sobota, 9 maja 2026

Koszmary pełnej uczciwości

Boisz się swojej żony? – zapytał spokojnie, pozornie obojętnym tonem.
No, co ty, jaja sobie robisz?! – odparłem z oburzeniem – nigdy w życiu!

Analiza różnych wydarzeń, opisanych w tabelach Kroku Czwartego, pokazała mi w końcu, że to dumne przekonanie niewiele miało wspólnego z rzeczywistością. Moje relacje z kobietami, z którymi wchodziłem w bliższe związki, zwykle zawierały pewne elementy strachu. Takiego, powiedziałbym, szczególnego, trudnego do wyłapania. Nie bałem się, że mnie pobiją, nie bałem się, że okradną lub zgwałcą… nawet ewentualnej zdrady specjalnie się nie obawiałem, zgodnie z regułą: moje postępowanie świadczy o mnie – twoje postępowanie świadczy o tobie. Czego się obawiałem?

Bałem się krzyków – wyrosłem w domu pełnym awantur i wrzasków i byłem mocno przewrażliwiony na tym punkcie. Jeśli ktoś podnosił głos, to nawet jeśli nie krzyczał na mnie, czułem się mocno niekomfortowo. Tak postępowała moja była żona. Rozumiałem, że to może nie do końca jej wina, tak została wychowana, ale… wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem. Jej histeryczne wrzaski i ordynarne wyzwiska kasowały we mnie jakąkolwiek potrzebę bliskości, na kilka dni. Z czasem na coraz dłużej.

W innych związkach, takich, w których naprawdę mi zależało, bałem się, że nie odgadnę lub nie rozpoznam właściwie jej potrzeb. Przypomniałem sobie, jak pewną kobietę, w której zakochany byłem do bezgranic, pytałem kilka razy: kim mam być dla ciebie? Pytałem w dobrej wierze, z atencją, bo naprawdę było to dla mnie niezwykle ważne, ale dopiero wiele lat później, podczas pracy nad Krokiem Piątym, odkryłem, że właściwie pytałem, jak jakiś aktor, a nie partner. Aktor, który nie wie za bardzo, którą rolę powinien zagrać. I boi się, że zagra niewłaściwą, więc przedstawienie się nie uda i to tylko z jego winy.

Bałem się posądzenia, że kobiety nie rozumiem lub nie zrozumiem. Możliwe, że któraś nawet coś takiego mi kiedyś zarzuciła, ale już nie pamiętam. W każdym razie musiało minąć wiele lat, zanim odważyłem się powiedzieć, że ja jestem od tego, żeby ją kochać, bo z tym rozumieniem może być różnie. I dlatego kobiety miewają przyjaciółki – jeden facet nie zrealizuje absolutnie wszystkich potrzeb kobiety, a jeśli któraś o tym marzy czy oczekuje, to będzie miała kłopot. W drugą stronę działa to tak samo.

Bałem się pokazać, że potrzebuję jeszcze kogoś innego. Nie chodzi o żadne romanse czy seks. To taka odmiana tego, co opisałem wcześniej. Uroiłem sobie, że ona (ta jakaś moja kobieta) będzie zazdrosna, i słusznie, że realnie potrzebuję jeszcze kolegów i przyjaciół, ale też pomocy, której ona nie będzie umiała udzielić.

To tylko niewielki element, fragment znacznie większej całości. Dowiedziałem się, jak i dlaczego nie układały mi się związki z kobietami. To jednak nie znaczy, że teraz, nagle, nauczyłem się je budować. Niestety, wiem, nie znaczy, że mam. Świadomość jest bardzo ważna, ale nie załatwia sprawy albo tylko w niewielkim stopniu. Jeśli chcesz, żeby coś się zmieniło w twoim życiu, musisz coś zmienić w swoim życiu – odkryła moja podopieczna. Zmienić – słowo klucz. Tak, zmienić, a nie składać puste deklaracje, że chcę, żeby to Bóg zmienił za mnie, żeby to On wykonał pracę, która należy do mnie. Na szczęście (czy rzeczywiście na szczęście?) traktowanie Boga jak chłopca na posyłki zakazane nie jest. Wielu alkoholików próbuje.
Ostatecznie jednak element naprawczy Programu, z niewielkimi wyjątkami, zaczyna się od konkretnych działań podejmowanych realnie w Kroku Szóstym i dalszych.

Tak więc zabrało mi około siedemdziesięciu lat, żeby dowiedzieć się, że w miarę życia można nauczyć się właściwego myślenia, ale nie można samym myśleniem sprawić, żeby się właściwie żyło. Wystarczy, że wykonasz te rzeczy i coś się stanie; nie rób ich, a nic się nie wydarzy, nieważne ile wiesz na temat Programu Anonimowych Alkoholików [Chuck C. „Nowa para okularów", s. 38].

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.