piątek, 11 listopada 2011

Londyn bez znieczulenia

W czwartek wieczorem, jak prawie zawsze, brałem udział w mityngu swojej domowej (macierzystej) grupy AA, czyli „u Franciszków”. Choć tego samego dnia rano byłem jeszcze w Londynie, na ten mityng musiałem się wybrać – pierwsza rocznica grupy oraz inwentura były ważniejsze niż zmęczenie i chrypa. Mówiliśmy o Kroku Pierwszym, Drugim i Trzecim razem, bo zdajemy sobie sprawę, że jeśli nawet uznanie bezsilności ma dla alkoholika znaczenie kluczowe, to jednak bez zawierzenia i powierzenia niewiele z tej bezsilności wynika.
Jako, że Program AA nie jest specyficznym sportem zamkniętych sal mityngowych, a jego efekty powinny być widoczne w codziennym życiu, opowiedziałem o podróży, z której właśnie wróciłem, czyli podzieliłem się własnym doświadczeniem. Bo wszystko zaczęło się dawno temu od mityngu spikerskiego… 


Londyn bez znieczulenia, czyli…
…PZPR w codziennym życiu alkoholika


Pewnego razu wybraliśmy się wraz z przyjaciółmi do Nysy (niewielkie miasteczko na Opolszczyźnie), na spikerski mityng AA. Spikerem miał być alkoholik z kilkumiesięczną chyba abstynencją i już samo to wydawało się frapujące, bo zwykle spikerami są osoby z długim, albo nawet bardzo długim stażem trzeźwienia. Spikerka ciekawa i zajmująca, ale o tym może innym razem. W przerwie mityngu spiker (aktualnie mieszkaniec Londynu), którego widziałem pierwszy raz w życiu, podszedł do mnie i… zaprosił na spikerkę do stolicy Wielkiej Brytanii. Uprzedziłem od razu, że w związku z wyraźnymi niedoborami środków płatniczych (skromna renta inwalidzka) oraz problemem z poruszaniem się (uszkodzony staw biodrowy i kręgosłup) może to być przedsięwzięcie logistycznie dość skomplikowane, kiedy jednak mój nowy znajomy stwierdził, że z tym gospodarze sobie poradzą i biorą to na siebie, nie pozostało mi nic innego jak się zgodzić. Kilkanaście minut później doszedłem do wniosku, że najpewniej zwariowałem już do reszty, ale nie wycofałem się – z różnych powodów zresztą: tak mi się dziwnie porobiło przez to całe trzeźwienie, że lubię dotrzymywać obietnic, a poza tym ciekaw byłem, jak to się robi na Wyspach Brytyjskich. A wyglądało na to, że robi się może i podobnie, ale bardzo szybko i tego właśnie byłem ciekaw.

Do Londynu poleciałem na początku listopada 2011. A co z tym powierzeniem i zawierzeniem, o którym wspomniałem wcześniej? Wybrałem się do obcego kraju, bez minimalnej nawet znajomości języka, bez pieniędzy, na zaproszenie alkoholika, którego widziałem tylko raz w życiu przez dwie godziny, którego nazwiska nie znam do dziś, nie mając przecież zupełnie żadnej gwarancji czy pewności, że ktokolwiek mnie z tego lotniska odbierze i jakoś się tam mną zaopiekuje. Osoby, z którą miałem się spotkać na lotnisku, jak się okazało bardzo atrakcyjnej pani w szykownym białym kapeluszu, też nigdy wcześniej na oczy nie widziałem. Zakrawało to na zupełne szaleństwo i dziesięć lat temu na takie zaufanie i powierzenie się zupełnie obcym ludziom  nie odważyłbym się na pewno. Widać jednak zaszła we mnie pewna zmiana…

Zaczęło się niezbyt szczęśliwie. Trochę błąkałem się po lotnisku (to jednak nie Wrocław, z którego startowałem), zmokłem i przemarzłem na parkingu, zorientowałem się, że zapomniałem leków, które powinienem regularnie zażywać, a jeśli dodać do tego fakt, że wstać musiałem w środku nocy, to i nic dziwnego, że byłem po prostu  rozdrażniony i mocno nieszczęśliwy. Zanim jednak zacząłem żałować całego tego przedsięwzięcia i zanim wyprodukowałem sobie przekonanie, że palnąłem głupstwo, gospodarze otoczyli mnie opieką i życzliwością o jakiej nawet nie marzyłem. W domach Moniki, Beaty, Andy’ego i Jacka znalazłem schronienie, własny pokój, wygodne łóżko i posiłki, na jakie u siebie niezbyt często mogę sobie pozwolić.

Jeszcze przed wyjazdem zaskoczyły mnie odrobinę pytania Tadeusza, przedstawiciela organizatorów, o to, czy zechcę poprowadzić…? czy zgodzę się uczestniczyć…? czy wezmę udział…? Wybrałem się tam w ramach praktycznej realizacji Dwunastego Kroku. Spiker na mityngu AA to służba, a ja byłem sługą (ewentualnie służącym, ale nie służebnym, bo takie słowo we współczesnym języku polskim nie występuje już w formie osobowej), który ma po prostu robić to, co do niego należy i to najlepiej jak potrafi. Tym niemniej wdzięczy jestem za taką kurtuazję. To było naprawdę miłe.
Gospodarze wypełnili mi czas po brzegi: każdego dnia służyłem jako spiker na mityngu, prowadziłem warsztat Tradycji, brałem udział w spotkaniu Intergrupy; dochodziły do tego dziesiątki godzin dyskusji panelowych. Po trzech dniach zacząłem chrypieć od tego gadania, ale dzielnie dotrwałem do końca – choć czasem zastanawiam się, jakim cudem wytrzymali ze mną sympatyczni i wyrozumiali Londyńczycy.

Zgodnie ze swoim przekonaniem, że pić umiemy wszyscy, więc opowieściami o piciu nikogo nie jestem w stanie nauczyć niczego dobrego, nie mówiłem na spikerkach o tym okresie mojego życia prawie wcale. Opowiadałem o Programie AA, o tym, jak zmieniło się dzięki niemu życie rodziny, bliskich, przyjaciół i moje, o sponsorowaniu, wreszcie o zastosowaniu w codziennym życiu, także tym pozamityngowym, Tradycji Wspólnoty AA. Tam, gdzie było to możliwe, prosiłem o pytania – ja oczywiście jestem przekonany, że najlepiej wiem, co słuchacze potrzebują i chcieliby usłyszeć, ale...

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

2 komentarze:

  1. Dziękuęe za to że moglam Ciebie spotkac i usłyszec w Slough:)
    Zofia

    OdpowiedzUsuń