środa, 29 listopada 2017

Notatki sponsora (odc. 092)

Z wycieczki do USA i dzięki obserwacji kilku tamtejszych mityngów kolega przywiózł pomysł na dodanie do scenariusza naszych spotkań pewnego zdania. Podobało nam się ono mniej lub bardziej, ale skoro w samej Ameryce tak robią… W końcu tam chyba najlepiej wiedzą, jak powinna funkcjonować grupa, a my chcemy się uczyć od najlepszych. Po latach, w miarę pogłębiania znajomości języka angielskiego, kolega zorientował się, że źle to zdanie przetłumaczył, więc my teraz na mityngach kilku grup czytamy coś, co może jakiś tam sens ma, ale jednak odmienny od tego amerykańskiego. Swoją drogą bardzo mi ów kolega zaimponował przyznając się do tego błędu publicznie. Jednak nie o postawę kolegi – powtarzam, godną uznania – teraz mi chodzi.

Grupa stanęła w obliczu (niewielkiego) problemu, bo i co z tym fantem teraz zrobić? Usunąć kłopotliwe zdanie ze scenariusza? Zmienić na właściwie przetłumaczone? W tym momencie dałem się zaskoczyć. Niektórzy trzeźwi alkoholicy, którzy godzinę temu albo przed tygodniem lub dwoma deklarowali otwartą głowę i gotowość na zmiany, starali się teraz gorączkowo wymyślić jakiś sens tego błędnego tłumaczenia, byle tylko niczego nie trzeba było zmieniać. Ups! Natychmiast przypomniały mi się czasy, kiedy z zajadłym oporem spotykały się moje propozycje zmian w scenariuszu, na przykład rezygnacja z przyjmowania nowicjuszy do Wspólnoty AA i zadawania im jakichś pytań.

Teraz pozornie inna sprawa. Tak się jakoś złożyło, przypadkiem albo i nie, że na dwóch mityngach mowa była o tym, czy alkoholik do końca życia powinien uczestniczyć w tych mityngach, z jakich powodów i po co na mityngi AA chodziliśmy kiedyś, a po co teraz, po latach abstynencji i po Programie… Słuchałem uważnie wypowiedzi, bo i ja nie mam na razie jeszcze w pełni sprecyzowanego zdania na ten temat. Chodzi mianowicie o kwestię kardynalną: czy rację mają Anonimowi Alkoholicy i z alkoholizmu można całkowicie wytrzeźwieć, czy może jednak psychoterapeuci, twierdzący, że alkoholicy mogą sobie trzeźwieć do końca życia, ale nigdy nie wytrzeźwieją i zawsze już będą potrzebowali kontroli sponsora lub jakiejś nadzorującej ich grupy, żeby znowu nie narobić kłopotów, żeby nie zrobić krzywdy komuś albo sobie?

W Wielkiej Księdze napisano: … ofiarowany został nam wzorzec, według którego należy żyć (ewentualnie „…projekt na życie”, który naprawdę działa). Więc jak to, dostałem ten projekt albo wzorzec, czy nie dostałem? Wierzę, że dobrze mi służy, czy straciłem tę wiarę? Realizuję go w praktyce? Bo może nie albo już nie…

piątek, 27 października 2017

Czy jestem dobrym sponsorem?

Co to znaczy „dobry sponsor”? Pytanie to jest oczywistym następstwem poprzedniego tekstu, 91 notatek sponsora, tego o sponsorach krygujących się, fałszywie skromnych, bojaźliwych. Czasem łatwiej jest zaprezentować negatywne postawy, pokazać, jakim człowiekiem dobry sponsor raczej być nie powinien, więc będzie o jednych i o drugich.

Najpierw sprawy podstawowe, oczywiste, nie rodzące wątpliwości – przynajmniej moich. Dobry sponsor powinien być trzeźwy oraz duchowo przebudzony. A tak, bo abstynencja, nawet wieloletnia oraz techniczna znajomość pracy na Krokach nie wystarczy. Jak niby przekazać albo chociaż przybliżyć podopiecznemu coś, czego samemu się nie ma? To proste pytanie, moim zdaniem, dotyczy właśnie przebudzenia duchowego, a nie znajomości techniki pracy sponsora z podopiecznym, bo o tej można poczytać w jakimś poradniku, na przykład „12 Kroków ze sponsorem” Hamiltona B.
Uważam, że celem pracy podopiecznego ze sponsorem na Programie jest przebudzenie duchowe (doświadczenie, przeżycie), a nie poprawienie sobie jakości życia, choć taki efekt to i tak lepsze niż nic. Coraz częściej do mnie, do podopiecznych i sponsorujących przyjaciół zgłaszają się alkoholicy, którzy wprawdzie zrobili Program ze sponsorem i to nawet bardzo szybko, ale oczekiwany efekt się nie pojawił albo na bardzo krótko, więc zgłaszają się z prośbą o powtórne przeprowadzenie ich przez Kroki, mimo, że przecież nie złamali abstynencji. To skłania do zastanowienia. I chyba powinno… sponsorów.

Dobry sponsor powinien znać literaturę Wspólnoty. Całą Wielką Księgę oraz 12x12 i to uważam za absolutne minimum. Zwracam uwagę na CAŁĄ Wielką Księgę, bo spotykałem sponsorów, którzy z tej książki znają tylko pewne niewielkie fragmenty, akapity i zdania zaznaczone albo wskazane przez ich sponsora. Dochodzi w efekcie do tego, że alkoholik, niepijący od kilku już lat, pierwszy raz w życiu słyszy od mojego podopiecznego, że ma wynaturzone instynkty.
Podobno stosowanie półśrodków nic nie daje, więc fragmentaryczna znajomość książki, w której zawarty jest Program Anonimowych Alkoholików, nie jest chyba najlepszym rozwiązaniem i najkorzystniejszym podejściem.

Kolejną cechą dobrego sponsora jest doświadczenie. Alkoholik, który zaczyna pracę z pierwszym w życiu podopiecznym, nie jest doświadczonym sponsorem. Na dokładnie tej samej zasadzie, według której prowadzący pojazd, pierwszy raz po zaliczeniu egzaminu na prawo jazdy, nie jest jeszcze dobrym kierowcą. Dwóch pierwszych podopiecznych, a jak trzeba to i więcej, nowy sponsor powinien prowadzić w ścisłej współpracy ze swoim sponsorem. Tak, wiem, czasem, bardzo rzadko, zdarzają się podopieczni trzeźwiejsi od swoich sponsorów, ale ja tu nie skupiam się na wyjątkach, zdarzających się może raz na kilka tysięcy, ale na ogólnych regułach. Poza tym… trzeźwiejszy nie oznacza nadal, że bardziej doświadczony.

Dobry sponsor nie tylko zna Program AA, ale go ma. Program AA przebudzeni duchowo alkoholicy mają w sercu, w duszy, w świadomości, nie wiem, jak to sprecyzować, ale to coś więcej niż wiedza, informacje; można się Kroków i kilku cytatów nauczyć na pamięć, ale przecież nie o to chodzi. Sponsor, który rzeczywiście ma Program, potrafi nim żyć i żyje na co dzień. I zwykle nie stanowi to jakiegoś ogromnego wyzwania, choć nie zawsze jest łatwo. Potrafi stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach…
Pamiętam, pół żartem, pół serio traktowaną radę, którą pierwszy raz usłyszałem chyba w Londynie: zanim poprosisz alkoholika o sponsorowanie, przejedź się z nim po mieście w godzinach szczytu jego samochodem. Bo mądrze i spokojnie przemawiać na mityngu potrafi wielu, ale tylko trzeźwi, psychicznie zdrowi ludzie potrafią nie używać w aucie wulgaryzmów i nie przekonywać swoich pasażerów, że wszyscy inni uczestnicy ruchu, to kretyni i debile. Poza tym trzeźwi ludzie przestrzegają przepisy ruchu drogowego, są zdolni do podporządkowania się, rezygnują z samowoli i postawy „ja wiem lepiej”, nie lekceważą egoistycznie i arogancko cudzego życia i zdrowia.

Dobremu sponsorowi bardziej zależy na podopiecznym niż na tym, żeby być przez niego lubianym. Dobry sponsor potrafi wyraźnie mówić „nie” i nie boi się, że podopieczny go zostawi albo że się obrazi. Sponsor kieruje się miłością, ale nie należy jej mylić ze zgodą na bylejakość, tolerancją i wyrozumiałością wobec manifestacji choroby alkoholowej u podopiecznego.
Sponsor rozczarowany i zawiedziony zbyt skromnymi (według niego) wyrazami nieustannej wdzięczności podopiecznych, nie był/nie jest dobrym sponsorem, bo trzeźwość wyklucza nierealistyczne oczekiwania, obrażanie się i fochy. Sponsor nigdy nie wiesza się emocjonalnie na podopiecznych, nie wykorzystuje ich w żaden sposób.
O tym, że dobry sponsor jest trzeźwy już pisałem, ale warto chyba dodać, że to wyklucza wszelkie płynne, wziewne (np. nikotyna), wstrzykiwane środki chemiczne zmieniające świadomość, nie przepisane przez lekarza świadomego, że pacjent jest alkoholikiem.
Oczywiste jest chyba, że sponsor nie może zmuszać podopiecznego do udziału w jakichkolwiek obrzędach religijnych lub przedsięwzięciach generujących koszty.

Pamiętając, że… zdajemy sobie sprawę, że wiemy niewiele… dobry sponsor jest pewny stosowanej przez siebie metody pracy z podopiecznymi, ale też jego pewność wynika z wiedzy, to jest rzetelnej znajomości literatury AA i doświadczenia, a nie z przekonań. Nigdy nie odnosi się wrogo, napastliwie, nie szydzi z alkoholików reprezentujących inne techniki pracy na Krokach. Dobry sponsor posługuje się językiem miłości, a nie pogardy i nienawiści; z nikim nie walczy. Jeśli od alkoholika usłyszysz, niekoniecznie do ciebie skierowane słowa lub określenia: macie krew na rękach, mogę rozmawiać z tobą, ale nie będę rozmawiał z twoją chorobą, alleluja bracie i do przodu!, kradniesz mi pogodę ducha, to może warto rozglądać się też za jakimś alternatywnym kandydatem na sponsora.

Dobry sponsor bez problemu utrzymuje równowagę między domem/rodziną, pracą zawodową, życiem towarzyskim i służbami w AA. Tu trzeba dodać, że równowaga nie oznacza po równo, ale to zależy już od sytuacji rodzinnej i zawodowej. Alkoholik, który manifestacyjnie poświęca się sprawom Wspólnoty i innym alkoholikom, który ma tylu podopiecznych, że mylą mu się oni i często nie ma dla nich czasu, nie jest trzeźwy, więc co tu mówić o dobrym sponsorowaniu.

Na koniec, choć zapewne można by tu napisać dużo więcej, dobry sponsor nigdy nie zabrania swojemu podopiecznemu kontaktów z innymi alkoholikami, weryfikowania, konsultowania, wręcz przeciwnie, zachęca do korzystania z mądrości i doświadczenia Wspólnoty. Nie sprzedaje podopiecznym jakichś cudacznych przekonań, diabli wiedzą skąd pochodzących, na przykład, że w AA nie udziela się rad, albo że można, albo nawet należy żyć, nie oceniając nikogo i niczego. Dobry sponsor zdaje sobie sprawę, że jasne komunikaty rodzą jasne sytuacje, a te sprzyjają budowaniu przyjaźni, bliskości i więzi.

Z pewnością każdą osobę, której pragniemy zaufać, powinniśmy oceniać pod kątem zarówno jej zdolności do wyrządzenia krzywdy, jak i zdolności do świadczenia dobra. Taka prywatna ocena pokaże nam, w jakim stopniu możemy sobie pozwolić na zaufanie w każdej konkretnej sytuacji. Jednakże oceny takiej należy dokonywać w duchu zrozumienia i miłości. [„Jak to widzi Bill”, s. 144]



Tekst ten, zawierający moje prywatne doświadczenia i wnioski, wynikające z obserwacji środowiska AA w Polsce, nie ma służyć rozliczaniu kogokolwiek. Jeśli przeczytają go i zastanowią się nad sobą sponsorujący alkoholicy, to będzie wszystko, o co mi chodziło.

niedziela, 22 października 2017

Notatki sponsora (odc. 091)

Dodatkowy temat mityngu dotyczył trzeźwości po Programie. Przypomniało mi się, jak kiedyś uważałem, że realizacja Programu ze sponsorem daje trzeźwość w oczywisty, naturalny sposób, i jak z czasem, spotykając nietrzeźwych alkoholików po Programie, z niechęcią i smutkiem weryfikowałem swoje dawne, naiwne przekonania. Rozważania i wspomnienia, dotyczące tej poprogramowej trzeźwości, plątały mi się po głowie jeszcze długo. Oto i wynik tych rozmyślań.

Nie znoszę zakłamania, hipokryzji, podwójnych standardów moralnych, kokietowania fałszywą skromnością. Jeśli na czymś takim się złapię, reaguję niezwłocznie; na szczęście takie przypadki zdarzają mi się coraz rzadziej. Kiedy jednak obserwuję takie zachowania u innych, to… A, to już zależy od tego, czy są to alkoholicy po Programie, czy uczestnicy staropolskich mityngów AA. W każdym razie takie zachowania i postawy, u siebie oraz u innych, z założenia trzeźwych, alkoholików, uważam po prostu za manifestację choroby alkoholowej.

W pierwszych tygodniach i miesiącach abstynencji ciągle niewiele o sobie wiedziałem. Nie wiedziałem, kim jestem i jaki jestem, w czym jestem dobry, a z czym sobie nie radzę... ("Alkoholik", s. 258)

Na początku coś takiego mogło sobie być normalne i naturalne, ale trzeźwość oznacza także świadomość swoich mocnych i słabych stron, wad i zalet, talentów i zdolności itd. Po coś w końcu robiłem tabele IV Kroku i pisałem Krok V, w którym umieszczałem też zalety, mocne strony i talenty dane mi przez Boga! Jeśli po kilku latach abstynencji, po Programie, nadal nie wiem, na czym się znam, a na czym nie, co umiem, a czego nie, to chyba coś tu poszło nie tak. Od lat obserwuję alkoholików, którzy z ochotą wyliczą wszystkie swoje wady i słabości, ale nie są w stanie wyksztusić z siebie kilku zdań na temat swoich zalet, zdolności, umiejętności. To nie jest trzeźwość, moim zdaniem, to – jak już wspomniałem – próba kokietowania otoczenia fałszywą skromnością. Czy ma to coś wspólnego z uczciwością wobec siebie i innych? Oczywiście – kompletnie nic.

Ktoś powie zapewne, że to wina rodziców…
…rodziców, którzy z uporem godnym lepszej sprawy, wmawiali wielu z nas, że mówienie o sobie dobrze jest czymś złym, nagannym, że nie wolno się chwalić – nawet jeśli jest czym. ("Alkoholizm zobowiązuje", s. 11)

A gdyby nawet to była prawda, to i co z tego? Program oducza mnie (a jeśli nie oducza, to chodzi zapewne o jakiś inny program, nie Program AA) szukania winnych, natomiast uczy i przyzwyczaja do budowania własnych przekonań na rzeczywistości, na faktach, na wiedzy i realnym doświadczeniu, , a nie na cudacznych przekonaniach mamusi.

Zapytałem kolegę, czy jest dobrym murarzem – odpowiedział, że tak, bardzo dobrym, bo całe zawodowe życie spędził na rusztowaniach z kielnią w ręce. I ja mu wierzę, to jest trzeźwy, odpowiedzialny człowiek.
Zapytałem znajomego, także alkoholika, czy jest dobrym lekarzem – stwierdził pewnie, że w swojej specjalności jest najlepszym specjalistą w województwie i jednym z lepszych w kraju. I ja mu wierzę, to jest trzeźwy, odpowiedzialny, uczciwy człowiek.
Zapytałem moją dawną podopieczną, czy jest dobrą pielęgniarką – przyznała, że niewątpliwie tak i dodała kilka argumentów potwierdzających jej przekonanie. I dlatego jej wierzę…
  
A jeśli kandydat na podopiecznego zapyta Ciebie, czy jesteś dobrym sponsorem, to co na to odpowiesz? Uczciwie, odważnie i trzeźwo prawdę (o ile ją znasz)? Czy może będziesz krygować się i popisywać fałszywą skromnością? 
Żeby nie było aż tak beznadziejnie albo może po to, żeby zapaliło się światełko w tunelu, dodam, że dwie osoby z tych, które pytałem, alkoholiczka i alkoholik, odpowiedziało: tak, wydaje mi się, sądzę, że jestem dobrą sponsorką/sponsorem. A więc da się!

Przyprowadzam do serwisu auto, bo mi coś biegi źle chodzą. Pytam, mechanika, czy dobrze zna się na samochodach tej właśnie marki. Majster odpowiada: no, nie wiem… kto to może wiedzieć, może tylko Bóg, ja się staram, ale wcale nie mam pewności, że dobrze się znam na mechanice pojazdowej…
Samochodu bym komuś takiemu nie powierzył, ale wielu alkoholików takiemu właśnie niepewnemu, wystraszonemu sponsorowi-asekurantowi powierzyłoby życie, swoje albo lepiej - cudze. Zaiste, alkoholizm to straszna psychiczna choroba…


Panie Boże, chroń alkoholików nowicjuszy przed sponsorami, którzy nie mają nawet tyle samoświadomości, żeby zdawać sobie sprawę z realnej wartości swoich doświadczeń, predyspozycji i umiejętności w tej służbie, albo fałszywą skromność oraz asekurację stawiają ponad uczciwością wobec siebie i innych, bo ani jedno, ani drugie trzeźwe nie jest.


czwartek, 19 października 2017

Notatki sponsora (odc. 090)

- Czym alkoholicy różnią się od innych ludzi?
- Alkoholicy są tacy sami, jak inni ludzie, tylko bardziej.

Na początku trzeźwienia wydawało mi się, że dorosnąć do poziomu innych, zdrowych, normalnych ludzi, byłoby szczytem moich możliwości i celem całego tego procesu. Z czasem przekonałem się, że nie trzeba być alkoholikiem, żeby mieć problemy z rozpoznawaniem rzeczywistości, z trzeźwym myśleniem, z prawidłowym wyciąganiem wniosków, z odwagą bycia uczciwym wobec siebie. A oto i przykład…

Pewna kobieta zachorowała na chorobę nowotworową, po prostu miała raka. Poddała się uciążliwemu leczeniu, jakieś naświetlania, chemia i co tam jeszcze trzeba, i kuracja przyniosła pozytywne efekty. Rak zniknął, przerzutów nie było. Trwało to wszystko z pół roku. Oczywiście przez następne lata kobieta będę w grupie dyspanseryjnej, co kwartał, a później co sześć miesięcy będzie jeździła na kontrolne badana, ale wydawało się, że wszystko jest już w porządku.

W trakcie leczenia miała miejsce sytuacja, wywołująca mocno mieszane uczucia. Kobieta miała trudne, pokomplikowane relacje z dorosłym już synem (w przyczyny nie wnikam), jednak choroba zbliżyła ich do siebie, przełamała bariery – jakie by one nie były. Pytała wtedy czasem trochę prowokacyjnie, trochę ironicznie, czy musiała dostać raka, żeby naprawiły się relacje z synem? W każdym razie było między nimi… może nie idealnie, ale lepiej i w dobrym kierunku zmierzało.

Kiedy wiadomo już było, że życiu kobiety nic nie zagraża, że jest wyleczona, o ile można być z nowotworu zupełnie wyleczonym, jej syn zdecydował się skorzystać z oferty swojego uniwersytetu i pojechać do Nowej Zelandii na trzymiesięczne stypendium naukowe.
W czasie jego nieobecności kobieta miała ostre pogorszenie stanu zdrowia. Coś zaczęło ją boleć, podniosła się temperatura, pojawiły się torsje. Wystraszona wylądowała znowu w szpitalu. Zapytała wtedy odwiedzającą ją kuzynkę, czy powinna zawiadomić syna. Kuzynka, po namyśle, odpowiedziała, że ona – gdyby była na miejscu chorej – nie zrobiłaby tego. Bo i co ten syn miałby zrobić? Bać się o matkę w tej Nowej Zelandii? Lekarzem nie jest, matka jest pod opieką fachowców, ma też inną rodzinę, donoszącą do szpitala wszystko, co potrzeba, więc… I co, syn powinien zmarnować stypendium i nagle natychmiast wracać, żeby… no, właśnie, żeby, co?

Kobieta posłuchała rady, nie informowała syna o pobycie w szpitalu, który zresztą trwał trzy doby. Zrobiono jej wszystkie możliwe badania, okazało się, że nie dzieje się zupełnie nic złego, a te objawy, to po prostu końcówka reakcji na chemię. Kobieta wróciła do domu i normalnego życia.

Po zakończonym sukcesem stypendium syn wrócił do kraju, ale ich bliskość, wywołana poważną chorobą, zdawała się ulatniać teraz, gdy jej życiu nic już nie groziło. Później nadeszła katastrofa – syn, podpytując jakąś przyszywaną ciotkę (dziesiątą wodę po kisielu, jak to mówią) albo dawną sąsiadkę, dowiedział się, że matka była w szpitalu. Jakoś nie docierało do niego, że to były tylko trzy dni, że w sumie okazało się, że to nic poważnego – młody facet był zawiedziony, rozczarowany, pełen uraz i złości do matki; manifestował swoje pretensje i utratę zaufania.

Kobieta natychmiast przerzuciła odpowiedzialność za ponowne ochłodzenie stosunków z synem na kuzynkę. Bo to ona poradziła… Kiedy się spotkały i kiedy kobieta wylała już na kuzynkę wszystkie swoje żale, usłyszała, że wśród dorosłych ludzi za podejmowane decyzje odpowiada ten, kto je podejmuje, a nie ten, kto radzi (jeśli nie jest specjalistą prawnikiem, lekarzem, notariuszem itp.). Poza tym kuzynka zapytała, czy stosunki matki z synem były dobre, do tego momentu, kiedy dowiedział się, że nie poinformowała go o szpitalu. Kobieta skwapliwie potwierdziła, że znakomite, że syn już jej w pełni ufał, i w ogóle, było super, idealnie, fantastycznie. Wtedy kuzynka zadała jeszcze jedno pytanie, po czym wyszła, nie oczekują odpowiedzi: skoro syn tak ci ufał, to czemu o ciebie i twoje zdrowie nie spytał ciebie właśnie, ale podpytywał jakieś pociotki, czy dawne sąsiadki, czemu jakoś nie cieszył się, że nic ci nie jest, że nic się nie stało, tylko skupia się na swoich urazach i pretensjach?

Tak sobie pomyślałem, że gdybyśmy pakowali tyle czasu i wysiłku w budowanie albo naprawianie więzi (jeśli trzeba), ile wydatkujemy na szukanie winnych naszych własnych niepowodzeń, to… Bo niewątpliwie łatwiej jest zwalić winę na złą kuzynkę, niż przyznać, że stosunki z synem nie były takie idealne, że bardzo poważna choroba mogła przysłonić dawne urazy, stare, niezałatwione sprawy, ale po wyleczeniu… Po wyleczeniu potrzebny był już tylko pretekst. Cóż z tego, że bzdurny, ale jest!
Trzeźwy ogląd sytuacji, to trudna sztuka, czasem tak trudna, że nawet nieuzależnieni nie w pełni sobie z nią radzą.

Kiedyś marzyłem o normalności, zwyczajności i przeciętności, ale z czasem przestało mi to wystarczać. Co się zobaczyło, to się nie odzobaczy – jak mówił Kubuś Puchatek, a może Prosiaczek. Jeśli widzę, jeśli rozumiem, jeśli usłyszałem, to… chyba niemożliwe byłoby wycofanie się i udawanie biednego żuczka, który, nieboraczek, nic nie kuma. A może wręcz przeciwnie, może to łatwiejsze, niż mi się wydaje i tylko ja tak nie umiem?

Kiedy rozstałem się z pragnieniem bycia przeciętnym człowiekiem, wykombinowałem, że chciałbym być taki, jak Bill W. współzałożyciel Wspólnoty AA. Przecież – roiłem sobie – to musiał być najtrzeźwiejszy z trzeźwych. Ten okres w moim życiu trwał krócej. Do czasu, aż przeczytałem trzy książki na temat historii AA i Billa.

Dyskrecja nigdy nie była mocnym punktem Billa. […] Jak mawiała Nell, jeśli nie chcesz, żeby coś stało się powszechnie znane, lepiej nie dziel się tym z Billem. Jednym słowem, z otwartością traktował on zarówno swoje sprawy, jak i cudze („Przekaż dalej”, s. 398).

Czasem wydaje mi się, że alkoholicy z AA mylą zasadę anonimowości z dyskrecją i wydaje im się, że to, co mówią zaufanej, wydawałoby się, osobie, nie będzie wypaplane, rozgadane, oplotkowane. Dowiadywałem się, o czym była rozmowa dwóch osób, w cztery oczy, zanim jeszcze obie z nich wróciły do swoich domów i nie było w tym nic przyjemnego ani zabawnego, bo zorientowałem się też, że i ja sam, wśród przyjaciół z AA muszę bardzo uważać na to, co mówię, że w tym środowisku jest tylko odrobinę mniej bezpiecznie niż w maglu.

Oczywiście plotkowanie to nie jedyna wada Billa W. Z tejże książki dowiedziałem się, że lubił się popisywać, że kłamał, że zdradzał żonę w zasadzie prawie do końca życia i wiele innych. Wtedy zapytałem siebie, czy ja naprawdę chcę być takim człowiekiem, jak William Griffith Wilson?

Jestem Billowi niesamowicie wdzięczny za Kroki, może nawet bardziej za Tradycje. To one są realną wartością, siłą i nadzieją dla alkoholików, one, a nie życie Billa W., bo on był jeszcze jednym, bardzo niedoskonałym narzędziem w rękach Boga, jak wielu z nas. A że nie jest moim idolem… trudno. Choć czasem szkoda.

poniedziałek, 16 października 2017

Notatki sponsora (odc. 089)

Fragment jednej z Koncepcji: Dla naszego przyszłego funkcjonowania i bezpieczeństwa nieodzowne jest dobre przywództwo w służbach. A w podręczniku Billa W. o Koncepcjach przeczytałem, że: Należy odłożyć na bok osobiste ambicje i zapomnieć o waśniach i kontrowersjach. „Które, spośród znanych nam osób, mają najlepsze kwalifikacje?” – ta myśl powinna przyświecać wszystkim.

Tak jakoś wyszło, że po bardzo długiej przerwie postanowiłem wpaść na losowo wybrane spotkanie intergrupy i zobaczyć w działaniu to dobre przywództwo oraz poznać osoby o najlepszych kwalifikacjach.

Spotkanie było bardzo ciekawe i wiele się na nim dowiedziałem – głównie o sobie: z czego żyję, ile i na czym zarabiam, co myślę, co planuję i z jakiego powodu… Dowiedziałem się też, że trzeźwy nie jestem i zapewne nigdy nie będę, marne szanse. No, cóż… szkoda. :-(
Ten zbieg okoliczności nieco mnie zaskoczył. Ależ dziwny traf! – pomyślałem sobie, ale szybko zorientowałem się, że znowu nie mam racji, żaden traf ani przypadek, po prostu moje sprawy osobiste nie pierwszy, i zapewne nie ostatni raz, są jednym z tematów poruszanych na spotkaniu intergrupy. Z własnym egocentryzmem stale walczę, nawet z pewnym powodzeniem, więc zakładam, choć z trudem i w wbrew sobie, że to nie tylko ja jestem jakimś wybrańcem i intergrupa omawia sprawy prywatne także innych osób.

Przypomniało mi się, jak wyglądały i czego dotyczyły spotkania intergrupy, kiedy to ja byłem jej rzecznikiem (w innej miejscowości). No, cóż… muszę otwarcie przyznać, że nieco inaczej, na pewno mniej emocjonująco, co tu ukrywać, po prostu nudno, ale – wprawdzie kompletnie nietrzeźwy – jednak staram się mieć otwarty umysł i gotowość na zmiany, więc przyjmuję jakoś do wiadomości, że ta akurat intergrupa, w określonym składzie i czasie, działa nieco inaczej niż kiedyś. Wszystko się przecież dynamicznie zmienia. Prosty przykład: jeszcze przed „moimi czasami” intergrupa rozpowszechniała odezwę, coś jakby apel do grup AA w województwie: „Intergrupa xyz odcina się od wszelkich informacji publikowanych w Internecie”, a teraz proszę – własna strona internetowa, a co! Super!

A jeśli już mowa o internecie, to ja przy okazji bardzo przepraszam Wspólnotę za to, że Wspólnota jest tak nieudolna, że nie potrafi porządnie wypozycjonować swojej strony albo stron, no… przykro mi jest, naprawdę. Wydawało mi się, że nie potrafię w tym nijak pomóc, ale może jednak jest sposób – jeśli zmodyfikuję którąś ze swoich stron, to może alkoholicy w okolicy zwrócą wreszcie uwagę na strony AA-owskie? Zastanawiam się tylko, czy takie posunięcie jest rzeczywiście dbaniem o najlepsze kwalifikacje oraz jakość, czy może tylko promowaniem indolencji i miernoty? Skoro jednak trzeba, to ja zawsze chętnie zapominam o waśniach i kontrowersjach, i dla wspólnego dobra zrobię wszystko… no, prawie wszystko. 

Poważnie zastanawiam się też nad uczestnictwem w kolejnym spotkaniu intergrupy i przyznaję, że kusi mnie to. Może tym razem dowiem się czegoś o seksie, moralności, grzechach, prowadzeniu się… któregoś z kolegów lub koleżanek. Wolałbym tylko, żeby o mojej kochance nie gadali za wiele, żeby się żona nie dowiedziała.

poniedziałek, 2 października 2017

Notatki sponsora (odc. 088)

Będą pytania i wątpliwości. Odpowiedzi raczej nie. Uprzedzam, żeby nie było rozczarowań.

Wczoraj zakończyła się kolejna edycja warsztatu AA-owskich Kroków organizowana tradycyjnie dwa razy w roku przez grupę Krok za Krokiem w Woźniakowie. Tym razem, po raz pierwszy w tym miejscu, kilkanaście osób uczestniczyło w warsztacie sponsorów. Uznaliśmy wcześniej, że grupa, która miałaby zająć się całą tematyką Dwunastego Kroku, miałaby zbyt wiele pracy, jak na warsztat trwający od czwartku do niedzieli. Bo to i rozliczne formy niesienia posłania AA, i doświadczenia związane z przebudzeniem duchowym, i mnóstwo różnych problemów po zakończeniu pracy na Programie i wreszcie ogromny pakiet doświadczeń czynnych sponsorów.
Było ciekawie i wartościowo, choć brakło mi trochę doświadczeń krańcowo (według mojej oceny) odmiennych, jakichś bardzo egzotycznych. Zastanawialiśmy się, między wieloma innymi, nad tym, jak to jest, że alkoholicy deklarujący z dumą, że „zrobili” ze sponsorem Tradycje, a nawet Koncepcje, często nie potrafią nawet zorganizować głosowania na poziomie grupy.
Mam nadzieję, że jeszcze więcej i ciekawiej będzie podczas warsztatu wiosennego (12-15 kwietnia 2018).

Nie na wszystko starczyło czasu i tak pewna konkretna wątpliwość pojawiła się nam w czasie drogi powrotnej, w wygodnym, a nawet luksusowym samochodzie Krzysztofa. Sytuacja wygląda mniej więcej tak: alkoholik „zrobił” Program ze sponsorem i w stosownym czasie sam zaczął sponsorować. Jako sponsor pomógł wytrzeźwieć trzem innym alkoholikom i… wtedy postanowił się napić. Pił ostro z tydzień, później jakoś się pozbierał i wrócił na mityngi. Teraz utrzymuje abstynencję od kilkunastu tygodni, odzyskuje zaufanie rodziny i swojej grupy AA, ale… chciałby też wrócić do sponsorowania. Pytanie zasadnicze brzmi: kiedy i czy w ogóle alkoholik po zapiciu może znowu być sponsorem? Nigdy, bo nie? Po roku albo po pięciu latach abstynencji? Po ponownym „zrobieniu” Programu albo jego części? Kto miałby o tym decydować albo weryfikować jego zdolność do sponsorowania?

Takie sytuacje się zdarzają. Może nie masowo, ale też nie pierwszy już raz. Więc pojawia się pytanie, czy Wspólnota AA ma jakieś doświadczenia w takich przypadkach?

sobota, 2 września 2017

Notatki sponsora (odc. 087)

Kilka dni temu uczestniczyłem w spikerce bardzo sympatycznej alkoholiczki (jeszcze niedawno w służbie krajowej). Tematem była Siódma i Ósma Tradycja AA. Kiedy spikerka zakończyła swoje wystąpienie, zadałem kilka pytań – może nie dlatego, żebym nie znał na nie odpowiedzi, ale głównie po to, żeby słowa alkoholiczki, tej właśnie, z innego miasta i województwa, z doświadczeniem w służbie krajowej, usłyszeli także inni, licznie zgromadzeni słuchacze. Pytań powtarzał nie będę, wystarczą odpowiedzi.

1. Tak, to prawda, Wspólnota AA w Polsce dotowana jest przez Kościół katolicki.

2. Nie, nie jest prawdą, że Wspólnota AA w Polsce utrzymuje się z naszych własnych, dobrowolnych datków (jak chce Preambuła), ale finansowana jest dzięki sprzedaży literatury.

Oczywiście, jak to zwykle w większym gronie, znalazł się ktoś skłonny do wyliczeń kosztów sali wynajmowanej niby to tylko na dwie godziny w tygodniu. To przypomniało mi podobną dyskusję sprzed kilku lat. Zapytałem wówczas zwolennika wyliczeń, ile płaci czynszu za mieszkanie, a następnie poprosiłem, żeby wyliczył, ile kosztuje miesięcznie używanie jednego jego pokoju przez 15 minut raz w miesiącu. Wyszło mu, jeśli dobrze pamiętam, coś koło 4 groszy. Wtedy zaproponowałem, że wynajmę ten pokój od niego za 10 groszy (niech sobie chłopina zarobi!) i przychodził będę rzeczywiście raz w miesiącu, na nie dłużej niż kwadrans. Zgodnie z przewidywaniami zapytał, po co mi to, a wtedy odparłem, że będę w tym jego pokoju trzymał rower i starą pralkę. Wszyscy słuchacze wybuchnęli śmiechem.
Czy naprawdę tak trudno jest zrozumieć, że jeśli nasze rzeczy (czajniki, kubki, książki itd.) w jakimś miejscu są stale, to też oznacza, że stale tego pomieszczenia używamy – wszystko jedno, czy do spotkań, czy do przechowywania przedmiotów. Za to się płaci.

A co do Tradycji Ósmej… Nie warto chyba tworzyć skomplikowanych, choć niewątpliwie ciekawych, spekulacji na temat znaczenia słowa „honor”, bo takie określenie w oryginale tej Tradycji nie występuje – to polski pomysł… jeden z wielu zresztą. W taki sposób, nie wiem dlaczego, przełożono termin „non-professional”.

Ósma Tradycja:  Alcoholics Anonymous should remain forever non-professional, but our service centers may employ special workers.

Anonimowi Alkoholicy powinni na zawsze pozostać nieprofesjonalni, nigdy nie możemy stać się zawodowymi Anonimowymi Alkoholikami. Bill W. wyjaśniał, że nie możemy nieść posłania AA za pieniądze. Ot i wszystko. A honoru (albo jego braku) może lepiej do tego nie mieszać. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Notatki sponsora (odc. 086)

Sierpień i wrzesień… Na wielu mityngach AA podstawowym tematem są zadośćuczynienia i wszystko, co z nimi związane. Dawno, dawno temu wydawało mi się, że stwierdzenie „zadośćuczynienie jest dla ofiar, a nie dla katów” ułatwi mi oraz innym alkoholikom praktyczną realizację Kroków 8-9, ale tak się chyba jednak dotąd nie stało i najwyraźniej trzeba je powtarzać nadal.

Kilka dni temu, podczas mityngu usłyszałem, że zadośćuczynienia pośrednie są w naszej literaturze polecane, jako znakomite rozwiązanie. Zapytałem po mityngu znajomego, głoszącego te przekonania z wielką pewnością siebie, w jakiej książce AA i gdzie konkretnie jest o takich zadośćuczynieniach mowa. Dowiedziałem się, że w 12x12 w rozdziałach poświęconych Krokowi 8 albo 9. OK. Uważam, że nieźle znam literaturę AA, ale przecież nie na pamięć, więc nie polemizowałem, nie upierałem się, po prostu postanowiłem sprawdzić. Krótko: żadnych zaleceń dotyczących zadośćuczynień pośrednich nie znalazłem ani w 12x12, ani w WK.

Tym razem słownik niewiele mi pomógł; wyczytałem w nim, że termin „pośredni” to: «niedotyczący czegoś bezpośrednio». Kicha! Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy mogą istnieć jakieś sensowne działania, podejmowane w interesie pokrzywdzonego (ważne!), które można byłoby nazwać pośrednimi. Powiedzmy, że w dzieciństwie rozmyślnie i złośliwie rozwaliłem bratu zabawkę. Przecież mu tej zabawki teraz nie odkupię! A w takim razie, czy wręczenie mu… powiedzmy stu złotych, jest zadośćuczynieniem pośrednim? Ależ skądże! To nadal przecież działanie bezpośrednie.

Wróciłem więc do tekstu Kroków 8 i 9, bo spekulacje na temat niewystępującego w nich terminu „pośrednie”, zaprowadziło mnie na manowce, jak zresztą widać. Skupiłem się na słowie „osobiście” ( Zadośćuczyniliśmy osobiście…). Moim zdaniem ma ono podwójne znaczenie. Z jednej strony sugeruje, żebym to ja sam dokonał zadośćuczynienia, nie prosząc o wyręczenie mnie w tym działaniu członka rodziny, podwładnego, sąsiada, wynajętego gońca itp. Z drugiej, „osobiście” to też informacja, że zadośćuczynienia mam dokonać osobie skrzywdzonej, a nie komuś innemu.

Jeśli dobrze zrozumiałem, zadośćuczynienie pośrednie miałoby być moim działaniem podjętym w interesie kogoś innego, a nie osoby skrzywdzonej. Ale zaraz! Przecież osobie której nie skrzywdziłem, żadne zadośćuczynienie z mojej strony się nie należy, a Kroki mówią o zadośćuczynieniu, a nie o prezentach!

Ofiara i kat… Nie ma tu innych osób, tak więc ostatecznie wychodzi mi na to, że jeśli nie mogę, z jakiegoś względu, zadośćuczynić osobie skrzywdzonej (ofiara), to robię to tylko i wyłącznie dla siebie (kat).  A to uważam za świństwo.

Kiedyś bezmyślnie straciłem wartościową, kolekcjonerską monetę, należącą do matki. Matka nie żyje. Jeśli teraz ofiaruję koledze w prezencie ciekawą monetę, to… zrobię mu prezent, za który będzie mi wdzięczny (znów ja coś z tego będę miał!), czy zadośćuczynię matce? 

Powtórzę to, co pisałem już dawno temu: jeśli nie mogę dokonać zadośćuczynienia osobiście, bezpośrednio osobie pokrzywdzonej, to nie podejmuję żadnych innych cwaniackich działań, których jedynym celem, tak naprawdę, jest zrobienie dobrze samemu sobie, pozbycie się poczucia winy i wyrzutów sumienia. Ze świadomością, że niektórych zadośćuczynień nie wykonałem, będę sobie żył, po prostu. Jednak bynajmniej nie po to, żeby się przez tę resztę życia nimi zadręczać, ale, żeby wreszcie zacząć zdawać sobie sprawę, że nie wszystko, co nawyrabiam (tak, w przyszłości, a nie w przeszłości!), da się zawsze jakoś tam odkręcić, załatwić, odfajkować, zniknąć… 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Notatki sponsora (odc. 085)

Jakoś tak się złożyło, że trafiłem przypadkiem na stronę internetową, opisującą cechy charakterystyczne sekty. Było tam o wierze członków w jeden cel sekty, o wyraźnie i jednoznacznie uregulowanym spisie pryncypiów i zasad, których wszyscy członkowie powinni przestrzegać, o psychicznych naciskach na wolę członka sekty, by postępował zgodnie z obyczajami i nakazami grupy i wiele innych. Zainteresował mnie jednak punkt dotyczący komunikacji: [w sekcie] posługują się dwuznacznym językiem (ang. „Double - Talk”), co oznacza specyficzne słownictwo, w którym poszczególne słowa co innego oznaczają publicznie, a co innego w wewnętrznym użytku członków sekty.

Kilka lat temu napisałem tekst dla jednego z AA-owskich biuletynów. Redaktor tegoż periodyku odpisał mi grzecznie, że tekstu nie wykorzystają, bo nie opiera się on na moich doświadczeniach. Zamurowało mnie, przyznaję, bo – moim skromnym zdaniem – artykuł oparty był w stu procentach na moich doświadczeniach. Jako, że byłem już wówczas trzeźwy, nie marnowałem czasu na dociekanie, czy człowiek, z którym koresponduję był pod wpływem alkoholu albo czy może mnie nie lubi. Starałem się zrozumieć, skąd się wzięła taka różnica poglądów i czy rzeczywiście „doświadczenie” rozumiemy tak samo. Jak łatwo się domyślić, okazało się, że nie.

Według nowego Słownika Języka Polskiego* doświadczenie to przede wszystkim (bo są i inne znaczenia, na przykład fizyczne albo chemiczne): «ogół wiadomości i umiejętności zdobytych na podstawie obserwacji i własnych przeżyć». Nietrudno zauważyć, że w naszym języku terapeutyczno-aowskim „doświadczanie” oznacza tylko i wyłącznie osobiste przeżycie.

Rodzi to dziwne dość sytuacje. Na przykład: nigdy nie napiłem się z powodu trzymania alkoholu w domu. Na mityngach sporo usłyszałem o przypadkach picia wynikającego z lekceważenia reguły nieprzechowywania w domu napojów wyskokowych. Skoro usłyszałem czyjeś doświadczenia, to mogę z nich skorzystać, ale… nie wolno mi ich przekazywać dalej, bo to (picie z powodu alkoholu w domu) nie jest już moim osobistym przeżyciem (w AA-owskiej mowie „doświadczeniem”). Ja tylko wiem ze słyszenia, że to się może źle skończyć, ale sam tego nie przeżyłem, więc… gęba na kłódkę. Czy tak? Czy naprawdę powinniśmy unikać i ograniczać możliwość uczenia się na cudzych błędach? Czy to naprawdę nam służy?

Jeżeli, w interesie słuchaczy, powtórzę zasłyszane podczas mityngu sugestie, wskazówki, rady, jednak niewynikające z moich osobistych przeżyć, to zostanę oskarżony o teoretyzowanie, czyli o jedno ze strasznych wykroczeń, jakie mogą się pojawić podczas zajęć grupowych psychoterapii odwykowej, przeniesione, nie wiedzieć, po co, do Wspólnoty AA w Polsce.

Oczywiście dziwacznie używany i rozumiany termin „doświadczenie” to nie jest jedyny przykład „podwójnej mowy”, bo jest ich wiele, niestety, i stale przybywa.

Służebny. Dziewka służebna i chłopak łaziebny to w XIV-XVI wieku, w zajazdach, karczmach, zamkach, osoby pomocne przy sprzątaniu, ale przede wszystkim… hm… realizujące potrzeby seksualne gości, służące vaginą albo odbytem.

Akredytacja. Po polsku oznacza przedstawienie dokumentów uwierzytelniających przez dyplomatę (konsula, ambasadora) rządowi albo innej oficjalnej władzy obcego kraju. W AA-owskiej mowie oznacza to bilet wstępu na jakieś wydarzenie, koszt uczestnictwa w jakimś AA-owskim (tylko!) przedsięwzięciu. 

Zadziało się. Po polsku po prostu: zgubiło się, zapodziało. W AA-owskiej udziwnionej mowie: wydarzyło się.

Czy tego typu dziwolągi tworzy ktoś z premedytacją, niecnie knując, jak by tu Wspólnotę AA przekształcić w sektę? Ależ skądże! Większość wynika z częstych dość niedostatków elementarnego, podstawowego wykształcenia, a później… coś takiego słyszą nowicjusze i ochoczo i z zapałem uczą się tego i powtarzają, pragnąc jak najszybciej stać się prawdziwymi , doświadczonymi AA-owcami.

Wydaje mi się, że od samego początku, Wspólnota Anonimowych Alkoholików musiała i musi balansować, utrzymywać równowagę między próbami stworzenia organizacji, regulowanej jakimiś przepisami, normami, zasadami, a ciągotami o charakterze sekciarskim. Jedno i drugie – niestety! – ma pewne plusy, wydaje się czasem pociągające, jednak na dłuższą metę jest szalenie niebezpieczne.

Jaki cel i sens ma „odgórne” ustalanie (w Poradniku dla służb AA w Polsce), że alkoholik w AA może nazywać się weteranem po określonej liczbie lat abstynencji? Czy naprawdę służy nam samym oraz nowicjuszom powtarzanie, że „kto odchodzi od AA – ginie”? Pierwsze to próba wprowadzenia norm i przepisów, drugie to typowe sekciarstwo – zastraszanie, że odejście od nas źle się skończy.

Trzeźwienie, to powrót do normalności albo nauka normalności, jeśli ktoś nie ma do czego wracać, a trzeźwość to normalność. Tajemny, udziwniony język nie jest, niestety, elementem normalności. Może warto poświęcić temu trochę uwagi i nie powtarzać bezmyślnie jakichś udziwnień. Dla naszego wspólnego dobra oraz dobra tych, którzy do AA mogliby kiedyś trafić.




-- 

wtorek, 25 lipca 2017

Notatki sponsora (odc. 084)

Jakoś tak się złożyło, że w ostatnim czasie kilka razy wpadło mi w ucho pojęcie „grupa samopomocowa” na określenie grupy Anonimowych Alkoholików. Żadna nowość, ale tym razem – pewnie miałem za dużo czasu – zacząłem się zastanawiać, czy grupy AA są grupami samopomocowymi.

Fakt, że grupy AA w Polsce dzielą się na „programowe” i… hm… „staropolskie”, nie ulega już chyba wątpliwości, więc na początek te w starym stylu.

Czy staropolskie grupy AA są grupami samopomocowymi? Moim zdaniem – raczej nie. Nie da się pomóc drugiej osobie, jeśli z założenia  nie wolno udzielić jej żadnej rady, zaproponować żadnego rozwiązania, bo rzekomo w AA nie udziela się rad – oczywiście jest to  absurdalny polski wymysł. Niby wolno opowiedzieć o swoim przeżyciu, ale… jakie to ma znaczenie dla kogoś innego? Jeśli nawet sytuacja jest podobna, bo przecież nigdy nie identyczna, na przykład: w domu często dochodzi do awantur z żoną na temat pieniędzy i problem polega na tym, że nie umiemy przestać się chandryczyć, to rozwiązanie, jakie zastosował inny człowiek (z powodzeniem albo i bez) nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Jego rodzina żyje w innych warunkach niż moja, w innym mieszkaniu, inaczej wyposażonym, mamy inną liczbę dzieci, w różnym wieku, mamy bardzo różne doświadczenia życiowe, temperament i przekonania, różnie zarabiamy, mamy różnych krewnych o bardzo różnych możliwościach, wreszcie ja to nie on, a moja żona nie jest identyczna z jego żoną.
Z ciekawości i życzliwości mogę posłuchać, co on zrobił, ale nadal nie wiem, co mam zrobić ja. Jeśli nawet zrobię dokładnie to samo, co jemu rozwiązało problem, to nie ma żadnej gwarancji, że podobne efekty przyniesie to w moim domu – z powodów różnic, jakie wymieniłem oraz tysięcy innych.

Grupa AA mogłaby być grupą samopomocową, gdyby rozumieć to jako pomaganie samemu sobie. Coś w tym jest. Wprawdzie guzik mnie obchodzą inni ludzie, ale przychodzę na mityng po to, żeby pomóc samemu sobie, coś z siebie wyrzucić, od czegoś siebie samego uwolnić, naładować akumulatory, oczywiście też sobie, bo przecież nie innym, lepiej się poczuć, poprawić sobie nastrój itd.

Czy programowe grupy AA są samopomocowe? Oczywiście – nie. Problemu alkoholika nie rozwiązuje mityng, sponsor, służba, wspólnota, literatura, program. Problem alkoholika rozwiązuje Bóg. A więc z samopomocy znowu nici, bo, jak chce definicja z Wikipedii, samopomoc to pomoc wzajemna, udzielana we własnym zakresie.

Niewątpliwie samopomocowe są lub mogą być kluby abstynenta i grupy wsparcia, ale Wspólnota AA to chyba jednak inna bajka.


Ot, takie tam rozważania bez większego znaczenia…

wtorek, 9 maja 2017

Alkoholicy i byli alkoholicy

Oczywiście temat wyzdrowienia z alkoholizmu poruszany był już wiele razy (a który nie był?), ale to charakterystyczne dla Wspólnoty AA, że po jakimś czasie wracają w naszym środowisku zagadnienia i problemy – wydawałoby się – raz już załatwione, omówione i zamknięte. Może to kogoś zaskoczyć, ale nie uważam, żeby było w tym coś wyjątkowo szkodliwego.

Muszę też przyznać, że wielokrotnie byłem przykładem członka AA, zadowolonego z siebie, a jednak skostniałego. Wiedziałem, że Wspólnota AA powinna być ciągle giętka, gotowa do niewielkich zmian w swoich strukturach, zdolna zaspokoić indywidualne potrzeby nowo przybyłych alkoholików. Wiedziałem, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego*.

Wszystkie wielkie (i całkiem małe) odkrycia i wynalazki, nowe koncepcje i rozwiązania, powstają w głowach ludzi, którzy właśnie nie zgadzają się z czymś powszechnie znanym i uznanym za jedynie słuszne. Co nie znaczy, że każda negacja status quo ma sens. A ja wracam do tematu, bo tych byłych alkoholików spotkałem wreszcie osobiście, miałem więc okazję spędzić z nimi trochę czasu, porozmawiać, poobserwować (ich i innych). Dotąd takie przekonania i postawy znane mi były tylko ze słyszenia i działy się bardzo daleko od mojego miasta.

Do rzeczy – byli alkoholicy twierdzą, że dzięki Programowi AA całkowicie wyzdrowieli z alkoholizmu, a więc nie są alkoholikami, lecz byli alkoholikami. Tak też przedstawiają się na mityngach AA: mam na imię… byłem alkoholikiem. Twierdzą też, że są absolutnie pewni, że nie napiją się już nigdy w życiu. Dowiedziałem się również, że w mityngach AA uczestniczą już nie dla siebie, bo im to przecież niepotrzebne, ale po to, by nieść posłanie uzależnionym: można całkowicie wyzdrowieć z alkoholizmu. Wygląda na to, że wcześniej spotykali się często z napastliwą i wrogą krytyką, bo choć tym razem nie słyszałem, żeby ktokolwiek ich atakował, to jakby na zapas, udowadniali swoje prawo do uczestnictwa w spotkaniach AA Trzecią Tradycją Wspólnoty.

Mnie w całej tej sprawie zainteresowały dwa aspekty:
1. Możliwość całkowitego (ważne!) wyzdrowienia z alkoholizmu.
2. Reakcja alkoholików na byłych alkoholików we Wspólnocie AA.


Ad. 1
Od swojego pierwszego mityngu do dziś słyszę, że alkoholizm jest chorobą ciała, duszy i umysłu, dodałbym też, że chorobą społeczną. Doktor Robert Smith, współzałożyciel AA, uważał alkoholizm za połączenie obsesji umysłowej z alergią na alkohol. Uważam, że dzięki Programowi AA uzdrowiona może zostać sfera duchowa alkoholika, psychiczna (umysłowa), a nawet – dzięki właściwej realizacji Kroków 8-9, do pewnego stopnia także społeczna. Jednak jeśli chodzi o ciało, organizm, metabolizm, to… klapa.
Alkoholicy Joe McQ. i Charlie P., ci od „Joe & Charlie Big Book Study”, ujęli to w sposób następujący (przekład nieoficjalny):
Po jego wypiciu, wprowadzeniu go do organizmu, zostaje rozpoznany przez umysł i ciało, rozpoczyna się produkcja enzymów, które zaczynają atakować alkohol i metabolizować, rozkładać go. W pierwszym etapie rozkładają go do substancji zwanej aldehydem octowym; po pewnym czasie powstaje z niego aceton, w ostatniej fazie zostaje rozłożony na prosty węglowodan, który ostatecznie rozpadnie się na wodę, cukier i dwutlenek węgla. Teraz organizm może przyswoić cukier. Cukier posiada kalorie, dostarcza energii, którą twoje ciało może wykorzystać. Organizm ją wykorzysta, a resztę przechowa w postaci tłuszczu. Woda będzie wydalona przez układ moczowy oraz jelita, dwutlenek węgla – przez płuca.
[…]
 Kiedy my, alkoholicy, wypijamy kieliszek, rozpoczyna się ten sam proces. Umysł i ciało rozpoznają, co spożyłeś. Rozpoczyna się produkcja enzymów, które atakują alkohol i rozkładają go w pierwszej kolejności do aldehydu octowego; następnie do kwasu dioctowego; po pewnym czasie do acetonu. W tym momencie wygląda na to, że w ciele alkoholika enzymy potrzebne do dalszego rozkładu acetonu do węglowodanów prostych nie są obecne w niezbędnej ilości i jakości, jak to ma miejsce w ciele niealkoholika. Rozkład zachodzi wolniej. 
To w tym momencie i dlatego właśnie rodzi się głód alkoholowy, nieodparta potrzeba picia coraz więcej.

Na zmienioną biochemię komórki, na tą odmienną, niż u ludzi zdrowych, metabolizację etanolu, medycyna na jak dotąd rozwiązań nie ma. Nie dokonują też tego Anonimowi Alkoholicy, taką mocą nie dysponują. Organizm alkoholika niewątpliwie może zmienić Bóg. Czy jednak zrobił to w przypadku byłych alkoholików? Ja tam nie wiem…

Wyobraźmy sobie taką rozmowę:
- Twierdzisz, że całkowicie wyzdrowiałeś z alkoholizmu, ale widzisz, u nas na mityngach często słyszy się słowa „pokaż mi to, do czego mnie przekonujesz”. Bo sam wiesz, że gadać na mityngach można różne rzeczy, ale wykazać, że dzieją się one naprawdę, w codziennym życiu, bywa czasem trudniej.

- Mam się napić, żeby ci to udowodnić? Nie napiję się już nigdy w życiu, nie jest mi to potrzebne.

- Rozumiem i wierzę, że nie jest potrzebne tobie, ale może czas przestać zajmować się tylko sobą, więc zrób to dla mnie, przekonaj mnie, pomóż mi uwierzyć. Jeśli kilka razy wypijesz po 1-2 setki i głód alkoholowy nie wystąpi, to ja natychmiast poproszę cię o sponsorowanie i nauczenie mnie, czy pokazanie, jak mam taki sam efekt osiągnąć.

- Nie napiję się! Wyzdrowiałem z alkoholizmu, a ludzie zdrowi na umyśle nie robią czegoś, co im szkodzi.

- Zaraz, zaraz… Twierdziłeś wcześniej, że całkowicie wyzdrowiałeś z alkoholizmu. Ludziom zdrowym alkohol w niewielkich dawkach nie szkodzi, więc czego się boisz?


Mógłbym tę hipotetyczną rozmowę ciągnąć dalej, na przykład dopytując, skąd mój rozmówca wie z taką pewnością, że wyzdrowiał całkowicie, czyli, że jego organizm inaczej niż poprzednio metabolizuje alkohol. Czy robił w tym celu jakieś specjalistyczne badania? Ale nie w tym rzecz przecież, żeby walczyć ze sobą, udowadniając sobie jakieś racje.


Ad. 2
Zauważyłem, że w przeterapeutyzowanym środowisku Anonimowych Alkoholików w Polsce, reakcja na przekonania i postawy byłych alkoholików jest… niezbyt przyjazna, a czasem nawet zwyczajnie wroga. Czerwone, wykrzywione złością twarze, drwiny, kpiny, złośliwości. Co się dzieje? O co chodzi? Dlaczego tak wielu alkoholikom tak bardzo przeszkadza, że ktoś tam uważa i wierzy, że całkowicie wyzdrowiał z alkoholizmu?
Zapytałem i usłyszałem w odpowiedzi, że chodzi o dobro nowicjuszy. Tak, z dobrem nowicjuszy w AA w Polsce nie dyskutuje się, to zawsze jest świetny argument, ale… mnie jakoś zupełnie nie przekonał.

W „Jak to widzi Bill” (s. 105) czytamy: Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem. W pełni się z tym zgadzam, ale najpierw trzeba tego nowicjusza sprowadzić na mityng i we Wspólnocie zatrzymać. A w takim razie, które podejście będzie bardziej skuteczne, lepiej sprawdzi się w praktyce, czy terapeutyczne: alkoholizm jest nieuleczalny, będziesz trzeźwiał do końca życia zmagając się z głodami i nawrotami, ale nigdy nie wytrzeźwiejesz? Czy jednak obietnica byłego alkoholika, zgodnie z którą, dzięki pracy na Programie ze sponsorem, można całkowicie wyzdrowieć z alkoholizmu?
Ostatecznie tymi nowicjuszami aż tak bym się nie przejmował. Jeśli trafią do AA i realnie wytrzeźwieją pracując ze sponsorem na Programie, to też z czasem znajdą swoją prawdę na temat możliwości całkowitego wyzdrowienia.

Dawno, dawno temu i ja nie potrafiłbym słuchać spokojnie teorii o możliwości całkowitego wyzdrowienia z alkoholizmu. Moja złość wynikałaby oczywiście ze strachu, że ktoś, swoimi poglądami i przekonaniami, coś mi odbiera, czegoś próbuje mnie pozbawić. Ale… czego? Ze sporym wysiłkiem i długo budowałem system przekonań, który – jak sądzę – dobrze mi służy (nie piję i nieźle mi się żyje), a tu przychodzi ktoś i kwestionuje moje podstawowe założenia, odbiera mi spokój.

Ludzie są bardzo przywiązani do swoich przekonań. Nie dążą do poznania prawdy, chcą tylko pewnej formy równowagi i potrafią zbudować sobie w miarę spójny świat na swoich przekonaniach. To daje im poczucie bezpieczeństwa, więc podświadomie trzymają się tego, w co uwierzyli**.

Czasami wydaje się nam, że strach powinien być traktowany jak kradzież. Powoduje on chyba więcej nieszczęść***.

Jednak najważniejsze wydaje mi się to, by przy mityngowych stołach zawsze było miejsce dla tych, którzy pragną rozwiązać nasz wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu, dla tych, których celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu.






--
* „Grapevine”, marzec 1964, artykuł (przedrukowany w „Mityngu”) „Czy coś złego dzieje się ze Wspólnotą AA?”.
** Laurent Gounelle, „O człowieku, który chciał być szczęśliwy”, s. 49.
*** WK, wyd. II, str. 58.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Notatki sponsora (odc. 083)

Dzięki zaproszeniu przez dwie warszawskie grupy (Nowy świat” i „12 Kwadrat”) kilka dni temu, miałem okazję wybrać się do stolicy i, po latach przerwy, spotkać się osobiście z moim sponsorem. W głównej mierze to spotkanie, ale również  warsztaty, w których uczestniczyłem, skłoniły mnie (nie pierwszy raz zresztą) do rozważań na temat form, metod i sposobów komunikacji sponsorów z podopiecznymi.

Czym różnią się, jeśli w ogóle czymkolwiek się różnią, takie oto dwa komunikaty?
1. Przeczytaj rozdział pierwszy WK i w środę o tym porozmawiamy.
2. Uważam, że warto przeczytać pierwszy rozdział Wielkiej Księgi.

Pierwszy z nich to polecenie. Jasne, możemy je nazwać sugestią albo radą sponsora, ale to jednak jest po prostu polecenie i to z wyraźnie określonym terminem realizacji. Czy w tak sformułowanym zdaniu jest cokolwiek niewłaściwego? Czy jest ono niegrzeczne? Oczywiście, że nie. To zwyczajny, prosty przekaz.

Drugi komunikat to… nawet nie propozycja, to tak bardzo delikatnie sformułowana podpowiedź, że – przy odrobinie złej woli – można by ją nawet zupełnie przeoczyć oraz zignorować. On (ktoś) uważa, że coś tam warto – no i dobrze, ale co mnie to obchodzi?

Ta druga forma była typowa dla mojego sponsora. Jeśli nawet coś takiego miało miejsce, to ja nie pamiętam, żeby kiedykolwiek coś mi bezpośrednio kazał. Na przykład praca „na Tradycjach”. Nie powiedział mi, że mam miesiąc czasu na opracowanie każdej z nich, nie, stwierdził patrząc na mnie pytająco – że miesiąc chyba powinien wystarczyć. Zostawiał w ten sposób kwestię, do pewnego stopnia, otwartą. Nie wiem, co by było, gdybym miał inny pomysł, inną propozycję. Wtedy nie miałem.

Z pierwszymi swoimi podopiecznymi próbowałem komunikować się tak samo. Efekt był wątpliwy. Albo współpraca rozciągała nam się na kilkadziesiąt miesięcy, albo (i tak było częściej) w ogóle nic z niej nie wychodziło. Różne miałem pomysły na taką okoliczność. A to, że ja jestem wyjątkowym alkoholikiem i tylko ze mną mój sponsor może się w taki nieautorytarny* sposób porozumiewać, a to, że trafiam na jakichś mało rozgarniętych alkoholików, a może oni złośliwie nie chcą słuchać, co do nich mówię?

Pomysł, który jako ostatni przyszedł mi do głowy, i który znalazł potwierdzenie podczas naszego osobistego spotkania kilka dni temu, okazał się najmniej dla mnie przyjemny: mój sponsor w taki właśnie sposób nadal porozumiewa się z innymi swoimi podopiecznymi, po prostu – on to potrafi, a ja nie. Chciałbym mieć nadzieję, że jeszcze nie, że może już niedługo także i ja…

Podczas spotkania obserwowałem również z przyjemnością w tej Warszawie moje dwie koleżanki, które świetnie się bawiły, prawiąc sobie przeróżne złośliwości oraz wytykając pół żartem, pół serio to i owo. Nawet nie próbowałem w tej konwencji do zabawy się przyłączać – taki eksperyment mam już za sobą. Starałem się czynnie do podobnej gry towarzyskiej włączyć podczas warsztatów w Woźniakowie z rok albo dwa temu. Wyszło mi beznadziejnie. To, co w wykonaniu innych było lekką żartobliwą paplaniną, w moim wydaniu było ciężkawe, nieśmieszne i ocierało się o niegrzeczność.

Tak więc może nigdy nie będę się komunikował z podopiecznymi w taki sposób, jak to robi mój sponsor, i może w ogóle nie powinienem się starać, żeby się tego za wszelką cenę nauczyć. Może określone zachowania, postawy, formy i sposoby porozumiewania się, po prostu są tak dalece nie moje, że czas przestać się przy nich upierać, nawet jeśli tak bardzo podobają się u kogoś innego, i tak bardzo chciałbym je naśladować…







--
* Autorytarny: narzucający swoją wolę albo opinię, wymuszający posłuszeństwo.

niedziela, 19 marca 2017

Notatki sponsora (odc. 082)

Scenariusz jest to tekst stanowiący podstawę filmu lub teatralnego spektaklu albo szczegółowo przygotowany program jakiejś imprezy, wydarzenia, spotkania, ceremonii.

Kiedy trafiłem na mityngi AA, przez rok, a może dwa albo nawet trzy, wydawało mi się, że scenariusz mityngu jest najważniejszym dokumentem we Wspólnocie. Domyślałem się, że zawiera go tajemnicza Wielka Księga, której nie widziałem na oczy bardzo długo, bo przed prowadzącym leżały tylko „24 godziny” (trzytomowe wydanie Duszpasterstwa Trzeźwości w Opolu), kartka z Krokami i Tradycjami i właśnie scenariusz. Przekonany też byłem, że identyczny scenariusz obowiązuje (właśnie tak - obowiązuje!) wszędzie na świecie, na każdym mityngu AA.

Z czasem jakoś dotarło do nas (mam na myśli grupy, z którymi czuję się związany), że scenariusz nie jest świętym tekstem Anonimowych Alkoholików, że każda grupa może sobie wymyślić w zasadzie dowolny, byle nie naruszał Tradycji AA, zaczynaliśmy też poznawać te Tradycje, więc najpierw zrezygnowaliśmy z przyjmowania nowicjuszy do AA, a z czasem z umieszczania w nim jakichś nakazów i zakazów, które wprawdzie ze Wspólnotą nie mają kompletnie nic wspólnego, ale za to obowiązują podczas zajęć grupowych psychoterapii odwykowej. Obawy, że na mityngach zapanuje chaos, okazały się zupełnie nieuzasadnione. Ostatecznie ludzie dorośli i trzeźwi potrafią i mogą brać na siebie odpowiedzialność za swoje zachowanie. Dyscyplinować trzeba dzieci i pijanych.

Znów minęły lata, więc może już czas zastanowić się, czy nam w ogóle potrzebny jest jakikolwiek scenariusz spotkania, podczas którego mamy dzielić się doświadczeniem, siłą i nadzieją, że możemy rozwiązać nasz wspólny problem (czy nie tak właśnie powinno być w naszej Preambule?). Czy, żeby spotkać się i pogadać o tym, jak trwać w trzeźwości i pomagać innym ją osiągnąć, naprawdę potrzebujemy szczegółowo przygotowanego scenariusza, jak gdyby zwyczajny mityng AA był jakimś obrzędem lub ceremonią? Czy nie mieliśmy – zgodnie z sugestią doktora Boba – zachować to w prostocie? Czyżby ktokolwiek wierzył, że pierwszą sprawą, jaką zajęli się Bill i Bob, było opracowanie szczegółowo przygotowanego programu spotkań? Przecież żadnych scenariuszy nie było w AA przez lata!

Podrzuciłem ten pomysł do rozważenia dwóm grupom. Ktoś zapytał: po co rezygnować ze scenariusza? A choćby po to, żeby nie marnować czasu na odczytywanie zawartych w nim tekstów oraz po to, by coraz lepiej uczyć się odpowiedzialności.
Ktoś inny zastanawiał się: jak sobie poradzą z prowadzeniem mityngu nowi członkowie Wspólnoty? A czy nie powinniśmy powierzać służby najlepszym, najodpowiedniejszym do konkretnego zadania osobom? Alkoholicy z krótkim stażem i doświadczeniem we Wspólnocie chyba nie są w stanie zapewnić kilkudziesięcioosobowej grupie poczucia bezpieczeństwa, a tym samym nie są najlepszymi kandydatami na prowadzących. Poza tym mityngi AA nie służą przeprowadzaniu szkoleń, ale o tym już pisałem. O Jedenastej Koncepcji też już było.
I wreszcie: co ty znowu wymyślasz? Nie, to nie ja – rozwiązanie to pochodzi z zagranicy. 

Ostatecznie – nie wiem, czy to dobry pomysł, nie wiem, czy do niego dorośliśmy, nie wiem, czy cokolwiek z niego wyniknie. Wolałbym tylko, żeby przy podejmowaniu decyzji (takich lub innych) nie blokował nas strach.

czwartek, 9 marca 2017

Notatki sponsora (odc. 081)

Mężczyzna wbija gwoździe. Jednak robi to jakoś tak… dziwnie, a i narzędzia używa wyraźnie problematycznego. Podchodzi do niego drugi facet, przez chwilę obserwuje i wreszcie pyta:

- Dlaczego w taki właśnie sposób wbijasz gwoździe?

- Bo to jest sposób najlepszy!

- Najlepszy? Czy w „Historii domowych napraw i remontów” nie pisali, że ten twój sposób jest archaiczny, że w taki sposób nie wbija się gwoździ już od dawna, że od lat są w użyciu inne, znacznie lepsze narzędzia, techniki i metody?

- Owszem, pisać-pisali, ale co mnie to obchodzi. W taki sposób, jak ja to robię, jest najlepiej!

- A próbowałeś chociaż tego sposobu, który opisali w „Historii” i który od lat praktykują tysiące ludzi?

- Nie, nie próbowałem, po co, skoro mój jest najlepszy?!

- Sposób dobry albo zły… to się poznaje nie po przekonaniach, ale po efektach, prawda?

- Jasne! Właśnie tak! I mój jest zdecydowanie najlepszy!

- Jak możesz twierdzić, że jest najlepszy, skoro wszędzie wokół walają się pogięte gwoździe, deska jest poobijana chybionymi uderzeniami, a ty masz poranione palce?!

- I co z tego? To normalne przy wbijaniu gwoździ najlepszą, czyli stosowaną przeze mnie, metodą. Tak po prostu być musi.

Na tym rozmowa się kończy.
  

Zadanie: zastanów się i odpowiedz, czy mężczyzna wbijający gwoździe i upierający się, że robi to w najlepszy sposób, jest poczytalny, czy kieruje się zdrowym rozsądkiem, czy można go nazwać człowiekiem trzeźwo myślącym?



15.03.2017
Minęło kilka dni, więc zgodnie z obietnicą ciąg dalszy nastąpił, czyli rozwiązanie zagadki.

W roku 2014, jeśli dobrze pamiętam, ukazał się „Poradnik dla służb AA” oznaczony jako wersja robocza 8 (w brązowej okładce). Wersje wcześniejsze dostępne były w formie elektronicznej i, z założenia, służyć miały publicznej konsultacji. Zgłaszałem swoje uwagi, sygnalizowałem błędy, proponowałem rozwiązania, z wielkim zapałem, a nawet nadzieją, do czasu aż „Poradnik” ukazał się drukiem i okazało się, że większość moich sugestii i uwag została zwyczajnie zignorowana.
W roku 2016 pewien alkoholik proponował mi wzięcie udziału z pracach nad kolejną, nową wersją „Poradnika”, ale odmówiłem. Dlaczego? Bo przestałem już walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek… a przynajmniej się staram.

Na początku roku 2017 wydany został „Poradnik dla służb AA” wersja 9, rozszerzony o podręcznik Billa na temat Dwunastu Koncepcji AA. Wydanie z Koncepcjami wydaje mi się świetnym pomysłem, mimo że pewne rozbawienie wywołuje określenie „my pijący”, ale mniejsza z tym.  Teraz jednak wrócę do anegdoty o przemiłym panu (tak, ja też uważam, że trzeźwe myślenie mocno u niego szwankuje), wbijającym gwoździe. Okazuje się, że rzecz cała – tak naprawdę – dotyczy kwestii podziału mityngowego kapelusza.

W zakresie Tradycji Siódmej moje wiele razy powtarzane uwagi do kolejnych wersji „Poradnika” sprowadzały się do trzech podstawowych elementów:

1. Według „Poradnika dla służb AA” procentowy podział kapelusza jest najlepszy – choć Wspólnota AA w Polsce nigdy na szeroką skalę nie testowała żadnego innego sposobu.

2. Według „Poradnika służb AA” procentowy podział kapelusza jest najlepszy* – choć z książki, będącej najrzetelniejszą historią AA**, wynika, że był to nieudany eksperyment we Wspólnocie AA w Ameryce, bodajże w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Sposób ten się nie sprawdził, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. To był po prostu niewypał.

3. Według „Poradnika służb AA” procentowy podział kapelusza jest najlepszy – choć nie ulega wątpliwości, że mimo jego dość powszechnego stosowania w naszym kraju od lat, we Wspólnocie AA Polsce, nie „jesteśmy samowystarczalni poprzez własne dobrowolne datki”, jak sugeruje Preambuła i jak to działa na przykład w Irlandii, ale nasza Wspólnota utrzymuje się w znacznej mierze z wyśrubowanych marż na książki.

Moim skromnym zdaniem jest to też kolejna próba przekształcenia Wspólnoty AA w organizację, w której od osobistej odpowiedzialności ważniejsze są regulaminy, zakazy, nakazy, normy itd. Jeśli jest przepis – nie potrzeba myśleć, zastanawiać się, decydować, brać odpowiedzialność za swoją decyzję.

Przy okazji… „Dlaczego „Poradnik dla służb AA”, a nie „Poradnik dla służb AA w Polsce”? Czyżby próba sugerowania, że taki sam „Poradnik” jest w użyciu we Wspólnocie AA wszędzie na świecie?

Inne moje wątpliwości też pozostały aktualne, mimo wydania nowej wersji „Poradnika”, na przykład urzędniczo-nakazowa nowomowa:, „sugeruje się”, „zaleca się” – nie taki jest język Anonimowych Alkoholików; Wielka Księga i 12x12 pisane są w pierwszej osobie liczmy mnogiej, to jest: uwierzyliśmy, zrobiliśmy, postanowiliśmy, przyznaliśmy… tak, my, MY we Wspólnocie AA.

Próby decydowania, komu wolno nazywać się weteranem. To jest i miał być „Poradnik służb”! Czyżby w AA w Polsce weteraństwo było jakąś służbą?

Lansowanie wzoru scenariusza sprzed lat. Tak, tego niebieskiego, chyba z 2008 roku, który sugeruje, że świeczka pali się na wszystkich mityngach AA na świecie (sic!), a anonimowi alkoholicy mogą udawać, że nie poznają się na ulicach (ale mi wspólnota!).

Zastanawialiście się wraz ze mną nad zdrowym rozsądkiem i trzeźwością tego wbijacza gwoździ, a co z naszymi zaufanymi sługami, którym, w dobrej wierze, powierzyliśmy zadanie napisania „Poradnika”, i którzy na początku bieżącego roku, za nasze pieniądze, wyprodukowali to… dzieło? Czy rzeczywiście im ufamy i czy mamy podstawy, żeby ufać ich wiedzy, doświadczeniu, zdrowemu rozsądkowi? W pewnej mądrej księdze napisano, że poznacie ich po ich owocach, a te są (delikatnie mówiąc) co najmniej problematyczne.





--
* „Poradnik dla służb AA” v.9 rok 2017, strona 52: “…najlepiej według schematu 60-20-10-10…”,  „Zaleca się, aby zebrane datki dzielić zgodnie ze schematem: 60-20-10-10”. 
** „Not-God” – Ernest Kurtz, str. 280-282.