Zmagając się z Krokami IV-V odkryłem, że w życiu, także tym przed uzależnieniem, moim życiem rządziła pewna reguła, a może zasada, która w ostatecznym rozrachunku bardzo źle mi służyła: wybierałem krótkotrwałe zyski zamiast długofalowych efektów. Właściwie to moje nadmiarowe, ryzykowne, destrukcyjne picie, też tu pasuje.
Mnóstwo razy, bez pełnej świadomości, co się tu właściwie odbywa, odruchowo wybierałem krótkotrwałe zyski niwecząc tym samym szanse na długofalowe efekty, ale z tego właśnie najczęściej nie zdawałem sobie sprawy. „Najczęściej” nie znaczy „zawsze”, ale jednak na tyle często, żeby spieprzyć sobie życie. Banalny przykład, z tych, które rozumiałem. Dostawałem od matki każdego dnia pięć złotych. Na swoje potrzeby, na co chciałem, na cokolwiek. Gdybym te pięciozłotówki zbierał choćby miesiąc, mógłbym kupić coś naprawdę sensownego, ale to mi się nigdy nie udało. Codziennie wydawałem pieniądze na bzdury – ciastka, napoje, gównianą zabawkę z kiosku lub targowiska, pestki dyni, lizaki itp. Doraźna korzyść wygrywała u mnie z możliwością osiągnięcia efektów znacznie bardziej pożądanych. Bo zawsze coś chciałem, ale najważniejsze, że chciałem już, zaraz, natychmiast.
Wspominałem, że dotyczyło to także picia. Powiedzmy, że czegoś się bałem, o coś martwiłem. Mogłem przemyśleć sprawę, skonsultować z kimś, podjąć określone działania, ale nie! Chciałem przestać się bać czy martwić zaraz, już, a nie dopiero jutro lub za trzy dni. Szklanka wódki pomagała zmienić samopoczucie w jakieś 1,5 minuty. To, że problem nie został nijak rozwiązany, a często wręcz narastał, w tym momencie nie było już ważne. Krótkotrwały zysk został osiągnięty, ale pogrzebał szansę na jakiś długofalowy efekt.
To wszystko mało miejsce dawno temu. Nauczyłem się z czasem świadomie dokonywać innych wyborów, odraczać gratyfikację i udaje się to prawie zawsze. Jeśli wracam do tematu i potrzeby trzeźwego wybierania pomiędzy krótkotrwałymi zyskami, a długofalowymi efektami, to dlatego, że obserwuję mityngi w moim mieście. Kiedyś, to jest 10-15 lat temu, mityngi 3-4 grup, merytorycznie stały na bardzo wysokim poziomie, skupiając się na rozwiązaniu problemu alkoholizmu. Ale później… nie, nic nie stało się nagle, to była bardzo długa seria zdarzeń typu: no tak, gada nie na temat (narusza Tradycje, obraża innych, uskutecznia prelekcje i odczyty zamiast dzielić się doświadczeniem itp.), ale nie będę mu przerywał, żeby nie psuć atmosfery, niech już się wygada dla świętego spokoju. I tak było – mityng milutko dobiegł do końca, cieplutkiej atmosfery nikt nie zakłócił, ale… Ktoś tu jakby zapomniał, że przyzwolenie na małe zło może jedynie doprowadzić do większego zła. I to, niestety, już widać. Jakieś próby wprowadzenia świeczek, jakieś próby dodawania do scenariuszy zakazów i nakazów, jakieś wymuszanie na obecnych, by zachowywali się, jak małe dzieci w przedszkolu czy żłobku, lub raczej klienci grupowej psychoterapii odwykowej, propozycje tematów, którymi AA się nie zajmuje, i inne takie.
Trzeźwość to powrót do normalności. Czy w normalnym towarzystwie, wśród dorosłych ludzi, ktoś, kto chce coś powiedzieć, podnosi rączkę, a wypowiedź zaczyna od: Jestem Jan Kowalski, pracuję jako kierowca? Ale… może my w ogóle nie pragniemy trzeźwości, za to pożądamy rytuałów i obrzędów, i żeby ktoś inny odpowiadał za nasze zachowanie i dyktował je nam?
Jeśli grupa ludzi nie ma żadnego regulaminu, to na czym będzie się opierać podczas spotkania? Ano na zasadach dobrego wychowania wpojonych przez rodziców, babcie, ciocie i nauczycieli w podstawówce. To nie wiesz, że w towarzystwie, w grupie, nie przekrzykuje się innych? Nie wiesz, że nie używa się publicznie wulgaryzmów? Naprawdę?
Choć jezuita de Mello nie pisał o alkoholikach, to ten cytat pasuje do wielu z nas idealnie:
Większość ludzi twierdzi, iż pragnie jak najszybciej opuścić przedszkole. Ale nie wierz im. Nie mówią prawdy. Jedyne, czego naprawdę chcą, to by naprawić im popsute zabawki. „Oddaj mi moją żonę”. „Przyjmij mnie znowu do pracy”. „Oddaj mi moje pieniądze”. „Zwróć mi moją wcześniejszą reputację”. Tego właśnie naprawdę chcą. Pragną, aby zwrócić im dotychczasowe zabawki (życie). Tylko tego, niczego więcej. Psychologowie twierdzą, że ludzie chorzy w istocie rzeczy nie chcą naprawdę wyzdrowieć. W chorobie jest im dobrze. Oczekują ulgi, ale nie powrotu do zdrowia. Leczenie bowiem jest bolesne i wymaga pracy, wyrzeczeń. Przebudzenie, jak wiadomo, nie jest rzeczą najbardziej przyjemną. W łóżku jest ciepło i wygodnie, budzenie nas irytuje [„Przebudzenie” Anthony de Mello SJ].
A szkoda…





