wtorek, 20 stycznia 2009

Rocznice w grupie AA

Podczas jednego z moich pierwszych mityngów miało miejsce takie oto zdarzenie: na początku, w tej części spotkania, która na grupach w moim mieście tradycyjnie poświęcona jest na tzw.  „problemy i radości”, jeden z kolegów oznajmił, że dziś właśnie mija trzecia rocznica jego abstynencji. Zebrani powitali tą wiadomość brawami, a jubilat, w tonie raczej refleksyjnym, opowiedział pokrótce o tych trzech latach, o tym, co w tym czasie zrobił dla swojej trzeźwości, co zmienił, a także, co mu się dotąd nie udało; ot, taki bilans. Wszystko to zajęło może z dziesięć-dwanaście minut.
Niedługo potem ktoś inny w podobny sposób obchodził swoją rocznicę, później jeszcze ktoś… Pewnego razu koleżanka z AA, tak uradowana swoim pierwszym rokiem abstynencji, postanowiła podzielić się tą radością częstując zebranych cukierkami. Prowadzący zezwolił, w końcu, czemu nie? Nie działo się przecież nic złego.
Za jakiś czas kolega na swoją rocznicę przyniósł tort i oznajmił, ze to prezent dla grupy od jego żony wdzięcznej za trzeźwienie męża. Odmówić i sprawić przykrość tej kobiecie, rzecz jasna, nie wypadało.
Na następnej rocznicy były już dwie blachy ciasta…


Rocznice w grupie AA

Po kilku latach usłyszałem, bardzo poważnie traktowaną teorię, w myśl której jakość mojej rocznicy wyraźnie świadczy o skali mojej wdzięczności wobec Wspólnoty AA, co najprawdopodobniej miało oznaczać, że jeśli z tej okazji wydam zbyt mało pieniędzy na ciasta, ciastka, ciasteczka, cukierki, czekoladki, napoje i inne takie, to okażę się paskudnym niewdzięcznikiem.
Wtedy też zaczęły pojawiać się sygnały, że niektórzy alkoholicy nie zdradzają się ze swoimi rocznicami, bo na organizację mityngu rocznicowego ich po prostu nie stać. Przy okazji, jakoś tak niezauważalnie, pojawiła się – jak widać – zupełnie nowa (poza otwartymi i zamkniętymi) kategoria mityngów we Wspólnocie AA: „mityngi rocznicowe”.

W taki, mniej więcej, sposób wszystko to się zaczęło i rozwinęło. A jak się skończy? Właściwie to ja nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć…

Kilka miesięcy temu byłem na „mityngu rocznicowym” znajomego w innej miejscowości. Stoły uginały się od rozmaitych smakołyków. Jubilat, otoczony „starszyzną” grupy, czerwony z przejęcia i napięcia, siedział na specjalnie przygotowanym dla niego miejscu, wysłuchując peanów zachwytu na swój temat, wygłaszanych przez mniej czy bardziej znanych mu aowców.
W tym samym czasie część z kilkudziesięciu obecnych na mityngu osób (czy rzeczywiście mityngu AA?), w najlepsze szeptało sobie w mniejszych grupkach, komentując stroje, wystrój sali (a tak, na tą okoliczność sala mityngowa została specjalnie udekorowana), potrawy, ostatnie wydarzenia polityczne, sportowe, gospodarcze i inne.
Czułem się tam, jak na bankiecie i cały czas miałem wrażenie, że za moment ktoś wstanie, wzniesie toast i na stołach pojawią się butelki z alkoholem.
Jakoś się w przerwie docisnąłem do znajomego, złożyłem życzenia i postanowiłem wracać do domu. Zauważyła moją rejteradę jedna z pań, które pomagały w organizacji imprezy. Zatrzymała mnie na schodach i namawiała, żebym jednak został, bo po przerwie zaplanowano na gorąco bigos i barszczyk z krokietem…
Mimo to, a może właśnie dlatego, poszedłem. Chociaż może lepszym słowem będzie – uciekłem.

Swoje „mityngi rocznicowe” robiłem, jeśli dobrze pamiętam, w połowie przypadków. Nigdy nie miało to nic wspólnego z moją wdzięcznością wobec Programu AA, Wspólnoty AA, grupy czy pojedynczych osób. Natomiast zawsze związane było nerwowym rozmyślaniem: „Ile kupić i czego? A co będzie, jak ludzi przyjdzie więcej i nie starczy? A co będzie, jak przyjdzie ich bardzo mało i wszystko to zostanie na stołach? A co będzie, jeśli nikt nic dobrego o mnie nie będzie miał do powiedzenia? Ile to wszystko razem będzie kosztowało? Kiedy i do kogo wysłać zaproszenia?”, itd.

Napięcie związane z moim „mityngiem rocznicowym” zupełnie do niczego nie było mi potrzebne, a cała ta sytuacja nie uszczęśliwiała mnie w najmniejszym nawet stopniu. Czy o to chodziło w tym, podobno, radosnym dla mnie dniu?
Swoje rocznice organizowałem pod presją otoczenia, kierując się rosnącą w siłę tradycją, starając się nie wyróżniać, być takim samym aowcem, jak inni.

Od kilku lat, ja i parę innych osób, przy okazji albo i zupełnie bez okazji, przypominamy na mityngach, że rocznica nie musi się wiązać z zastawionymi stołami, zakupami i nadprogramowymi wydatkami. Problem w tym, że z tego mojego mówienia właściwie niewiele wynika – może dlatego, że ja sam ostatnie swoje dwie czy trzy rocznice przecież jakoś tam zorganizowałem. Może i skromnie, ale jednak na stołach coś było…

Ciąg dalszy oraz dużo, dużo więcej w moich książkach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz