wtorek, 18 września 2007

Wspólnota AA w Polsce…

Dawno, dawno temu uczono mnie, że Polska jest mocarstwem gospodarczym, na szóstym bodajże miejscu na świecie. Nie potrafiłem w to uwierzyć, mimo, że byłem wtedy jeszcze dzieckiem.
Potem nastały lata, kiedy dość często w sumie przekonywałem się, że to, co polskie, najczęściej jest o wiele gorsze od tego, co „zachodnie”. Oczywiście pamiętać należy, że „zachodnie” oznacza wszystko, co nie pochodzi z krajów komunistycznych lub postkomunistycznych, a więc towary z Dalekiego Wschodu też są... „zachodnie”. Ot, taka polska nomenklatura.
Wspomniałem o towarach, ale nie dotyczy to (niestety!) tylko wyrobów przemysłowych. Klapę zrobiła polska droga do socjalizmu, a polska droga do kapitalizmu... no, mniejsza z tym.

W każdym razie wyrobiłem sobie, mało może patriotyczną, ale za to bardziej realistyczną, postawę ograniczonego zaufania do wszystkiego, co polskie. I chyba nie ja jeden. Niedawno byłem świadkiem, jak w ostatnim momencie młode małżeństwo zrezygnowało z zakupu upatrzonej pralki, kiedy na ostatniej stronie prospektu reklamowego doczytali się, że sprzęt ten składany jest w Polsce.
  

Wspólnota AA w Polsce, czy Polska Wspólnota AA?

Podobną zasadę ograniczonego zaufania stosuję do siebie, jako alkoholika. Jako człowiek uzależniony miewam problemy z emocjami, nie zawsze potrafię rozpoznać swoje uczucia i nie zawsze są one adekwatne do zdarzenia, nie zawsze też widzę świat takim, jaki naprawdę jest. 
 
Po serii katastrof i bolesnych upadków życiowych, zrozumiałem w końcu, że moje sposoby na życie nie działają, nie przynoszą spodziewanych efektów, po prostu mi nie służą. Postanowiłem wtedy nieco mniej ufać sobie, a bardziej Anonimowym Alkoholikom. Uznałem, że Wspólnota AA ma do zaoferowania lepszy (dla mnie!) pomysł na życie, niż wszystkie moje własne pomysły, zakończone ostatecznie fiaskiem, bankructwem i detoksem. Oczywiście nie stało się to w moment, był to u mnie dość długi i momentami bolesny proces, ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Nauczyłem się wreszcie zasady ograniczonego zaufania także wobec siebie samego. I tak zasadę ograniczonego zaufania do siebie już mam, zasadę ograniczonego zaufania do wszelkiego typu „pomysłów” polskich miałem w zasadzie od zawsze no, ale w związku z tym zaczął się pojawiać pewien całkiem spory problem – jestem w pełni gotów zawierzyć Wspólnocie AA działającej w Polsce, ale Polskiej Wspólnocie AA już może nieco mniej. A może wcale? Czy jednak taki podział faktycznie istnieje? Czy istnieje Polska Wspólnota AA? Formalnie pewnie nie, ale...
 
Kiedy mój znajomy (anonimowy alkoholik, podróżnik i obieżyświat) przekonywał mnie, że tak, a nawet twierdził, że Polska Wspólnota AA dzieli się ponadto na Biesiadną, Religijną, Integracyjną i inne – nie chciałem mu wierzyć. Jednak miesiące abstynencji mi lecą, literaturę AA czytam namiętnie, kontaktów z AA-owcami z różnych stron świata mi przybywa i... mnożą się wątpliwości.
 
Niedawno ukazała się broszura „Scenariusz prowadzenia mityngu”. Oczywiście zgodnie z Tradycją IV jest to tylko sugestia i podpowiedź, bo każda grupa jest niezależna... itd., tym niemniej broszura została zaakceptowana przez Krajową Konferencję Służb AA w październiku 2003 roku. W dziele tym można znaleźć informację: „Za dzień narodzin Wspólnoty uznaje się 10 czerwca 1935 roku, był to pierwszy dzień nieprzerwanej trzeźwości doktora Boba”.
 
We Wspólnocie AA wiadomo i nie jest to informacja ukrywana, że 10 czerwca 1935 roku Doktor Bob pił alkohol. Można o tym przeczytać w książkach „Przekaż dalej”, „Doktor Bob i dobrzy weterani” i choćby w „Skrytce 2/4/3” z czerwca 2007 (strona 11). Może więc Polska Wspólnota AA ma nieco inną historię niż Wspólnota AA? Czemu ma służyć upieranie się przy tej, delikatnie mówiąc, bezsensownej informacji?
 
Oryginalnie tekst Kroku VIII brzmi: “Made a list of all persons we had harmed, and became willing to make amends to them all” – Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim. Co stało się ze słowem „wszystkich” z pierwszej części tego Kroku? Czyżby w Polskiej Wspólnocie AA obowiązywał jakiś zmodyfikowany zestaw 12 Kroków?
 
Ja uczę się języka polskiego od ponad czterdziestu lat i wydaje mi się, że władam nim już całkiem sprawnie. Według mnie, w wersji obecnej, alkoholik ma stać się gotowy do zadośćuczynienia tylko wszystkim osobom ze swojej listy, a nie wszystkim faktycznie przez siebie skrzywdzonym. Nie muszę chyba dodawać, że lista sporządzona przez alkoholika, a rzeczywistość, to nie musi być jedno i to samo.  
Z moich doświadczeń wynika, że wiele osób w AA, przynajmniej do czasu, jest przekonanych, że owa lista skrzywdzonych ma dotyczyć tylko i wyłącznie okresu picia. Ja też tak miałem.  
Oczywiście jest to element mitologizowania przeszłości, który z faktami i rzeczywistością nie ma zwykle nic wspólnego. Być może, gdyby z tekstu pierwszej części Kroku VIII nie wyrugowano słowa „WSZYSTKICH” – takich nieporozumień byłoby mniej.
 
Zarówno w nowych, jak i starych wersjach scenariuszy znaleźć można stwierdzenie: „W AA nie udzielamy rad...” albo „Na mityngach nie udziela się rad...” lub podobnie. Prawdę mówiąc od lat poszukuję w literaturze AA jakiegoś potwierdzenia AA-owskiego rodowodu tej reguły, ale jak dotąd, bezskutecznie. Jest to zasada przeniesiona z zajęć grupowych psychoterapii odwykowej.
 
Pamiętam, jak na mityng trafił Polak z zagranicy. Być może zaczynał pić jeszcze w Polsce, ale leczenie odwykowe i kontakty z AA miał dotąd tylko na obczyźnie. W czasie przeznaczonym na tzw. problemy i radości ktoś wspomniał o oszukańczych praktykach swojego szefa. Nasz nowy przyjaciel podniósł rękę, grzecznie się przedstawił i zaczął: „w tej sytuacji uważam, że powinieneś...”. Zgromadzonych zamurowało, prowadzący zrobił się biały, a rzecznik z trudem łapał powietrze. Wreszcie gościowi jakoś delikatnie wyjaśniono, że zgodnie z naszymi zasadami, na mityngu nie udzielamy rad. Był to człowiek kulturalny i inteligentny, dostosował się bez oporów. Pamiętam jednak do dziś jego pełnie niedowierzania, ale życzliwe pytanie: „To jak wy tu w Polsce sobie pomagacie?”
 
Tak... rad udzielać nie wolno, ale sugestie, podpowiedzi i propozycje są jak najbardziej dopuszczalne. Tylko czy ta pokrętna semantyka wywodzi się ze Wspólnoty AA, czy raczej z Polskiej Wspólnoty AA?  
To, co napisałem może wydawać się momentami złośliwe czy napastliwe. Nie było moim zamiarem atakowanie kogokolwiek. Problem w tym, że ja swoją chorobę alkoholową i zdrowienie traktuję bardzo poważnie. Nie chcę eksperymentować z polskimi odmianami AA, z polskimi odmianami 12 Kroków, ze zdrowieniem po polsku. Nie wierzę w powodzenie takich eksperymentów, uważam, że mogą mnie kosztować życie. A w przypadku zagrożenia życia robię się nerwowy.
 
 
P.S.
W „Zdroju” 4/2007 na stronie 26 znaleźć można komunikat Rady Powierników. Dotyczy on Archiwum Wspólnoty AA, które ma służyć do tego, „by każdy uczestnik Wspólnoty AA mógł odróżnić fakty od mitów”. Świetnie! Tylko… czy nie dałoby się tej prawdy od mitów oddzielać nieco wcześniej? Na bieżąco? A nie dopiero na poziomie archiwów? W tymże „Zdroju” (strona 24) jest też mowa o dziele niejakiego Józefa pod tytułem „10 lat Polskiej Wspólnoty Anonimowych Alkoholików – zarys historii i stan współczesny”. Polskiej Wspólnoty AA… więc jednak…




Dużo więcej w moich książkach


Woźniaków wrzesień 2007

W Woźniakowie koło Kutna, w gościnnym domu salezjańskim, we wrześniu 2007, kolejny raz spotkali się uczestnicy internetowego warsztatu Krok po Kroku, żeby twarzą w twarz i oko w oko popracować nad Programem 12 Kroków Anonimowych Alkoholików. I ja tam byłem…


Warsztat KpK, Woźniaków, wrzesień 2007

Poszedłem do AA, bo tak kazała moja pierwsza terapeutka w poradni odwykowej – i chwała jej za to. Zostałem w AA, bo Wspólnota obiecała mi – odwrotnie niż psychiatria i psychologia - wyzdrowienie z choroby alkoholowej, z alkoholizmu.
 
Od pierwszego spotkania „strzyżyńskiego” miałem przekonanie, że dla mnie jest to bardzo dobre rozwiązanie, bo opierając się tylko na mityngach AA, pierwsze trzy Kroki poznawałbym pewnie z 15 lat. Tyle czasu to ja nie miałem i nie mam – nie będę żył wiecznie, a i trzeźwienie – z założenia nieskończone – wywoływało we mnie dość umiarkowany zapał do ciężkiej pracy. Jednak dzięki takim właśnie zgromadzeniom, jak Strzyżyna, Kowary, Woskowice Małe czy ostatnio także Woźniaków, dzięki bardzo intensywnej pracy w oderwaniu od codziennego życia i to w grupie ludzi, którym naprawdę zależy, zaznajomienie się z Programem 12 Kroków zajęło mi mniej niż 9 lat. Aż tyle, czy tylko tyle? To już zdecyduj sam/a.
 
Od samego początku wiedziałem, że jeśli spotkanie w Woźniakowie we wrześniu 2007 dojdzie do skutku i jeśli faktycznie będą jakieś grupy do wyboru, to ja nie będę się starał dostać do żadnej z nich. Byłem gotów puścić ster, oddać go we właściwsze ręce, a samemu zająć się jedynie wiosłowaniem. I tak się stało. Zaraz po przyjeździe zadeklarowałem chęć pracy w tej grupie, do której wpakują mnie organizatorzy – na przykład wyrównując liczebność grup. W taki oto sposób trafiłem na Kroki I-III. 
Początkowo byłem lekko zawiedziony. Czego jak czego, ale bezsilności wobec alkoholu to ja sobie udowadniać nie muszę - zwłaszcza po zapiciach w trakcie terapii i pomimo uczestnictwa w mityngach AA. A tu wróciły stare pytania typu: „Czy próbowałeś kiedyś definitywnie przestać pić?”, „Co ci z tego wyszło?” itp.
Zanim jednak zdążyłem się rozczarować na amen, przypomniało mi się hasło, które czasem rzucamy sobie z moim sponsorem: „tak miało być, tylko ja śmiałem myśleć inaczej” i już spokojnie czekałem na ciąg dalszy. Zresztą tego czekania zbyt wiele nie było – w Woźniakowie dzieje się bardzo dużo w stosunkowo krótkim czasie, trzeba tylko być niezwykle uważnym i chcieć to widzieć.
 
Pierwsze zaskoczenie rzuciło mnie wręcz na kolana. Kiedy mówiliśmy o wyzdrowieniu z alkoholizmu, kilka osób stwierdziło, że dla nich jest to nowość, że pierwsze słyszą. Uff!
 
Na każdym mityngu powtarza się zapewne co najmniej kilka razy określenie „posłanie AA”. No przecież to właśnie jest posłanie AA! Alkoholik nie musi pić! Alkoholik może dobrze żyć obok alkoholu, bez alkoholu! Z alkoholizmu można wyzdrowieć! Albo zostać uzdrowionym… Przecież ani w Wielkiej Księdze, ani w żadnych innych tekstach aowskich nie napisano, że „my zdrowiejemy z alkoholizmu od 10, 20, 30, 40 lat, to wy też możecie zdrowieć… w nieskończoność”. Jest za to napisane, na tytułowej zresztą stronie: „Historia o tym, jak tysiące mężczyzn i kobiet zostało uzdrowionych z alkoholizmu”.
 
Oczywiście, jasną jest rzeczą, że wyzdrowienie z alkoholizmu nie wiąże się z możliwością powrotu do picia kontrolowanego – na zmienioną biochemię komórek jak dotąd nie ma mocnych. I może dlatego według lekarzy alkoholizm jest chorobą nieuleczalną (trwałą). Ale przecież problemem alkoholika nie jest alkohol. Ważna jest cała ta dysfunkcja psycho-emocjonalna, która kiedyś tam spowodowała moje uzależnienie, a następnie rozwijała się w najlepsze wraz z pogłębianiem się choroby alkoholowej.  
Okazało się, że być może, mówiąc o tych najprostszych, najbardziej podstawowych sprawach, mogłem się komuś do czegoś przydać.
 
Po niedługiej chwili przydał się ktoś mnie. I to bardzo. Rozważaliśmy właśnie złożone implikacje niekierowania życiem, kiedy utknąłem na jednym zdaniu z naszych materiałów, które brzmi: „Jeśli cierpię z powodu symptomów choroby duszy, to nie potrafię kierować swoim życiem”. Ja w zasadzie nie mam wątpliwości co do niekierowania tym swoim życiem, ale tego stwierdzenia po prostu nie potrafiłem pojąć.
 
No i trzeba było kumpla, alkoholika z abstynencją kilkumiesięczną, który pomógł mi zrozumieć, że jeśli jestem przerażony, albo w depresji, albo w euforii, to przecież nie ja kieruję swoim życiem. Moim życiem kieruje wtedy przerażenie, depresja, euforia, itd. Przykładów może być bardzo dużo… niestety.
Wszystkie decyzje, które podejmę w takim stanie będą prawdopodobnie do bani, bo przecież nie wynikną one z mojego trzeźwego oglądu sytuacji, rozsądnego namysłu, spokojnej kalkulacji.
(Tutaj ważna wydaje mi się pewna dygresja – znam dość popularną koncepcję, która głosi, że w Kroku X Bóg oddaje alkoholikowi kierownicę jego życia. Ja do jej zwolenników (jeszcze) nie należę. Koncepcja ta wydaje mi się bardziej pomysłem, czy raczej pobożnym życzeniem, alkoholików, a nie Pana Boga. Nie wspominając o tym, że ja nie śmiałbym nawet myśleć, że wiem, kiedy i co Bóg zrobi wobec tego czy innego alkoholika. I to jeszcze w wyliczonym przez tegoż alkoholika momencie.)
A wrześniowy Woźniaków trwał i działy się kolejne „cuda”…
 
- ksiądz Mirek podczas spowiedzi, przy nastrojowej muzyce, kawie i ciastkach (!) doprowadził mnie do płaczu,
- katolikowi od urodzenia, ja, wieloletni ateista, przypomniałem o istnieniu Dekalogu,
- rasowy samotnik, tak bardzo chciałem być razem z innymi, że wyszedłem na dwór prosto spod prysznica, z mokrą głową,
- itd. itd. itd.
 
Na pierwszym moim spotkaniu tego typu, a były to Kroki I-III „obrabiane” przez 9 dni w nieistniejącym już Studium w Opolu, kiedy dokonywałem coraz to nowych odkryć, moja znajoma, stara AA-owska wyjadaczka, skwitowała te moje „ochy i achy” krótko: „normalka, przecież w tym miejscu anioły latają pod sufitem”.
Po kilku takich spotkaniach, także w innych miejscach i według innej formuły, przekonałem się, że nie tyle chodzi tu o miejsce, co o ludzi. I znów zrobiłem solidny kawał drogi w stylu Koziołka Matołka, żeby odkryć na nowo prawdę znaną od setek lat: „... gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje…”.
 
Kiedy wróciłem w niedzielę z Woźniakowa, kontynuowałem w domu przerwaną wyjazdem lekturę, a dokładniej książkę o strategii marketingowej Cisco. Pierwsze zdanie, które rzuciło mi się w oczy, to opinia szefa tej korporacji na temat pracy zespołowej: „Nie od dzisiaj wiadomo, że czy to w biznesie, czy w sporcie dobrze zgrany zespół zawsze pokona drużynę złożoną z indywidualistów”. Śmiem twierdzić, że prawda ta znana jest też we Wspólnocie AA. Mniej więcej od 70 lat.
 
A jeśli już mowa o indywidualizmie… Przypomina mi się zdanie z jakiejś naszej literatury, w którym alkoholików nazwano, jeśli dobrze pamiętam, niebezpiecznymi indywidualistami. Ja mam gębę niewyparzoną, więc mówię wprost o indywidualizmie na granicy absurdu, indywidualizmie czasem wręcz samobójczym. Ten indywidualizm przypomina mi się zawsze, kiedy słyszę, że wprawdzie alkoholizm jest jeden, ale dróg do wyzdrowienia jest tyle, ilu alkoholików, czyli praktycznie nieskończenie wiele. Jasne! Gdzieżbym ja, egocentryk do n-tej potęgi był w stanie pogodzić się z myślą, że MNIE potrzebne są zwykłe i typowe metody i sposoby zdrowienia. Nie... ja przecież muszę mieć wyjątkowe! Indywidualne! 
 
No cóż… możliwe, że to jedynie kwestia nomenklatury, ale moim zdaniem droga jest jedna. To tylko ja mogę nią podróżować w różny sposób: na piechotę, hulajnogą, na rolkach, ciężarówką, maluchem, mercedesem… Mogę czasem zatrzymać się na poboczu, mogę próbować szukać skrótu, mogę doznawać mocnych wrażeń jadąc po wertepach, obok szosy… Mogę jechać sam lub w towarzystwie, mogę przestrzegać specjalnych znaków i specyficznych przepisów ruchu obowiązujących na tej właśnie drodze lub je ignorować… Ale droga ostatecznie jest tylko jedna.  Myślę nawet, że już wiesz, jaki napis może widnieć na drogowskazie…



Dużo więcej w moich książkach

sobota, 15 września 2007

Tradycja 1 Wspólnoty AA


W latach 2007-2008, pod opieką sponsora, zapoznawałem się z Dwunastoma Tradycjami Wspólnoty. Nie był to oczywiście mój pierwszy kontakt z Tradycjami AA, ale po raz pierwszy, zajmowałem się tym tematem tak poważnie i, przede wszystkim, kompleksowo. Zajęło mi to w sumie jedenaście miesięcy. Jednym z wielu efektów mojej pracy był cykl esejów. Większość z nich drukowana była (w różnym czasie) w aowskich biuletynach takich jak „Karlik”, „Mityng”, „Warta”, „Zdrój”. Jednak zanim zagłębiłem się w problematykę Tradycji AA, musiałem znaleźć odpowiedź na pytanie zasadnicze: „Kiedy zaczyna się AA?”. Wbrew pozorom wcale nie było to takie proste. Zorientowałem się też, że moje przekonania na ten temat, w sposób istotny, zmieniały się i ewoluowały z upływem czasu. Z rozważań tych, latem 2007 powstał tekst pod tytułem: „Kiedy zaczyna się AA? Czyli… sponsoring i tradycje”, który jest zarówno próbą udzielenia odpowiedzi na pytanie tytułowe, jak i zapisem zmian w moim myśleniu i przekonaniach.

Tradycja Pierwsza Wspólnoty Anonimowych Alkoholików:
Wersja krótka: Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze; wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików.
Wersja pełna: Każdy członek Wspólnoty Anonimowych Alkoholików jest tylko małą cząstką wielkiej całości. AA musi trwać nadal, bo inaczej większość z nas zginie. Toteż nasze wspólne dobro znajduje się na pierwszym miejscu. Ale dobro jednostki jest tuż za nim.

 
Jak rozumiem Tradycję Pierwszą Wspólnoty AA?

Kiedy dla alkoholika zaczyna się Wspólnota AA? – sponsor zadał mi to pytanie, nie licząc chyba na poprawną odpowiedź. Wydaje mi się, że chciał w ten sposób raczej coś mi przekazać, czegoś nauczyć, niż odpytywać z filozofii AA. W każdym razie podpowiedział mi wtedy, że AA zaczyna się wówczas, gdy w życiu alkoholika stają się ważne Tradycje Wspólnoty. To mądry i doświadczony facet, więc zgodziłem się z nim natychmiast, a że ja też sroce spod ogona nie wypadłem i wódka nie cały mózg mi wyżarła, to zrozumiałem, o co mu chodzi już po kilku miesiącach. Jednak wcześniej, w czasach moich początków w AA, nie było to takie proste…
 
Miałem może trzy-cztery miesiące abstynencji, gdy przypadkowo trafiłem na spotkanie Intergrupy. Dotrwałem jakimś cudem do samego końca, ale wychodziłem z przekonaniem, że jest to jakieś grube nieporozumienie: kilkunastu facetów o wyraźnych przerostach zapału organizacyjnego i z ciągotkami do zarządzania, spiera się namiętnie o sprawy, które nie mają żadnego istotnego znaczenia ani dla mnie, ani dla alkoholików, ani dla Wspólnoty (tak, w tej właśnie kolejności). To na to idą pieniądze, które wrzucam do kapelusza?! Aż mnie zatrzęsło ze złości! Jeśli ci działacze – jak ich nazwałem – chcą się w to bawić, niech to robią za swoje, a nie za moje pieniądze. No i oczywiście – beze mnie!!!
Niestety, nikt mi wtedy nie powiedział, a gdyby nawet powiedział, to wątpię, czy byłbym w stanie zrozumieć, że faktycznie, bardzo często sprawy omawiane na spotkaniach Intergrupy nie są najważniejsze na świecie, ale też i nie o to chodzi. Nikt mi nie wyjaśnił, że Intergrupa nie jest od organizowania i zarządzania swoim kawałkiem Wspólnoty, ale jest raczej czasem i miejscem, w którym uczestnicy spotkania zmagają się z Programem AA i własnymi słabościami, czy wadami charakteru.
 
Swoim negatywnym stosunkiem do służb zewnętrznych (to jest pełnionych poza grupą AA) dzieliłem się ochoczo przy każdej okazji, pewnie także bez okazji, z podobnymi sobie nowicjuszami. Niestety, niektórzy chcieli słuchać… Dziś mój kolega pamiętający tamte czasy mówi, że powinienem do końca życia pełnić jakąś służbę, żeby odrobić szkody, jakich wtedy narobiłem Wspólnocie. Może ma odrobinę racji…
 
Udało mi się wówczas naruszyć prawdopodobnie wszystkie zasady i Tradycje AA, ale Tradycję Pierwszą w szczególności. Byłem przecież gotów bez mrugnięcia okiem podzielić Wspólnotę na część właściwą, czyli „normalnych” alkoholików i Program Dwunastu Kroków, oraz wysoce podejrzaną resztę, to jest działaczy, organizatorów i rozmaitych innych funkcyjnych w jakichś Intergrupach, Regionach i Komisjach, z tymi ich wszystkimi niezrozumiałymi Tradycjami; tym się miała zajmować jakaś Warszawa, czytaj: centrala.
Minęło dużo czasu zanim wreszcie usłyszałem, że „Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze; wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików” i zacząłem szukać odpowiedzi na pytania, CO w takim razie jest tym wspólnym dobrem i JAK mam rozumieć jedność? Bo te właśnie elementy wydają mi się najważniejsze w tekście Pierwszej Tradycji. Ale minęło tego czasu jeszcze więcej zanim, z pomocą innych ludzi i literatury AA, zacząłem poznawać odpowiedzi.
 
W książce pod tytułem „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” znaleźć można następującą informację: „Bez jedności serce AA przestałoby bić, a nasze – oplatające cały świat – arterie przestałyby dostarczać życiodajną łaskę Bożą”. Prawdę mówiąc niewiele mi to pomogło. Szukałem odpowiedzi prostszej, bardziej zwyczajnej i praktycznej, bo chodziło nie tylko o to, żeby zrozumieć treść Tradycji, ale także umieć stosować ją w codziennym życiu.
W każdym razie wyszło mi ostatecznie, że wspólnym dobrem jest oczywiście Wspólnota AA, jednak istniejąca w takiej formie i działająca według takich zasad, które nadal i wciąż stanowić będą skuteczne narzędzie pomocy dla alkoholików. Wspólne dobro to zdolność do tego, by „trwać w trzeźwości i pomagać alkoholikom w jej osiągnięciu”.
 
Na świecie faktycznie wiele jest krzywd, niesprawiedliwości, a wielu ludzi potrzebuje pomocy różnego typu, jednak staram się pamiętać, że Wspólnota AA nie jest w stanie zwalczyć, pokonać całego zła i nie jest lekarstwem na wszystkie bolączki współczesnego świata. Ale też nie do takich celów została powołana. Jest to zresztą podstawową zasadą, która mówi o dobieraniu odpowiednich narzędzi do określonych zadań. Oczywiście można mikroskopem tłuc laskowe orzechy, jednak wytrzyma on to zdecydowanie krócej niż młotek, a jako mikroskop stanie się bezużyteczny jeszcze szybciej.
 
Wspólnoty AA nie można zamrozić raz na zawsze w jej postaci z lat czterdziestych ubiegłego wieku – choć czasem wydaje się to kuszące. Wspólnota musi ewoluować i dostosowywać do realnie istniejącej rzeczywistości. Musi przyjąć do wiadomości i nauczyć się wykorzystywać telefony komórkowe, komputery, Internet, zmiany gospodarcze, polityczne, społeczne, obyczajowe i inne. Taka właśnie Wspólnota AA, elastyczna i nowoczesna, a jednocześnie skuteczna, jak przed siedemdziesięciu laty, jest naszym wspólnym dobrem i… wspólną odpowiedzialnością.
 
Co może zagrozić Wspólnocie? Brak jedności. O tym mówi druga część Pierwszej Tradycji. Podziały, konflikty i rozłamy mogłyby się stać dla Wspólnoty trucizną skuteczniejszą od nakazów czy zakazów formalnych. Popularne porównanie mówi o tratwie ratunkowej, której pasażerowie/rozbitkowie mogą się spierać, sprzeczać, dogadywać, a nawet kłócić, ale jeśli część z nich postanowi odrąbać swój kawałek tratwy i popłynąć w jakąś inną stronę, to szanse na przeżycie dla obu grup natychmiast drastycznie maleją.
 
W tym miejscu bardzo mi się przydaje znajomość początków AA (literatura!), czyli czasów, kiedy nie było jeszcze żadnych Kroków czy Tradycji. Wspólnota mogła powstać dopiero wówczas, gdy Bill W. a po nim i inni pionierzy zorientowali się, że SAMEMU zachować abstynencji właściwie się nie da, że indywidualne trzeźwienie ma nie tylko bezpośredni związek, ale przede wszystkim wręcz wypływa z aktywności w niesieniu posłania drugiemu człowiekowi. Tak, właśnie tak – niesienie posłania rodzi trzeźwość. Odwrotnie niestety się nie da. Stąd zresztą stare powiedzenie aowskie, które mówi, że „jeśli trzeźwość nie rodzi trzeźwości to, albo jej w ogóle nie było, albo uschła, jak drzewo pozbawione życiodajnych soków”.
 
Jeśli decyduję się na przestrzeganie Pierwszej Tradycji AA, to nie dlatego, że kocham styl retro i te urokliwe dawne tradycje. Bez świadomości, jak ważna jest jedność i działanie dla wspólnego dobra, wielu z nas po prostu umrze – fizycznie lub duchowo. To nie sentymenty – to gra o życie…
Co w takim razie powinienem robić, jak się zachowywać i postępować, żeby nie łamać Pierwszej Tradycji, a nawet być strażnikiem powierzonego, wspólnego dobra? Wymyśliłem sobie w tym celu prosty test. Działa skutecznie i jest łatwy w użyciu, jednak pod warunkiem, że nie zareaguję odruchowo i instynktownie, lecz dam sobie czas, krótką chwilę na zadanie jednego tylko pytania: czy to, co chcę zrobić lub powiedzieć ma dzielić czy łączyć?
Jeśli mówię, że ONI w Regionie…, a MY w grupie…, jeśli popieram i aprobuję tylko te działania Wspólnoty, które rozumiem (nie zadając sobie trudu, by poznać całość), to niewątpliwie dzielę, a nie łączę. Jak każdy członek AA mam prawo wypowiedzieć swoje zdanie, przedstawić argumenty. Czy jednak w przypadku, gdy zapadnie decyzja nie po mojej myśli, mimo wszystko staram się pomóc w realizacji, wesprzeć, czy może tylko krytykuję i odcinam się szydząc przy okazji?
Czy obgaduję, krytykuję i oceniam innych alkoholików, uczestników mityngów, żeby poprawić sobie nastrój, dowartościować się? Banalne i powszechne słabostki, nieprawdaż? Jednak różnice w ocenie postępowania i zachowania przykładowego Iksińskiego podczas ostatniego mityngu mogą podzielić grupę AA na jego zwolenników i przeciwników, na dwa zwalczające się, zantagonizowane obozy.
A czy to, co teraz piszę, ma dzielić, czy łączyć?
 
Półtora roku po rozstaniu z alkoholem przestałem też palić papierosy. W związku z tym przez wiele lat, podczas mityngów przedstawiałem się jako alkoholik i nikotynista. Moje uzależnienie od nikotyny, jest faktem. Nikotynizm mam wyraźnie zaznaczony na karcie wypisowej ze szpitala, a więc przedstawiając się w ten właśnie sposób mówiłem prawdę. Tylko… po co? Jeśli na mityngu AA wszyscy wokół deklarują się, jako alkoholicy, a tylko ja… odrobinę inaczej, to czemu ma to służyć? A przede wszystkim, czy taka odmienność (wy – alkoholicy, ale ja – i alkoholik i nikotynista) może być traktowana, jako deklaracja jedności? Od 15 stycznia 2008 roku, na mityngach AA, też jestem już „tylko” alkoholikiem.




Więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.



wtorek, 17 lipca 2007

Kiedy zaczyna się AA?

Nie piję od 74976 godzin. Przez cały ten czas Wspólnota była blisko mnie, choć ja nie zawsze tak samo blisko Wspólnoty. Może właśnie dlatego moje odpowiedzi na pytanie „Kiedy zaczyna się AA?” ewoluowały, zmieniały się, mam nadzieję... dojrzewały


Kiedy zaczyna się AA? Czyli... sponsoring i tradycje.

Początkowo - i to nawet dość długo - uważałem, że Wspólnota AA zaczęła się dla mnie w dniu mojego pierwszego mityngu. Pozornie jest w tym sporo racji, był to niewątpliwie warunek konieczny, bez niego nie wydarzyłoby się przecież nic więcej, tym niemniej racja ta jest czysto formalna. Przecież sam fakt zapisania się do biblioteki nie świadczy jeszcze o zdobyciu mądrości zawartych w jej murach tomach, a tym bardziej o wykorzystaniu jej w życiu. Poza tym do biblioteki zapisujemy się zwykle w określonym celu, a ja do AA poszedłem w zasadzie nie bardzo wiedząc, czego oczekiwać i głównie dlatego, że tak kazali na terapii.
 
Nieco później wydawało mi się, że AA zaczęła się dla mnie, kiedy pierwszy raz poprosiłem pewnego AA-owca o sponsorowanie. Jest to przecież, a przynajmniej powinien być, moment bardzo ważny, przełomowy. Tak... ładnie to brzmi, ale w rzeczywistości były to kolejne pozory i formalizm.  
Znalezienie sponsora sugerowała terapeutka, a ja, konformista z natury, po prostu to zrobiłem – ot, zadanie do wykonania. Nie wiedziałem zupełnie, do czego mi ten sponsor ma być potrzebny, ani co to znaczy być sponsorowanym. W praktyce okazało się, że mój sponsor, choć miał pewnie dużo dobrej woli, też nie orientował się za bardzo, co to znaczy być sponsorem. To wszystko widzę jednak i rozumiem dopiero teraz.  Wówczas trwało to kilka miesięcy i skończyło się tak, jak chyba musiało – wróciłem do picia.  
 
To może Wspólnota zaczęła się dla mnie tak naprawdę wtedy, gdy po terapii odwykowej w ośrodku zamkniętym wróciłem na łono AA? W końcu był to czas, w którym zacząłem nareszcie słyszeć przynajmniej niektóre Kroki. Z rozumieniem ich nadal miałem kłopot, ale coś przecież drgnęło. Tak, drgnęło... udawało mi się utrzymywać abstynencję, ale w zasadzie nic poza tym.
 
W tym czasie często można było w naszym środowisku słyszeć określenie „zdrowy egoizm”. Ma ono mniej więcej tyle samo sensu, co „prawdziwe kłamstwa” lub „uczciwe złodziejstwo”, ale wtedy żyłem w ten właśnie sposób. Znów, a może nadal i w dalszym ciągu, liczyłem się tylko ja, moje potrzeby i zachcianki, kiedyś związane z piciem, teraz niby usprawiedliwione trzeźwieniem. Nadal krzywdziłem innych, nadal nikomu nie byłem w stanie pomóc, nadal byłem bogiem swojego świata i wszystko miało się kręcić wokół mnie – w końcu ja, alkoholik, nie piję. Taka postawa nie ma nic wspólnego z posłaniem i filozofią Wspólnoty AA, nie może więc być jej początkiem.
 
Czy Wspólnota zaczęła się dla mnie, kiedy wraz z kolegą założyłem grupę AA? To ważne wydarzenie świadczy przecież niezbicie o moim istotnym udziale w ruch aowski, w jego rozbudowę i rozwój. Tak? Naprawdę? A może to ważne doświadczenie pokazało mi tylko (po czasie) ogrom mojej pychy, bezkrytyczne przekonanie o własnych racjach, niezdolność do podporządkowania się zbiorowej mądrości i zwykłą samowolę? Bo przecież pamiętam, że nawet do głowy mi nie wpadło konsultować pomysł utworzenia nowej grupy z Intergrupą. 
 
Mijały dni i godziny, zmieniały się moje koncepcje na ten temat, ale coraz bliżej byłem sensownej odpowiedzi na pytania: kiedy AA stała się częścią mojego życia? Kiedy przestałem być jedynie konsumentem i traktować mityng AA jako poprawiacz nastroju i samopoczucia? Kiedy naprawdę zaczęła się dla mnie Wspólnota AA i jej Program, jako jasno sprecyzowany pomysł na życie? A może pytanie powinno brzmieć: kiedy zacząłem trzeźwieć, a nie tylko utrzymywać abstynencję?
 
Dziś niezwykle ważne wydają mi się tu dwa elementy: sponsor z prawdziwego zdarzenia i Tradycje AA. 
 
Wśród mądrości Wschodu podoba mi się zwłaszcza jedna: „Kiedy uczeń jest gotów – pojawia się nauczyciel”.
Kiedy wreszcie byłem gotów stanąć w postawie pokory przed drugim człowiekiem przyznając, że ja nie potrafię z czymś sobie poradzić, że mi nie wychodzi, że nie wiem, nie umiem, nie rozumiem, kiedy pierwszy raz w życiu gotów byłem uczciwie poprosić kogoś o pomoc - znalazłem sponsora przez duże S. 
 
Z moim pierwszym sponsorem spotykaliśmy się dość przypadkowo, zwykle przed mityngami i rozmawialiśmy na równie przypadkowe tematy przez kilka-kilkanaście minut, jak wypadło. Praca z drugim sponsorem zaczęła się dla mnie od precyzyjnego określenia zasad naszej współpracy, wzajemnych oczekiwań, po prostu od ustalenia „reguł gry”. I teraz jakoś nie dziwiło mnie, że mamy się spotykać regularnie, raz w tygodniu o wyznaczonej godzinie, a ja będę otrzymywał swego rodzaju zadania do wykonania, z których będę się musiał rozliczyć. Wtedy też dowiedziałem się, że sponsor to nie tylko kumpelstwo i pogaduchy na różne tematy, ale głównie i przede wszystkim konkretny, poparty własnym doświadczeniem i wypróbowany w praktyce sposób na zapoznanie podopiecznego z Programem AA, ułatwienie jego zrozumienia i wdrożenia we własnym życiu.
 
Mniej więcej wtedy dowiedziałem się też i zrozumiałem, że rozwiązanie Wspólnoty Anonimowych Alkoholików to nie musi być tylko Dwanaście Kroków – jak początkowo sądziłem. Choć do wytrzeźwienia starczą Kroki, to propozycja AA, z której można skorzystać, zawiera się w trzech legatach: dziedzictwo wyzdrowienia (trzeźwość), dziedzictwo służby  i dziedzictwo jedności . A jeśli ja nadal będę wybierał z tej całości tylko pojedyncze, pasujące mi elementy, to... „Stosowanie półśrodków nic nam nie dało. Znajdowaliśmy się ciągle w punkcie wyjściowym”.  
Jeśli wcześniej w ogóle myślałem o Tradycjach, to z przekonaniem, że to jakieś mętne teorie, dotyczące ewentualnie tylko „władz” Wspólnoty nazywanych nie wiem czemu obłudnie służbami. „Normalni” AA-owcy mieli Kroki i na tym powinni się koncentrować.
 
Teraz powolutku zaczynałem odkrywać znaczenie Tradycji AA, a także pożytki płynące z pełnienia służb poza grupą.
 
Potrzeba było jednak jeszcze wiele czasu i nieskończonej cierpliwości mojego trzeciego sponsora, żebym zrozumiał, że Tradycje nie ograniczają się tylko i wyłącznie do zamkniętego terenu Wspólnoty, że mogą być także elementem mojego sposobu na dobre życie również i poza mityngami czy spotkaniami Intergrupy, Regionu...
I jeszcze jedno – służby poza grupą, które traktowałem podejrzliwie, jeśli nie wrogo, okazały się być cudownym poligonem, na którym mogę skutecznie pracować nad Programem. W grupie obcych ludzi, z których kilku nie lubię, paru nie ufam, wielu nie znam, ale z którymi muszę współpracować i wypracowywać jakieś kompromisy dla wspólnego dobra, moje wady czy ograniczenia ujawniają się w sposób prosty i naturalny bez potrzeby stosowania jakichś wymyślnych programów terapeutycznych. A o to przecież, między innymi, chodzi.
 
Tak więc, kiedy zaczyna się AA? Tak naprawdę? Sponsor. Tradycje. Służba poza grupą.
Tylko tyle? A może aż tyle...




Dużo więcej w moich książkach



niedziela, 17 czerwca 2007

Ciche Kroki (Kroki 6 i 7)

Krok Szósty Programu Dwunastu Kroków Wspólnoty Anonimowych Alkoholików brzmi: Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru, a Krok Siódmy: Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.
Żeby można było mówić o jakimkolwiek uwolnieniu, trzeba najpierw te wady znać, a to odbywa się w trakcie pracy nad Krokiem Czwartym. Kiedy jednak już te swoje wady znam, pojawia się problem gotowości, a nawet całkowitej gotowości. Problematyczna jest też, jak zawsze, pokora.


Czemu Kroki Szósty i Siódmy Programu nazywam „Cichymi Krokami”?

Czemu Kroki Szósty i Siódmy Programu nazywam „Cichymi Krokami”?

Ja już od dawna chcę się pozbyć swoich wad i poprosiłem Boga, żeby mi je zabrał, no ale jakoś nie zabiera – w głosie mojego rozmówcy słychać było smutek, ale też jakby pewien żal do Boga.
A co zrobiłeś, żeby stać się gotowym do rozstania ze swoimi wadami? – delikatnie położyłem nacisk na słowo „zrobiłeś”. Patrząc na jego zmieszaną minę powtórzyłem – tak, co ZROBIŁEŚ? 
Odpowiedzi nie było, a ja nie drążyłem tematu. Nie jest moim celem ani zadaniem naruszanie komukolwiek jego, jako tako poukładanego, świata bardzo wygodnych w sumie przekonań – w końcu jako AA-owiec nie muszę popierać ani zwalczać żadnych poglądów. Nawet swoich własnych.

1. W moim mieście, na wszystkich grupach AA, Krok odpowiadający numerowi miesiąca jest tematem mityngu zawsze – oczywiście mogą też być inne tematy, z literatury AA na przykład, ale ten jest obowiązkowy. Tak więc w styczniu jest to Krok 1, w czerwcu Krok 6, w lipcu 7 i tak dalej.
O ile do 31.05 można jeszcze liczyć na spore zaangażowanie uczestników mityngu i liczne wypowiedzi, to od 01.06, po obowiązkowych narzekaniach na sąsiadów, dzieci, nauczycieli, służbę zdrowia, polityków, żony itp. – zapada często martwa cisza. W czerwcu i lipcu prowadzący mityng najczęściej musi podsuwać jakieś dodatkowe, awaryjne tematy. Bywa też, że mityng kończy się przed czasem.
Co ciekawe, sytuacja poprawia się w sierpniu czy wrześniu. Sam pamiętam, jak mając kilka miesięcy abstynencji wypowiadałem się podczas mityngów z pełnym przekonaniem i swadą o zadośćuczynieniu, którego dokonuję przez to, że przestałem krzywdzić (pić) lub poprzez swoje wypowiedzi na mityngach. Do dziś wstydzę się tych swoich „rewelacji”, ale to inna sprawa. W każdym razie brak wypowiedzi na temat Kroków 6 i 7 jest widoczny, a czasem nawet krępujący.

2. Jestem chyba typowym Polakiem, bo jeśli w ogóle mam ciężko pracować, to najchętniej wielkimi zrywami i do tego zakończonymi jakimś spektakularnym efektem. Tak przecież było z Krokiem 1 – po zwolnieniu z pracy za picie zgłosiłem się do Poradni Odwykowej godząc się w ten sposób w najbardziej podstawowym sensie z bezsilnością wobec alkoholu.
Podobnie było z Krokami 4 i 5 – faktycznie trudna, kilkudniowa praca na programie „strzyżyńskim” uwieńczona odczytaniem historii mojego życia i… w tamtych czasach nie było jeszcze mody na, mniej czy bardziej spontaniczne, okrzyki, ale i tak zrobiłem wtedy całkiem niezły cyrk. To, że pewnych zachowań po mnie oczekiwano, zupełnie mnie nie usprawiedliwia.
A sporządzenie listy osób skrzywdzonych i zadośćuczynienie im (Kroki 8 i 9), co w wielu wypadkach naprawiało nasze relacje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Super!
W porównaniu z nimi wszystkimi, Kroki 6 i 7 są ciężką, mało efektowną, nużącą, obliczoną na dziesiątki lat pracą, a drobne sukcesy w tych zmaganiach nie będą okraszone żadnymi fajerwerkami. Ot, ciche Kroki.

Historia moich Kroków 6 i 7 jest też historią mojej ignorancji, pychy, cwaniactwa, lenistwa, obłudy i strachu.

Początkowo wydawało mi się, że to najłatwiejsze Kroki w całym Programie. Uważałem, że każdy człowiek jest z natury rzeczy gotów do złożenia deklaracji, że chce się pozbyć swoich wad. Tym bardziej, że nie miało to (w moim ówczesnym rozumieniu) właściwie nic kosztować – wystarczyło przecież zwrócić się z prośbą do Boga. Prawdę mówiąc wyobrażałem to sobie chyba na podobieństwo kontaktu z kelnerem, na którego kiwam i wołam: „Panie Szefie, dobra, zgadzam się, zabieraj!”. Jak brudne naczynia, które ktoś ma po mnie sprzątnąć, ale dopiero wtedy, gdy już się wystarczająco napcham.

Rzecz jasna wierzyłem, że Bóg Wszechmogący może taki cud sprawić, ale jednocześnie byłem przekonany, że tego nie zrobi. Jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia. Ważne byłoby to, żebym to ja miał te Kroki „zrobione”, zaliczone. Jeśli od tego momentu nadal miałbym jakieś wady, to przecież w domyśle byłaby to wina Boga, a nie moja. Ja przecież prosiłem, a że On nie zabrał, to niech się teraz ze mną i moimi wadami sam męczy, ja jestem w porządku.

Nieco później roiłem sobie, że jak kiedyś „zrobię” Kroki 4 i 5, to potem będę sobie spokojnie czekał, aż stanę się gotowy do realizacji Kroku 6. Zaplanowałem sobie realizację zasady „daj czas czasowi”, z premedytacją zapominając o tym kawałku, który mówi, że „do czasu”.

I tak latami miałem rozmaite wizje dotyczące „Cichych Kroków”, ale wszystkie one można by w najlepszym przypadku określić jako miazmaty niewiedzy i pomieszania pojęć.

Wreszcie nadszedł odpowiedni moment, dorosłem do Kroków 4 i 5 i zrealizowałem je według programu „strzyżyńskiego”. Były uściski, poklepywanie po plecach, gratulacje i inne takie. Pławiłem się w glorii i chwale przez ponad rok, znów zapominając o jednej z naszych prawd: „alkoholik, który się nie wspina po ruchomych schodach, w rzeczywistości się cofa”. 
Nie robiąc nic, po kilkunastu miesiącach obudziłem się „z ręką w nocniku” i stwierdziłem, że na trzeźwo (czy aby na pewno?) wróciłem do niektórych starych zachowań i spuściłem ze smyczy kilka swoich wad, z czego jedną wręcz na granicy obsesji (pomieszanie chęci posiadania z urazą i pragnieniem zemsty). Niewiele brakowało, a zaprowadziłoby mnie to do kryminału. Wówczas stało się coś niesamowitego. Nagle, bez żadnego dalszego kombinowania, okazało się, że jestem gotów do podjęcia pracy nad 6 Krokiem, a w konsekwencji także nad 7. I jakoś tak „przypadkiem” pod ręką była rozpoczynająca się właśnie „strzyżyna”.

Bardzo nie lubię tego kawałka swojego życiorysu. Nie lubię siebie z tych kilkunastu miesięcy. Nie lubię o tym rozmawiać, nie lubię o tym pisać. Jednak czasem robię to. Traktuję te opowieści częściowo jako spłatę długu, częściowo zaś jako przestrogę dla siebie i innych.
Faktem jest, że wydarzenia te znakomicie poprawiły moją zdolność rozumienia Kroków 6 i 7 oraz moje kontakty z Bogiem. Faktem jest też, że po tej „strzyżynie” wadę, czy obsesję, o której wyżej wspomniałem, Bóg odebrał mi całkowicie. Podobnie jak, kilka lat wcześniej, uwolnił mnie od obsesji picia.

Powoli zaczynałem rozumieć, że „ciężar”, czyli po prostu istota Kroków 6 i 7 leży w zupełnie innych obszarach niż mi się to wcześniej wydawało. Nie walczyłem już ze słowami „całkowicie” i „wszystkich” domyślając się, że najważniejsze jest dla mnie osiągnięcie stanu gotowości, a nie targowanie się o ilość.
W Kroku 7 z kolei nie miały znaczenia moje mniej czy bardziej przekonywujące prośby, ale pokora.

Dwa razy w życiu osiągnąłem stan gotowości do rozstania. Za pierwszym razem w końcowej fazie mojego destrukcyjnego picia. Za drugim, to była ta chytro-urazowo-mściwa obsesja kilka lat później. Jednak oba te sposoby wydawały mi się zbyt kosztowne jako metoda osiągania niezbędnego stanu gotowości. W książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”, na stronie 64 znaleźć można zdanie: „To właśnie ten Krok oddziela ludzi dojrzałych od dzieci”. Czy ja muszę wiecznie być dzieckiem, które potrzebuje stale wsadzać rękę do jakiegoś ognia, by się przekonać, że ten parzy?

W tym momencie bardzo mi się przydało dobre przygotowanie z Kroku Czwartego. A dokładnie dwa elementy, bez których uważałbym swoją pracę nad Krokiem Szóstym za nierealną czy wręcz bezsensowną:
a) Ja wady nie tyle mam, co ich używam. Ze swoich wad korzystam jak z narzędzi, a robię to po prostu dlatego, że przynosi mi to określone korzyści lub sprawia przyjemność. Użycie każdej wady, zawsze, wiąże się z korzyścią, przyjemnością lub jednym i drugim. Na przykład złodziejstwo pozwala mieć rozmaite dobra za darmo, kłamstwo pozwala uniknąć odpowiedzialności lub skłonić jakąś panią do… do różnych rzeczy, itd.
b) Nie jest prawdą (a szkoda!), że przed uzależnieniem to ja w zasadzie byłem człowiekiem idealnym, w czasie picia, hmmm… chorym, a po ostatnim kieliszku znów stałem się biały jak śnieg. Nie. Używałem swoich wad, może nie zawsze takich samych, może z różnym natężeniem, ale przez całe życie.

Gdzieś tam po drodze wpadł do mojego ogródka kamyczek w postaci wiary (raz silniejszej, raz słabszej), że Bóg nie nałoży na mnie ciężaru większego niż mogę udźwignąć. Z tym, że to On wie lepiej niż ja, jaka jest moja prawdziwa wytrzymałość.

Niedługo potem dostałem anonimowy SMS. Może niezbyt mądry, może w założeniu zabawny, dla mnie jednak miał nieocenioną wartość: „Tu Niebo. Mówi Pan Bóg. Informuję, że wszystkie twoje prośby do mnie docierają, ale zrozum wreszcie, że odpowiedź na niektóre brzmi – NIE”.

I to było właściwie wszystko, czego potrzebowałem. Idąc przez życie mam zawsze ze sobą swoje wady, jak skrzyneczkę z narzędziami. Zawsze mogę któreś z nich wyjąć i użyć. Przyniesie mi to określone korzyści, ale pociągnie też za sobą znane mi zazwyczaj koszty czy konsekwencje.
Swoją gotowość do rozstania z taką czy inną wadą buduję każdego dnia, a przynajmniej mam do tego okazję, po prostu nie decydując się na użycie narzędzia. Choć czasem, wydawałoby się, że wbrew własnej woli, ani się spostrzegę, a mam je już w ręce. Nadal jednak mogę je odłożyć niewykorzystane.

W dwóch przypadkach w życiu, kiedy byłem całkowicie bezsilny i nie miałem żadnej szansy na podniesienie się samemu (za duży ciężar), On interweniował i problem przestał istnieć.

Oczywiście Bóg mógłby „zniknąć” inne moje wady charakteru też, czasem nawet o to Go proszę – na przykład taki perfekcjonizm – po co mam męczyć nim siebie i otoczenie? Kiedy jednak się to nie dzieje, rozumiem bez biadolenia, że w tym przypadku najwyraźniej odpowiedź brzmi – NIE. Pewnie jest ku temu jakiś powód, ale ja nie muszę go znać czy rozumieć.
Czasem z rozbawieniem stwierdzam, że Bóg wyraźnie dba o mnie: dając mi szansę na rezygnację z używania jakiejś wady, pozwala mi tym samym zapracować na moje miejsce w Niebie. :-)

A pokora? W tym wszystkim pomaga mi odróżnić te rzeczy, które mam zostawić Bogu, od tych, z którymi zdecydowanie i bez użalania się nad sobą, powinienem poradzić sobie sam. Bo w Siódmym Kroku prosić mam z pokorą, a nie z fanaberiami, zachciankami, roszczeniami, fantazjami i dziecinnym tupaniem nóżkami. Krok Siódmy to nie jest koncert życzeń. I realizować mam go podobnie do Kroku Szóstego… cicho. Jak dorośli ludzie, a nie jak popisujące się dziecko. 




Dużo więcej w moich książkach



czwartek, 17 maja 2007

Duchowość i szamaństwo

Kolejny raz spotkaliśmy się w Psiej Dziurze (jedno z kilku miejsc w Polsce, w którym takie warsztaty się odbywają), żeby popracować nad Krokami, czyli jak to ostatnio modnie jest nazywać, „żeby podłubać w Programie”. Programie 12 Kroków Anonimowych Alkoholików rzecz jasna.


Alkoholik w poszukiwaniu duchowości

Za pracą, zwłaszcza ciężką, specjalnie nie przepadam, zresztą, ileż można tyrać!? Żeby jednak nie poddać się gnuśnemu lenistwu postanowiliśmy czas spędzić twórczo, a najlepiej wzniośle i duchowo. Pierwszą sugestię przedstawił Książę, proponując abyśmy wybrali się na spacer po okolicznych polach i lasach, całą grupą, ale żebyśmy podczas tej wycieczki zachowali całkowite milczenie, czyli nie odzywali się do siebie ani słowem. Książę wspomniał, że kiedyś robił już coś podobnego z inną grupą. On wprawdzie niczego szczególnego wtedy nie doświadczył, ale pozostali członkowie jego paczki byli ponoć zachwyceni.
 
Malutka była uradowana, Puchatek marudził umiarkowanie, Wielebny kipiał entuzjazmem, a reszta właściwie zrobiłaby wszystko, żeby się tylko od „krokowych” materiałów oderwać. Jako, że kusiła nas jeszcze szansa jakiegoś niezwykłego przeżycia duchowego, wyruszyliśmy niezwłocznie.
Szybko okazało się, że milczenie nie sprawia nam żadnego problemu. Co więcej, nieomal od pierwszej chwili unikaliśmy nawet kontaktu wzrokowego, jakby skrępowani tym, co robimy. Malutka, całkiem niezła aktorka tak w ogóle, kilka razy przybierała pantomimiczną pozę niemego zachwytu, ale kiedy zorientowała się, że nikt nie zwraca na nią uwagi, z wyraźnym żalem przestała.
 
Lato w całej krasie, przyroda umiarkowanie skażona puszkami, butelkami, gnijącymi kanapami, wieńcami pogrzebowymi itp., tak więc wszystko byłoby w porządku, gdyby nie członkowie mojej przesympatycznej grupy, kręcący się w pobliżu. Wyraźnie mi przeszkadzali podczas tej eskapady. Później okazało się, że nie tylko mnie.
Dopiero godzinę po powrocie do ośrodka w Psiej Dziurze z rozbawieniem zdałem sobie sprawę, że ten nasz skomplikowany eksperyment, który dostarczyć miał jakichś specjalnych przeżyć, realizowany jest codziennie, przez miliony ludzi, którzy chodzą po prostu ulicami, czy alejami parkowymi, w stosunkowo niewielkiej odległości od innych obcych osób i nie odzywając się do nich. No, dobrze...
 
Kolejny pomysł miał Nieżywy. Tym razem mieliśmy zastosować coś sprawdzonego - wybraliśmy się całą paczką przytulać się do brzozy. Dokładniej to do brzóz, bo zgodnie z zasadami każdy miał znaleźć sobie swoją. Przytulanie było w całej pełni (wymowne milczenie, rozmarzony wzrok itp.) kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że niektórzy z nas przytulają się do pobielonych wapnem jabłonek. Cóż, jesteśmy w większości ludźmi z dużych miast... Na szczęście ciuchy dały się doprać. No, dobrze...
 
Jednomyślnie odrzuciliśmy sugestię Górala, który twierdził, że rozcieranie w palcach mrówek i wąchanie ich zwłok dostarcza niezapomnianych przeżyć, ale za to wybraliśmy się na „rykowisko”. Na niewielkiej polance, pojedynczo i grupowo, ile sił w płucach, nawoływaliśmy swoich bliższych i dalszych krewnych, znajomych i powinowatych i w ogóle każdego, kto w naszym mniemaniu mógł nam pomóc (forma pomocy nie została sprecyzowana) w pracy nad Programem. Wydzieraliśmy się potwornie i niewątpliwie psiodziórzanom (tubylcom) dostarczyliśmy kolejnej pożywki do rozmyślań na temat „miastowych”, ale mimo to jakoś wątpię, żeby te ryki dotarły do któregokolwiek z adresatów. Do mojego nie dotarły. No, dobrze...
 
Turnus nareszcie dobiegł końca i wyruszyłem w powrotną drogę. Bardzo długą zresztą, bo z mojego punktu widzenia Psia Dziura jest gdzieś na drugim końcu Polski. Dziś za te 9 godzin nużącej podróży wdzięczny jestem Bogu z całego serca. Był to bowiem czas wyjątkowy, czas dla mnie. Nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie zakłócić go filmem w TV, grą komputerową, mityngiem AA, spotkaniem towarzyskim, czy czymkolwiek innym.  
Rozmyślałem o duchowości, o moim rozumieniu tego pojęcia, jego ewolucji i o odkryciu, którego właśnie dokonywałem. Ale czy rzeczywiście ja sam? 
Był taki czas, gdy duchowość kojarzyła mi się z seansami spirytystycznymi, albo ewentualnie śpiewającymi kolędy zakonnicami. Zakonnice w tej mojej wizji miały patrzeć w bliżej nie określoną dal, ale koniecznie do góry- inaczej nici z duchowości. Wtedy jeszcze piłem.
 
I był taki czas, w którym Bóg odebrał mi obsesję picia, co nie udało się ani Wspólnocie AA, ani terapeutom w Poradni Odwykowej. W ten sposób odebrał mi też komfort wątpienia o nim, ale to inna sprawa. Jednak nadal i wciąż czegoś mi brakowało, choć sam pewnie nie umiałbym określić, co to ma być. Nazywałem to duchowością, ale to były tylko słowa, za którymi nie kryła się żadna istotna treść.
 
Aż wreszcie powolutku i nie bez oporów, zaczęło się we mnie rodzić przekonanie, że duchowe jest po prostu to, co nie jest materialne, a więc na przykład wartości takie jak: miłość, praca, przyjaźń, uczciwość, patriotyzm, Bóg, wierność, odpowiedzialność... Tak, religia i Bóg mogą być elementami duchowości, ale jej nie determinują.
 
Wspomniałem o oporach, bo z jednej strony tak pojmowana duchowość wydawała mi się zbyt przyziemna i taka... zwyczajna, a przecież MNIE należy się coś wyjątkowego! Z drugiej natomiast była zbyt trudna do osiągnięcia, wymagała (chyba) jakiejś pracy, a ja nawet nie wiedziałem za bardzo, jakiej.
 
Pociąg kołysał się rytmicznie, miałem już za sobą połowę drogi, kiedy zrozumiałem, że ja kolejny raz robię za Koziołka Matołka: „...i znów musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko”. Przecież w Psiej Dziurze nic specjalnego czy wyjątkowego się nie stało. Nie dowiedziałem się tam niczego, czego wcześniej nie wiedziałem. Czy musiałem tam jechać, a jeszcze wcześniej latami zmagać się z rozmaitymi problemami? Przecież to takie proste:
- Wszystko, co po nas zostaje, to tak naprawdę pamięć innych ludzi, bo przedmioty rozpadną się w pył prędzej czy później. Może więc, póki jeszcze mamy na to jakiś wpływ, warto zadbać, by tych dobrych wspomnień było więcej niż tych złych?
- Tyle tylko jesteśmy warci, ile jesteśmy w stanie pomóc drugiemu człowiekowi- stara prawda, chyba tak bardzo stara, że przestałem ją słyszeć.
- Kochaj i rób co chcesz- św. Augustyn - tak, w tej właśnie kolejności!
- Program AA jest programem duchowym. Duchowym!
- Zachowajmy to w prostocie”- dr Bob do Billa W. podczas ostatniego spotkania.
- Istota programu to właściwie dwa słowa: miłość i służba” - dr Bob w ostatnim publicznym wystąpieniu.
 
I nie trzeba było już nic więcej...
 
Pociąg zwalniał, zbliżaliśmy się powoli do mojego miasta.
 
Wydaje mi się, że niewiele jest grup, w których niedobór duchowości jest tak dotkliwie odczuwany i wyraźny, jak wśród trzeźwiejących alkoholików. Ten deficyt, a nawet głód, rodzi pokusę zaspokojenia szybko i bez wysiłku. A najlepiej, żeby jeszcze było smacznie i dużo. W takiej sytuacji łatwo o pomyłki.
 
W tytule zamieściłem słowo „szamaństwo”. Jego znaczenie słownikowe jest oczywiście inne (poza tym raczej szamanizm), ale dla mnie to pewien skrót myślowy. Przyznam, że ma on w tym kontekście znaczenie jednoznacznie negatywne. „Szamaństwa” w swoim życiu się boję, bo mam świadomość, że jestem umiarkowanie pracowity i z tych, co to czasem próbują wybierać „łatwiejszą, łagodniejszą drogę”.  I tak na przykład duchowość, to dzielenie się z drugim człowiekiem doświadczeniem, siłą i nadzieją. Obrzędy i ceremonie, w które zmieniają się niektóre mityngi AA (czy jeszcze AA?)- to „szamaństwo”. Podobnie jak szamaństwem jest taniec i potrząsanie dzidą w czasie suszy zamiast mozolnego noszenia wody z odległej studni.
 
Szukałem swojej duchowości u de Mello („Przebudzenie”), u Murphy’ego („Potęga podświadomości”), u Osho, Lao-Tsy, Oga Mandino i gdzie się tylko dało. Klęczałem z różańcem w garści przed świętymi obrazami. Eksperymentowałem z rozmaitymi zachowaniami, sposobami myślenia, systemami oddechowymi, itd. Niełatwo było mi się do tego przyznać, ale właściwie jedyne, co osiągałem to wzruszenie lub egzaltacja, którą początkowo często brałem za duchowość przez duże D. Czy jest coś złego w studiowaniu dzieł wschodnich mistyków lub w przytuleniu się do brzozy? Ależ skądże! Pod jednym wszakże warunkiem: że będzie to obok, a nie zamiast... miłości.
 
Szczęknęły hamulce, pociąg zatrzymał się na mojej stacji. BYŁEM W DOMU.




Dużo więcej w moich książkach