niedziela, 27 stycznia 2019

Z miejsca przyznając się do...


W październiku 2018 przyszedł mi po głowy pewien temat związany z Krokiem Dziesiątym. Zauważyłem, że dwóch moich kolegów, co ciekawe w sposób zupełnie różny,  popełnia prawdopodobnie ten sam błąd, a jako że mi na nich zależy, chciałem jakoś przestrzec, pomóc w jakichś sposób. Z mojego skromnego doświadczenia wynika, że porzucenie obrachunku moralnego albo robienie go tylko dla samego siebie, to jest bez elementu przyznawania się głośno do błędu, jest szalenie niebezpieczne, ale – co najgorsze – nie natychmiast, nie od razu, więc trudno zauważyć.
Zastanawiałem się też nad zdolnością przyznawania się do błędów nie tylko pojedynczych alkoholików, ale i struktur Wspólnoty AA w Polsce. Inwentura mojej grupy była wczoraj, a kiedy odbyła się taka operacja w przypadku Rady Powierników albo Konferencji?
Takie to kwestie zajmowały mnie od pewnego czasu, ale kiedy siadałem do pisania, nic mi jakoś z tego nie wychodziło. Życzliwość i koleżeństwo oraz troska o wspólne dobro nie wystarczały i wychodziła mi teoretyczna połajanka z wyżyn moralizatorstwa, więc… lądowała w koszu.

To popełniłem wtedy błąd. Może nie jakiś fundamentalny, ale jednak godzący w moje ego. Trzy-cztery dni później przyznałem, że nie miałem racji, że się myliłem. Przy tej okazji przypomniałem sobie, że już ponad rok nie przyznawałem się komuś do błędu bieżącego, popełnionego teraz, bo przyznawanie się do błędów z okresu picia, to już rutyna i nic nie kosztuje. Tak oto znów stałem się gotowy dawać przykład, a nie wykład.

Obawiałem się, że moi koledzy tak daleko już zabrnęli na swojej niebezpiecznej drodze, że mogą uznać, iż moje przyznanie się nie ma znaczenia, bo i kto to jest Meszuge? No przecież nikt! Taki to się może przyznawać, ale przecież oni, na swoich stanowiskach, w ich specjalnych i szczególnych  sytuacjach, na ich poziomie itp., to przecież zupełnie coś innego, nie ma co porównywać.
Niesamowicie ucieszyłem się, bo wyglądało na to, że obaj zareagowali pozytywnie, to jest wykonali pewne działania, świadczące o tym, że wracają na szlak. Nadal trochę mi było głupio z powodu zrobienia z siebie koncertowo durnia, ale radość była większa – tak, to działa! – miałem ochotę powtarzać każdemu spotkanemu alkoholikowi – daj przykład, a nie wykład, a zaczynają się dziać cuda!

Po dwóch-trzech tygodniach nadzieje szlag trafił. Moi koledzy wrócili do swoich poprzednich postaw, a nawet – mam wrażenie – okopali się na nich jeszcze bardziej. A mnie zaskoczyła własna reakcja – zwykle złoszczę się, gdy ktoś upiera się przy ewidentnych bzdurach lub swoich bezsensownych przekonaniach – ale teraz było i jest inaczej: po prostu tylko (tylko?) bardzo mi smutno.

A co z tą inwenturą struktur AA? Wspólnota w Polsce dynamicznie się zmienia, ogólnie w dobrym kierunku, choć dla mnie – trochę za wolno – ale idzie we właściwą stronę. W każdym razie te zmiany ujawniają (jak cofający się lodowiec) coraz więcej rozmaitych błędów całej Wspólnoty. Do błędów w tłumaczeniu Wielkiej Księgi dochodzi wyjątkowo zła Propozycja Scenariusza Mityngu, dochodzi mocno problematyczny Poradnik dla Służb, który zamiast podpowiadać rozwiązania dobre, zaleca czasem stare, błędne.

Zwróciłem się do alkoholika, który najlepiej zna historię AA w Polsce i dowiedziałem się, że owszem, Wspólnota przyznała się do błędu w 1995 roku (chodziło o ustalenie trybu działania delegata KSK z pominięciem kwestii jego pracy w terenie). Ups! Trochę  jakby skromnie, prawda? W żadnym razie nie chodzi o szukanie winnych wśród konkretnych osób (o winie orzeka sąd), choć zapewne może paru osobom przydałaby się świadomość konsekwencji ich działań. Wskazywanie kogoś palcem z okrzykiem świętego oburzenia – to ty wszystko spier…! – niewiele zmieni. Chodzi jedynie o to, że tylko jeden typ błędów nie zostanie nigdy w pełni naprawiony – błędy przemilczane, ukryte, zmanipulowane. Udawanie, że nic się nie stało, że zaufani słudzy, jako całość, nigdy nie popełnili żadnych błędów, chyba jednak nie buduje zaufania do Wspólnoty, ani nie wpływa pozytywnie na jej wiarygodność.

środa, 23 stycznia 2019

Notatki sponsora (odc. 116)

Poważnym błędem ludzkiej natury jest to, że inteligentni ludzie mają wątpliwości i skrupuły, podczas gdy durnie są zawsze pewni siebie…

W popularnym portalu aukcyjnym wystawiłem na sprzedaż pewien przedmiot. Jego cenę ustaliłem na X, a koszty wysyłki na Y. Osobom, które tej formy handlu nie znają wyjaśniam, że nie da się tam wystawić na sprzedaż czegokolwiek, bez wyraźnie określonych kosztów przesyłki, a podczas finalizowania zakupu system ze trzy razy pyta, czy rozumiesz i zgadzasz się z ceną i kosztami.
W portalu tym można kupić mnóstwo przedmiotów za złotówkę, filmy, muzykę, książki, jednak zapłacić trzeba będzie ostatecznie znacznie więcej, bo sprzedawca ustawił koszty przesyłki na dwadzieścia złotych, na przykład. I wolno mu. Nie musi mi się to podobać, ale też nie muszę kupować.

Mój przedmiot kupiła pani i wkrótce potem zadzwoniła do mnie z pretensjami, że koszty wysyłki są za wysokie. Nawet starała się coś mi udowodnić, prezentując cennik poczty. Wyjaśniłem grzecznie, że koszty wysyłki, to nie tylko cena znaczka na pudełku, że w tym przypadku zawierają też cenę pudelka oraz zawiezienia go (ciężkie dosyć) na pocztę. Usłyszałem od pani, że jak ONA potrzebuje pudełko, to łatwo znajduje je na śmietniku, a na pocztę to ONA chodzi pieszo, bo spacer to zdrowie. Nie było sensu rozwijać tematu, więc stwierdziłem tylko, że klikając w stosowne miejsca zgodziła się zarówno na cenę towaru, jak i określone, konkretne koszty przesyłki. Pani poinformowała mnie, że ONA nie zwracała na to uwagi, bo ONA myślała, że te koszty będę zawierały tylko opłatę pocztową.

Zagadka: po czym poznałem, że pani, która dokonała u mnie zakupu, jest alkoholiczką?

Przypomniało mi to jak dawno, dawno temu mojego podopiecznego zaprosili na spikerkę. Na drugi koniec Polski. Trochę szalony pomysł, ale… kto bogatemu zabroni? Kłopoty pojawiły się, gdy tylko doszło do ustalania konkretów. Moje złe doświadczenia z początków spikerowania przydają się nie tylko podopiecznym, bo czasem opowiadam, że od pewnego czasu zawsze już dopytuję, kto zaprasza (w czyim imieniu) i jak wygląda sprawa zwrotu kosztów. Rozmawianie o pieniądzach może się z początku wydawać krępujące, ale tylko dzięki jednoznacznemu uzgodnieniu warunków, można uniknąć uraz, żalów, nieporozumień i pretensji. Jasne komunikaty rodzą jasne sytuacje, nieprawdaż?
W każdym razie rzecznik grupy zapraszającej zaproponował mojemu podopiecznemu nie tyle zwrot realnych kosztów przedsięwzięcia, co cenę najtańszego biletu na pociąg w obie strony. Oznaczałoby to podróż z wieloma przesiadkami, trwającą ponad siedem godzin. I wracać ma do domu zaraz po spikerce, bo ani nocleg, ani kolacja nie wchodzą w grę. Rzecznik usłyszał, że zapraszany gość nie po to kupował sobie i rodzinie samochód, żeby teraz tłuc się w poprzek kraju pociągami osobowymi, a poza tym ma już swoje lata, stan zdrowia też taki sobie, wiec ten pomysł z pociągami i zarwanymi dwoma nocami jest w jego przypadku zupełnie nie do przyjęcia. Rzecznik poznał też, bo o to namiętnie dopytywał, kalkulację kosztów w wykonaniu zapraszanego alkoholika, ale ta spotkała się tylko z jego pogardliwym prychaniem oraz teatralnymi westchnieniami. Podopieczny podziękował jednak grzecznie za zaproszenie i… w tym momencie cała sprawa mogła się skończyć, a strony rozstałyby się w miłej i przyjaznej atmosferze. Kłopot w tym, że rzecznik zaczął drążyć, argumentować i udowadniać.

Zapraszający alkoholik, rzecznik, strażnik Tradycji, oświadczył, że ON nigdy nie wpadłby na pomysł takiego wyłudzania pieniędzy od AA (insynuacja, że realny zwrot kosztów to wyłudzanie!), że ON albo odmawia przyjmowania pieniędzy od grupy zapraszającej, albo otrzymaną kwotę manifestacyjnie wrzuca z powrotem do ich kapelusza. Poinformował też mojego podopiecznego, że ten najwyraźniej nie zna Tradycji AA, skoro nie wie, że zaproszonemu spikerowi zawsze i wszędzie zwraca się tylko cenę przejazdu najtańszym środkiem lokomocji, a o jakimś wyżywieniu lub noclegu, to w ogóle nie ma mowy. Było też coś o braku wdzięczności dla Wspólnoty, o porównaniu pieniędzy kiedyś przepitych do cen paliwa, ale to już mniej ważne.

To że wielu alkoholików myli realne koszty z ceną biletu, znaczka itp., jest oczywiste i chyba nawet dość częste. Jednak zrozumienie, kto ostatecznie ustala te koszty, i że nie sumienie grupy AA w Polsce, najwyraźniej sprawia już potężny kłopot. Ale przecież sam takie rzeczy robiłem! Po pijanemu starałem się udowodnić w sklepie albo w restauracji, że mają za wysokie ceny/marże alkoholu, bo przecież tona ziemniaków w skupie kosztuje… Obecnie, jeśli mnie na coś nie stać, to tego nie kupuję, ale nie staram się już udowodnić i wykazać, że sprzedawca jest oszustem, złodziejem, wyłudzaczem.

Poziom egocentryzmu nietrzeźwych alkoholików wydaje mi się porażający – skoro ON/ONA coś tam uważa za słuszne, ONA/ON coś robi w określony sposób, to jest to wyraźnie niezbity dowód, że tak należy, że to jest właściwe, i wszystkich powinno obowiązywać. Mocne!

Przerzucanie na innych ludzi odpowiedzialności za własne pomyłki i niedopatrzenia może zrozumiałbym u pijanych, ale w przypadku alkoholików niepijących, rzekomo po Programie (ciekawe jakim?), obserwują z pewnym niesmakiem. U takich ludzi częstym dowodem na coś są też ich własne myśli: ja myślałem, że zrobisz mi to taniej, bo w końcu jesteśmy kolegami z AA. I teraz to inni mają odpowiadać za to, co ONA/ON sobie wymyślił!? Oczywiście takie sztuczki też robiłem po pijaku, też starałem się – rodzinę zwłaszcza – wrobić w poczucie winy argumentem „a ja myślałem, że…”.

Na koniec absurdalne, niebezpieczne przekonania, że we Wspólnocie AA są jakieś sztywne zasady  albo praktyki identyczne na całym świecie i wszystkich alkoholików obowiązujące, ale – co najważniejsze – dające się opisać w jakimś AA-owskim kodeksie. Świeczka pali się na każdym mityngu, nawet na innej półkuli, najlepiej kapelusz dzielić procentowo, weteran to ktoś, kto nie pije 25 lat i więcej… Przykładów są setki.

Sobotni warsztat nowego wydania Wielkiej Księgi odbył się w Opolu dopiero trzy razy (potrwa jeszcze parę tygodni), ale jego uczestnicy już zauważyli, że treść w tej wersji jest mniej autorytarna, mniej restrykcyjna, mniej… hm… czarno-biała. I bardzo dobrze. Mam też nadzieję, że podobny duch pojawi się w kolejnej wersji naszego Poradnika dla Służb, bo obecny jest nie tylko napisany urzędniczą nowomową, zalecający z naciskiem jedynie słuszne rozwiązania, ale też zawiera (niekiedy) zupełne bzdury.


Przekonanie o własnej racji na wesoło: https://www.youtube.com/watch?v=J1lrUY86i_w

niedziela, 13 stycznia 2019

Kontrowersyjne treści w WK


Z lektury wstępu do „Codziennych Refleksji” dowiedziałem się, że cytaty w nich zawarte są fragmentami literatury AA, ale same refleksje, autorstwa jakichś tam członków AA, nie zawierają stanowiska Anonimowych Alkoholików w żadnej sprawie. Czyli mają wartość dokładnie taką, jak dowolna wypowiedź na mityngu – ni mniej, ni więcej.

Chciałem się dowiedzieć, jaka relacja (może podobna?) zachodzi między wypowiedziami zawartymi w historiach osobistych z Wielkiej Księgi, a oficjalnym stanowiskiem AA, ale o tym nie napisano w żadnym wstępie, a jest ich wiele. Już raz zetknąłem się w tej książce z sugestią, że na Programie przyznać to się trzeba tylko do niektórych rzeczy i całkiem wystarczy z grubsza tylko zorientować się, o co chodzi, bo najwyraźniej rzetelność i dokładność anonimowym alkoholikom nie jest potrzebna. Teraz znowu to…

Na przykład w AA mówią nam, że nie możemy sobie pozwolić na urazy i użalanie się nad sobą, więc uczymy się unikać tych wyniszczających postaw. W podobny sposób pozbywamy się poczucia winy i wyrzutów sumienia, gdy podczas pracy nad Krokiem Czwartym i Piątym programu powrotu do zdrowia „wyrzucamy śmieci” z naszej głowy[Cytat z książki „Anonimowi Alkoholicy”, wydanie z 2018 roku, s. 566].

Normalni ludzie (i nie chodzi mi tylko o to, że niealkoholicy), jeśli zrobią komuś jakąś krzywdę, czują wstyd, poczucie winy, wyrzuty sumienia. Uczuć takich nie doświadczają albo nazywają śmieciami i potrafią wyrzucić ze swojej głowy, psychopaci lub socjopaci. W tym momencie zastanawiam się, czy - i ewentualnie w jaki sposób - tacy ludzie realizują Krok Ósmy oraz Dziewiąty – skoro już poczucie winy i wyrzuty sumienia wywalili ze swojej głowy, to zapewne na liście osób skrzywdzonych pozostali już tylko oni sami. Ale mniejsza z tym.

Poczucie winy i wyrzuty sumienia, to uczucia wyższe dane nam przez Boga. Odróżniają one ludzi od dzikich zwierząt (co do oswojonych psów i kotów nie byłbym już taki pewien), które zabijają po prostu dlatego, żeby mieć co żreć i przeżyć.  Nie jestem pewien, czy jest mi po drodze z ludźmi, którzy takie uczucia nazywają śmieciami i chcą oraz jakoś potrafią wyrzucić je ze swojej głowy. Może i z tymi, którzy „tylko” zalecają takie postawy i uważają je za reprezentatywne dla swojej wspólnoty.

I tu moja pilna prośba do powierników, by spowodowali, żeby Wspólnota AA w Polsce zwróciła się do stosownych służb w Nowym Jorku (zapewne do Biura Usług Ogólnych lub AAWS), z prośbą o interpretację i wyjaśnienie, czy historie osobiste zawarte w Wielkiej Księdze zawierają oficjalne stanowisko Wspólnoty AA, wobec jakichkolwiek kwestii i czy opisane w niej postawy, przekonania i zachowania są – według AA – wartościowe, godne polecenia i naśladowania.

środa, 9 stycznia 2019

Żeby choć trochę podobna!


Był kiedyś taki warsztat, bodajże w Bełchatowie, gdzie Bob (amerykański weteran) mówił o Tradycjach. Materiał ten jest bardzo długi, ale mnie uderzyły dwie kwestie. Jedna dotyczy zmiany wersji długiej Dwunastu Tradycji na krótką, powodów tego i konsekwencji, a druga – realnego podziału Wspólnoty AA.

Najpierw jednak pytanie: czy ktoś pamięta jeszcze wyroby czekoladopodobne? Bo mnie się czasem wydaje, że my, w Polsce, mamy coś wspólnotopodobnego, podobnego chyba tylko z nazwy i pozorów.

Anonimowi Alkoholicy (w USA) popełnili już chyba wszystkie możliwe błędy w swojej ponad osiemdziesięcioletniej historii, więc powinniśmy się na ich doświadczeniach uczyć, a nie wiecznie wymyślać nasze polskie rozwiązania – zresztą zupełnie odmienne od już wypraktykowanych na świecie i przynoszące zwykle efekty… co najmniej problematyczne.

Bob mówił (pisownię zostawiłem taką, jak dostałem w pliku .pdf)…
Nie chcę być negatywnie nastawiony, ale obecnie AA na całym świecie jest podzielone na dwie części. Nie wiem czy w efekcie finalnym to będzie dobre czy złe. Po prostu wiem z obserwacji, że to się dzieje. Podział ma miejsce na dwa obozy, które maja bardzo mało ze sobą do czynienia. Jest to bardzo widoczne w Stanach Zjednoczonych, nie wiem czy tak samo jest w Europie. Jeden z obozów istnieje po to by służyć jedynemu celowi. Obóz ten robi wszystko żeby pomagać ludziom, aby wykonywać służby, robić Kroki, czytać Wielką Księgę. Ludzie ci robią wszystko, żeby odsunąć siebie, swoje ego na bok, aby służyć wyższemu celowi i etyce. Tymczasem drugi obóz jest skupiony tylko na jednej rzeczy, naprawianiem swoich problemów – ja, ja, ja, ja, ja, ja, ja. Ten obóz myśli, że obóz pomagający innym to fanatycy.

Na ten temat było i jest dużo więcej, ale w tym momencie i na potrzeby tego, co chcę pokazać, powinno wystarczyć.

Otóż słyszałem już i czytałem w naszym środowisku, że są przyjaciele, którzy nawołują do udawania, że podział grup AA na typ A i B (albo X i Y, bo nie o nazwy tu chodzi) w Polsce nie istnieje. To udawanie, oszukiwanie siebie i innych, ma rzekomo służyć jedności Wspólnoty AA. Ups! Od kiedy to sprzeczanie się z faktami i zakłamywanie rzeczywistości komukolwiek w czymkolwiek pomogło? Czy udając, że wszystko jest w zupełnym porządku, można cokolwiek naprawić, zmienić?

W Ameryce dostrzegają problem i może już nawet myślą nad rozwiązaniami, w Polsce lansowana jest propaganda sukcesu: Jest cudownie, a będzie jeszcze lepiej, żadnych podziałów nie ma, bo my tak postanowiliśmy! Ba! Nawet próbuje się tutaj namawiać, przekonywać, wręcz przymuszać innych, by też udawali i głosili, że jest idealnie, znakomicie i bezpodziałowo. I to niby w imię wspólnego dobra i jedności!

Bob stwierdził, że nie wie, czym się to finalnie skończy, i ja też nie wiem. Mamy mnóstwo lat doświadczeń (z pijanego życia) w udawaniu i zakłamywaniu, więc może uda się i tym razem? Z podobnym skutkiem... 

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Notatki sponsora (odc. 115)


Podopieczny oznajmił, że ma kłopot ze zrozumieniem pewnych tekstów i bez zwłoki przeczytał mi z Wielkiej Księgi:

Mityngi dały mi to, co mój sponsor lubi nazywać jednym z najważniejszych słów w Wielkiej Księdze – AA sprawiło, że w moim życiu pojawiło się słowo »my«. »Przyznaliśmy się, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu…«. Już dłużej nie musiałem być sam. [s. 516]

A następnie, z intensywnie zalecanego w naszym najnowszym „Poradniku dla służb” „Scenariusza prowadzenia mityngu” (tego niebieskiego), ze strony 6, że podczas mityngu…

Każdy mówi tylko o własnych doświadczeniach, poglądach i przeżyciach, nie teoretyzuje, nie krytykuje i nie ocenia wypowiedzi innych. Nie używa słów – my, wy, oni.

I zapytał: czy my w Polsce na pewno należymy do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików?

Teraz to ja mam pewien kłopot. I nie, nie chodzi o to, że w Pierwszym Kroku raz jest „Przyznaliśmy, że…”, a tutaj znowu „Przyznaliśmy się, że…”. Z tym sobie jakoś poradzę. Chyba...

Dawno temu, bo w 2014 roku (i nie tylko) pisałem o tym, że bardzo liczyłem na polski "Poradnik dla służb", ale kiedy został wydany, zacząłem żałować, że się to stało, bo zbyt wiele wspólnego z Anonimowymi Alkoholikami to on nie ma.
https://meszuge.blogspot.com/2014/09/o-poradniku-dla-suzb-aa.html
https://meszuge.blogspot.com/2015/01/notatki-sponsora-odc-048.html 
https://meszuge.blogspot.com/2017/03/notatki-sponsora-odc-081.html 

niedziela, 6 stycznia 2019

Najlepszy film o alkoholizmie


Na początku swojego trzeźwienia przestałem chodzić do kina na lat prawie dwadzieścia. Ostatnim filmem, jaki oglądałem w kinowej sali był, jak sądzę, „Szeregowiec Ryan” – z kina „Odra” wyszedłem z bolącą głową – poziom hałasu okazał się trudny do zniesienia. Jednak nie tylko z tego powodu zrezygnowałem z kina. Także nie dlatego, że w Opolu zamknięte zostały wszystkie znane mi kina; ich miejsce zajął „Kinoplex”, później i obecnie „Helios”, kina bardziej nowoczesne, z kilkoma salami. W każdym razie jakoś tak wyszło, a ja nie upierałem się, żeby ten stan rzeczy zmieniać. Filmów na płytach DVD i w internecie miałem przecież aż nadto.

Kiedyś przeczytałem „Antyporadnik”, a później „Alkoholiczkę” Miki Dunin. Kiedy ich autorkę poznałem już osobiście obiecałem, że do kina wybiorę się, ale dopiero wtedy, kiedy to ona zrobi film o alkoholiczkach w Polsce. Był to czas, w którym taka ewentualność była równie prawdopodobna, jak wizyta kosmitów w Prószkowie. Ale – jak mawia mój sponsor – dopóki nie pijemy wszystko jest możliwe…

Jakoś tak przed południem zadzwonił telefon. Kumpel z AA, facet z którym znamy się ze dwadzieścia lat (czasem mawiamy żartobliwie, że jesteśmy jak stare złe małżeństwo), zaprosił mnie do kina. I stało się coś dziwnego. Nie przypomniałem mu, że ja nie lubię chodzić do kina, nie pytałem o jaki film chodzi – po prostu zaproszenie przyjąłem i umówiliśmy się. Chwilę po odłożeniu słuchawki zacząłem mieć wątpliwości, co ja tu wyrabiam, po co mi to itp., ale jakieś takie umiarkowane. Dałem się poprowadzić, po prostu.

Może dlatego zupełnie nie zaskoczyło mnie to, że w kinie udaliśmy się do sali, w której wyświetlano film „Zabawa, zabawa” według scenariusza Miki Dunin – film o polskich alkoholiczkach. Ups! Cuda się dzieją? Ano, dzieją. A bo to pierwszy raz?

„Zabawa, zabawa” to najlepszy polski film na temat alkoholizmu. NAJ-LEP-SZY. Temat oraz wyzwanie tym trudniejsze i ważniejsze, że bohaterkami są kobiety, trzy alkoholiczki. W różnym wieku, funkcjonujące w różnych środowiskach, po prostu zupełnie inne: wspinająca się po szczeblach kariery pani prokurator, studentka, pracująca też w korporacji oraz wielce szanowana lekarka, pani profesor; szanowana tylko do czasu, ale to chyba jest oczywiste. Tylko uzależnienie jakby wiecznie to samo…

Konsekwencje narastają, bohaterki piją i uparcie zaprzeczają, że mają jakikolwiek problem z alkoholem. Przerażające jest to, że robią to czasem w sposób wręcz groteskowy, w sytuacjach i okolicznościach, które powinny pozbawiać je wszelkich złudzeń, ale dzięki kapitalnemu aktorstwu nie ma wątpliwości, że one w pełni wierzą w te swoje absurdalne wersje. Nie wierzyłem, że ktoś nieuzależniony potrafi TO wiarygodnie zagrać. Wizja jest perfekcyjnie wręcz prawdziwa, realna, a ja coś o tym mogę powiedzieć (niestety); nawet taki drobiazg, jak specyficzne picie (cedzenie) alkoholu przez zęby przez lekarkę.

Wdzięczny jestem ekipie, ale oczywiście reżyserce, scenarzystce i aktorom przede wszystkim, za to, że oszczędzili widzom prymitywnego epatowania fizjologią, jak to było w „Pod Mocnym Aniołem”. Albo załatwienia sprawy stereotypową wizją alkoholika, mężczyzny, menela („Szczur w koronie”). W „Zabawie” wszystko jest wyważone, w odpowiednich proporcjach, a film, choć bardzo prawdziwy, jest jednocześnie sztuką przez duże „S”. Udało się też uniknąć naiwnego moralizowania i dydaktyki, a o to, nawet niechcący, bardzo łatwo. Dzieło filmowe klasy najwyższej, po prostu. To nie rzemiosło, to artyzm.
Podczas projekcji nie słyszałem odgłosów charakterystycznych dla konsumpcji prażonej kukurydzy w ilościach hurtowych, ani prymitywnych, niby zabawnych komentarzy, a po zakończeniu filmu widzowie rozchodzili się w ciszy. Coś takiego – jak twierdzą znajomi kinomani – podobno rzadko się obecnie zdarza w kinach.

Ważna uwaga. Nie ulega dla mnie wątpliwości: książka „Alkoholiczka”, film „Zabawa, zabawa” oraz najnowsza powieść Miki Dunin „Miłość i inne deliria” – to różne oblicza tej samej prawdy, tego samego problemu, w którym nie chodzi  tylko o picie. W pewnym sensie jest to trylogia, która tworzy (przejmującą) wspólną całość.




PS.
Pytało mnie już kilka osób, czy mi się wszystko podobało. No więc nie, nie wszystko. Nie podobały mi się sceny z policjantami. Duże miasto, różne pory doby, różne miejsca i zawsze tych samych dwóch gliniarzy? I to takich umiarkowanie rozgarniętych? Coś jak Pat i Pataszon? Po co to? Dlaczego? Nie pisałem o tym wcześniej, bo to drobiazg, to nie jest film o policjantach. Na szczęście.

Rozwiązanie jest zbyt proste?

Najnowsze wydanie książki „Anonimowi Alkoholicy”, wydane pod koniec 2018 roku, zawiera na okładce informację: Jest to czwarte polskie wydanie „Wielkiej Księgi”. W związku z tym, pół żartem, pół serio, ogłosiłem w internecie konkurs – zaprezentowałem siedem różnych okładek naszej Wielkiej Księgi i zapytałem, która z tych książek jest wydaniem czwartym i dlaczego ta właśnie? Dla ułatwienia zawarłem w tym zadaniu podpowiedź:


Edycja to jednorazowy nakład dzieła, jednorazowe wydanie płyty, kasety itp.
Wydanie to ogół egzemplarzy książki, odbitych z tego samego składu drukarskiego.

Uważałem bowiem z możliwe, nawet bardzo prawdopodobne, że anonimowi alkoholicy w Polsce zabrali się za numerowanie wydań swojej Wielkiej Księgi, nie wiedząc nawet, czym jest to wydanie. Nie otrzymałem żadnej w pełni satysfakcjonującej odpowiedzi, choć bardzo pomógł autor „Historii AA w Polsce”, a tutaj dodam od razu, że ja też jej nie znam. Ogłaszając konkurs chciałem się czegoś dowiedzieć o historii naszej podstawowej pozycji, czegoś się nauczyć. I faktycznie coś przy tej okazji zrozumiałem, ale w temacie zupełnie innym niż numeracja wydań WK. 

W przedmowie do „Anonimowych Alkoholików” z 2018 roku (s. XIV) napisano, że w drugim wydaniu… oprócz „Opinii lekarza” i jedenastu rozdziałów tekstu podstawowego, zostały zamieszczone cztery oryginalne historie osobiste pionierów AA oraz teksty wstępne i sześć dodatków. No cóż, ja mam drugie wydanie. Nawet dwa egzemplarze wydane w różnych latach. Nie ma w nim czterech historii amerykańskich AA. Jest za to siedem piciorysów polskich alkoholików, co miało rzekomo pojawić się dopiero w wydaniu trzecim. Żeby było jeszcze śmieszniej dodam, że były wydania zawierające „Wyznanie lekarza” dra Woronowicza na początku książki, były wydania które „Wyznanie” zawierały pod koniec książki i były wydania, które go nie zawierały. Tu warto przypomnieć sobie, co to jest wydanie.

Wbrew pozorom nie chodzi mi jednak o problematyczną numerację wydań WK, ale o… alkoholizm jako poważną chorobę.

Jest rok 2019. Wszystkie dotychczasowe wydania WK, ile by ich nie było, wydane zostały w przeszłości – zgadza się? Przeszłości można nie znać, nie pamiętać, ale nie można jej zmienić. Przeszłość jest/była elementem rzeczywistości, faktem, a z faktami ludzie trzeźwi ponoć nie dyskutują. Choć trudno w to uwierzyć, przeszłości nie można zmienić nawet decyzją sumienia grupy AA w Polsce!

Kiedyś już zetknąłem się z czymś podobnym. Pisząc opinię na temat książki „Historia AA w Polsce”, znakomitej zresztą, którą gorąco polecam! Pisałem wtedy:

Zaskoczył mnie trochę sposób datowania narodzin grup AA. Fakty pozostają faktami bez względu na to, czy je pamiętamy, czy nie. Jeśli nie pamiętamy, to nie wydaje mi się, by można je sobie ustalać mocą decyzji jakiegoś gremium. Sumienie grupy AA ma spore kompetencje, to prawda, ale czy może swoimi decyzjami kreować rzeczywistość?
https://meszuge.blogspot.com/2012/05/historia-aa-w-polsce-tom-1.html   
To oczywiście nie jest zarzut wobec autora świetnej książki, ale raczej wobec tych, które takie „fakty” mu podawali.

Jeśli nikt już nie pamięta na sto procent daty powstania grupy, to wybierzmy jakąś zbliżoną, a następnie po wsze czasy informować będziemy, że „rocznica grupy przypada umownie w dniu…”.
Jeśli mamy taki bałagan w numeracji wydań WK, to może wystarczyło umówić się, że to najnowsze będzie miało numer IV, żeby wyrównać numerację do amerykańskiej. Bo śmiesznie by było, gdyby w USA były cztery wydania Big Book, a w Polsce np. dziewięć Wielkiej Księgi. Czy jest coś złego w określeniu „umowne wydanie IV”? Ależ nic! Poza tym tylko, że jest to... zbyt proste.

Często powtarzam, że: Anonimowi Alkoholicy dysponują prostym Programem dla prostych ludzi, którzy obsesyjnie komplikują proste sprawy.

Oraz inne: Ludzie normalni dostosowują swoje zachowania i przekonania do zmieniającej się rzeczywistości. Ludzie zaburzeni, nietrzeźwi starają się zmienić rzeczywistość, przeszłość, fakty, i dostosować je do swoich przekonań.

Jeszcze to nie nastąpiło, ale zapewne lada moment usłyszę lub przeczytam, że: „ale my w AA inaczej rozumiemy wydanie”. Ależ oczywiście! Wiem! Anonimowi Alkoholicy w Polsce mają inne zasady, inne prawa, inną niż bibliograficzna i księgarska numerację wydań książek, coraz bardziej inne od powszechnie przyjętego, sekciarskie słownictwo, inne… A mnie się kiedyś wydawało, że trzeźwość oznacza powrót do normalności!

Nad jednym się jeszcze zastanawiam, czy Wspólnota AA w Polsce jest coraz bardziej oderwana od rzeczywistości, czy może zawsze taka była i tylko ja tego nie widziałem? A może tak właśnie trzeba? Oderwać się od rzeczywistości jak tylko się da, żeby w pełni skupić się na wytrzeźwieniu? Sam już nie wiem...

A może kichać to wszystko? Jakąś rzetelność, dokładność, odpowiedzialność? Żyjemy w rzekomo wolnym kraju, każdy tu może numerować swoje wydania, jak mu samowola podpowiada, więc czemu z tej (dziwnie nieco pojmowanej) wolności nie mieliby skorzystać także Anonimowi Alkoholicy w Polsce?

sobota, 5 stycznia 2019

Zagadka dla P.T. Czytelników


Na obrazku poniżej pokazana jest książka „Anonimowi Alkoholicy”, wydana w listopadzie 2018 roku przez Fundację BSK. Zdjęcie pochodzi ze strony AA w Polsce (https://sklep.aa.org.pl/anonimowi-alkoholicy-iv-wydanie-p-110.html).




Tutaj natomiast zebrałem inne wydania „Anonimowych Alkoholików”. Z jednym wyjątkiem mam albo miałem je wszystkie. Na obrazkach wersje oznaczone jako 5 i 6 (wydanie II i III) odrobinę się różnią kolorystycznie, ale w rzeczywistości ich okładki są identyczne. Numery pod obrazkami umieściłem tylko tak, dla porządku, żeby je jakoś odróżniać, nie mają one nic wspólnego z numerem wydania ani edycji.

Zagadka albo zadanie dla Szanownych Czytelników. Który z tych siedmiu w sumie obrazków przedstawia IV wydanie naszej Wielkiej Księgi, i dlaczego właśnie ta książka, a nie inna? O odpowiedzi proszę w komentarzu.



 
  
 



Uprzejmie informuję, że ja, niestety, żadnej prawidłowej i jedynie słusznej odpowiedzi nie znam, po prostu chciałbym się przy tej okazji czegoś dowiedzieć, bo numeracja naszych Wielkich Ksiąg jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. 

Może dla ułatwienia dodam, że:
Edycja to jednorazowy nakład dzieła, jednorazowe wydanie płyty, kasety itp.
Wydanie to ogół egzemplarzy książki, odbitych z tego samego składu drukarskiego.


piątek, 4 stycznia 2019

Nowy problem polskich AA


Zastanawiałem się, czy w poprzednim artykule o sztucznych problemach generowanych przez alkoholików we Wspólnocie AA w Polsce, nie przesadziłem, nie zaprezentowałem zbyt czarnej wizji… Może nie jest aż tak źle, może mi się wydawało, może to ta pogoda… Wtedy zadzwonił telefon. Później dostałem dwa SMS-y, parę e-maili, następnego dnia znowu jakieś telefony. Trwało to ze trzy dni, a dzięki moim rozmówcom zorientowałem się, że w AA pojawił się kolejny bardzo poważny problem.

- Czy my w AA mamy prawo, możemy, wolno nam itp. bo sformułowania bywały różne, a więc, czy mamy prawo używać określenia „nowa Wielka Księga”? Bo ktoś to może źle zrozumieć, ktoś coś sobie pomyśli, i czy nie lepiej byłoby mówić „stara Wielka Księga w nowym wydaniu” albo „czwarte polskie wydanie Wielkiej Księgi”? Wersja z listopada 2018 raczej nie jest czwartym wydaniem ani czwartą edycją, ale co tam!

Postanowiłem pomyśleć trochę, zanim coś napiszę/odpiszę/odpowiem. Wykąpałem się – po kąpieli zawsze się czuję jak nowy, choć jestem już stary. Ubrałem nowe skarpetki – to znaczy stare, bo kupione ponad pół roku temu, ale nigdy jeszcze nie noszone. Zaparzyłem nową yerba mate, ale w sumie to starą, bo dostałem ją już jakiś czas temu, przejrzałem nową „Alkoholiczkę” Miki Dunin, to znaczy nowe wydanie z inną okładką, bo tam nieźle szuka mi się natchnienia, i ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie… Nie przesadziłem, nie widzę niczego zbyt pesymistycznie, a pogoda nie ma tu nic do rzeczy.

Alkoholizm to straszna psychiczna choroba!

I to wszystko. Teraz muszę poczytać nową Wielką Księgę, bo jutro zaczyna się u nas Warsztat Wielkiej Księgi, i chcę być przygotowany. Czemu nową? Nową, bo w całości na nowo przełożoną i to całkiem nieźle zresztą (to nie tylko poprawa paru błędów), z historiami osobistymi amerykańskich AA, to jest w wersji, której jeszcze nigdy w Polsce nie było. Amen.

A w następnym wpisie będzie zagadka dla czytelników.

wtorek, 1 stycznia 2019

Nauka życia we Wspólnocie


Na jakimś forum internetowym wpadło mi niedawno w oczy zdanie, którego podczas mityngów AA nie słyszałem już kilkanaście lat. Może dlatego też nigdy się tym tematem nie zajmowałem albo o tym zapomniałem. A chodzi mi teraz o przekonanie, stwierdzenie: na mityngach uczę się życia. Bardzo dawno temu było ono popularne, ale mnie prawie od początku wydawało się trochę jakby przesadzone, wątpliwe – mniej lub bardziej. Później jakoś tak zniknęło, a ja nawet nie zauważyłem, kiedy się to stało.

Przełom roku to dobry czas na różne bilanse i obrachunki, więc tym razem zastanowię się, czy prawdziwe jest powiedzenie, że na mityngach uczę się życia, a także, czego mogę się nauczyć podczas spotkań AA w Polsce i w ogóle we Wspólnocie.

Mogę nauczyć się zgłaszać do wypowiedzi i czekać, aż mi pozwolą zabrać głos – przyda się na pewno, kiedy tylko zasiądę w sejmie. Jeśli nie będę bardzo uważny, mogę nauczyć się sekciarskiego podwójnego języka (double talk – typowe dla wielu sekt używanie słów w innym znaczeniu niż słownikowe, np. akredytacja, dylemat), nadużywania zaimków osobowych i dzierżawczych (ja, mnie, mój), ale mogę też oduczyć się rażącego używania wulgaryzmów (ja pierdolę, jebać, kurwa,), choć z tym bywa już różnie. Mogę nauczyć się prowadzić spotkanie AA oraz recytować ze wzruszeniem „Dezyderaty”, „Orędzia serca”, „Listy Kiplinga” i inne takie poetyckie utwory. Z trzeźwością nie ma to nic wspólnego, z normalnym życiem też nie, ale jakie energetyczne i podniosłe!
A czy słyszał ktoś w „normalnym” życiu: nabyłem i spożyłem jedna druga litra alkoholu? Tak, specjalnego terapeutycznego języka też można się nauczyć, nawet nie będąc nigdy klientem psychoterapii odwykowej.

W swoich początkach we Wspólnocie wierzyłem, że na mityngach uczę się rozwiązywać różne problemy, ale to przekonanie posypało mi się stosunkowo szybko, bo i jaką naukę z cudzej opowieści mogę wyciągnąć, jeśli z założenia, nawet w myślach, nie wolno mi jej przydatności nijak ocenić albo porównać jej z moją konkretną sytuacją? Chodzi oczywiście o cudaczne nakazy i zakazy zawarte w scenariuszach mityngów.

Z czasem zrezygnowaliśmy, mam tu na myśli mityngi, na których często bywam w moim mieście, z takich zakazów i nakazów, wywodzących się z zajęć grupowych psychoterapii odwykowej, i wtedy, nawet dość długo, wierzyłem w tę naukę rozwiązywania różnych problemów – może nie tyle podczas spotkania AA, co we Wspólnocie, tak w ogóle. Ten okres trwał u mnie najdłużej, bo dopiero stosunkowo niedawno zorientowałem się, że jest tutaj pewne „ale”. I krew mnie zalewa ze złości na samego siebie, bo przez lata jakoś nie wpadłem na to, by zadać sobie pytanie: jakie konkretnie problemy uczę się rozwiązywać we Wspólnocie AA w Polsce?

Koniec końców sami stworzyliśmy nasze problemy. [WK, s. 104]

W AA, choć niekoniecznie podczas mityngów, mogę nauczyć się rozwiązywać problemy... sztuczne, sztucznie stworzone przez alkoholików w naszym specyficznym środowisku. I chyba tylko takie, bo czy można nauczyć się we Wspólnocie rozwiązywania problemów innych niż alkoholizm? Kłopoty ze zdrowiem powierzamy lekarzowi, z samochodem – mechanikowi, z cieknącym kranem – hydraulikowi, z zegarkiem… Co miałby robić w AA alkoholik, którego problem alkoholowy został już rozwiązany? Może, a nawet powinien, pomagać innym wytrzeźwieć, oczywiście, ale to nadal ten sam problem. A poza tym? Ano, może generować jakieś nowe, sztuczne problemy i namiętnie je rozwiązywać albo przerzucać zmagania z nimi na innych członków Wspólnoty. Chyba dopiero teraz w całej pełni zrozumiałem pozornie zabawne powiedzenie, że… alkoholik to takie cacuszko, co to aby żyć, musi mieć problemy, a jak ich nie ma, to sobie wymyśli, a jak już wymyśli, to musi je rozwiązywać, a jak rozwiązać nie potrafi, to użala się nad sobą.

Tak, my w AA sami tworzymy we Wspólnocie nasze, coraz to nowe, problemy. Nie, nie sądzę, żebyśmy robili to złośliwie albo ze złej woli. Tak, to jest po prostu alkoholizm. Nie ma znaczenia, że część z tych problemów zostanie rozwiązana, bo na ich miejsce my sami albo nasi przyjaciele z AA stworzą nowe. I też zupełnie oderwane od zwykłego życia.

Prosty przykład, bardzo zresztą na czasie. Przez wiele lat mieliśmy trudności z tłumaczeniem Wielkiej Księgi, bo jej treść dostosowana była do przekonań psychoterapeutów. Po kilku latach pracy dwóch zespołów tłumaczy doczekaliśmy się nowej wersji. Prawdopodobnie przekład jest bardziej wierny, ale właśnie… może nawet za bardzo, za bardzo dosłownie. W efekcie dostaliśmy dzieło stylizowane na gwarę staropolską (a niby po co?) z wieloma rażącymi błędami. O absurdalnych i żenujących typu „brak siły – to był nasz dylemat” albo „zasady są ważniejsze od osobowości” już było nie raz, więc dodam tylko, że moim zdaniem Program AA jest Programem działania, a nie wnikania w cudze osobowości lub ambicje. Także w działaniu – albo braku rozsądnego działania – wyraża się trzeźwość. Choć także w zdolności do przyznawania się do błędów. A zajmowanie się osobowościami (skoro nie podano, jakimi, to widocznie wszystkimi) ewidentnie narusza naszą Tradycję Dziesiątą, bo my w AA nie zajmujemy się kwestiami osobowości osób spoza Wspólnoty.

Niżej prezentuję kilka innych przykładów.

Wiemy, że jeśli alkoholik powstrzyma się od picia w ciągu wielu miesięcy czy lat, zachowuje się podobnie jak inni. [s. 22]
Tak? To po jaką cholerę jakieś Programy i sponsorzy?

Przyznaliśmy się do pewnych wad. Ustaliliśmy z grubsza, w czym tkwi problem. [73]
Tak? To nie potrzeba rzetelności i dokładności, bo wystarczy tylko trochę i z grubsza?

Uważamy, że człowiek, który oświadcza, iż wystarczy sama trzeźwość, jest bezmyślny. [83]
Tak? To co niby trzeba jeszcze? Skoro sama trzeźwość jest objawem bezmyślności?

Przypomnij kandydatowi, że jego powrót do zdrowia nie zależy od ludzi. Zależy od jego relacji z Bogiem. [100]
Faktem jest, że on musi pracować z innymi, aby utrzymać swoją własną trzeźwość. [120]
Co jest?! To w końcu zależy od pracy z innymi ludźmi, czy tylko od relacji z Bogiem?

Takich stwierdzeń, które nie muszą, ale mogą rodzić problemy, jest w tej książce więcej. A my w AA, w naszych przytulnych salkach mityngowych, przez następnych kilkadziesiąt lat namiętnie będziemy je rozwiązywać, nie zauważając, że z życiem nie mają one zupełnie nic wspólnego.
No, ale tak jest w oryginale! – ktoś zawoła. Zapewne tak, tylko przypominam, że nie bardzo wiadomo, kto jest autorem pewnych określeń w naszej WK (patrz: https://meszuge.blogspot.com/2016/09/kto-napisa-wielka-ksiege.html) oraz to, że „Anonimowi Alkoholicy” to w sumie poradnik dla pijaków, a nie jakieś święte dzieło.

A wracając do tematu i reasumując... Nie, na mityngach, ani w ogóle w AA, nie nauczymy się życia. Życia można nauczyć się tylko w życiu (a pływania tylko w wodzie) – a Wspólnota AA stawia sobie chyba jednak inne cele.