czwartek, 21 lutego 2013

WK: obietnice i... obietnice

Planuj działania, a nie efekty! – to skrót myślowy, moje życiowe motto, pierwsze które dla siebie wymyśliłem, jeszcze w czasie terapii odwykowej. Nadal jestem z niego dumny, nadal bardzo mi się przydaje, chroniąc mnie przed zawodami, rozczarowaniami, żalami, urazami, pretensjami, rozgoryczeniem, frustracją… Dzięki niemu nie zachłystywałem się obietnicami, takimi czy innymi, ale po prostu robiłem swoje. Przynajmniej od czasu, gdy w ogóle zacząłem cokolwiek robić, poza chadzaniem po mityngach.

Obietnice i… obietnice

Z tamtych czasów pamiętam też powiedzenie: jeśli chcesz mieć to, co my w AA posiadamy, rób to, co my zrobiliśmy. W okresie niepodzielnie panujących na mityngach „problemów i radości” (a tak… w Opolu też tak kiedyś było) czasami wcale nie chciałem mieć takiego życia, jakie oni w AA posiadali i o jakim słyszałem do przerwy (bywało, że i dłużej), ale to już inna bajka – miało być o obietnicach.  

Pierwszą... obietnicę usłyszałem na mityngu: ty tylko nie pij i chodź na mityngi, a w twoim życiu będą się dziać cuda. Nie piłem, pilnie chadzałem na mityngi i faktycznie – w moim życiu działy się cuda, takie cuda, że… Może bez wdawania się w szczegóły powiem tylko, że mało brakowało, a bylibyśmy się w domu pozabijali. Wtedy, po ponad trzech latach abstynencji, pojawił się w moim życiu drugi sponsor, a ja powoli przestałem wyczyniać cuda.

Kiedy Program AA się o mnie upomniał, prędzej czy później musiałem natknąć się w WK na obietnice. Najpierw te, które w wydaniu II znaleźć można na stronie 72:
…już w połowie drogi zadziwią nas osiągnięte rezultaty. Poznamy nową wolność i nowe szczęście. Nie będziemy żałować przeszłości ani zatrzaskiwać za nią drzwi. Pojmiemy sens słów "pogoda ducha" i zaznamy spokoju. Bez względu na to, jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że i z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni. Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Zmieni się nasz cały stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami nie byliśmy w stanie dla siebie uczynić.

Czasem, pół żartem, pół serio, zastanawialiśmy się w gronie przyjaciół, gdzie leży ta połowa drogi i połowa drogi… do czego? Jednak pomijając te płoche rozrywki (wiadomo, że chodzi o działania związane z zadośćuczynieniem), obietnicami nie zajmowałem się zbytnio; starałem się koncentrować na działaniach bez rojeń o rezultatach. Poza tym, z niektórymi z tych obietnic miałem pewne problemy. Czy rzeczywiście bardziej niż sobą interesuję się bliźnimi? Czasem na pewno tak, ale czy tak jest zawsze? A co ze strachem przed niepewnością materialną? Jeśli mnie nie opuszczał, to czy była to moja „wina”, czy może niezbyt normalnych warunków, w których przyszło mi żyć? Bo wiadomo, że są na świecie rzeczy, które nie śniły się filozofom, ale dlaczego większość z nich w Polsce?

I jeszcze jedno – jeśli chcesz mieć to, co my w AA posiadamy… Bardzo chciałem, ale z tzw. Obietnic Dziewiątego Kroku nie wynika, że ci w AA to wszystko już posiadają. Poznamy, a nie poznaliśmy, pojmiemy, a nie pojęliśmy, zniknie, a nie zniknęła, opuści, a nie opuścił, zmieni się, a nie zmienił się itd. Obietnice ze strony 72 WK pisane są w czasie przyszłym. Czy ma to jakieś znaczenie? Nie wiem. Może i nie. Warto jednak zauważyć, że Obietnice Kroku Dziesiątego pisane są już w czasie teraźniejszym dokonanym. To są stwierdzenia, a nie nadzieje czy oczekiwania:
Przestaliśmy (w WK błędnie przetłumaczone jako „przestańmy”) walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek, nawet z alkoholem, jako że odzyskaliśmy już rozsądek i poczucie umiaru. Alkohol przestał nas pociągać. Jeśli zaś ogarnia nas chwilowa pokusa unikamy jej jak ognia. Reagujemy na nią rozsądnie i normalnie. Stwierdziliśmy, że dzieje się to wręcz automatycznie. Przekonujemy się, że mamy nowy stosunek do alkoholu, który uzyskaliśmy bez świadomego udziału z naszej strony. Został on nam po prostu dany. I jest to właśnie cud! Już nie musimy walczyć z piciem, ani też bronić się przed pokusami.
Czujemy, jakby umieszczono nas na jakimś neutralnym terytorium. Jesteśmy bezpieczni, czujemy się chronieni.. Nawet nie ślubowaliśmy wstrzemięźliwości, a nasz problem został rozwiązany. Nie jesteśmy z tego powodu zarozumiali, ale też nie czujemy się zastraszeni. To jest właśnie, przeżywane przez nas doświadczenie duchowe.

Nie, nie zawsze byłem zdolny odróżnić „chcę” od „chciałbym”, „mam” od „pragnę mieć”, „wiem” od „mam”. W pierwszych latach abstynencji opowiadałem na mityngach o swoim życiu, ale… czy rzeczywiście o tym, jakie ono jest? Bo może tylko o życiu, jakie chciałbym mieć? W „Nowej parze okularów” Chuck C. pisał: …wydaje ci się, że jesteś ponad prawem i próbujesz kontrolować swoje myślenie. Nie dostajesz tego, czego chcesz, ale uważasz, że możesz myśleniem wywołać to, czego chcesz. Tak, to ja, to o mnie.

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

poniedziałek, 11 lutego 2013

Warsztaty sponsorowania

Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem – wiele razy zastanawiałem się, czy to stwierdzenie Billa W. jest prawdziwe również w Polsce? Odpowiedź nie nastrajała optymistycznie, ale ważniejsze było to, że poza rozgoryczeniem i żalem, właściwie nic z niej nie wynikało. Zmiana nastąpiła dopiero wtedy, kiedy zapytałem inaczej: co ja mogę zrobić, żeby słowa Billa miały sens i znaczenie także u nas?

      Warsztaty sponsorowania Poznań 10.02.2013 – i ja tam byłem…

W lutym 2013 roku Intergrupa „Wielkopolska” zorganizowała warsztaty sponsorowania w Poznaniu. Nie liczyłem uczestników, ale wydaje mi się, że było tam ze dwieście osób z całej Polski. Organizatorzy z logistyką tego przedsięwzięcia poradzili sobie znakomicie. W klimatyzowanych salach World Trade Center w Poznaniu wszystko działało, wszystko było na czas, żadnego zamieszania, bałaganu, nerwów… aż miło było patrzeć. Sprawność organizatorów była ważna. Jeszcze ważniejsza wysoka frekwencja, ale najważniejsze…

Nie pojechałem na warsztaty sponsorowania do Puław, nie byłem na warsztatach w Kozach, ani w Zielonej Górze, ani… czemu wybrałem się do Poznania? Jak to się stało, że gotów byłem spędzić ponad osiem godzin w samochodzie i ponieść spore (jak dla mnie) koszty? Dlaczego akurat poznańskie warsztaty sponsorowania uznałem za tak ważne? Odpowiem na to za chwilę, ale najpierw kawałek niezbyt odległej przeszłości.

01.03.2008 odbyły się w Pierwsze Warsztaty Sponsorowania organizowane przez Intergrupę Śląska Opolskiego (za rok drugie, później trzecie, czwarte…). Czy to znaczy, że wcześniej w Opolu i na Opolszczyźnie nic kompletnie się w tym temacie nie działo? No, niby działo, ale… Pierwszego sponsora miałem już w 1998 roku i na pewno nie był on pierwszym i jedynym sponsorem w mieście i województwie, ani ja pierwszym i jedynym podopiecznym. Tak więc coś tam się działo, a jednak całymi latami (raczej dziesiątkami lat) wszystko szło niemrawo, opornie, jak krew z nosa. Albo i gorzej.

W Opolu systematycznie rosła liczba alkoholików zawiedzionych, rozczarowanych wieloletnią czasem abstynencją. Jeśli nawet umieliśmy już nie pić, to nadal nie wiedzieliśmy, jak żyć. Ani jak, ani po co… Na mityngach recytowaliśmy formułkę „a ja się cieszę, że dzisiaj nie piję”, ale bez radości, bez przekonania. Wieczny lęk przed „wpadką”, nadal niezadowolone żony (niektóre nawet twierdziły, że łatwiej było wytrzymać nasze picie niż tzw. trzeźwienie), mityngowe „problemy i radości”, które ulgę sprawiały tylko na chwilę, ale nie przynosiły trwałego rozwiązania, pogłębiający się brak nadziei, wszystko to powodowało, że byliśmy już znużeni cierpieniem… i sobą. A to oznaczało, że stawaliśmy się gotowi, by zrozumieć, że objawem obłędu jest oczekiwanie odmiennych efektów stale tych samych działań. Powoli stawaliśmy się (i wygląda na to, że wreszcie skutecznie staliśmy się) gotowi na zmianę.
Wspominam o tym nie dlatego, by wychwalać swoje miasto, ale żeby pokazać, że mam pewne doświadczenie w rozpoznawaniu narastającego kryzysu. W każdym razie, kiedy już byliśmy gotowi (wielu z nas), wszystko nabrało tempa; podjęliśmy konkretne działania, pojawiły się pożądane efekty.

Od tych pierwszych warsztatów minęło pięć lat. W Opolu, na grupach na które chodzę (oczywiście nie bywam na wszystkich w mieście), sponsorowanie określiłbym na jakieś 85%, może więcej. W Opolu sponsora nie trzeba szukać – można go sobie po prostu wybrać. Podczas mityngów niewiele mówi się o piciu, dużo więcej o Programie, o konkretnych rozwiązaniach i realnych zmianach, jakie one przyniosły.  A po mityngu często jeszcze wybieramy się wspólnie do herbaciarni („AA po mityngu AA”), żeby dłużej być razem, ze sobą, wspólnie.

Przez tych kilka lat dokonały się zmiany większe niż przez poprzednie ćwierćwiecze. Czasem porównuję to do śnieżnej kuli – początkowo trzeba ją mozolnie popychać, a i tak albo co chwila się rozlatuje, albo przetoczy kawałek, z oporami, jakby niechętnie i znowu staje. Jednak kiedy przekroczona zostanie jej masa krytyczna, śnieżna kula zaczyna toczyć się sama, coraz szybciej i już nie można jej zatrzymać.

Do Poznania pojechałem, bo już kilka miesięcy wcześniej podejrzewałem, czułem, że może to być wydarzenie o ogromnym znaczeniu, możliwe, że jedno z ważniejszych w całej naszej dotychczasowej AA-owskiej historii. Pojechałem, żeby sprawdzić, upewnić się, czy intuicja i przeczucie mnie nie myli, czy rzeczywiście Wspólnota AA w Polsce – jak kilka lat temu znaczna część anonimowych alkoholików w Opolu –  osiągnęła już swoją… krytyczną masę cierpienia, czy osiągnęła gotowość na zmiany. A jeśli tak, na co liczyłem, miałem nadzieję, to chciałem w tym uczestniczyć, być obecnym.
Pojechałem. Sprawdziłem. Odpowiedź brzmi – tak. Tak, TO się stało.

Wspomniałem już, że wysoką frekwencję (chętnych okazało się dwa razy więcej niż organizatorzy początkowo zakładali) uważam za ważną, jednak ważniejsze wydaje mi się to, że w warsztatach brali udział alkoholicy z całej Polski, z miejscowości naprawdę bardzo odległych od Poznania. To oznacza, że przyjechali alkoholicy, którym naprawdę zależy, zdeterminowani, tacy,  którym autentycznie chce się chcieć.

Najważniejszy sprawdzian był jednocześnie ostatnim punktem programu warsztatów – chodzi mi o panel dyskusyjny. To wtedy wszystko miało się rozstrzygnąć.  Z własnego doświadczenia (różne warsztaty, spikerki, praca z podopiecznymi) wiem już przecież, że brak gotowości na przyjęcie proponowanych rozwiązań zawsze przejawia się w złości,  sprzeciwach, w szukaniu „dziury w całym”, w wynajdowaniu argumentów, w negowaniu i deprecjonowaniu doświadczeń i przekonań spikerów, czy prowadzących , w próbach udowodnienia im, a może samemu sobie, że nie mają racji…


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach