poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Powrót trzeźwego myślenia

Dawno, dawno temu, pod koniec wojny, firma IBM wypuściła na rynek pierwsze komputery ENIAC, zwane wtedy maszynami myślącymi, elektronicznymi maszynami cyfrowymi, mózgami elektronowymi itp. Pojawiły się obawy, wtedy uważane za całkiem realne, że przez te urządzenia, ludzie oduczą się myślenia. Żeby się oduczyć, trzeba by się wcześniej nauczyć, a z tym bywało i bywa różnie, ale zostawmy to.
Pojawiły się więc ulotki, naklejki firmy IBM: Think, think, think – był to skrót od: myśl, co chcesz zrobić, myśl, co robisz i pomyśl, co zrobiłeś. Miały zwracać uwagę, by nie zwalać wszystkiego na komputery; nawet najszybszy komputer (sztuczna inteligencja) nie zwalnia człowieka od myślenia.

Podobno hasło „think, think, think” przyswoiły sobie niektóre grupy AA w krajach anglojęzycznych i wieszają stosowne tablice w salach mityngowych. Zupełnie mnie to nie zdziwiło, uważam to nawet za bardzo naturalne, normalne i oczywiste. Przecież trzeźwienie to powrót do zdroworozsądkowego myślenia, a nie wyłącznie myślenia. Oczywiście, jeśli ktoś nie ma do czego wracać, to ten system myślenia trzeba zbudować od nowa i to też czasem dzieje się dzięki Programowi Dwunastu Kroków.

Cały ten temat z myśleniem powrócił, gdy kilka lat temu usłyszałem, że alkoholik powinien wyłączyć myślenie, że z tego myślenia to same kłopoty i ból głowy, więc myślenie należy zastąpić... wiarą. W tym momencie bardzo wyraźnie zapachniało sektą.
Nie myśl, nie kwestionuj, nie zastanawiaj się, nie dopytuj, nie kontestuj, nie wątp, pamiętaj, że nic nie potrzebujesz rozumieć, wystarczy, żebyś wierzył i powierzał – to właśnie popularne rady i sugestie wciskane członkom sekty przez jej liderów/guru.

Nie tak dawno słyszałem rozmowę sponsorki z podopieczną
- Podopieczna: dlaczego przy Czwartym Kroku nie robiłyśmy tabeli lub listy osób skrzywdzonych, przecież w Kroku Ósmym mowa jest o tym, że mamy ją już gotową?
- Sponsorka: za dużo myślisz, czy jesteś pewna, że nie marzy ci się powrót do kontrolowanego picia?
- Podopieczna: nie, wcale nie chce mi się pić, po prostu jestem ciekawa, bo słyszałam o tym na mityngu...
- Sponsorka: mówiłam, żebyś nie słuchała na mityngach jakichś mądrości terapeutycznych, nie wystarczy ci to, co mówię? To może sama zostań swoją sponsorką, bo ja mam coraz więcej wątpliwości, czy tobie w ogóle można pomóc...

W tym momencie podopieczna zaczęła w przerażeniu jąkać się i usprawiedliwiać, najwyraźniej obawiając się jakiejś kary, wreszcie tłumaczyć się płaszczyć i błagać. Odszedłem zniesmaczony, bo tego nie dało się słuchać.
Zastanowiło mnie to, co usłyszałem na końcu „czy tobie w ogóle można pomóc” – moim zdaniem to manipulacja i zastraszanie. Gdyby jeszcze powiedziała: nie mam pewności, czy potrafię ci pomóc, to może miałoby to sens, ale tak, przekaz jest jednoznaczny – ja jestem alfą i omegą, ja znam najlepszy amerykański sposób poznawania Programu, więc jeśli to kwestionujesz to zdechniesz marnie, bo już nikt nie udzieli ci pomocy. To straszenie, że „już nikt nie udzieli ci pomocy” słyszałem też przy innej rozmowie, a wynika z tego, że to JA jestem jedynym ratunkiem dla ciebie, beze mnie wrócisz do picia i moralnego upadku.

Gdyby podopieczna była w stanie myśleć, być może zaczęłaby się zastanawiać, skąd pomysł, że tylko ta jedna sponsorka może jej pomóc? Skąd pomysł, że żadna inna alkoholiczka jej nie pomoże? Skąd przekonanie, że można czarną owcę usunąć „ z naszej listy whatsappowej”, a pozostałym zakazać komunikowania się z nią, co ma być rzekomo objawem miłości i służby?

Przypomniał mi się, niesławnej pamięci, David B. autor codziennych sugestii, zwany „panem sześć punktów”, a zwłaszcza jego rozumienie idei Kroku Pierwszego, która miała się sprowadzać do absolutnego, ślepego posłuszeństwa sponsorowi. (o tym panu można poczytać tu: https://aacultwatch.blogspot.com/search?q=david+b, na stronach poświęconych śledzeniu różnych kultów w środowisku AA.

Anonimowi Alkoholicy są wyjątkowo podatni na działanie różnych sekciarzy. Trafiają do Wspólnoty ludzie pogubieni, pełni wątpliwości i lęków. Takich bardzo łatwo przyciągnąć do sekty, jakich wiele powstaje wśród milionów alkoholików. Obroną byłoby myślenie, „think, think, think”, ale przecież rozsądne trzeźwe myślenie nie jest dostępne dla nowicjuszy. Więc może starsi powinni pomagać. Jak kiedyś przed uwodzicielami, tak teraz przestrzegać przed sekciarstwem w AA?

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

Porady, ale nie dla wszystkich

Robert Cialdini w książce „Wywieranie wpływu na ludzi” sugeruje:
I na koniec jeszcze jedna wskazówka: ustal sobie cel i własnoręcznie go zapisz. Jakikolwiek by ten cel nie był, ważne jest, aby go ustalić i wiedzieć dokładnie, do czego się zmierza, a następnie to zapisać. Jest coś magicznego w samym akcie zapisania. Tak więc zapisz swój cel. Gdy go już osiągniesz, znajdź sobie i zapisz cel następny.

W poradnikach pozytywnego myślenia, osiągania ważnych celów, zdobywania różnych życiowych szczytów, często natykałem się na podobne rady. Już nawet nie chodzi o zapisanie, co wręcz o powiadomienie wszystkich krewnych, znajomych, powinowatych, współpracowników i sąsiadów, o swoim planie, pomyśle, postanowieniu, decyzji o tym, że już od jutra zaczynam realizować... to lub tamto. Miało to utrzymywać wysoki poziom motywacji. Lata mijały, a ja miałem co do tego coraz więcej wątpliwości.

W moim przypadku wyglądało to całkiem inaczej. We wczesnym dzieciństwie radośnie i ochoczo opowiadałem o swoich planach i zamierzeniach, jak to dziecko, ale bardzo szybko przekonałem się, że to nie jest dobry pomysł. Zbierałem kieszonkowe na autko. Koledzy, którym o tym powiedziałem, uznali, że to autko jest kiepskie i oni takiego to nawet za darmo by nie chcieli. Na zabawkę nazbierałem, ale już mnie tak nie cieszyła. Wtedy jeszcze nie przychodziło mi do głowy, że oni mogą kłamać, a zrozumienie powodów, dla których kłamali, zajęło mi naprawdę wiele czasu.
Kilka lat później okazało się, że jeśli zdradziłem swoje plany, a one mi się nie powiodły, to narażałem się na śmieszność, kpiny i drwiny. Nie lubiłem, jak się ze mnie śmieją, nadal za tym nie przepadam. Jako dziecko po prostu cierpiałem.
Kolejny skok czasowy – opowiedziałem o swoich planach, zamierzeniach i pomysłach, a znajomi z firmy pobiegli sprintem do szefa, żeby mój pomysł przedstawić jako własny. Jeśli nawet nie próbowali podkraść mi rozwiązanie czy koncept, to starali mi się przeszkadzać w jego realizacji. Też jeszcze nie rozumiałem, że znajomi z pracy, szkoły, boiska czy skądś tam, nie są wzorem ludzi, kochających bliźniego, dobrze życzącymi innym, wspierającymi, pomocnymi. Zaczynałem rozumieć, że – być może – te porady mają sens w jakichś normalnych społecznościach, ale wśród Polaków, ludzi zawistnych i często nienawidzących siebie nawzajem za nic, coś takiego nie działa albo słabo i rzadko. 
W taki oto sposób nauczyłem się nie zdradzać swoich pomysłów, projektów, zamierzeń i marzeń. W Polsce była i jest to postawa zdecydowanie bardziej zdroworozsądkowa, oparta na moich, i nie tylko, konkretnych doświadczeniach i przeżyciach.

Nie mam racji, Polacy tacy nie są? Wystarczy poczytać komentarze na blogu z ostatnich lat. Czym alkoholicy różnią się od innych ludzi? Alkoholicy są tacy sami, jak inni ludzie, tylko bardziej. Bardziej zawistni, bardziej nienawistni, bardziej agresywni, złośliwi i szczujący.

W środowisku alkoholików z AA zaobserwowałem jeszcze specyficzną prawidłowość związaną z oficjalnym ogłaszaniem planów i zamierzeń. Ziutek wraca na mityngi po zapiciu. Dramatycznie pyta, co on ma robić, bo już nie daje rady. Jedni radzą mu terapię, ale ten pomysł Ziutek odrzuca – na terapiach był już siedmiu i efekt tego jest żaden. To podpowiadają mu, żeby znalazł sponsora i zaczął z nim poznawać i realizować w swoim życiu Program Dwunastu Kroków. Kilka dni później Ziutek radośnie ogłasza, że znalazł sponsora i na dniach zaczyna z nim pracę. Kupuje nową Wielką Księgę, ładuje telefon, bo przecież będzie się musiał często kontaktować ze sponsorem i innymi alkoholikami, cieszy się, bo dostał jakieś sugestie do wykonania, o wszystkich tych działaniach i planach opowiada w gronie znajomych i na mityngach i... wraca do picia.
W taki sposób Ziutek zaczynał z kilkunastoma sponsorami. Alkoholika takiego jak Ziutek znam niejednego. Za to schemat jest powtarzalny: powrót po zapiciu, demonstracyjne poszukiwania sponsora, manifestacja radości, bo sponsor się znalazł, opowiadanie o tym, co sponsor zalecił na początek, ostentacyjne kupowanie książek (poprzednie po pijanemu zgubił albo wyrzucił), publicznie okazywana determinacja i radość, bo pierwszy termin spotkania ze sponsorem uzgodniony i... powrót do picia. Czyżby dzielenie się planami i zamiarami było na tyle satysfakcjonujące i wyczerpujące, że skoro ta najważniejsza i najtrudniejsza (sic!) praca została wykonana, to można się już w końcu napić?

Nie będę się upierał, że sama ta idea opisana w poradnikach jest guzik warta. Po prostu nie sprawdza się ona w moim przypadku i przynajmniej kilkunastu, które znam z obserwacji. A chodzi w sumie o to, żeby samemu sprawdzić we własnym życiu, zanim zacznie się powtarzać teoretyczne mądrości. Dotyczy także innych teoretycznych mądrości.

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Niekonwencjonalny styl życia

Żeby rozważać pytanie, czy istnieje jakiś specyficzny styl życia niepijących alkoholików, często członków AA, trzeba najpierw zrozumieć, co w ogóle znaczy to określenie. Styl życia jest to całokształt codziennych zachowań człowieka, nawyków, decyzji i wyborów, charakterystyczny dla jego położenia, który odzwierciedla jego system wartości, sposób funkcjonowania w życiu, postawę wobec innych ludzi, także specyficzne przekonania. Tak więc, czy istnieje jakiś typowy dla niepijących alkoholików styl życia? Oczywiście – tak.

W Polsce większość ludzi, prawie wszyscy, używają alkoholu. Także ci, którzy normalnie nie piją. Nawet jeśli jest to sporadyczne, raz na kilka lat, na przykład ślub córki, zabawa sylwestrowa w firmie z udziałem szefa, to jednak zdarza im się wypić choćby kieliszek szampana. Całkowita, absolutna abstynencja, jako styl życia, jest czymś bardzo rzadkim.

Spotkania AA zwane u nas mityngami. Regularnie uczestniczą w nich alkoholicy, a nieuzależnieni, jeśli w ogóle, to bardzo, bardzo rzadko, sporadycznie albo wcale. Regularne lub/i częste uczestnictwo w mityngach AA, to też element specyficznego stylu życia, wynikającego z przekonania, że coś takiego jest potrzebne, wskazane lub nawet niezbędne.

Unikanie miejsc, do których przychodzą normalni ludzie głównie po to, żeby pić razem alkohol. I nie chodzi o upijanie się, ale na przykład o dwa piwa w pobliskiej pijalni piwa, po racy z kolegami, po meczu, a przed powrotem do domu.

Spory pakiet przekonań wyniesionych z terapii odwykowej lub środowiska AA, albo jednego i drugiego. Na przykład: spotkania i dłuższe spędzanie czasu z osobami pijącymi alkohol i pijanymi może być nawet niebezpieczne, grozi nawrotem lub choćby złym samopoczuciem. Podobnie jest z kupowaniem alkoholu, składaniem się na alkohol, dawaniem go w prezencie.

Zestaw przyjaciół, kolegów i znajomych. W książce telefonicznej mamy alkoholików wyjątkowo dużo, często większość.

Typowe, charakterystyczne i wręcz rzucające się w uszy jest nadużywanie zaimków osobowych. W relacjach ze zdrowymi ludzi bywa to wyjątkowo rażące, bo wiecznie to ja, ja i ja. Jednak specyficznemu językowi alkoholików można by poświęcić solidne, odrębne opracowanie.

Trzeba rozbić złudzenie, że jesteśmy jak inni ludzie albo że niedługo tacy będziemy [WK, s. 30].

Czy wszystkie te elementy występują zawsze, do końca życia, u każdego niepijącego alkoholika? Oczywiście, że nie – nic nie jest stuprocentowe, może poza śmiercią. Wystarczy, że dla większości alkoholików są to postawy, zachowania, przekonania, typowe na tyle, żeby kształtowały specyficzny styl życia. Czy jest on czymś złym, niewłaściwym, nagannym? Powiem tak: jeśli za określonymi przekonaniami i postawami nie idą zachowania, które kogoś krzywdzą, to nie. Czy sprawiają przyjemność, uszczęśliwiają? Tu już bywa bardzo różnie – zdarza się, że po latach już nie, ale alkoholicy często boją się zmienić pewne zachowania, zweryfikować przekonania, więc ten specyficzny styl życia podtrzymywany jest nadal.

czwartek, 17 lipca 2025

Na mityngach uczę się życia?

Jedno z mityngowych zaklęć, które znam od pierwszego mityngu i czasem słyszę do dziś. Możliwe, że na początku sam je wygłaszałem w czasach bezmyślnego powtarzania „mityngowych mądrości”.

Wiktor Osiatyński napisał w jednej ze swoich książek, że u alkoholików typowy jest niedobór pewnych umiejętności życiowych i społecznych, czy jakoś tak, podobnie. Do dziś pamiętam, jak nieswojo i smutno mi się zrobiło, kiedy zorientowałem się, że mnie to też dotyczy, choć miałem wtedy ponad czterdzieści lat.
O tych umiejętnościach życiowych raczej w ogóle nie ma co mówić, ale przez dłuższą chwilę naprawdę rozważałem możliwość poprawienie swoich umiejętności społecznych, to jest ulepszenia lub poprawienia relacji z innymi ludźmi. Szybko okazało się, że mityng AA nie jest do tego odpowiednim czasem i miejscem. Wręcz przeciwnie.

O setek lat znane jest na świecie powiedzenie qui tacet, consentire videtur – kto milczy, ten zdaje się zezwalać, lub prościej: milczenie oznacza zgodę. Oczywiście wiadomo, że nie oznacza jej w sensie formalno-prawnym, ale w codziennym życiu często można spotkać się z pytaniem lub zarzutem – skoro się nie zgadzałeś, to czemu nic nie powiedziałeś?

Scenariusze mityngów AA zostały skonstruowane nie po to, żebym się czegoś nauczył, ale po to, żebym się bezpiecznie i dobrze czuł. Nikt nie może zwrócić mi uwagi, nawet jeśli bezczelnie kłamię lub plotę od rzeczy, skomentować mojej wypowiedzi ani jej przerwać (chyba, że ględzę za długo, ale i z tym bywa różnie). Nikt nie może ze mną i moimi kocopołami polemizować. Nawet dopytać mnie o nic nie wolno. Milczenie uczestników mityngu wydaje się oznaczać aprobatę dla tego, co mówię. Czy w tych warunkach mogę dowiedzieć się i zrozumieć, że nie mam racji, że się mylę, że moje kłamstwa zostały zdemaskowane? Jest jakaś szansa, że dowiem się, co i jak powinienem zrobić, jeśli nikomu nie wolno udzielić mi żadnej rady? Czy, wobec pozornej zgody uczestników, wpadnie mi do głowy, żeby korygować swoje przekonania? O absurdalnym zakazie używania „my” na wielu polskich mityngach w ogóle nie ma co wspominać.

Mityngi dały mi to, co mój sponsor lubi nazywać jednym z najważniejszych słów w Wielkiej Księdze – AA sprawiło, że w moim życiu pojawiło się słowo »my«. »Przyznaliśmy się, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu…«. Już dłużej nie musiałem być sam [WK z 2018 roku].

Podczas mityngów AA oduczam się (niestety) normalnych i naturalnych relacji z innymi ludźmi, ale... mityng AA nie jest okazją do nauki życia społecznego, nie taki jest przecież jego cel. Tu jednak dobrze byłoby uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą. Czy w AA w ogóle nie da się doskonalić umiejętności społecznych? Ależ da się! W służbach poza moją grupą AA. Na przykład w Intergrupie, gdzie musiałem się uczyć współpracować dla wspólnego dobra z grupą ludzi, z których przynajmniej połowy w ogóle nie znałem, trzech nie lubiłem, dwóm nie ufałem, a jeden był moim przyjacielem (czyli dokładnie tak, jak to bywa w życiu w różnych grupach społecznych). Ale tutaj, w tych warunkach, mieliśmy działać i zrobić coś razem dla wspólnego dobra. Tak – MY razem.

wtorek, 8 lipca 2025

Wiem, to nie znaczy, że mam

Przeglądając artykuły ze starych biuletynów, natknąłem się w „Mityngu” (1/43/2001) na króciutki tekst „Ze wspomnień alkoholika”:

Przychodzę na swój pierwszy mityng. Słucham ale niewiele rozumiem. Zadano mi jakieś pytanie i przyjęto do AA oklaskami. Zrozumiałem na tyle, że zostałem AA i mam teraz nieść posłanie. Na następnym mityngu czułem się więc upoważniony, aby zabrać głos, ale już jako AA. Przypomniałem sobie to, co poprzednio usłyszałem - choć nie zrozumiałem - i pomieszałem ze swoim poplątaniem, a następnie dumnie się wypowiedziałem. Nie byłoby to wcale tragiczne, gdyby na kolejnym mityngu poprzednio przyjmowany AA nie powtórzył tym razem moich słów, tylko, że jeszcze bardziej wszystko zagmatwał a później na kolejnym mityngu następny, następny itd... aż któregoś dnia znalazłem się na mityngu, gdzie wszyscy powtarzają chaotyczne, niezrozumiane słowa i ja zaczynam sobie zdawać sprawę, że jeśli wartość przedstawianych doświadczeń jest taka, jak moje pierwsze własne słowa, to możliwe, że moja trzeźwość jest zagrożona. Na tym mityngu nikt nie mówił o programie AA, o tym co działa i jak działa, liczyło się tylko to, co ja mam do powiedzenia.

Po chwili zastanowienia zorientowałem się, że od tamtego czasu nie zmieniło się nic albo bardzo niewiele. Przypomniało mi się też stwierdzenie „wiem, wcale jeszcze nie znaczy, że mam”, którego początkowo, i dość długo, chyba jednak nie rozumiałem w pełni. Ale dobrze to brzmiało, więc powtarzałem z zapałem.

Od swoich pierwszych mityngów starałem się uważnie słuchać tego, co mówią inni, zawłaszcza ci bardziej doświadczeni, z dłuższym stażem abstynenckim. Słuchałem i zapamiętywałem. Później powtarzałem te mądrości. Chciałem się popisać, jasne, ale też bardzo pragnąłem być taki, jak oni. Przynależeć, być jednym z nich, zaliczać się do swoich. Więc powtarzałem ich złote myśli, zgrabne powiedzenia i przekonania, nie zdając sobie sprawy początkowo, że owszem, znam je i pamiętam, ale to nie są moje doświadczenia. Miałem wiedzę o modnych i popularnych powiedzeniach, ale nie odnosiła się ona do moich przeżyć. Stosownych doświadczeń nie miałem.

Minęło ponad dwadzieścia lat. Zauważyłem, że choć same zaklęcia w tym środowisku bywają już często inne, to sam proces powtarzania cudzych przekonań, jest dokładnie taki sam. I napędza go to samo pragnienie: jeśli będę powtarzał zgrabne powiedzenia i mądrości znajomego, lokalnego lidera, który jest podobno piątym pokoleniem od doktora Boba, to stanę się taki sam, jak on.
Na spotkaniach grup, na których bywam, nie słyszę już od dawna: daj czas czasowi, ty tu jesteś najważniejszy, trzeźwienie jest nieskończone, AA jest jak mafia i innych takich. Co teraz bezrefleksyjnie się powtarza? Na przykład: moją wadą charakteru jest to, że za mało ufam Bogu, moim największym problemem jest przekonanie, że nie jestem wystarczająco dobry (niektórzy to też nazywają wadą), jestem „na Sugestiach”, to znaczy, że robię Program AA ze sponsorem, jeżeli się źle czujesz, to widocznie masz za mało AA w życiu. Były i inne, ale nie w tym rzecz.

Nieufność, która jest czymś innym niż brak zaufania konkretnej osobie w określonej sytuacji, jest wadą, ale nie ma takiej wady, jak nieufanie lub za małe ufanie Bogu. Gdyby tak było, to wszyscy ateiści i agnostycy byliby ludźmi wadliwymi, a to już gruba bezczelność i fanatyzm.
Nie jestem wystarczająco dobry? Na pewno tak, ale jeśli mam być trzeźwy, to właśnie powinienem rozpoznać, DO CZEGO jestem wystarczająco dobry, a do czego w ogóle nie mam kompetencji. Zwykle zaczyna się to w ramach Czwartego i Piątego Kroku. Nie da się być niewystarczająco dobrym do wszystkiego – w końcu tyłek potrafię sobie jakoś podetrzeć, a nawet wodę na herbatę zagotować, prawda? Parę innych też by się znalazło.
„Codzienne sugestie” (przywiozłem takie z Londynu w 2011 roku, ich autorem jest problematyczny David B.) nie są częścią Programu Dwunastu Kroków, nie występują w żadnej literaturze AA. Niektóre z nich, a z czasem pojawiły się różne zestawy, mogą nawet być przydatne, jeśli nie są szkodliwe dla zdrowia, ale realizacja tych sugestii nie oznacza pracy na Programie, nie jest realizacją Kroków. Sugestie to nie Program AA!
Koleżanka, która wróciła ze szpitala po poważnej operacji, kilka dni później nadal czuła się źle. Od sponsorki usłyszała, że ma za mało AA w życiu. Tego już komentował nie będę.

Przestroga. Nie popełniaj moich błędów. Potrzeba przynależności, bycia wśród swoich, więzi, zrozumienia, akceptacji, jest naprawdę ważna, ale zbudowana na cudzych przeżyciach, nie ma wielkiej wartości. Oszukiwanie siebie i innych, wmawianie sobie, że coś mam, gdy tak po prawdzie jeszcze nie mam, pomaga szybko zbliżyć się do grupy, ale jest oszustwem. To trochę tak, jak ze strojem – jeżeli ubiorę sukienkę, to z daleka mogę nawet przypominać kobietę, ale nadal nią nie będę. Gromadzenie własnych przeżyć i doświadczeń trwa pewnie dłużej niż udawanie, ale tak właśnie tworzy się realną wartość.

Dziel się szczodrze tym, co odkrywasz, i dołącz do nas [WK z 2018 roku, s. 164].

Ano właśnie – tym, co odkrywasz, a nie tym, co odkrył kolega i opowiedział na mityngu.


wtorek, 1 lipca 2025

Książki wspierają trzeźwienie

Nauczyłem się czytać samodzielnie i płynnie mniej więcej w ósmym roku życia i zostało mi to do dziś. Z lektur szkolnych nie przeczytałem jednej, bo zabrakło jej w bibliotece, natomiast wszystkie inne – tak. Z ciekawością lub bez, z przyjemnością i bez niej, zainteresowany lub znudzony, ale przeczytałem.

Cztery lata przed zaprzestaniem picia przeczytałem, polecone przez znajomą Al-anonkę, „Grzech czy choroba” i „Życie w trzeźwości”. Dzięki nim nie walczyłem w określeniem „alkoholik”; dowiedziałem się też o AA. Był też minus – uznałem, że teraz to ja wiem już tyle o alkoholizmie, że sam sobie poradzę. Oczywiście to był mój błąd, a nie książek.

Kiedy trafiłem na pierwsze mityngi nie wiedziałem, że jest jakaś specjalna literatura AA. Przed prowadzącym leżał laminat ze scenariuszem, Kroki i Tradycje oraz „24 godziny”, trzytomowe wydanie Duszpasterstwa Trzeźwości w Opolu. Myśl przewodnia, modlitwa i medytacja odpowiednie na dany dzień, zawsze były tematem mityngu. Tak było na wszystkich 5-7 grupach w mieście. Nie miałem pojęcia, że te bombastyczne, religijne teksty nie są literaturą AA. Stosowny tekst na każdy dzień czytałem codziennie. Starsi stażem mówili, że tak robią, to ich naśladowałem. Przestałem po ponad dwóch latach. Mniej więcej wtedy wpadła mi w ręce książka „Anonimowi Alkoholicy” oraz „12 Kroków i 12 Tradycji”. Trzecią pozycją, którą przeczytałem trochę przez przypadek, było „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość”. Kolejności dalszych już nie pamiętam, ale ostatecznie przeczytałem wszystkie książki AA, które się po polsku ukazały.

Czytałem literaturę AA z wielu różnych powodów. Nie wszystkie one pojawiły mi się jednocześnie, do niektórych musiałem dorosnąć. Oto najważniejsza siódemka:

1. Od pewnego momentu chodziło mi o wytrzeźwienie, a nie o nieskończone trzeźwienie; z książek Wspólnoty starałem się dowiedzieć, jak miałbym to osiągnąć. Anonimowi Alkoholicy zapewniali, że jest to możliwe w odróżnieniu od terapii odwykowej, na której uczono mnie, że alkoholizm jest nieuleczalny.

2. Wymyśliłem sobie, że Anonimowi Alkoholicy w swojej historii popełnili naprawdę wiele błędów, a jeśli je poznam, nie będę musiał powtarzać ich na własnej skórze.

3. Miałem coraz więcej wątpliwości co do tzw. prawd i zasad AA serwowanych alkoholikom przez weteranów na mityngach. Miałem rację – miało to związek z faktem założenia AA w Polsce przez terapeutki, socjologa i harcmistrza; nikt z nich nie był alkoholikiem. Zrobili to najlepiej jak potrafili, ale wyszło im ostatecznie coś w rodzaju poterapeutycznej grupy wsparcia. Z ideami i zasadami AA nie miało to wiele wspólnego.

4. Mój sponsor ma takie powiedzenie: „my w AA znamy literaturę AA”. Było to dla mnie, i jest, rzeczą absolutnie oczywistą. Jaki sens miałoby chodzenie do szkoły, ale unikanie podręczników i lektur?

5. Literaturę Wspólnoty nazywano wówczas w tym środowisku skarbcem mądrości AA – to jak to ze mną jest, mam w dupie skarby? Które przy okazji mogą mi uratować życie? Aż tak psychiczny to ja jednak nie jestem. Więc oczywiste jest i naturalne, że dość szybko przeczytałem wszystko, a niektóre pozycje więcej niż raz.

6. Znajomość literatury mnóstwo razy przydawała mi się w dyskusjach z agresywnym weteraństwem, próbującym arogancko przedstawiać swoje przekonania, jako mądrość AA. Tu pamiętam zwłaszcza gorącą dyskusję z weteranem z Gdańska, który jak lew bronił procedury przyjmowania do AA. Nie musiałem się z nim kłócić, po prostu przeczytałem cytat: Któż z nas odważy się powiedzieć: „nie, ty nie możesz wejść”, tym samym przypisując sobie funkcję sędziego, ławy przysięgłych, a może też i kata swego brata alkoholika? Dlatego też nasze wieloletnie doświadczenie przetworzone teraz w postać Trzeciej Tradycji mówi: „Jesteś uczestnikiem AA, jeśli tak mówisz. Niezależnie od tego, co zrobiłeś, albo co jeszcze zrobisz, jesteś uczestnikiem AA dopóki ty tak twierdzisz” („AA wkraczają w dojrzałość”, s. 133). Rzucił się wtedy na mnie wściekle, twierdząc, że Bill W. nigdy by czegoś takiego nie napisał.
Na bazie tego oraz wielu podobnych wydarzeń powstało powiedzenie: trzeźwi ludzie mają przekonania zbudowane na wiedzy i doświadczeniu, a tacy... mniej trzeźwi mają przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia.

7. Dzięki znajomości literatury AA mogłem sprawdzać i upewniać się, że jako sponsor, podopiecznym podsuwam rozwiązania wynikające z doświadczeń AA, a nie własne przekonania wyniesione, na przykład, z jakiejś terapii odwykowej lub DDA, czy problematyczne przekonania sponsorki.

„...poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (Jana 8:32). Czytanie literatury AA uwalniało mnie z niewoli błędnych przekonań, od przesądów, które nadal lęgną się na salkach mityngowych, od poglądów alkoholików, którzy nie zawsze kierują się dobrą wolą i życzliwością, od opinii niezorientowanej większości. Czytanie literatury AA po prostu się opłaca.

piątek, 27 czerwca 2025

Przemyślenia o skuteczności

Czasem w dyskusjach posługuję się informacją o skuteczności leczenia odwykowego, zaczerpniętą z forum dla profesjonalistów. Według nich do 7% alkoholików po terapii utrzymuje dożywotnią abstynencję. 


Jednak zdałem sobie sprawę, że nie są to dane najnowsze. Więc koleżanka znalazła mi nowsze. Co ciekawe, dotyczą one zarówno AA jak i terapii odwykowej. „Psychopatologia” Lidii Cierpiałkowskiej wydana została w 2008 roku, a w 2022 roku ukazało się wznowienie.


Przy rozważaniu na ten temat ważniejsze od liczb (48% - wow!) wydają mi się dwie inne kwestie:
1. Co konkretnie i dokładnie oznacza „skuteczność” w leczeniu odwykowym alkoholików i czy naprawdę tylko abstynencję?
2. Jakimi metodami badawczymi (metodologia – konkretnie!) posługiwali się profesjonaliści, którym takie lub inne wyniki wyszły?

Dodam może, że w moim przekonaniu skuteczność mierzona w okresie innym niż dożywotnio, nie stanowi informacji wiarygodnej ani sensownej. Chyba że za sensowne przyjąć stwierdzenie: sto razy rzucałem picie i zawsze się udawało. Inne, podobne, to: operacja się udała, ale pacjent zmarł.

Gdyby ktoś wiedział (WIEDZIAŁ, a nie tylko wydaje mu się), jak profesjonaliści badają skuteczność i co przez nią rozumieją, to byłbym wdzięczny za podpowiedź.