piątek, 20 sierpnia 2010

Co oferuję bliźnim?

Jakże mógłbyś dać drugiemu człowiekowi coś, czego sam jeszcze nie masz? – zdanie to, w takiej bądź podobnej formie, figurowało w jednym z naszych starych scenariuszy; nadal i wciąż często powtarzane jest w środowisku. Przyjąłem je przed laty jako jeden z elementów mojego nowego życia; stało się dla mnie czymś oczywistym, normalnym i naturalnym. Wiele razy sam takiego zdania używałem, mnóstwo razy słyszałem je od innych aowców. Wydawało się jedną z fundamentalnych prawd AA. I bardzo długo nie odczuwałem żadnej potrzeby, by się nad nim jakoś głębiej zastanowić…


Cóż mogę dać innemu człowiekowi?

Miałem może ze dwa lata abstynencji, gdy w aowskim życiu zaczęło mi się trochę nudzić. Na temat Programu AA nie wiedziałem jeszcze nic ponad to, że jest czytany na początku mityngu, ale umiałem już utrzymywać abstynencję, na mityngi chodziłem regularnie i wydawało mi się, że są to kwalifikacje wystarczające, żeby być sponsorem. Wpadło mi wtedy do głowy, że może dobrze byłoby mieć jakiegoś podopiecznego – byłby to ktoś, kim mógłbym rządzić, przed kim się popisywać. W każdym razie pewna rozrywka. Jednak żaden chętny jakoś się nie zgłaszał, a ja byłem tym nieco zawiedziony, może nawet żywiłem szczyptę urazy do nowicjuszy, że się do mnie tłumnie nie zgłaszają, nie potrafią docenić moich niewątpliwie ważnych i cennych doświadczeń.

Po pewnym czasie sam zacząłem pracować ze sponsorem, jeździć do Strzyżyny, uczestniczyć w jakichś warsztatach, w każdym razie coś się wreszcie na temat Programu dowiedziałem. Odczułem wówczas ulgę, że wcześniej nikt się do mnie nie zgłosił, że nie zrobiłem komuś krzywdy swoją niewiedzą oraz pragnieniem dominacji. Tej ulgi starczyło mi na kilka następnych lat. Szczęśliwy, że nikt ode mnie nic nie chciał, miałem upragniony święty spokój. A jeśli chciał, to cytowałem powyższe zdanie, dodawałem coś tam na temat braku gotowości i… błogi spokój powracał. Wraz z samozadowoleniem oczywiście, bo przecież nie dość, że pochwaliłem się znajomością literatury i filozofii AA, to jeszcze wykazałem pokorę.

 W ostatnim okresie, mam tu na myśli jakieś dwa-trzy lata, sytuacja w moim mieście diametralnie się zmieniła. Odnoszę wrażenie, że coraz częściej bywa tak, że alkoholików, którzy autentycznie pragną pracować na Programie i szukają do tego celu pomocy sponsora, jest dużo więcej, niż potencjalnych sponsorów. Przybywa też nowicjuszy, którym chyba warto byłoby pomóc nieco bardziej, niż tylko wręczając ulotki. W takiej właśnie atmosferze problem powrócił, jednak teraz jakby zmuszony zostałem do przemyślenia go poważniej i przypomnienia sobie – ale szczerze i uczciwie! – swojej wcześniejszej postawy.

Zdanie, o które chodzi, w naszej Wielkiej Księdze brzmi następująco: „Oczywiście, nie możesz podzielić się czymś, czego sam jeszcze nie masz” i jest ono logiczne i sensowne. Na szczęście, nikt w AA nie namawia mnie, ani nie zmusza, do rozdawania czegoś, czego nie mam. No, ale przecież nie zakazuje mi dawania innym tego, co mam! Czyżbym chciał aż tak bezczelnie „grać wariata”, żeby upierać się, że ja absolutnie nic nie mogę ofiarować drugiemu człowiekowi? Hola! Hola! Faktycznie, mogę nie mieć doświadczeń w realizacji Kroków i Tradycji, ale to jeszcze nie znaczy, że nie mam zupełnie nic!

Za wyjątkiem trzech szczególnych przyjaciół, przez pierwsze 3-4 lata abstynencji nie dałem w AA nic nikomu. Bo trudno chyba za wartościowy dar uznać moje cotygodniowe pojękiwania, że po raz kolejny  była awantura z byłą żoną, że zlew się zatkał, że syn wagaruje...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz