poniedziałek, 28 czerwca 2010

Program działa gdy ja...

Woźniaków – wieś pod Kutnem. Mniej więcej w środku Polski. Parafia i kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła. I, co dla alkoholików najważniejsze, Dom Pielgrzyma z wygodnymi pokojami, znakomitą kuchnią oraz pomieszczeniami odpowiednimi do pracy grupowej. Od lat spotykają się tam uczestnicy internetowego warsztatu Krok po Kroku, żeby twarzą w twarz popracować nad Programem 12 Kroków Wspólnoty AA, podczas weekendowych warsztatów.
Opole – jedno z najmniejszych miast wojewódzkich, pipidówa na południowym zachodzie kraju, znana głównie z Festiwali Polskiej Piosenki i powodzi. Aktualnie sześć grup AA. Siódma w planach.



Ten Program działa, kiedy ja działam – przysłowie AA
(Woźniaków, czerwiec 2010)

Na początku XXI wieku sytuacja w Opolu przedstawiała się w przybliżeniu następująco: cztery czy pięć grup aowskich, takie same, albo bardzo podobne scenariusze mityngów często w rażący sposób naruszające Tradycje AA, Program AA, poza ceremonialnym odczytywaniem Kroków i Tradycji na początku każdego mityngu, był w zasadzie prawie zupełnie nieobecny, a wypowiedzi dotyczące realizacji poszczególnych Kroków zdarzały się sporadycznie. Pracowaliśmy wtedy głównie na „programie problemów i radości”, na tematach (dość często o charakterze religijnym) proponowanych alkoholikom przez Duszpasterstwo Trzeźwości w książeczce „24 godziny”, na wzruszających utworach poetyckich, które wprawdzie nie miały nic wspólnego z Programem Dwunastu Kroków, ale za to znakomicie poprawiały samopoczucie („Dezyderaty”, Orędzie serca”, „Jeśli zdołasz” itp.).
Sponsorowanie praktycznie nie istniało, a jeśli nawet ktoś miał sponsora, to zwykle oznaczało to jedynie kartkę z numerem telefonu i obowiązkowym komunikatem „jakby ci się chciało pić, to dzwoń do mnie choćby w środku nocy”. Podobno – wiadomość nie potwierdzona – ktoś nawet spotykał się czasem ze swoim sponsorem, ale przypadkowe i nieregularne rozmowy dotyczyły głównie spraw bieżących i rozlicznych problemów podopiecznego z żoną, dziećmi, pracodawcą, urzędami itd.
Tragiczny brak chętnych do pełnienia służb. Z początkiem 2005 roku działalność grupy AA „Wsparcie” została zawieszona, gdyż nie znalazła się ani jedna osoba gotowa pełnić tam jakąkolwiek służbę.

Najpierw kilka, później kilkanaście osób, zaczęło coraz bardziej zdawać sobie sprawę, że to chyba nie tak miało być, że nie o to chodzi. Oczywiście najlepszym probierzem były relacje z bliskimi i satysfakcja z trzeźwego życia. A raczej właśnie bolesny i dotkliwy jej brak. Mijały miesiące, nie piliśmy, ale… Swoją drogą powrotów do picia (tzw. wpadek, zapić) było wiele i często wracający używali określenia „i nawet nie wiem, jak znalazłem się w knajpie”. Pamiętam, jak odrobinę podśmiechiwałem się z tej dziwacznej teleportacji, ale z drugiej strony trochę mnie to jednak niepokoiło. Nie chciałem wrócić do picia w tak tajemniczy i niezależny ode mnie sposób.

Mieliśmy świadomość, a przynajmniej uzasadnione podejrzenia, że chodzi właśnie o Program, którego tak naprawdę zupełnie nie znamy, nie realizujemy i nijak nie wdrażamy w życiu. Wymyśliliśmy więc w akcie desperacji, że będziemy się w kilka osób spotykać raz w tygodniu po normalnym mityngu AA, na czymś w rodzaju warsztatów poświęconych poszczególnym Krokom. Zdaję sobie sprawę, że dziś może się to wydawać wręcz idiotyczne, ale tak to było – alkoholicy spotykali się specjalnie po mityngu, żeby dowiedzieć się czegoś o Dwunastu Krokach AA, bo na samym mityngu AA było to niemożliwe.
Cały cykl spotkań udało się przeprowadzić chyba tylko raz, w pozostałych przypadkach grupa rezygnowała z pracy i spotkań dość szybko, ale z prawdziwej słabości tego pomysłu zdałem sobie sprawę właściwie dopiero niedawno: jest rzeczą normalną, że ślepiec nie widzi drogi, ale czy jest szansa, że zobaczy ją siedmiu ślepców? Mieliśmy różny staż abstynencki, ale (prawie) równy, to jest zerowy, poziom wiedzy o Programie. Co mogliśmy wymyślić w tych warunkach?

Ktoś miał kuzynkę w Ameryce, ktoś pojechał do Strzyżyny, ktoś był na dłuższej delegacji na Śląsku… W każdym razie do naszego miasteczka i dość zamkniętego środowiska zaczynały napływać informacje z wielkiego świata. Wynikało z nich jasno, że bez sponsorowania, ale takiego z prawdziwego zdarzenia, nie mamy właściwe większych szans na istotną, liczącą się zmianę. Wierzyliśmy w tą koncepcję mniej lub bardziej, ale i tak nie mieliśmy już żadnych innych pomysłów, a i determinacja nasza była wielka, więc…

01.03.2008 odbyły się w Strzelcach Opolskich Pierwsze Warsztaty Sponsorowania organizowane przez Intergrupę Śląska Opolskiego. Prosiliśmy o pomoc i ją dostaliśmy. Przyjechali ludzie z różnych miejsc w kraju, ale głównie z tej części Śląska, w której rzekomo Wspólnota AA miała wyglądać zupełnie inaczej. Rzekomo, bo w to, co opowiadali, faktycznie trudno było uwierzyć. Tak trudno, że jeden z przyjaciół zaraz następnego dnia pojechał na ten Śląsk z rewizytą, ale tak naprawdę sprawdzić tam, na miejscu, u nich, czy nie zmyślali. No, bo jak niby wierzyć, że ponad połowa alkoholików na mityngu nie tylko ma sponsora, ale i z nim pracuje na Programie? W każdym razie wrócił z informacją, że mówili prawdę. Wtedy się zaczęło. Pisząc obrazowo, malutka śnieżna kuleczka powoli zaczęła się toczyć po zboczu.
Szukaliśmy dla siebie sponsorów i znajdowaliśmy ich, zapraszaliśmy spikerów, organizowaliśmy kolejne warsztaty sponsorowania, wysyłaliśmy delegatów na rozmaite aowskie warsztaty w całej Polsce. I chciwie słuchaliśmy ich, gdy wracali.

Gdzieś pod koniec 2009 roku, podczas mityngu grupy „Asyż” zauważyłem, że z obecnych na spotkaniu alkoholików przynajmniej 70% pracuje ze sponsorem, sponsoruje, albo i jedno i drugie. Przynajmniej, może więcej, nie wszystkich znam aż tak dobrze, żeby...


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

niedziela, 20 czerwca 2010

Problematyczna 2 Tradycja

Oryginalny tekst Drugiej Tradycji AA brzmi: „For our group purpose there is but one ultimate authority - a loving God as He may express Himself in our group conscience. Our leaders are but trusted servants; they do not govern”. Aktualnie, to jest latem 2010 roku, polskie tłumaczenie ma postać:  „Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą” i uważam je za ewidentną przyczynę tragedii tysięcy alkoholików i ich rodzin w naszym kraju.


Druga Tradycja AA – tragedia i przekleństwo polskich alkoholików

Siłą Wspólnoty Anonimowych Alkoholików oraz realną nadzieją dla osób uzależnionych  jest Program AA (oferta, propozycja), który można zawrzeć w trzech punktach, ułożonych w dokładnie takiej kolejności jeśli chodzi o ich wagę i znaczenie:

1. Pisanie (realizacja) Programu 12 Kroków AA ze sponsorem oraz sukcesywne wdrażanie go we własnym życiu.
2. Służby pełnione w grupie AA, ale również i poza nią, w Intergrupach, Regionach, Konferencjach itd.
3. Mityngi AA, podczas których dzielimy się doświadczeniami wynikającymi z dwóch poprzednich.

Mniej więcej trzydzieści pięć lat temu lekarze i terapeuci (Dudrak, Grabowska, Matuszewska, Wierzbicki i inni) założyli u nas Wspólnotę AA.  Czemu na grunt polski przeszczepili same tylko mityngi – pozostanie już pewnie zagadką na zawsze. Chodzi mi głównie o ideę sponsorowania, bo struktury AA jakoś się tam z czasem wreszcie rozwinęły. Może nie rozumieli roli sponsorowania? Może rolę sponsorów automatycznie i w sposób naturalny przydzielili sobie? No mam pojęcia, w tej chwili to już tylko spekulacje i to może nawet niespecjalnie ważne. W każdym razie chwała im za Wspólnotę AA, na pewno zrobili to najlepiej, jak wówczas potrafili, i jeśli nawet nie przywieźli nam z Zachodu sponsorowania, to na pewno nie oni odpowiadają za to, że właściwie nie zaistniało ono w Polsce przez następne trzydzieści lat. Bo nie zaistniało, a niewielkie enklawy (kawałeczek Śląska, Opole, jakieś pojedyncze grupy rozrzucone po kraju), to jedynie wyjątki potwierdzające regułę.

Tak, uważam, że za brak sponsorowania we Wspólnocie AA w Polsce odpowiadamy my sami – członkowie AA. Jednak w dużej mierze odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi także, a może nawet i przede wszystkim, pokręcone, po prostu błędne (moim zdaniem) tłumaczenie tekstu Drugiej Tradycji.

W czym jest problem? Ano, w sławetnym authority, które na polski nie wiedzieć czemu przetłumaczone zostało, jako autorytet; może dlatego, że wygląda podobnie, nie wiem.

Jak to wygląda u nas w tej chwili? Tekst Drugiej Tradycji składa się z dwóch zdań, w których są trzy błędy w tłumaczeniu, i które właściwie nie mają ze sobą wiele wspólnego.  Drugie z nich, w którym leaders przetłumaczono, jako przewodnicy, zamiast liderzy (po co?), jest jasne i zrozumiałe: mandatariusze, rzecznicy, powiernicy i inni są od służenia, a nie rządzenia. Proste!

Niestety, ze zdaniem pierwszym jest dużo gorzej. Na jego bazie Anonimowi Alkoholicy w Polsce zbudowali cały system przekonań, który można określić jednym zdaniem: alkoholik nie powinien szukać sobie autorytetów w AA, albo i nigdzie indziej. Jest to oczywiście wersja uproszczona, bo analizując to zdanie dalej, można też dojść do wniosku, że...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

sobota, 19 czerwca 2010

Krok 6 Programu 12 Kroków

Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.
(ang. Were entirely ready to have God remove all these defects of character.)

Jak rozumiem Krok 6 Programu 12 Kroków AA?

Jest to Krok, który wielu alkoholikom – i mnie także – na pierwszy rzut oka, i z daleka, wydawał się łatwy i prosty, ale kiedy przyszło do praktycznej realizacji, okazało się to, niestety, tylko złudzeniem. O ile jeszcze z uważnej lektury stosownego rozdziału „Dwunastu Kroków i Dwunastu Tradycji” można wyciągnąć pewne wnioski, co do samej idei tego Kroku, to praktycznych wskazówek, odpowiedzi na pytanie, „co ja mam konkretnie zrobić?”, nie znalazłem w sumie zbyt wielu.
„Walczyłem” z tym Krokiem (z Siódmym zresztą też) na warsztatach w Opolu, w Strzyżynie, wiele o nim czytałem, korzystałem z doświadczeń sponsora oraz alkoholików, którzy na ten temat mieli cokolwiek do powiedzenia, starałem się realizować we własnym życiu i wreszcie wypracowałem, na użytek swój oraz podopiecznych, pewną koncepcję dotyczącą samej istoty Kroku Szóstego, ale także metody jego praktycznej realizacji w życiu.

Największym moim błędem było oczekiwanie, aż Bóg sam odbierze mi wady charakteru, kiedy będę na to gotowy, a ta gotowość pojawić się miała u mnie, chyba jakoś tak… samoistnie, może w efekcie wieloletniego chadzania na mityngi AA? Kompletne nieporozumienie! Później znowu pakowałem masę sił i środków w targowanie się ze słowami „całkowicie” i „wszystkich”. Było to równie bezsensowne.

Tekst Kroku Szóstego można podzielić na dwie części: „Staliśmy się całkowicie gotowi…” oraz „… aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru”. Na początek część druga, łatwiejsza.
Proces uwalniania mnie od wad, to domena Boga, a nie moja. Ja mogę sobie oczywiście wyobrażać, że Bóg klaśnie w ręce, albo pstryknie palcami i w tym momencie wszystkie moje wady charakteru znikną, przestaną istnieć. To dziecinada i niepoważne chciejstwa. Ja nie wiem jakich technik, sposobów czy metod użyje Bóg, jaki będzie zakres Jego działania, ale przede wszystkim, ja nie mam na to zupełnie żadnego wpływu. W tej sytuacji, dalsze rozważania o tym, jak On to ewentualnie zrobi, są tylko stratą czasu – w najlepszym przypadku, bo w gorszym, oznaczać mogą próby przejmowania kompetencji Boga, narzucanie Mu własnej woli, pomysłów, oczekiwanych i akceptowanych rozwiązań.
Do mnie należy część pierwsza Kroku Szóstego, „Staliśmy się całkowicie gotowi…”, i pytanie podstawowe: co ja mam w takim razie zrobić, konkretnie, żeby stać się gotowym? Jakie działania podjąć, żeby tą gotowość w sobie zbudować? Program AA jest programem działania, a więc, co i jak mam robić?

W rozważaniach na temat Kroków Sześć-Siedem od lat bardzo przydaje mi się historia wskrzeszenia Łazarza, z Ewangelii świętego Jana. Oto w wielkim skrócie i uproszczeniu jej treść: Łazarz był ciężko chory. Jego siostry wezwały Jezusa, mając nadzieję na jego pomoc, być może na przywrócenie zdrowia bratu. Jednak zanim Jezus przybył na miejsce, Łazarz zmarł i został pochowany w pieczarze przywalonej kamieniem. Jezus wyraził gotowość wskrzeszenia Łazarza i do obecnych powiedział, żeby usunęli kamień nagrobny. Marta, siostra Łazarza zaprotestowała, twierdząc, że zwłoki Łazarza już cuchną, bo został pochowany cztery dni wcześniej. Jezus zdania nie zmienił, a więc ostatecznie ludzie odsunęli kamień. Wówczas Jezus wskrzesił z martwych Łazarza, który o własnych siłach wyszedł z grobu.

Pojawia się tu pytanie: dlaczego Jezus kazał ludziom usunąć kamień? Przecież Jezus był (jest) Bogiem. Miał moc wskrzeszenia Łazarza, a więc na pewno nie zabrakłoby Mu jej na odsunięcie kamienia – w końcu Bóg jest przecież wszechmocny, wystarczyłoby, by mrugnął, a kamień odtoczyłby się sam, albo rozpadł w pył i proch. Czemu kamień musieli odsuwać ludzie?
Jezus zrobił dokładnie to, co jest zarezerwowane dla Boga, coś, co leży całkowicie poza zasięgiem i możliwościami człowieka – wskrzesił zmarłego. Tego żaden człowiek nie byłby w stanie dokonać. Ludzie zrobili jednak to, co zrobić mogli – odsunęli kamień. Ważna wydaje mi się też kolejność – najpierw kamień, później wskrzeszenie.
W tym „przedsięwzięciu”, ale może w wielu innych także, może do dziś, ważne jest to, że są sprawy ludzkie i są sprawy Boskie. Wierzę, że Bóg – jakkolwiek Go nie pojmuję – pomoże mi, jednak pod warunkiem, że najpierw to ja wykonam swoją część zadania i że nie będę się domagał od Niego, żeby zrobił coś, z czym mogę i powinienem poradzić sobie sam. I tak właśnie, w moim przekonaniu, skonstruowany jest Krok Szósty: ja – gotowość, Bóg – uwolnienie.
Kiedyś, podczas mityngu DDA, słyszałem nieco inną wersję tłumaczenia tekstu Szóstego Kroku: „Staliśmy się całkowicie gotowi do współdziałania z Bogiem, w wyzbyciu się szkodliwych i nieskutecznych zachowań”. I, choć pewnie nie jest to tłumaczenie lepsze pod względem językowym, to niewątpliwie można przyznać, że „coś w tym jest”, a szczególnie to „współdziałanie z Bogiem”.

Skąd mam wziąć tę gotowość, która jest moją częścią zadania, jak ją stworzyć, zbudować i… po co?

Pracując nad Czwartym i Piątym Krokiem zorientowałem się, że (czy trzeźwy, czy pijany) nadal mam wady charakteru, uświadomiłem sobie też, że ich w określonym celu i w określony sposób używam, a to nie jest sytuacja, która zapewniałaby mi komfort psychiczny. Przedtem mogłem obojętnie wzruszyć ramionami i skwitować taki problem słowami: „jak już po prostu tak mam”, ale teraz już się tak nie da. Pełna świadomość używania własnych wad charakteru dla jakichś tam swoich osobistych korzyści (materialnych, lub innych), wywołuje dyskomfort psychiczny, po prostu cierpienie. To nie jest stan, z którym byłbym gotów na dłuższą metę się godzić. Wyjścia z tej sytuacji są dwa...



Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.