaniczna i nieprzemyślana, a to oznaczało po prostu, że pod pewnymi względami zmieniłem się daleko bardziej, niż mi się wydawało. Kiedy się zmieniłem? Nie wiem. Może trzy miesiące wcześniej, a może poprzedniego dnia, gdy szukałem odpowiedzi na pytanie: być, czy mieć… ludzi?
 
Później był jeszcze jeden konflikt. Zupełnie już nie związany ze mną. Jedna osoba została przez innych dość agresywnie zaatakowana. Mam wrażenie, że ten kryzys udało mi się rozwiązać całkiem nieźle, ale znów tylko dlatego, że słyszałem ludzi wokół mnie, mogłem i chciałem poświęcić im uwagę no i byłem obecny w rzeczywistości. Zwłaszcza to ostatnie jest dla mnie bardzo istotne. Większą część swojego życia spędziłem przecież w krainie iluzji, w świecie własnych wyobrażeń o sobie, o ludziach, o życiu…
 
Przez cały ten czas niezwykle ważna była dla mnie determinacja, akceptacja, wyrozumiałość, zapał i życzliwość, wszystkich członków naszej grupy. Jak mawia mój sponsor, wystarczy żeby nie chciała porozumienia jedna tylko osoba, a nigdy się nie dogadamy. Tym razem wiedziałem i wyraźnie czułem, że chcieliśmy wszyscy. I mimo, że nie zawsze było milutko, chciałem być z ludźmi z naszej grupy…
 
W pewnej książce znalazłem informację o tym, że dla wszystkich (podobno) alkoholików typowy jest niedobór podstawowych umiejętności społecznych. Jeśli o mnie chodzi, zgadzam się w 100%.
 
Przecież ja nigdy, nawet przed uzależnieniem, nie potrafiłem stworzyć jakichkolwiek zdrowych relacji z innymi ludźmi. Wiecznie czułem się inny, z boku, nierozumiany. Aż w końcu, poprzez uzależnione i destrukcyjne picie, doprowadziłem do ostatecznego zaniku swoich zdolności (jeżeli w ogóle jakieś miałem) do budowania więzi i bliskości z kimkolwiek. Nie umiejąc być z ludźmi, próbowałem ich mieć, bo przecież nadal i wciąż byli mi potrzebni – ktoś w końcu musiał jakoś tam zaspokajać moje potrzeby emocjonalne, seksualne, materialne i inne. I tu jest właśnie pies pogrzebany, istota błędu, clou programu, czy jak tam jeszcze to nazwać. Lekkomyślność? Sześć par spodni? Jak będę musiał przez dwa kolejne miesiące zaciskać pasa, to się oduczę nieodpowiedzialnych wybryków. Nieumiarkowanie w jedzeniu? Dieta, zmiana przyzwyczajeń i nawyków żywieniowych. Uda się, to dobrze, a jak się nie uda, to po prostu zejdę z tego świata jako grubasek, wcześniej klnąc i narzekając przy każdym wiązaniu butów.
 
Stare powiedzenie AA-owskie mówi, że najpierw rzeczy najważniejsze. A więc gdzie są moje priorytety? I jak faktycznie wygląda moja odpowiedź na pytanie: mieć ludzi, czy być z ludźmi? Jeśli Bóg (jakkolwiek Go nie pojmuję) stworzył człowieka na Swój obraz i podobieństwo, to zbliżyć się do Niego mogę na tym świecie tylko poprzez innych ludzi – to powinno ułatwić znalezienie odpowiedzi.
 
Jeżeli stawiam na „być”, to przecież nadal mam te niedobory podstawowych umiejętności społecznych, nie „naumiałem się” ich przez kilkanaście dni w Strzyżynie. Myślę jednak, że stało się tam coś bardzo ważnego, znalazłem swoją drogę do… wyzdrowienia z alkoholizmu i pokonałem na niej całkiem niezły dystans. 
 
Do Czytelnika, jeśli taki się znajdzie.
Jeśli nie rozumiesz mojej opowieści – nic nie szkodzi. To przecież moja „bajka”. Ty pewnie masz swoją. Jeżeli się kiedyś spotkamy, chętnie posłucham Twojej historii i starał się będę zrozumieć… i ją i Ciebie.




Dużo więcej w moich książkach