środa, 19 grudnia 2007

Tradycja 4 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Każda grupa jest niezależna we wszystkich sprawach, z wyjątkiem tych, które dotyczą innych grup lub AA jako całości.

Wersja pełna: We wszystkich własnych sprawach grupa AA kieruje się wyłącznie nakazami swego grupowego sumienia. Gdy jednak jej plany dotyczą również dobra innych grup, powinny zostać z nimi uzgodnione. Żadna grupa, żadna intergrupa czy rada regionalna ani żaden pojedynczy członek AA nigdy nie powinni podejmować działań, które mogłyby wpłynąć na AA jako całość bez uprzedniego porozumienia się z powiernikami. W takich sprawach nasza wspólna pomyślność jest absolutnie nadrzędna.


Jak rozumiem Tradycję Czwartą Wspólnoty AA?

Wiele razy słyszałem w różnych okolicznościach: „No, wiesz… każda grupa jest niezależna…”. Reszty cytatu nie było, albo dlatego, że mój rozmówca go nie pamiętał, albo pozostałej części po prostu nie rozumiał i nie umiał odnieść do określonej sytuacji. I mnie dość długo ten właśnie kawałek tekstu Czwartej Tradycji wydawał się najważniejszy. Przede wszystkim jednak bardzo był przydatny – wydawał się usprawiedliwiać właściwie każdą chyba samowolę wynikającą z moich wad: egoizmu, egocentryzmu, pragnienia popisania się, potrzeby uznania czy akceptacji. A że czasem inteligentnymi argumentami potrafiłem narzucić swoją wolę lub przekonania, skutki bywały, delikatnie mówiąc… różne.
Ale najpierw bardzo długo wydawało mi się, że Czwarta Tradycja Wspólnoty AA mnie osobiście zupełnie nie dotyczy – przecież wyraźnie zaczyna się ona od słów „Każda grupa jest…”, a to przecież znaczy, że jej adresatem i przedmiotem zainteresowania jest grupa AA, a nie pojedynczy alkoholik. Odsuwałem więc tę kwestię od siebie jak najdalej, zostawiając ją innym alkoholikom pełniącym jakieś tam służby, rozmaitym inwenturom, czy innym Intergrupom, z którymi zresztą dość długo nie życzyłem sobie mieć nic wspólnego.

W chwili obecnej mam na temat treści i istoty Czwartej Tradycji jakieś swoje, ukształtowane zdanie, ale też i pełną świadomość, że niewątpliwie istnieje co najmniej kilka różnych od mojego sposobów rozumienia tego tekstu, interpretacji jego sensu i metod wdrażania w życie. I absolutnie nie jest wykluczone, że wszystkie one są równie „dobre”. Mój pomysł czy sposób też nie musi być najlepszy i „na zawsze”.
Nie ulega wątpliwości, że Czwarta Tradycja dotyczy autonomii grupy AA, a dokładniej określa granice tej autonomii. Jednak „robi to” bardzo ogólne, do pewnego stopnia i tylko w pewnym sensie.

„Każda grupa jest niezależna we wszystkich sprawach…”. Wszystkich spraw, jakie mogą zaistnieć w życiu jest nieskończenie wiele, nie ma więc możliwości i sensu kolejne ich wyliczanie czy omawianie.

„… z wyjątkiem tych, które dotyczą innych grup lub AA jako całości”. Tu już są pewne konkrety, ale natychmiast rodzi się zasadnicze pytanie: kto będzie decydował, czy dana sprawa dotyczy innych grup lub Wspólnoty Anonimowych Alkoholików jako całości? Odpowiedź jest oczywista – alkoholicy w grupach, Intergrupach, Regionach itd., ale ta oczywistość nadal nie wyklucza zderzania się osobistych przekonań, ścierania się partykularnych interesów, nieporozumień, prób narzucania swojej woli, wątpliwości, gorących sporów, nieudanych prób, czy błędów. Zwłaszcza tych ostatnich, bo prawo do błędu wydaje mi się jednym z ważniejszych elementów Czwartej Tradycji AA.

W książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” Bill coś tam starał się dopowiedzieć i wyjaśnić, ale kłopot polega na tym, że niektóre z tych wyjaśnień i dopowiedzeń nie wynikają z samej treści tekstu Czwartej Tradycji. Na przykład na stronie 147 można przeczytać - „… uznaliśmy za konieczne wprowadzenie zaledwie dwóch ograniczeń: grupa nie powinna podejmować działań, które mogłyby zaszkodzić AA jako całości, ani nie powinna mieć żadnych powiązań poza AA”. A gdzież w treści Czwartej Tradycji jest mowa o unikaniu powiązań zewnętrznych? Owszem takie wskazówki istnieją, ale na przykład w Tradycjach Trzeciej, Szóstej i Dziesiątej.

Kiedy pewnego razu wszystkie swoje wątpliwości na ten temat przedstawiłem koledze alkoholikowi, usłyszałem pobłażliwie i z wyższością wygłoszoną uwagę: „Czy ty wszystko musisz komplikować, nawet tak proste rzeczy?”. Za moment jednak sytuacja zaczęła wyglądać nieco inaczej, kiedy poprosiłem „znawcę” o wyjaśnienie związków Czwartej Tradycji AA z czytaniem podczas mityngów tekstów z książeczki „24 Godziny” lub praktykę tak zwanych „opłatkowych mityngów AA”.
Kolega kłapnął kilka razy paszczą, jak karp wyjęty z wody i po długim namyśle oznajmił, że to nie jest takie proste i trzeba się nad tym spokojnie i poważnie zastanowić.
Ano właśnie… Okazuje się, nie pierwszy raz zresztą, że Czwarta Tradycja wydaje się dziecinnie prosta tym, którzy nigdy nie zadali sobie trudu, żeby ją dobrze zrozumieć, poznać, albo przynajmniej powiązać z jakimś konkretnym tematem, wydarzeniem czy problemem aowskim.

Znam to. Też tak miałem. Długo. Przez większą część bezalkoholowego życia. Ale od czego w końcu jest prawo do błędu?
Prawdopodobnie w swoich zmaganiach z tekstem Czwartej Tradycji straciłbym o wiele mniej czasu i nerwów, gdybym po pierwsze – od razu czytał pełną jej wersję zamiast skróconej i po drugie, gdybym nie starał się „rozpracować” jej sensu w oderwaniu od innych Tradycji, a zwłaszcza od Pierwszej, Trzeciej, Piątej, Szóstej, Dziesiątej i Jedenastej. W Czwartej Tradycji zbiegają się nici wielu różnych zasad Wspólnoty AA, a bez ich podstawowej przynajmniej znajomości, toczyłem beznadziejną walkę z własną ignorancją i wyssanymi z palca wyobrażeniami.

Aktualnie bieżąca i na co dzień realizacja Czwartej Tradycji wygląda u mnie mniej więcej tak…
Żaden z alkoholików nie został upoważniony do reprezentowania swojej grupy AA oraz całej Wspólnoty w Urzędzie Miejskim, wśród członków rodziny, w warzywniaku lub w maglu. I ja też nie. Tym niemniej, czy mi się to podoba czy nie, jestem...



Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.

poniedziałek, 19 listopada 2007

Tradycja 3 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia.

Wersja pełna: Nasza wspólnota powinna obejmować wszystkich, którzy cierpią z powodu alkoholizmu. Toteż nie mamy prawa odrzucić nikogo, kto pragnie zdrowieć. Przynależność do AA nigdy nie powinna być uzależniona od posłuszeństwa czy pieniędzy. Nawet dwóch czy trzech alkoholików spotykających się w celu utrzymania trzeźwości może określić się jako grupa AA, pod warunkiem, że jako grupa nie mają żadnych innych celów ani powiązań.


Jak rozumiem Tradycję Trzecią Wspólnoty AA?

Na początku marca 1999 wróciłem do domu z zamkniętego ośrodka odwykowego. Wróciłem też na łono Wspólnoty AA, czyli po prostu znowu chodziłem na mityngi – tyle, że teraz starałem się dla odmiany także słuchać. W tym czasie po raz pierwszy zetknąłem się „praktycznie” z Trzecią Tradycją.

Aowiec z dwu-trzyletnią abstynencją, tak zwany przyjaciel z AA, mówił na mityngu już ponad pół godziny. Właściwie był to niekończący się i nużący potok żalów i złości na poszczególnych członków jego rodziny, najwidoczniej winnych jakichś strasznych zbrodni.
Kiedy prowadzący chciał mu wreszcie delikatnie dać znać, że może inni też chcieliby coś powiedzieć, nastąpił wybuch. Waląc pięścią w stół „mówca” wykrzyczał, że zgodnie z Trzecią Tradycją w AA nic się nie musi, a więc on ma tutaj prawo podzielić się swoimi doświadczeniami i wyrzucić z siebie negatywne emocje.

O tym, że w AA nic się nie musi, już wcześniej coś tam obiło mi się o uszy. Prawdę mówiąc, nawet bardzo mi to pasowało – nie znoszę obowiązków i przymusu. Zakładałem tylko, że żeby nie pić, należy (i wystarczy!) chodzić na mityngi, a poza tym… ja nic nie muszę.
Jednak cała reszta tego wydarzenia była dla mnie mało zrozumiała. Nic się nie musi? Nawet zasady dobrego wychowania – jak widać – nie obowiązują? Z potrzebami innych też nie potrzeba się nijak liczyć? I jak to właściwie jest z tym całym dzieleniem się? Zawsze wydawało mi się, że podzielić (jabłkiem, wygraną, doświadczeniem itd.), to ja się mogę z kimś, kto się na to zgadza, kto chce przyjąć część, którą dla niego przeznaczyłem. Natomiast wyrzygiwanie na innych swoich frustracji, żalów, uraz i złości, obrzucanie słuchaczy szambem swoich chorych emocji, z dzieleniem się chyba jednak niewiele ma wspólnego. No, ale obiecałem sobie słuchać, a nie wymądrzać się, więc jedyne co mi pozostało, to zamknąć buzię, uczyć się, dowiadywać, poznawać, starać się zrozumieć. Później, kiedy będę pewien, że „rąbię właściwe drzewo” – zastosować to wszystko w praktyce, we własnym życiu – własnym, nie cudzym.

Minęło naprawdę wiele czasu zanim przestało mi się wydawać, że Tradycja Trzecia jest najprostsza ze wszystkich i oznacza właściwie jedynie to, że „w AA nic się nie musi”. W chwili obecnej jej treść postrzegam głównie w trzech płaszczyznach, czy aspektach:
– Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia. Super! Jednak prędzej czy później przychodzi czas na podjęcie decyzji i udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy ja chcę tylko należeć do AA, czy może, w zakresie, w jakim jest to możliwe, wyzdrowieć z alkoholizmu? No, niestety… sama przynależność do Wspólnoty choroby alkoholowej nie uleczy.
Jeśli chcę tylko należeć do Wspólnoty AA, to faktycznie jedyne co muszę, to mieć pragnienie zaprzestania picia. I nic więcej. Ale… jeśli chcę wyzdrowieć z alkoholizmu (zostać uzdrowiony), a Anonimowi Alkoholicy twierdzą, że jest to możliwe już na pierwszej stronie Wielkiej Księgi, to okazuje się, że muszę bardzo, bardzo dużo. I że to, co muszę, często rozciąga się na lata , w praktyce okazuje się, że na całe życie.

– Tu posłużę się cytatami. W książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji napisano: „To ty sam decydujesz, czy należysz do AA. Ty sam możesz zgłosić się do nas i nikt nie ma prawa cię odrzucić”, a także „… pozostawiliśmy każdemu, kto się do nas zwróci, zarówno uznanie się za alkoholika, jak i decyzję, czy powinien się do nas przyłączyć”.
W praktyce oznacza to, że jeśli kiedykolwiek przyjmowałem nowicjusza do AA, jeśli zadawałem mu jedno czy dwa pytania i od odpowiedzi uzależniałem, czy przyjmę go do Wspólnoty AA, czy nie, to popełniałem skandaliczne nadużycie. Jedyne co mnie może odrobinę tłumaczy, to nieświadomość i powszechność tego zjawiska w tamtych czasach. Chociaż… marne to tłumaczenie.
Nikt, absolutnie nikt we Wspólnocie AA nie jest uprawniony do stawiania innym jakichkolwiek warunków, zadawania jakichkolwiek pytań i na podstawie odpowiedzi podejmowania decyzji o przyjęciu, albo nieprzyjęciu do AA. Na szczęście ten proceder na grupach, na które chodzę, należy już do przeszłości.

– Ta jest najbardziej ulotna, najbardziej osobista, może najbardziej… duchowa.
Znów byłem na mityngu, znów słuchałem czyjejś wypowiedzi. Tym razem opowiadał coś kolega z roczną, mniej więcej, abstynencją. Oczywiście nigdy bym czegoś takiego głośno nie powiedział, ale w duchu myślałem sobie, że facet gada tak, jakby wczoraj z detoksu wyszedł, po prostu pie… coś bez sensu. Poza tym, znam kogoś, kto z nim pracował, znam jego żonę i na podstawie ich opowieści oceniłem, że to, co teraz słyszę, to...



Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.

piątek, 19 października 2007

Tradycja 2 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą.

Wersja pełna: Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg, jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy.


Jak rozumiem Tradycję Drugą Wspólnoty AA?

Kiedy pierwszy raz zapytałem o sens i znaczenie Drugiej Tradycji „weterana” z kilkumiesięczną chyba abstynencją, usłyszałem: „No… wiesz… w AA nic się nie musi. I tego… no… nie szukaj sobie na grupie autorytetu, bo wiesz… jak twój autorytet się napije, to ty też możesz zachlać”. Kiedy dalej nękałem mojego rozmówcę pytaniami o Boga, który ma się wyrażać w sumieniu grupy dowiedziałem się, że cała Wspólnota AA nie jest wprawdzie związana z żadną religią, ale z pojedynczą grupą jest trochę inaczej. Grupa jest mała, w określonym mieście i państwie, więc w sposób naturalny jest przywiązana do jakiegoś wyznania, a do jakiego, to decyduje właśnie większość, czyli sumienie grupy. Jako dowód podał mi przykład mityngów „opłatkowych”, które są przecież czysto katolickie. Faktem jest, że wtedy robiliśmy jeszcze takie mityngi, więc argument – pozornie – trzymał się kupy.

Zasłyszanych „rewelacji” nie zdążyłem, na całe szczęście, przekazać dalej – powstrzymał mnie brak przekonania w głosie mojego informatora i nieodparte wrażenie, że może, zanim zacznę się wymądrzać, warto jeszcze czegoś się na ten temat dowiedzieć, popytać ludzi, może coś poczytać. Jak wymyśliłem, tak zrobiłem. Minęły lata, czegoś się przez ten czas nauczyłem, coś przeczytałem, coś przeżyłem, czegoś doświadczyłem, i ostatecznie wyszło mi, że… Nie ma zupełnie żadnego powodu, żebym się napił, jeśli złamał abstynencję lubiany, podziwiany i szanowany przeze mnie alkoholik. Tak samo, jak nie ma żadnego powodu wątpić o matematyce jeżeli pani nauczycielka matematyki popełniła błąd w skomplikowanym wyliczeniu.
Alkoholizm jest chorobą chroniczną, a to oznacza, że ma, albo może mieć, nawroty. Jeśli ktoś się potknął to oczywiście przykre, ale jednocześnie pokazał dzięki temu innym, gdzie jest dziura – teraz ja tym bardziej nie muszę w nią wpadać. Nie, Tradycja Druga nie jest ostrzeżeniem, pod groźbą zapicia, złamania abstynencji, przed wybieraniem sobie autorytetów wśród członków grupy AA. Jest raczej przypomnieniem, że jeżeli jedynym autorytetem (władzą we Wspólnocie! – do tego wrócę) jest Bóg, to nie ja nim jestem…
Myślę też, że warto przy tej okazji poznać różnicę pomiędzy sponsorem, to jest kimś, kto ma mi pomóc odnaleźć moją własną drogę, a idolem, którego się wiernie naśladuje.

„…Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”. W AA nikt mnie do niczego nie może zmusić, nikt nie ma nad nikim władzy, nikt nikim nie rządzi, nikt nikomu nie podlega. To bardzo ważne, ale jednak nie tożsame ze stwierdzeniem, że „w AA nic się nie musi”. Możliwe jednak, że tu leży źródło pomyłek.
We Wspólnocie Anonimowych Alkoholików rzeczywiście „nic się nie musi”, jednak takiego skrótu myślowego nie odważyłbym się zaprezentować nowicjuszowi. Rzeczywiście sama przynależność do AA nie wiąże się z żadnymi formalnymi obowiązkami (poza chęcią zaprzestania picia), natomiast jeśli chcę w AA zostać uzdrowiony z alkoholizmu, wytrzeźwieć, to okazuje się, muszę i to bardzo wiele.

Z pierwszą częścią tekstu Drugiej Tradycji AA nie jest już aż tak prosto i lekko. Żeby zastanawiać się, jak miłujący Bóg, będący jedynym autorytetem (władzą), wyraża się w sumieniu grupy, trzeba mieć jakąś jasną koncepcję, czym to sumienie grupy jest, kto je tworzy, kto do niego należy, a kto jednak nie. A tu, niestety, zaczynają się schody…

Czasem żartuję, że gdzie czterech alkoholików dyskutuje o sumieniu grupy, to mają co najmniej siedem różnych zdań na ten temat, ale faktycznie sprawa nie jest taka prosta. Ja znam przynajmniej trzy definicje „sumienia grupy”:
1. Sumienie grupy, to liderzy grupy, założyciele, związani z tą właśnie grupą od lat + „służby”.
2. Sumienie grupy, to osoby pełniące aktualnie jakąś służbę w tej grupie i tylko one.
3. Sumienie grupy, to wszyscy aktualnie obecni na mityngu alkoholicy.

Z determinacją godną chyba lepszej sprawy upierałem się, że...




Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.

wtorek, 18 września 2007

Zbyt skrupulatnie i za...

Kiedy we Wspólnocie AA gotów byłem wreszcie słuchać także innych ludzi, a nie tylko podszeptów swojego komplikatora, który czasem optymistycznie nazywam rozumem, wpadło mi kilka razy w uszy stwierdzenie, że 12 Kroków AA nieprzypadkowo ułożono w tej właśnie kolejności, a na dokładkę ponumerowano.

Zbyt skrupulatnie i za dokładne

Dla takich jak ja nowicjuszy miało to (czyli numeracja) oznaczać, że Kroki należy poznawać i realizować w ustalonej kolejności, bez wybiegania naprzód nawet o milimetr.
Kiedy do tego dodałem tekst „stosowanie półśrodków nic nam nie dało…”, wyszła mi dość niebezpieczna mieszanka – uznałem bowiem, że nie powinienem nawet zerkać w kierunku następnego Kroku, jeśli wcześniej nie zrealizowałem poprzedniego całkowicie i absolutnie dokładnie. Zafundowałem sobie w ten sposób kilka solidnych wybojów na drodze trzeźwienia, mam też świadomość, że parę istotnych decyzji życiowych podjąłem zbyt pochopnie i przed czasem. Trudno… pewnie tak miało być.

W każdym razie realizując Krok 3, nie zadowoliłem się uznaniem, że „Bóg istnieje, ale ja nim nie jestem” (to aowskie powiedzenie dotarło do mnie za późno) i ewentualnym przyjęciem za Siłę Wyższą Wspólnoty AA, Służby Zdrowia, Losu, Przeznaczenia, Kosmicznego Ładu, czy czegoś podobnego, ale starałem się bardzo dokładnie poukładać i uporządkować swoje relacje z Bogiem, kościołem, wiarą, religią, klerem, itd.

Problem polegał na tym, że mi się to w pewnym sensie udało. Udało się dokładnie tak, jak dziecku udaje się posprzątać pokój, kiedy obiecają mu za to ciastko lub grożą karą. Dziecięce sprzątanie, wymuszone lub motywowane nagrodą, często polega na tym, że do szaf i szafek pakowane są chaotycznie i czasem „na siłę”, przedmioty różnego typu i zastosowania. Pozorne wszystko jest w porządku – bałaganu nie widać. Problem zaczyna się wtedy, kiedy okazuje się, że potrzebnych rzeczy nie można znaleźć, a po otwarciu szafki wszystko się z niej wysypuje.

Tak to właśnie u mnie wyglądało, kiedy w Strzyżynie zmierzyłem się z Krokiem 11. Podszedłem do tego zadania „na luzie” przekonany, że ja właściwie nic, albo niewiele, mam tu do zrobienia - przecież tak się napracowałem przy Kroku 3. Jakieś zadania do napisania? Pestka! Spokojnie otworzyłem swoje „szafki” i… nagle znalazłem się w środku całkiem niezłego bałaganu, wszystko mi się rozsypało. Na szczęście byłem w dobrym miejscu, wśród właściwych ludzi.

Kiedyś dość boleśnie przekonałem się, że zrobiłem błąd nie realizując natychmiast po Krokach 4-5 Kroku 10. Teraz dotarło do mnie, że Kroki 3 i 11 tworzą jedną, harmonijną całość i nie może być tak, że „zrobię” Krok 3, zamknę, odłożę, zajmę się następnymi, a dopiero kiedyś tam, jak dotrę do Kroku 11, powrócę do tematu.
Krok 3, w moim obecnym przekonaniu, powinien płynnie przejść w 11 w trakcie pracy nad wszystkimi Krokami, które je dzielą… a może właśnie nie dzielą, ale łączą i spajają.
Tylko, czemu zrozumienie czegoś tak prostego zajęło mi tyle lat?

Z Krokiem 12 zmajstrowałem sobie problemy podobne, bo, od czego mam perfekcyjny komplikator? Ostatni element „… i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”, nie budził moich wątpliwości. Właściwie „od zawsze” wiedziałem i czułem, że...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Wspólnota AA w Polsce…

Dawno, dawno temu uczono mnie, że Polska jest mocarstwem gospodarczym, na szóstym bodajże miejscu na świecie. Nie potrafiłem w to uwierzyć, mimo, że byłem wtedy jeszcze dzieckiem.
Potem nastały lata, kiedy dość często w sumie przekonywałem się, że to, co polskie, najczęściej jest o wiele gorsze od tego, co „zachodnie”. Oczywiście pamiętać należy, że „zachodnie” oznacza wszystko, co nie pochodzi z krajów komunistycznych lub postkomunistycznych, a więc towary z Dalekiego Wschodu też są... „zachodnie”. Ot, taka polska nomenklatura.
Wspomniałem o towarach, ale nie dotyczy to (niestety!) tylko wyrobów przemysłowych. Klapę zrobiła polska droga do socjalizmu, a polska droga do kapitalizmu... no, mniejsza z tym.

W każdym razie wyrobiłem sobie, mało może patriotyczną, ale za to bardziej realistyczną, postawę ograniczonego zaufania do wszystkiego, co polskie. I chyba nie ja jeden. Niedawno byłem świadkiem, jak w ostatnim momencie młode małżeństwo zrezygnowało z zakupu upatrzonej pralki, kiedy na ostatniej stronie prospektu reklamowego doczytali się, że sprzęt ten składany jest w Polsce.
  

Wspólnota AA w Polsce, czy Polska Wspólnota AA?

Podobną zasadę ograniczonego zaufania stosuję do siebie, jako alkoholika. Jako człowiek uzależniony miewam problemy z emocjami, nie zawsze potrafię rozpoznać swoje uczucia i nie zawsze są one adekwatne do zdarzenia, nie zawsze też widzę świat takim, jaki naprawdę jest.

Po serii katastrof i bolesnych upadków życiowych, zrozumiałem w końcu, że moje sposoby na życie nie działają, nie przynoszą spodziewanych efektów, po prostu mi nie służą. Postanowiłem wtedy nieco mniej ufać sobie, a bardziej Anonimowym Alkoholikom. Uznałem, że Wspólnota AA ma do zaoferowania lepszy (dla mnie!) pomysł na życie, niż wszystkie moje własne pomysły, zakończone ostatecznie fiaskiem, bankructwem i detoksem. Oczywiście nie stało się to w moment, był to u mnie dość długi i momentami bolesny proces, ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Nauczyłem się wreszcie zasady ograniczonego zaufania także wobec siebie samego.

I tak zasadę ograniczonego zaufania do siebie już mam, zasadę ograniczonego zaufania do wszelkiego typu „pomysłów” polskich miałem w zasadzie od zawsze no, ale w związku z tym zaczął się pojawiać pewien całkiem spory problem – jestem w pełni gotów zawierzyć Wspólnocie AA działającej w Polsce, ale Polskiej Wspólnocie AA już może nieco mniej. A może wcale? 
Czy jednak taki podział faktycznie istnieje? Czy istnieje Polska Wspólnota AA? Formalnie pewnie nie, ale...

Kiedy mój znajomy (anonimowy alkoholik, podróżnik i obieżyświat) przekonywał mnie, że tak, a nawet twierdził, że Polska Wspólnota AA dzieli się ponadto na Biesiadną, Religijną, Integracyjną i inne – nie chciałem mu wierzyć. Jednak miesiące abstynencji mi lecą, literaturę AA czytam namiętnie, kontaktów z aowcami z różnych stron świata mi przybywa i... mnożą się wątpliwości.

Niedawno ukazała się broszura „Scenariusz prowadzenia mityngu”. Oczywiście zgodnie z Tradycją IV jest to tylko sugestia i podpowiedź, bo każda grupa jest niezależna... itd., tym niemniej broszura została zaakceptowana przez Krajową Konferencję Służb AA w październiku 2003 roku. W dziele tym można znaleźć informację: „Za dzień narodzin Wspólnoty uznaje się 10 czerwca 1935 roku, był to pierwszy dzień nieprzerwanej trzeźwości doktora Boba”.

We Wspólnocie AA wiadomo i nie jest to informacja ukrywana, że 10 czerwca 1935 roku Doktor Bob pił alkohol. Można o tym przeczytać w książkach „Przekaż dalej”, „Doktor Bob i dobrzy weterani” i choćby w „Skrytce 2/4/3” z czerwca 2007 (strona 11). Może więc Polska Wspólnota AA ma nieco inną historię niż Wspólnota AA? Czemu ma służyć upieranie się przy tej, delikatnie mówiąc, bezsensownej informacji?

Oryginalnie tekst Kroku VIII brzmi: “Made a list of all persons we had harmed, and became willing to make amends to them all” – Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim. Co stało się ze słowem „wszystkich” z pierwszej części tego Kroku? Czyżby w Polskiej Wspólnocie AA obowiązywał jakiś zmodyfikowany zestaw 12 Kroków?

Ja uczę się języka polskiego od ponad czterdziestu lat i wydaje mi się, że władam nim już całkiem sprawnie. Według mnie, w wersji obecnej, alkoholik ma stać się gotowy do zadośćuczynienia wszystkim osobom ze swojej listy, a nie wszystkim faktycznie przez siebie skrzywdzonym. Nie muszę chyba dodawać, że lista sporządzona przez alkoholika, a rzeczywistość, to nie musi być jedno i to samo. 
Z moich doświadczeń wynika, że wiele osób w AA, przynajmniej do czasu, jest przekonanych, że owa lista skrzywdzonych ma dotyczyć tylko i wyłącznie okresu picia. Ja też tak miałem. 
Oczywiście jest to element mitologizowania przeszłości, który z faktami i rzeczywistością nie ma zwykle nic wspólnego. Być może, gdyby z tekstu pierwszej części Kroku VIII nie wyrugowano słowa „WSZYSTKICH” – takich nieporozumień byłoby mniej.

Zarówno w nowych, jak i starych wersjach scenariuszy znaleźć można stwierdzenie: „W AA nie udzielamy rad...” albo „Na mityngach nie udziela się rad...”, lub podobnie. Prawdę mówiąc od lat poszukuję w literaturze AA jakiegoś potwierdzenia aowskiego rodowodu tej reguły, ale jak dotąd, bezskutecznie.

Pamiętam, jak na mityng trafił Polak z zagranicy. Być może zaczynał pić jeszcze w Polsce, ale leczenie odwykowe i kontakty z AA miał dotąd tylko na obczyźnie. W czasie przeznaczonym na tzw. problemy i radości ktoś wspomniał o oszukańczych praktykach swojego szefa. Nasz nowy przyjaciel podniósł rękę, grzecznie się przedstawił i zaczął: „w tej sytuacji uważam, że powinieneś...”. Zgromadzonych zamurowało, prowadzący zrobił się biały, a rzecznik z trudem łapał powietrze. Wreszcie gościowi jakoś delikatnie wyjaśniono, że zgodnie z naszymi zasadami, na mityngu nie udzielamy rad. Był to człowiek kulturalny i inteligentny, dostosował się bez oporów. Pamiętam jednak do dziś jego pełnie niedowierzania, ale życzliwe pytanie: „To jak wy tu w Polsce sobie pomagacie?”.


Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Woźniaków wrzesień 2007

W Woźniakowie koło Kutna, w gościnnym domu salezjańskim, we wrześniu 2007, kolejny raz spotkali się uczestnicy internetowego warsztatu Krok po Kroku, żeby twarzą w twarz i oko w oko popracować nad Programem 12 Kroków Anonimowych Alkoholików. I ja tam byłem…


Warsztat KpK, Woźniaków, wrzesień 2007

Poszedłem do AA, bo tak kazała moja pierwsza terapeutka w poradni odwykowej – i chwała jej za to. Zostałem w AA, bo Wspólnota obiecała mi – odwrotnie niż psychiatria i psychologia - wyzdrowienie z choroby alkoholowej, z alkoholizmu.

Od pierwszego spotkania „strzyżyńskiego” miałem przekonanie, że dla mnie jest to bardzo dobre rozwiązanie, bo opierając się tylko na mityngach AA, pierwsze trzy Kroki poznawałbym pewnie z 15 lat. Tyle czasu to ja nie miałem i nie mam – nie będę żył wiecznie, a i trzeźwienie – z założenia nieskończone – wywoływało we mnie dość umiarkowany zapał do ciężkiej pracy.
Jednak dzięki takim właśnie zgromadzeniom, jak Strzyżyna, Kowary, Woskowice Małe czy ostatnio także Woźniaków, dzięki bardzo intensywnej pracy w oderwaniu od codziennego życia i to w grupie ludzi, którym naprawdę zależy, zaznajomienie się z Programem 12 Kroków zajęło mi mniej niż 9 lat. Aż tyle, czy tylko tyle? To już zdecyduj sam/a.

Od samego początku wiedziałem, że jeśli spotkanie w Woźniakowie we wrześniu 2007 dojdzie do skutku i jeśli faktycznie będą jakieś grupy do wyboru, to ja nie będę się starał dostać do żadnej z nich. Byłem gotów puścić ster, oddać go we właściwsze ręce, a samemu zająć się jedynie wiosłowaniem.
I tak się stało. Zaraz po przyjeździe zadeklarowałem chęć pracy w tej grupie, do której wpakują mnie organizatorzy – na przykład wyrównując liczebność grup. W taki oto sposób trafiłem na Kroki I-III.

Początkowo byłem lekko zawiedziony. Czego jak czego, ale bezsilności wobec alkoholu to ja sobie udowadniać nie muszę - zwłaszcza po zapiciach w trakcie terapii i pomimo uczestnictwa w mityngach AA. A tu wróciły stare pytania typu: „Czy próbowałeś kiedyś definitywnie przestać pić?”, „Co ci z tego wyszło?”, itp.
Zanim jednak zdążyłem się rozczarować na amen, przypomniało mi się hasło, które czasem rzucamy sobie z moim sponsorem: „tak miało być, tylko ja śmiałem myśleć inaczej” i już spokojnie czekałem na ciąg dalszy.
Zresztą tego czekania zbyt wiele nie było – w Woźniakowie dzieje się bardzo dużo w stosunkowo krótkim czasie, trzeba tylko być niezwykle uważnym i chcieć to widzieć.

Pierwsze zaskoczenie rzuciło mnie wręcz na kolana. Kiedy mówiliśmy o wyzdrowieniu z alkoholizmu, kilka osób stwierdziło, że dla nich jest to nowość, że pierwsze słyszą. Uff!

Na każdym mityngu powtarza się zapewne co najmniej kilka razy określenie „posłanie AA”. No przecież to właśnie jest posłanie AA! Alkoholik nie musi pić! Alkoholik może dobrze żyć obok alkoholu, bez alkoholu! Z alkoholizmu można wyzdrowieć! Albo zostać uzdrowionym… 
Przecież ani w Wielkiej Księdze, ani w żadnych innych tekstach aowskich nie napisano, że „my zdrowiejemy z alkoholizmu od 10, 20, 30, 40 lat, to wy też możecie zdrowieć… w nieskończoność”. Jest za to napisane, na tytułowej zresztą stronie: „Historia o tym, jak tysiące mężczyzn i kobiet zostało uzdrowionych z alkoholizmu”.

Oczywiście, jasną jest rzeczą, że wyzdrowienie z alkoholizmu nie wiąże się z możliwością powrotu do picia kontrolowanego – na zmienioną biochemię komórek jak dotąd nie ma mocnych. I może dlatego według lekarzy alkoholizm jest chorobą nieuleczalną (trwałą). Ale przecież problemem alkoholika nie jest alkohol. Ważna jest... 



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

sobota, 15 września 2007

Tradycja 1 Wspólnoty AA


W latach 2007-2008, pod opieką sponsora, zapoznawałem się z Dwunastoma Tradycjami Wspólnoty. Nie był to oczywiście mój pierwszy kontakt z Tradycjami AA, ale po raz pierwszy, zajmowałem się tym tematem tak poważnie i, przede wszystkim, kompleksowo. Zajęło mi to w sumie jedenaście miesięcy. Jednym z wielu efektów mojej pracy był cykl esejów. Większość z nich drukowana była (w różnym czasie) w aowskich biuletynach takich jak „Karlik”, „Mityng”, „Warta”, „Zdrój”. Jednak zanim zagłębiłem się w problematykę Tradycji AA, musiałem znaleźć odpowiedź na pytanie zasadnicze: „Kiedy zaczyna się AA?”. Wbrew pozorom wcale nie było to takie proste. Zorientowałem się też, że moje przekonania na ten temat, w sposób istotny, zmieniały się i ewoluowały z upływem czasu. Z rozważań tych, latem 2007 powstał tekst pod tytułem: „Kiedy zaczyna się AA? Czyli… sponsoring i tradycje”, który jest zarówno próbą udzielenia odpowiedzi na pytanie tytułowe, jak i zapisem zmian w moim myśleniu i przekonaniach.

Tradycja Pierwsza Wspólnoty Anonimowych Alkoholików:
Wersja krótka: Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze; wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików.
Wersja pełna: Każdy członek Wspólnoty Anonimowych Alkoholików jest tylko małą cząstką wielkiej całości. AA musi trwać nadal, bo inaczej większość z nas zginie. Toteż nasze wspólne dobro znajduje się na pierwszym miejscu. Ale dobro jednostki jest tuż za nim.

 
Jak rozumiem Tradycję Pierwszą Wspólnoty AA?

Kiedy dla alkoholika zaczyna się Wspólnota AA? – sponsor zadał mi to pytanie, nie licząc chyba na poprawną odpowiedź. Wydaje mi się, że chciał w ten sposób raczej coś mi przekazać, czegoś nauczyć, niż odpytywać z filozofii AA. W każdym razie podpowiedział mi wtedy, że AA zaczyna się wówczas, gdy w życiu alkoholika stają się ważne Tradycje Wspólnoty.
To mądry i doświadczony facet, więc zgodziłem się z nim natychmiast, a że ja też sroce spod ogona nie wypadłem i wódka nie cały mózg mi wyżarła, to zrozumiałem, o co mu chodzi już po kilku miesiącach. Jednak wcześniej, w czasach moich początków w AA, nie było to takie proste…

Miałem może trzy-cztery miesiące abstynencji, gdy przypadkowo trafiłem na spotkanie Intergrupy. Dotrwałem jakimś cudem do samego końca, ale wychodziłem z przekonaniem, że jest to jakieś grube nieporozumienie: kilkunastu facetów o wyraźnych przerostach zapału organizacyjnego i z ciągotkami do zarządzania, spiera się namiętnie o sprawy, które nie mają żadnego istotnego znaczenia ani dla mnie, ani dla alkoholików, ani dla Wspólnoty (tak, w tej właśnie kolejności). To na to idą pieniądze, które wrzucam do kapelusza?! Aż mnie zatrzęsło ze złości! Jeśli ci działacze – jak ich nazwałem – chcą się w to bawić, niech to robią za swoje, a nie za moje pieniądze. No i oczywiście – beze mnie!!!
Niestety, nikt mi wtedy nie powiedział, a gdyby nawet powiedział, to wątpię, czy byłbym w stanie zrozumieć, że faktycznie, bardzo często sprawy omawiane na spotkaniach Intergrupy nie są najważniejsze na świecie, ale też i nie o to chodzi. Nikt mi nie wyjaśnił, że Intergrupa nie jest od organizowania i zarządzania swoim kawałkiem Wspólnoty, ale jest raczej czasem i miejscem, w którym uczestnicy spotkania zmagają się z Programem AA i własnymi słabościami, czy wadami charakteru.

Swoim negatywnym stosunkiem do służb zewnętrznych (to jest pełnionych poza grupą AA) dzieliłem się ochoczo przy każdej okazji, pewnie także bez okazji, z podobnymi sobie nowicjuszami. Niestety, niektórzy chcieli słuchać…
Dziś mój kolega pamiętający tamte czasy mówi, że powinienem do końca życia pełnić jakąś służbę, żeby odrobić szkody, jakich wtedy narobiłem Wspólnocie. Może ma odrobinę racji…

Udało mi się wówczas naruszyć prawdopodobnie wszystkie zasady i Tradycje AA, ale Tradycję Pierwszą w szczególności. Byłem przecież gotów bez mrugnięcia okiem podzielić Wspólnotę na część właściwą, czyli „normalnych” alkoholików i Program Dwunastu Kroków, oraz wysoce podejrzaną resztę, to jest działaczy, organizatorów i rozmaitych innych funkcyjnych w jakichś Intergrupach, Regionach i Komisjach, z tymi ich wszystkimi niezrozumiałymi Tradycjami; tym się miała zajmować jakaś Warszawa, czytaj: centrala.
Minęło dużo czasu zanim wreszcie usłyszałem, że „Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze; wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików” i zacząłem szukać odpowiedzi na pytania, CO w takim razie jest tym wspólnym dobrem i JAK mam rozumieć jedność? Bo te właśnie elementy wydają mi się najważniejsze w tekście Pierwszej Tradycji. Ale minęło tego czasu jeszcze więcej zanim, z pomocą innych ludzi i literatury AA, zacząłem poznawać odpowiedzi.

W książce pod tytułem „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” znaleźć można następującą informację: „Bez jedności serce AA przestałoby bić, a nasze – oplatające cały świat – arterie przestałyby dostarczać życiodajną łaskę Bożą”. Prawdę mówiąc niewiele mi to pomogło. Szukałem odpowiedzi prostszej, bardziej zwyczajnej i praktycznej, bo chodziło nie tylko o to, żeby zrozumieć treść Tradycji, ale także umieć stosować ją w codziennym życiu.
W każdym razie wyszło mi ostatecznie, że wspólnym dobrem jest oczywiście Wspólnota AA, jednak istniejąca w takiej formie i działająca według takich zasad, które nadal i wciąż stanowić będą skuteczne narzędzie pomocy dla alkoholików. Wspólne dobro to zdolność do tego, by „trwać w trzeźwości i pomagać alkoholikom w jej osiągnięciu”.

Na świecie faktycznie wiele jest krzywd, niesprawiedliwości, a wielu ludzi potrzebuje pomocy różnego typu, jednak staram się pamiętać, że Wspólnota AA nie jest w stanie zwalczyć, pokonać całego zła i nie jest lekarstwem na wszystkie bolączki współczesnego świata. Ale też nie do takich celów została powołana. Jest to zresztą podstawową zasadą, która mówi o dobieraniu odpowiednich narzędzi do określonych zadań. Oczywiście można mikroskopem tłuc laskowe orzechy, jednak wytrzyma on to zdecydowanie krócej niż młotek, a jako mikroskop stanie się bezużyteczny jeszcze szybciej.

Wspólnoty AA nie można zamrozić raz na zawsze w jej postaci z lat czterdziestych ubiegłego wieku – choć czasem wydaje się to kuszące. Wspólnota musi ewoluować i dostosowywać do realnie istniejącej rzeczywistości. Musi przyjąć do wiadomości i nauczyć się wykorzystywać telefony komórkowe, komputery, Internet, zmiany gospodarcze, polityczne, społeczne, obyczajowe i inne. Taka właśnie Wspólnota AA, elastyczna i nowoczesna, a jednocześnie skuteczna, jak przed siedemdziesięciu laty, jest naszym wspólnym dobrem i… wspólną odpowiedzialnością.



Ciąg dalszy, więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.

wtorek, 17 lipca 2007

Kiedy zaczyna się AA?

Nie piję od 74976 godzin. Przez cały ten czas Wspólnota była blisko mnie, choć ja nie zawsze tak samo blisko Wspólnoty. Może właśnie dlatego moje odpowiedzi na pytanie „Kiedy zaczyna się AA?” ewoluowały, zmieniały się, mam nadzieję... dojrzewały


Kiedy zaczyna się AA? Czyli... sponsoring i tradycje.

Początkowo - i to nawet dość długo - uważałem, że Wspólnota AA zaczęła się dla mnie w dniu mojego pierwszego mityngu. Pozornie jest w tym sporo racji, był to niewątpliwie warunek konieczny, bez niego nie wydarzyłoby się przecież nic więcej, tym niemniej racja ta jest czysto formalna. Przecież sam fakt zapisania się do biblioteki nie świadczy jeszcze o zdobyciu mądrości zawartych w jej tomach, a tym bardziej o wykorzystaniu jej w życiu.
Poza tym do biblioteki zapisujemy się zwykle w określonym celu, a ja do AA poszedłem w zasadzie nie bardzo wiedząc, czego oczekiwać i głównie dlatego, że tak kazali na terapii. 
Nieco później wydawało mi się, że AA zaczęła się dla mnie, kiedy pierwszy raz poprosiłem pewnego aowca o sponsorowanie. Jest to przecież, a przynajmniej powinien być, moment bardzo ważny, przełomowy. Tak... ładnie to brzmi, ale w rzeczywistości były to kolejne pozory i formalizm.

Znalezienie sponsora sugerowała terapeutka, a ja, konformista z natury, po prostu to zrobiłem – ot, zadanie do wykonania. Nie wiedziałem zupełnie, do czego mi ten sponsor ma być potrzebny, ani co to znaczy być sponsorowanym.
W praktyce okazało się, że mój sponsor, choć miał pewnie dużo dobrej woli, też nie orientował się za bardzo, co to znaczy być sponsorem. To wszystko widzę jednak i rozumiem dopiero teraz.
Wówczas trwało to kilka miesięcy i skończyło się tak, jak chyba musiało – wróciłem do picia.


To może Wspólnota zaczęła się dla mnie tak naprawdę wtedy, gdy po terapii odwykowej w ośrodku zamkniętym wróciłem na łono AA? W końcu był to czas, w którym zacząłem nareszcie słyszeć przynajmniej niektóre Kroki. Z rozumieniem ich nadal miałem kłopot, ale coś przecież drgnęło.
Tak, drgnęło... udawało mi się utrzymywać abstynencję, ale w zasadzie nic poza tym.

W tym czasie często można było w naszym środowisku słyszeć określenie „zdrowy egoizm”. Ma ono mniej więcej tyle samo sensu, co „prawdziwe kłamstwa” lub „uczciwe złodziejstwo”, ale wtedy żyłem w ten właśnie sposób. Znów, a może nadal i w dalszym ciągu, liczyłem się tylko ja, moje potrzeby i zachcianki, kiedyś związane z piciem, teraz niby usprawiedliwione trzeźwieniem. Nadal krzywdziłem innych, nadal nikomu nie byłem w stanie pomóc, nadal byłem bogiem swojego świata i wszystko miało się kręcić wokół mnie – w końcu ja, alkoholik, nie piję.
Taka postawa nie ma nic wspólnego z posłaniem i filozofią Wspólnoty AA, nie może więc być jej początkiem.

Czy Wspólnota zaczęła się dla mnie, kiedy wraz z kolegą założyłem grupę AA? To ważne wydarzenie świadczy przecież niezbicie o moim istotnym udziale w ruch aowski, w jego rozbudowę i rozwój.
Tak? Naprawdę? A może to ważne doświadczenie pokazało mi tylko (po czasie) ogrom mojej pychy, bezkrytyczne przekonanie o własnych racjach, niezdolność do podporządkowania się zbiorowej mądrości i zwykłą samowolę? Bo przecież pamiętam, że nawet do głowy mi nie wpadło konsultować pomysł utworzenia nowej grupy z Intergrupą. 

Mijały dni i godziny, zmieniały się moje koncepcje na ten temat, ale coraz bliżej byłem sensownej odpowiedzi na pytania: kiedy AA stała się częścią mojego życia? Kiedy przestałem być jedynie konsumentem i traktować mityng AA jako poprawiacz nastroju i samopoczucia? Kiedy naprawdę zaczęła się dla mnie Wspólnota AA i jej Program, jako jasno sprecyzowany pomysł na życie?
A może pytanie powinno brzmieć: kiedy zacząłem trzeźwieć, a nie tylko utrzymywać abstynencję?

Dziś niezwykle ważne wydają mi się tu dwa elementy: sponsor z prawdziwego zdarzenia i Tradycje AA.

Wśród mądrości Wschodu podoba mi się zwłaszcza jedna: „Kiedy uczeń jest gotów – pojawia się nauczyciel”. Kiedy wreszcie byłem gotów stanąć w postawie pokory przed drugim człowiekiem przyznając, że ja nie potrafię z czymś sobie poradzić, że mi nie wychodzi, że nie wiem, nie umiem, nie rozumiem, kiedy pierwszy raz w życiu gotów byłem uczciwie poprosić kogoś o pomoc - znalazłem sponsora przez duże S. 

Z moim pierwszym sponsorem spotykaliśmy się dość przypadkowo, zwykle przed mityngami i rozmawialiśmy na równie przypadkowe tematy przez kilka-kilkanaście minut, jak wypadło.
Praca z drugim sponsorem zaczęła się dla mnie od precyzyjnego określenia zasad naszej współpracy, wzajemnych oczekiwań, po prostu od ustalenia „reguł gry”. I teraz jakoś nie dziwiło mnie, że mamy się spotykać regularnie, raz w tygodniu o wyznaczonej godzinie, a ja będę otrzymywał swego rodzaju zadania do wykonania, z których będę się musiał rozliczyć. 
Wtedy też dowiedziałem się, że sponsor to nie tylko kumpelstwo i pogaduchy na różne tematy, ale głównie i przede wszystkim konkretny, poparty własnym doświadczeniem i wypróbowany w praktyce sposób na zapoznanie podopiecznego z Programem AA, ułatwienie jego zrozumienia i wdrożenia we własnym życiu.

Mniej więcej wtedy dowiedziałem się też, że Program Wspólnoty Anonimowych Alkoholików to nie tylko Dwanaście Kroków – jak początkowo sądziłem. Program AA to trzy legaty: dziedzictwo zdrowienia (Kroki), dziedzictwo służby (Tradycje) i dziedzictwo jedności (Koncepcje). A jeśli ja nadal będę wybierał z tej całości tylko pojedyncze, pasujące mi elementy, to... 



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

niedziela, 17 czerwca 2007

Ciche Kroki (Kroki 6 i 7)

Krok Szósty Programu Dwunastu Kroków Wspólnoty Anonimowych Alkoholików brzmi: Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru, a Krok Siódmy: Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.
Żeby można było mówić o jakimkolwiek uwolnieniu, trzeba najpierw te wady znać, a to odbywa się w trakcie pracy nad Krokiem Czwartym. Kiedy jednak już te swoje wady znam, pojawia się problem gotowości, a nawet całkowitej gotowości. Problematyczna jest też, jak zawsze, pokora.

Czemu Kroki Szósty i Siódmy Programu nazywam „Cichymi Krokami”?

– Ja już od dawna chcę się pozbyć swoich wad i poprosiłem Boga, żeby mi je zabrał, no ale jakoś nie zabiera – w głosie mojego rozmówcy słychać było smutek, ale też jakby pewien żal do Boga.
– A co zrobiłeś, żeby stać się gotowym do rozstania ze swoimi wadami? – delikatnie położyłem nacisk na słowo „zrobiłeś”. Patrząc na jego zmieszaną minę powtórzyłem – tak, co ZROBIŁEŚ?
Odpowiedzi nie było, a ja nie drążyłem tematu. Nie jest moim celem ani zadaniem naruszanie komukolwiek jego, jako tako poukładanego, świata bardzo wygodnych w sumie przekonań – w końcu jako aowiec nie muszę popierać ani zwalczać żadnych poglądów. Nawet swoich własnych.

1. W moim mieście, na wszystkich grupach AA, Krok odpowiadający numerowi miesiąca jest tematem mityngu zawsze – oczywiście mogą też być inne tematy, z literatury AA na przykład, ale ten jest obowiązkowy. Tak więc w styczniu jest to Krok 1, w czerwcu Krok 6, w lipcu 7 i tak dalej.
O ile do 31.05 można jeszcze liczyć na spore zaangażowanie uczestników mityngu i liczne wypowiedzi, to od 01.06, po obowiązkowych narzekaniach na sąsiadów, dzieci, nauczycieli, służbę zdrowia, polityków, żony, itp. – zapada często martwa cisza. W czerwcu i lipcu prowadzący mityng najczęściej musi podsuwać jakieś dodatkowe, awaryjne tematy. Bywa też, że mityng kończy się przed czasem.
Co ciekawe, sytuacja poprawia się w sierpniu czy wrześniu. Sam pamiętam, jak mając kilka miesięcy abstynencji wypowiadałem się podczas mityngów z pełnym przekonaniem i swadą o zadośćuczynieniu, którego dokonuję przez to, że przestałem krzywdzić (pić) lub poprzez swoje wypowiedzi na mityngach. Do dziś wstydzę się tych swoich „rewelacji”, ale to inna sprawa. W każdym razie brak wypowiedzi na temat Kroków 6 i 7 jest widoczny, a czasem nawet krępujący.



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

czwartek, 17 maja 2007

Duchowość i szamaństwo

Kolejny raz spotkaliśmy się w Psiej Dziurze (jedno z kilku miejsc w Polsce, w którym takie warsztaty się odbywają), żeby popracować nad Krokami, czyli jak to ostatnio modnie jest nazywać, „żeby podłubać w Programie”. Programie 12 Kroków Anonimowych Alkoholików rzecz jasna.


Alkoholik w poszukiwaniu duchowości

Za pracą, zwłaszcza ciężką, specjalnie nie przepadam, zresztą, ileż można tyrać!? Żeby jednak nie poddać się gnuśnemu lenistwu postanowiliśmy czas spędzić twórczo, a najlepiej wzniośle i duchowo. Pierwszą sugestię przedstawił Książę, proponując abyśmy wybrali się na spacer po okolicznych polach i lasach, całą grupą, ale żebyśmy podczas tej wycieczki zachowali całkowite milczenie, czyli nie odzywali się do siebie ani słowem. Książę wspomniał, że kiedyś robił już coś podobnego z inną grupą. On wprawdzie niczego szczególnego wtedy nie doświadczył, ale pozostali członkowie jego paczki byli ponoć zachwyceni.

Malutka była uradowana, Puchatek marudził umiarkowanie, Wielebny kipiał entuzjazmem, a reszta właściwie zrobiłaby wszystko, żeby się tylko od „krokowych” materiałów oderwać. Jako, że kusiła nas jeszcze szansa jakiegoś niezwykłego przeżycia duchowego, wyruszyliśmy niezwłocznie.
Szybko okazało się, że milczenie nie sprawia nam żadnego problemu. Co więcej, nieomal od pierwszej chwili unikaliśmy nawet kontaktu wzrokowego, jakby skrępowani tym, co robimy.
Malutka, całkiem niezła aktorka tak w ogóle, kilka razy przybierała pantomimiczną pozę niemego zachwytu, ale kiedy zorientowała się, że nikt nie zwraca na nią uwagi, z wyraźnym żalem przestała.

Lato w całej krasie, przyroda umiarkowanie skażona puszkami, butelkami, gnijącymi kanapami, wieńcami pogrzebowymi, itp., tak więc wszystko byłoby w porządku, gdyby nie członkowie mojej przesympatycznej grupy, kręcący się w pobliżu. Wyraźnie mi przeszkadzali podczas tej eskapady. Później okazało się, że nie tylko mnie.
Dopiero godzinę po powrocie do ośrodka w Psiej Dziurze z rozbawieniem zdałem sobie sprawę, że ten nasz skomplikowany eksperyment, który dostarczyć miał jakichś specjalnych przeżyć, realizowany jest codziennie, przez miliony ludzi, którzy chodzą po prostu ulicami czy alejami parkowymi, w stosunkowo niewielkiej odległości od innych obcych osób i nie odzywając się do nich. No, dobrze...

Kolejny pomysł miał Nieżywy. Tym razem mieliśmy zastosować coś sprawdzonego - wybraliśmy się całą paczką przytulać się do brzozy. Dokładniej to do brzóz, bo zgodnie z zasadami każdy miał znaleźć sobie swoją. Przytulanie było w całej pełni (wymowne milczenie, rozmarzony wzrok, itp.) kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że niektórzy z nas przytulają się do pobielonych wapnem jabłonek. Cóż, jesteśmy w większości ludźmi z dużych miast... Na szczęście ciuchy dały się doprać. No, dobrze...

Jednomyślnie odrzuciliśmy sugestię Górala, który twierdził, że rozcieranie w palcach mrówek i wąchanie ich zwłok dostarcza niezapomnianych przeżyć, ale za to wybraliśmy się na „rykowisko”.
Na niewielkiej polance, pojedynczo i grupowo, ile sił w płucach, nawoływaliśmy swoich bliższych i dalszych krewnych, znajomych i powinowatych i w ogóle każdego, kto w naszym mniemaniu mógł nam pomóc (forma pomocy nie została sprecyzowana) w pracy nad Programem.
Wydzieraliśmy się potwornie i niewątpliwie psiodziórzanom (tubylcom) dostarczyliśmy kolejnej pożywki do rozmyślań na temat „miastowych”, ale mimo to jakoś wątpię, żeby te ryki dotarły do któregokolwiek z adresatów. Do mojego nie dotarły. No, dobrze...

Turnus nareszcie dobiegł końca i wyruszyłem w powrotną drogę. Bardzo długą zresztą, bo z mojego punktu widzenia Psia Dziura jest gdzieś na drugim końcu Polski. Dziś za te 9 godzin nużącej podróży wdzięczny jestem Bogu z całego serca. Był to bowiem czas wyjątkowy, czas dla mnie. Nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie zakłócić go filmem w TV, grą komputerową, mityngiem AA, spotkaniem towarzyskim, czy czymkolwiek innym. 
Rozmyślałem o duchowości, o moim rozumieniu tego pojęcia, jego ewolucji i o odkryciu, którego właśnie dokonywałem. Ale czy rzeczywiście ja sam? 
Był taki czas, gdy duchowość kojarzyła mi się z seansami spirytystycznymi, albo ewentualnie śpiewającymi kolędy zakonnicami. Zakonnice w tej mojej wizji miały patrzeć w bliżej nie określoną dal, ale koniecznie do góry...



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

środa, 18 kwietnia 2007

Scenariusz mityngu AA

Obserwowałem naszą nową koleżankę ze smutkiem i niepokojem. Jej strach i skrępowanie, tak typowe dla pierwszych chwil, pierwszego w życiu mityngu AA, powoli mijało. Teraz starała się słuchać tekstów odczytywanych już od kilkunastu minut z nowego scenariusza, a ja nieomalże „widziałem” jej rosnące zniechęcenie, rozczarowanie i coś jakby irytację wynikającą z niezrozumienia. Niezrozumienia sytuacji, ludzi, zdarzeń, ale chyba głównie i przede wszystkim niezrozumienia prezentowanych właśnie treści…


Scenariusz mityngu (spotkania) grupy AA

Postanowiłem podejść do niej w przerwie i... ano właśnie. Co miałem jej powiedzieć? Że miała pecha, bo grupa zmieniła właśnie scenariusz mityngu? Że wszystko to, co jest tu czytane, da się pewnie jakoś przetłumaczyć na język prosty i zrozumiały dla wszystkich?

Sytuacja ta skłoniła mnie do poważniejszego zastanowienia się i postawienia pytań, czym jest scenariusz mityngu AA, jaką pełni rolę, do czego i komu powinien służyć?

Pierwszy scenariusz mityngu z jakim się zetknąłem i obowiązujący wtedy we wszystkich grupach w mieście zawierał „kwiatki”, które teraz byłyby już nie do przyjęcia:
- „Wspólnota została założona przez jej założycieli...”
- Dwa pytania do nowicjusza i przyjęcie - lub odmowa przyjęcia do AA - uzależniona od odpowiedzi na te pytania.
- Przyjmowanie nowicjuszy do Wspólnoty przed przeczytaniem Preambuły, czyli najpierw cię przyjmiemy, a dopiero potem powiemy ci, do czego cię przyjęliśmy.
- Jakieś dane statystyczne sprzed wielu lat itp.

Staraliśmy się (sumienie grupy, inwentury) radzić sobie sami, wprowadzaliśmy jakieś poprawki, korekty i... czekaliśmy na propozycję ogólnopolską, „oficjalną”. Jakoś tak się dzieje, że odruchowo i automatycznie zakładamy, że tekst wydrukowany i opublikowany jest jakby ważniejszy, bardziej wiarygodny i miarodajny od jakiejkolwiek wypowiedzi czy odręcznej notatki. Tak więc doczekaliśmy się drukowanej propozycji scenariusza, ale niestety... problemów pojawiło się jeszcze więcej.

Czym więc ma być scenariusz mityngu? Czasem nazywam go po prostu rozkładem jazdy. Albo narzędziem, dzięki któremu spotkanie przebiega w bezpieczny i akceptowany przez wszystkich sposób.

W pewnym okresie wydawało mi się, że można w związku z tym ograniczyć scenariusz do spraw czysto porządkowych i nie tracić czasu na czytanie Preambuły i fragmentów V rozdziału Wielkiej Księgi. Jednak nie był to dobry pomysł. Teksty te ułatwiają nowicjuszom zrozumienie, czym jest AA i jak działa. A jeśli nawet nowicjuszy nie ma, też spełniają one dość ważną rolę - starym aowskim wyjadaczom, którzy te fragmenty znają na pamięć, ich słuchanie ułatwia wyciszenie się i przestawienie z zewnętrznego świata ulicy, firmy czy domu, na świat i reguły mityngu AA.
Oczywiście grupa winna dbać o to, by tych tekstów nie było zbyt wiele - czas na mityng AA jest i powinien być ograniczony, a sprawy porządkowo-formalne nie są jego najważniejszym elementem. Wszystko tu - jak zawsze - sprowadza się do właściwych proporcji.

Jaki jeszcze powinien być scenariusz? Przypominają mi się tu dwa zdania (opisane w książce „Przekaż dalej”), którymi doktor Bob żegnał Billa W. : „Nie spieprzmy tego. Zachowajmy to w prostocie”.

Ano właśnie... w prostocie... Ile prostoty jest w skomplikowanych figurach stylistycznych (przenośniach, porównaniach) takich jak kapelusz, w którym pieniądze spotykają się z odpowiedzialnością i mieszanka ta - jak rozumiem, razem z kapeluszem - stanowi nadzieję. Jak się okazuje świeca też jest nadzieją, więc wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Czy jest szansa, żeby takie teksty zrozumieli ludzie, którzy jeszcze wczoraj pili?



Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach