środa, 27 listopada 2024

Bill W. kreuje nowych Bogów

Już od pierwszych w życiu mityngów słyszałem, że Program AA jest programem duchowym, a nie religijnym, a wkrótce potem zrozumiałem, że w Kroku Drugim mowa jest o dowolnej Sile, większej niż moja własna, a nie o Bogu. Taką Siłę stanowić mogła współczesna medycyna albo zbiorowa mądrość AA, a może jeszcze ktoś/coś innego. Natomiast o Sile Wyższej, o Bogu, mowa jest w Kroku Trzecim i dalej. W oryginale była to znacząca różnica między Power greater, a Higher Power. Rozróżnienie to widoczne jest w wielu innych miejscach, na przykład: 
Musieliśmy zadać sobie tylko jedno krótkie pytanie: „Czy wierzę teraz? Albo czy przynajmniej jestem skłonny uwierzyć, że istnieje Siła większa ode mnie samego?” [s. 47]. 

A więc po prostu jakaś Siła większa ode mnie samego, a nie Siła Wyższa. Nieco wcześniej Bill proponuje, że taką Siłą może być Twórcza Inteligencja. A trochę później w 12x12: You can, if you wish, make AA itself your Higher Power. Here is a very large group of people who have solved their alcohol problem ["12 Steps and 12 Traditions", page 27].

Takie rozróżnienie prowadziło do oczywistej konkluzji: nie jestem alfą i omegą, nie wszystko wiem, umiem, potrafię, więc może czas najwyższy, żebym zrozumiał, że świat jest pełen ludzi, którzy w jakiejś dziedzinie dysponują wiedzą, umiejętnościami, doświadczeniem itd. większym niż moje własne. Lekarz, na przykład, niewątpliwie dysponuje Silą większą niż moja własna. Podobnie jest z mechanikiem samochodowym i setką innych specjalistów – nie jestem samowystarczalny.

I wszystko było proste do momentu odkrycia stwierdzenia:

Pragniemy Cię zapewnić, że z chwilą, gdy udało nam się odrzucić nasze uprzedzenia i wykazać jedynie samą wolę uwierzenia w Siłę większą od nas samych, zaczęliśmy osiągać rezultaty . Stało się tak, chociaż żaden z nas nie potrafił w pełni określić ani pojąć tej Siły, która jest Bogiem [WK z 2018 roku, s. 46].

Wynika z niego wyraźnie i jednoznacznie, że dowolna Siła większa niż nasza własna, jest Bogiem. Tak więc Twórcza Inteligencja, światowa medycyna, doświadczenia AA, mechanicy itd. też są Bogami! Wow!




piątek, 22 listopada 2024

Za moich czasów było super

Kolega podrzucił mi e-mailem pewien tekst. Szukałem jego źródła i znalazłem... jeśli nie dokładnie to samo, to coś bardzo podobnego: https://www.facebook.com/profile/100069035193177/search/?q=Cliff%20Bishop&locale=tr_TR Wydaje mi się, że ten tekst można też znaleźć w wielu innych miejscach, zwłaszcza w oryginale. Jest to swoista próba diagnozy kondycji AA dokonana przez alkoholika, Cliffa Bishopa (który zasadę anonimowości najwyraźniej miał głęboko w…), dokonana pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku, to jest ćwierć wieku temu. Choć kilka przytoczonych przez niego informacji wydaje się zgodnych z prawdą, to całość robi wrażenie żałośliwego zawodzenia krwawiącego diakona, ubolewającego nad tym, że czasy się zmieniają i w najróżniejszych dziedzinach życia nie jest już tak, jak on się przyzwyczaił. Załączam poniżej cały tekst, który dostałem (tłumaczenie trochę koślawe, ale może być), a już na samym końcu garść moich uwag.

W czasach zmian świat należy do tych, którzy się uczą, podczas gdy Ci, którzy już się „nauczyli”, okazują się świetnie przygotowanymi do życia w świecie, który już nie istnieje - Eric Hoffer (1902–1983), amerykański pisarz zajmujący się głównie problematyką filozofii społecznej.


 CO SIĘ STAŁO?
Cliff Bishop, spiker AA

To pytanie zadaje sobie ostatnio wielu alkoholików. Co się stało z naszym wysokim wskaźnikiem sukcesu? 30 i 40 lat temu utrzymywaliśmy 75% lub więcej alkoholików, którzy przychodzili do nas po pomoc. Dziś nie utrzymujemy nawet 5%. Co się stało? Co się stało z tym wspaniałym członkostwem AA? Grupami, które istniały przez 20, 30 czy 40 lat? Kiedyś na każdym spotkaniu było 50, 75, 100 lub więcej osób. Jest to teraz kwestia historii, koniec! Co się stało? Słyszymy wiele pomysłów, opinii i wymówek na temat tego, co się stało, ale sytuacja nie ulega poprawie. Nadal się pogarsza. Co więc się dzieje?

Bill W. napisał: „Oczywiście, w nadchodzących latach AA będzie popełniać błędy. Doświadczenie nauczyło nas, że nie musimy się tego bać, pod warunkiem, że zawsze będziemy skłonni przyznać się do naszych błędów i szybko je naprawić. Rozwój jednostek zależy od zdrowego procesu prób i błędów. Taki będzie również nasz rozwój jako wspólnoty. Zawsze pamiętajmy, że każda społeczność mężczyzn i kobiet, która nie chce naprawiać swoich własnych błędów, z pewnością popadnie w ruinę, jeśli nie w upadek. Taka jest uniwersalna kara za brak dalszego rozwoju. Tak jak każdy członek AA musi w dalszym ciągu sporządzać swój inwentarz moralny i zgodnie z nim postępować, tak też cała nasza Wspólnota musi to zrobić, jeśli mamy przetrwać i służyć pożytecznie i dobrze”. ("A.A. Comes of Age", PG 231)

Biorąc pod uwagę, że tak niewielu ludzi osiąga trwałą trzeźwość, i widząc ciągły upadek grup AA, oczywiste jest, że nie pozostaliśmy skłonni przyznać się do naszych błędów i szybko je naprawiać. Wydaje mi się, że Delegat Obszaru Północno-Wschodniego Ohio, Bob Bacon, zidentyfikował nasze błędy i niedociągnięcia, kiedy rozmawiał z grupą AA w 1976 roku. Powiedział, że w zasadzie nie pokazujemy już nowicjuszowi, że mamy rozwiązanie na alkoholizm. Nie mówimy im o Wielkiej Księdze i o tym, jak bardzo ważna jest ona dla naszej długoterminowej trzeźwości. Nie mówimy im o naszych Tradycjach i o tym, jak bardzo są one ważne dla poszczególnych grup i dla Anonimowych Alkoholików jako całości. Raczej wykorzystujemy czas spotkań na pijackie opowieści, dyskusje o naszych problemach, pomysłach i opiniach lub fantazje na temat „mój dzień” lub „mój sposób”.

Po kilku latach obecności w AA i zastanowieniu się nad tym, co miał do powiedzenia Bob Bacon, wydaje się, że pozwoliliśmy nowicjuszom przekonać starszych, że mają lepszy pomysł na AA. Właśnie spędzili 30 lub więcej dni w ośrodku terapeutycznym, gdzie byli pod wrażeniem potrzeby rozmowy o swoich problemach podczas sesji terapii grupowej. Powiedziano im, że nie ma znaczenia, jaki jest ich prawdziwy problem; AA ma „najlepszy program”. Powiedziano im, że powinni udać się do wspólnoty AA, chodzić na spotkania codziennie przez pierwsze 90 dni po zakończeniu leczenia. Powiedziano im, że przez pierwszy rok trzeźwości nie powinni podejmować żadnych poważnych decyzji. A to, co im mówiono, powtarzają na mityngach, a większość z tego jest sprzeczna z Programem Anonimowych Alkoholików!

Najwyraźniej to, co im powiedziano, brzmiało całkiem nieźle w oczach członków AA, tych członków, którzy byli tutaj, gdy klienci najaktywniejszych ośrodków leczenia odwykowego zaczęli pojawiać się na naszych spotkaniach. I wielu członkom AA spodobał się pomysł ośrodków terapeutycznych, ponieważ zapewniały one miejsce, do którego mogliby podrzucić osobę poważnie pijącą, jeśli posiadała ona ubezpieczenie. Wyeliminowało to część niedogodności, z którymi borykaliśmy się wcześniej; konieczność serwowania soku pomarańczowego i miodu lub kieliszka alkoholu drżącemu pijakowi, aby pomóc mu w „detoksie”.

Kiedy AA było w bardzo dobrej formie, ludzie, którzy przemawiali na spotkaniach, byli wyzdrowiałymi alkoholikami. Słuchali ich cierpiący i nieleczeni alkoholicy. Po usłyszeniu, co trzeba zrobić, aby wyzdrowieć, przybysz stawał przed decyzją; „Czy zamierzasz podjąć kroki i wyzdrowieć, czy zamierzasz tam wrócić i dokończyć robotę?”
Jeśli powiedzieli, że „chcą dołożyć wszelkich starań”, otrzymywali sponsora, Wielką Księgę i rozpoczynali proces zdrowienia, podejmując Kroki i doświadczając Obietnic wynikających z takiego postępowania. Proces ten utrzymał nowicjusza w pracy z innymi i kontynuował rozwój naszej Wspólnoty, a liczba trzeźwych członków Anonimowych Alkoholików podwajała się co 10 lat.

Wraz z nadejściem szybkiego rozwoju Przemysłu Leczniczego, akceptacją naszego sukcesu w leczeniu alkoholików przez system sądowy i poparciem lekarzy, psychiatrów, psychologów itp. do AA napływali najróżniejsi ludzie w tempie większym, niż kiedykolwiek sobie wyobrażaliśmy Niemal nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje, nasze spotkania zaczęły się zmieniać z tych, które skupiały się na wyzdrowieniu z alkoholizmu, na spotkania typu „dyskusja i uczestnictwo”, podczas których wszyscy mogli porozmawiać o tym, co im przyszło do głowy.

Spotkania ewoluowały od programu rozwoju duchowego do spotkań typu terapii grupowej, podczas których coraz więcej słyszeliśmy o „naszych problemach”, a coraz mniej o Programie Wyzdrowienia z Wielkiej Księgi i o zachowaniu naszej Wspólnoty poprzez przestrzeganie naszych Tradycji. Jaki był rezultat tego wszystkiego? Cóż, nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie zwracało się do nas o pomoc. Nigdy jednak nie mieliśmy tak powolnego tempa wzrostu, które obecnie zaczęło jeszcze spadać. Po raz pierwszy w naszej historii Anonimowi Alkoholicy tracą członków szybciej, niż ich przybywa, a nasz wskaźnik sukcesu jest niewiarygodnie niski. (Statystyki Biura Międzygrupowego w niektórych dużych miastach wskazują, że mniej niż 5% osób, które wyraziły chęć zaprzestania picia, udaje się to na dłużej niż 5 lat; znacznie odbiega to od 75% podanych przez Billa W. we Wstępie do drugiego wydania WK). Zmiana treści naszych spotkań okazuje się być pułapką nieszczęścia dla nowicjusza i z kolei pułapką nieszczęścia dla grup zależnych od spotkań typu „dyskusja i uczestnictwo”. Dlaczego?

Odpowiedź jest bardzo prosta. Kiedy spotkania zostały otwarte, aby nieleczeni alkoholicy i niealkoholicy mieli możliwość wyrażenia swoich pomysłów, opinii, przedstawienia swoich problemów i opowiedzenia, jak im to powiedziano tam, skąd przyszli, zdezorientowany nowicjusz stał się jeszcze bardziej zdezorientowany różnorodnością prezentowanych informacji.
Coraz częściej zachęcano ich, aby „po prostu chodzić na spotkania i nie pić” lub, co gorsza, „pójść na 90 spotkań w 90 dni”. Nowicjuszowi nie kazano już wykonywać Kroków ani wracać i dokończyć picia. W rzeczywistości, często mówi się im: „Nie spiesz się z podjęciem Kroków. Nie spiesz się”.
Alkoholicy, którzy brali udział w pisaniu Wielkiej Księgi, nie czekali. Podjęli kroki w ciągu pierwszych kilku dni po ostatnim drinku. Dzięki Bogu, są tacy członkowie naszej Wspólnoty, jak Joe i Charlie, którzy rozpoznali problem i zaczęli coś z tym zrobić. Skupiają się ponownie na Wielkiej Księdze.

Zawsze istniało kilka grup, które nie poddawały się trendowi terapii grupowej. Niezmiennie dotrzymali swego zobowiązania, aby spróbować nieść przesłanie cierpiącemu alkoholikowi. To znaczy powiedzieć nowicjuszowi: „w wyniku tych Kroków przeżyliśmy duchowe przebudzenie i jeśli chcesz wyzdrowieć, dopilnujemy, abyś miał sponsora, który wyzdrowiał i który poprowadzi cię ścieżką pierwszych 100 wyznaczoną dla nas". Ozdrowieni alkoholicy zaczęli zakładać grupy, które mają jeden cel i informują nowoprzybyłego, że dopóki nie podejmą odpowiednich kroków i nie wyzdrowieją, nie będą mogli wypowiadać się na spotkaniach. Będą słuchać wyzdrowiałych alkoholików, podejmą Kroki, wyzdrowieją, a następnie spróbują przekazać swoje doświadczenie i wiedzę tym, którzy szukają pomocy, jaką zapewniamy w AA.
W miarę jak ten ruch będzie się rozprzestrzeniał, Anonimowi Alkoholicy ponownie odniosą sukces w wykonywaniu jedynej rzeczy, którą Bóg dla nas zamierzył, a to znaczy pomóc cierpiącemu alkoholikowi wyzdrowieć, jeśli zdecydował, że chce tego, co mamy i jest gotowy dołożyć wszelkich starań, aby wyzdrowieć, podjąć i zastosować nasze Dwanaście Kroków w swoim życiu i chronić naszą Wspólnotę poprzez honorowanie naszych Dwunastu Tradycji.

Istnieje tendencja do zrzucania winy za naszą trudną sytuację na branżę leczenia i profesjonalistów. Robią to, co robią i nie ma to nic wspólnego z tym, co robimy my, w Anonimowi Alkoholicy. To jest ich sprawa. Nie w tym miejscu należy zrzucać winę i jest to również naruszenie naszej Dziesiątej Tradycji. Prawdziwym problemem jest to, że członkowie Anonimowych Alkoholików, którzy byli tutaj, kiedy „klienci” zaczęli przychodzić do naszej Wspólnoty, nie pomogli „klientom” zrozumieć, że nasz Program był mocno ugruntowany od kwietnia 1939 roku i że wytyczne dotyczące zachowania i rozwoju naszej Wspólnoty zostały przyjęte w 1950 roku. Że muszą pozbyć się swoich nowych „starych pomysłów” i zacząć praktykować Program Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików w takiej formie, w jakiej został nam dany. Że dopóki nie podejmą Kroków i nie wyzdrowieją, nie mają do powiedzenia nic, co wymagałoby wysłuchania poza swoim sponsorem. Ale tak się nie stało. Wręcz przeciwnie, starzy wyjadacze nie dopełnili swojej odpowiedzialności wobec nowicjusza, polegającej na przypomnieniu im istotnej prawdy: „Rzadko widzieliśmy porażkę osoby, która dokładnie podążała naszą drogą. Ci, którzy nie wracają do zdrowia, to ludzie, którzy nie mogą lub nie chcą całkowicie poddać się temu prostemu programowi”.

Pozwoliliśmy nieleczonym alkoholikom i niealkoholikom siedzieć na naszych spotkaniach i wygłaszać swoje problemy, pomysły i opinie. Przeszliśmy od „Rzadko widzimy, jak ktoś poniósł porażkę” do „Rzadko widzimy, jak ktoś wraca do zdrowia”. Więc tu jesteśmy. Odnieśliśmy 30 lat niewiarygodnych sukcesów, stosując się do wskazówek zawartych w Wielkiej Księdze. Mieliśmy za sobą 30 lat rozczarowujących porażek, ponieważ chcieliśmy usłyszeć wszystkich.

Mamy teraz coś do przemyślenia. Wiemy już, na czym polega problem i jakie jest jego rozwiązanie. Niestety, nie byliśmy dość szybcy, aby naprawić błędy, które powstały w wyniku czegoś, co wydawałoby się być dużą dawką apatii i samozadowolenia.
Problemem, z którym próbujemy żyć, jest niepotrzebne zabijanie alkoholików. Rozwiązanie? Moc większa od nas samych, którą odnajdujemy dzięki Dwunastu Krokom obiecuje powrót do zdrowia tym, którzy chcą postępować zgodnie z jasnymi wskazówkami zawartymi w Wielkiej Księdze.
Chcesz być częścią problemu czy częścią rozwiązania? Proste, ale niełatwe, trzeba na to zapracować.

~ Cliff Bishop (1924-2016)
Primary Purpose Group of Dallas


------------------------

Czym jest skuteczność w przypadku leczenia czy uzdrawiania z choroby alkoholowej? Wydaje się całkiem oczywiste, i takie było już w czasach pisania Wielkiej Księgi, że nie może chodzić o samą tylko abstynencję. Uważamy, że człowiek, który oświadcza, iż wystarczy sama trzeźwość, jest bezmyślny [WK z 2018 roku, s. 83]. Można zaprzestać nadużywania alkoholu, ale choroby alkoholowej to nie leczy, alkoholizm rozwija się nadal. Oczywiście skuteczność obejmuje także dożywotnią abstynencję. Tak, dożywotnią, a nie kilkuletnią. Przypomnę może, że kiedy Bill Wilson zaczynał pisać WK miał ok. 3,5 roku abstynencji.

Do lutego 1937 roku dziesiątki nowych alkoholików zapoznawały się z Programem. Niektórym udawało się nie pić przez jakiś czas, ale potem znikali. Niektórzy pojawiali się ponownie. Inni po prostu umierali. Jeszcze inni - jak, na przykład, Lil - znajdowali zapewne inny sposób na wyjście z nałogu. „Doktor Bob i dobrzy weterani”.

Ciekawostka - skuteczność terapii odwykowej w Polsce według profesjonalistów, sprzed czasów terapii redukcji szkód, to jest kontrolowanego picia.


Cóż jeszcze charakteryzuje uzdrowionego alkoholika? Bliska więź z Bogiem, innymi ludźmi (nie tylko z rodziną) i z samym sobą. Oczywiście wyklucza to inne uzależnienia lub kompulsje. Więc teraz proste pytanie: czy Anonimowi Alkoholicy mają jakiś wydział, który zajmuje się badaniami (dożywotnimi!) swoich członków, jakości ich życia i abstynencji? Bo jeśli nie mają i tak rozbudowanych badań nie prowadzą, to opowiastki o rzekomo cudownej skuteczności są tylko marketingowymi kłamstwami giełdowego spekulanta. Kiedy alkoholików było 78-83 sztuki, Billowi wyszło, że to ponad sto osób. Naciągnął prawdę o ok. 20-30%. Z jego fantazjami na temat skuteczności było zapewne podobnie, a i tak te rojenia obejmowały co najwyżej abstynencję i nie więcej niż kilka-kilkanaście lat.

Bishop pisze: Kiedy spotkania zostały otwarte, aby nieleczeni alkoholicy i niealkoholicy mieli możliwość wyrażenia swoich pomysłów, opinii, przedstawienia swoich problemów… Nie wiem, czy chodzi o to, co znam z innych źródeł, może nazwa zgubiła się w tłumaczeniu, a może to było coś innego, w każdym razie wiem, że w latach 1965-1975 rozwinęły się mocno w USA tzw. Otwarte Mityngi Dyskusyjne (Open Discussion Meetings) – właśnie po to, żeby na spotkaniach mogli zabierać głos niewyleczeni jeszcze alkoholicy. Terapeuci odwykowi przekonali miliony alkoholików, że takie gadanie o swoich problemach i radościach bardzo im pomoże. Może rzeczywiście pomagało utrzymywać abstynencje, ale jednocześnie odciągało od dość trudnego rozwiązania jakim była realizacja Programu ze sponsorem. Dlaczego ówcześni Anonimowi Alkoholicy się na to godzili? Czy chodziło o dynamicznie rosnącą liczbę członków, a tym samym o pieniądze?

I znów słowa Bishopa: Pozwoliliśmy nieleczonym alkoholikom i niealkoholikom siedzieć na naszych spotkaniach i wygłaszać swoje problemy, pomysły i opinie. Pozwoliliśmy? A jak niby trzeźwi alkoholicy na mityngu mieliby diagnozować nowicjuszy i decydować, którzy z nich są, a którzy nie są alkoholikami? Pan Bishop zapomniał zdaje się, że jedynym warunkiem jest chęć zaprzestania picia, a nie zdiagnozowany alkoholizm. I wyraźnie starannie pomija kwestię zmiany sensu III Tradycji, która w długiej wersji mówiła o tych, którzy cierpią z powodu alkoholizmu, ale w krótkiej, tej zatwierdzonej, o wszystkich, którzy tylko chcą przestać pić. Tak więc za rozwodnienie AA w dużej mierze odpowiada twórca Tradycji. Goniąc za sukcesami marketingowymi (coraz więcej grup, w coraz większej liczbie krajów, a tym samy też coraz więcej pieniędzy), postawił na ilość kosztem jakości. Więc niealkoholicy i niewyleczeni znaleźli się na mityngach AA i zaczęli gadać. Rozwiązaniem problemu alkoholizmu nie dysponowali, to gadali o czymkolwiek.

Kolejny argument. Cóż dziwnego w tym, że alkoholicy nieustannie szukają łatwiejszej, łagodniejszej drogi? Nic w tym nowego. Jest to prawda znana w AA od zawsze.

Gdy nie znalazłam łatwiejszej, łagodniejszej drogi, zaczęłam szukać osoby z magiczną różdżką, tej jedynej osoby, która natychmiast sprawi, że wszystko się poprawi. [WK z 2018 roku, s. 313]

Szukają i znajdują, niestety. Bo i skąd niby wzięła się niebywała popularność programów, w których właściwie nic nie trzeba robić (może poza listą uraz), a wystarczy się modlić i powierzać?

Na koniec ostatni element, choć mógłbym jeszcze wiele. Alkoholizm został oficjalnie uznany za chorobę (nie był chorobą w czasach Billa i Boba), nieustannie wzrasta świadomość społeczna i powszechnie dostępna wiedza. Współcześni ludzie, w XXI wieku, w środku Europy (lub w Ameryce), wiedząc, że alkoholizm jest chorobą, zwracają się więc do lekarzy, a nie do entuzjastów z piwnicy pod kościołem. I to, niestety, należałoby uznać za objaw zdrowego rozsądku. Choć w tym akurat przypadku alkoholikom szkodzi.






---
Tekst: https://www.facebook.com/profile/100069035193177/search/?q=Cliff%20Bishop&locale=tr_TR
Grupa Primary Purpose: https://ppgaadallas.org/our-primary-purpose
Nekrolog Bishopa: https://obits.dallasnews.com/us/obituaries/dallasmorningnews/name/clifford-bishop-obituary?id=8788614
Historia Primary Purpose: https://ppg-scs.org/about/

A dla wszystkich tych, którzy nie są w stanie zrozumieć instrukcji "wyświetl więcej", link do treści analizy Cliffa Bishopa, ale bez jego zdjęcia na początku 

piątek, 15 listopada 2024

Po co nam duchowość?

 Dla odmiany, dla zmiany klimatu, najnowszy tekst mojego sponsora.


Po co nam duchowość?

Gdy zastanawiałem się, jak opisać co czuję, ogarnęło mnie przerażenie. Bóg, prawda, wiara, istota boskości - cóż ja mogę o tym powiedzieć, bez ryzyka zagubienia się po dwóch zdaniach. I wtedy wpadła mi w ręce książka podlaskiego kronikarza Karola Żery, który w jednej z anegdot zapytuje: "Co ma Bóg, a czego nie ma?" Odpowiedź była krótka." Bóg ma wszystko i nie ma … równych". Uświadomiłem sobie wtedy, że wcale nie muszę szukać doskonałości w tym co próbuję zrobić. Mogę zacząć tak, jak potrafię a potem tylko poprawiać. Jeśli dzisiaj nie odpowiem na tytułowe pytanie i kilka innych, to świat się nie zawali. Możliwe, że ktoś sam znajdzie odpowiedź, a to - samo w sobie - jest warte zachodu.
Siedziałem kiedyś w gronie kolegów szeroko rozprawiających o walorach wspólnoty AA. Mówiliśmy jak pomaga wydostać się z nałogu, uratować rodzinę, zmienić relacje z ludźmi, i że nie stwarza alkoholikom żadnych utrudnień, itp.. Warunkiem wszechstronnego rozwoju w AA jest przecież tylko pragnienie zaprzestania picia. To, z większymi czy mniejszymi oporami, osiągnęli wszyscy rozmówcy. Ale padło też stwierdzenie, że Program AA jest duchowy, że zachęca do życia religijnego. Usłyszałem wówczas o wielu profitach z udziału w dniach skupienia, rekolekcjach, wyciszeniu, refleksyjności. Jednak dyskusja, o ile przedtem była taka żywa i spontaniczna, to nagle jakby ucichła. I wtedy padło pytanie: A właściwie to po co nam jest ta duchowość? Później zadałem to samo pytanie kilku osobom. Na ognisku w Wesołej usłyszałem, że po to aby być lepszym, ktoś inny powiedział, że po to, aby czuć się człowiekiem. Ja sobie pomyślałem, że po to, abym wspólnie z innymi mógł się poczuć szczęśliwy. Jednak te wszystkie odpowiedzi nie były satysfakcjonujące. Zacząłem się zastanawiać, jaką rolę pełni w moim życiu duchowość, jakie przeżywam trudności, jak sobie radzę z wątpliwościami, bo faktem jest, że je mam. Opowiadając o wątpliwościach, czy nawet sprzecznościach związanych z moją wiarą, pragnę pokazać drogę, jaką wędrują moje myśli.

Najbardziej cenię sobie we wspólnocie możliwość przełamania izolacji, świadomość obecności ludzi, którzy choć pragną szczęścia podobnie jak ja, borykają się z niepowodzeniami, a obdarzeni wolną wolą, nie zawsze potrafią ją dobrze wykorzystać. Okres olśnień i zachwytów nad wspólnotą jest zazwyczaj krótki, po nim ponownie wraca samotność, o tyle przykrzejsza, że w tłumie wielu równie zagubionych i samotnych. Zaczyna się poszukiwanie wzorów do naśladowania.

Zdarza się, że sposób życia ludzi wokół mnie odbiega od duchowości. Zdecydowana większość zainteresowana jest zarabianiem pieniędzy, gromadzi dobra, szuka przygód, przyjemności życiowych, nawet jeśli mają być okupione zaniedbaniem innych potrzeb. Wszelkie wybory, choćby partnera w życiu, zawodu czy studiów - są tak realizowane, aby przyniosły najwięcej korzyści osobistych. Pewnie to nic złego. Ale najważniejszy jest cel tej aktywności. Każdy z łatwością może znaleźć jakąś dziedzinę na tyle zajmującą, że już nie znajdzie czasu na spełnienie potrzeb duszy, na czas dla wspólnoty. Wybór bez udziału Boga wydaje mi się nie tylko przejawem egoizmu czy egocentryzmu, ale wręcz intelektualnej arogancji.

Jednak zdarzają się ludzie o uznanej postawie, którzy w dążeniach materialnych widzą normalność, tak, że pragnienia duchowe wydają im się urąganiem zdrowemu rozsądkowi lub rodzajem zaślepienia czy fanatyzmem. Słyszymy wtedy - Za darmo nie ruszę nawet palcem. Pewnie dlatego rozmowy, w których uczestniczę, typowe rady życiowe są najczęściej pozbawione odniesienia do Boga, troski o duchową jakość życia. Czy to przejaw mądrości życiowej? Mam wątpliwości.

Chcę być szczęśliwy. Zawsze chciałem. Choć były momenty, że poddawałem się wygodnictwu czy niechęci do wysiłku, to stale marzyłem, by świat uśmiechnął się do mnie. Ale też wielokrotnie brakowało mi sił i wiary, by choć przez moment osiągnąć odrobinę ludzkiego szczęścia.. Jest takie pojęcie "zbankrutowani idealiści". Tak właśnie czułem się przez wiele lat zastanawiając się dlaczego takie życie mnie spotyka, czy to życie jest za karę?

Tak naprawdę nie miałem pojęcia, jak potrzebne mi jest boskie przewodnictwo. Niby pamiętałem z dzieciństwa:" sam z siebie jestem nikim", jednak tych słów nie traktowałem poważnie. Dopiero we wspólnocie AA ocknąłem się, zachęcony widokiem ludzi autentycznie szukających drogi do Boga, realizujących najbardziej osobiste pragnienie miłości. Kochać i być kochanym. Tylko to się liczy, by mieć dla kogo żyć. Wszystko inne to bzdura. Ale jak to osiągnąć? Jak otrzymać łaskę?
Od lat obserwuję nowych we wspólnocie. Widzę, że u nich, jak kiedyś u mnie, pojawia się uczucie niejasności, coś podobnego do oglądania oddalającego się brzegu. Wie, co zostawia, lecz jeszcze niezbyt świadomy dokąd zmierza. Wie tylko, że ma być inaczej. Tę niepewność daje się łatwo wyczuć.

Od początku trzeźwości rozpaczliwie szukają prawdziwych przyjaźni. Z zapałem angażują się w różne wspólnotowe zajęcia, ogniska, zabawy. W rozpaczliwej walce przeciwko samotności potrafią mówić wyłącznie o tym, kto do nich dzwonił i mówił, z kim się spotkali, z jaką ważną personą. Panicznie wystraszeni łapią każdego na chwilę rozmowy, nie zdając sobie sprawy, jak odpychają intensywnością potrzeb. Potem następuje kryzys, przychodzi „czas jeża”. Wtedy nie chcą myśleć o niczym. Nie wierzą w przyjaźń, nie ufają bezinteresowności. Porzucają rzeczy niedokończone; opuszczają albo zmieniają grupę; stają się sceptyczni, drwią z gestów pomocy.

Zaczynają wierzyć w zorganizowaną niechęć. Czasami własna gorycz przeistacza się w chęć szkodzenia innym. Niektórzy oczekują, że wspólnota za każdym razem będzie oferowała im wyplątanie z tarapatów, w jakie sami się wpędzili. Nie potrafią uczyć się na własnych błędach.

To szalenie trudny czas dla trzeźwiejącego alkoholika. Wspólnota proponując wybawienie z samotności nie tyle uczy zdobywania przyjaciół co przypomina, aby być przyjacielem dla innych, by ulżyć w ich samotności. Kochając otwieramy się na miłość innych. Bez miłości człowieka, nie wyobrażam sobie miłości do Boga. Przyszła mi do głowy taka dygresja - często nazywamy siebie we wspólnocie przyjaciółmi, co nieraz wydaje się wyraźnym nieporozumieniem. Choć rzadko używam takich słów, to dla mnie znaczą jedno - to ja deklaruję swoją jednostronną przyjaźń. Faktem jest, że czasami czuję odwzajemnienie. Ale to już tylko niespodziewana nagroda.

Jeżeli pokładamy całą swą ufność w ludzkich autorytetach, a przede wszystkim w sobie, narażamy się na rozczarowania i upadki. Pamiętam czas, gdy uznałem, że moją Siłą Wyższą będzie grupa AA. Jednak, gdy po pół roku spojrzałem na uczestników mityngu, ze zdumieniem i strachem, zobaczyłem, że większość to nowi. Moja Siła Wyższa gdzieś się ulotniła, przed sobą miałem zupełnie innych ludzi. Wtedy zadałem sobie pytanie, kim ja jestem, jeśli sam wybieram sobie Siłę Wyższą? Zrozumiałem, że muszę swój los powierzyć bardziej trwałej opiece.

Zacząłem szukać odpowiedzi w Wielkiej Księdze. Lektura była trudna, wyraźnie nie sprawiała przyjemności, ale cóż, trzeźwienie nie jest romansem. Przeczytałem słowa: "Tym Kimś jest Bóg". Pomyślałem, że dużo łatwiej podjąć decyzję o uwierzeniu w Boga niż nadać temu odczuwalny sens.
Wiara wymaga wiele rozsądku, i to nawet szczególnego. Wielka Księga na str. 11 zachęca: " Świadomość istnienia Boga miała stać się probierzem mojego myślenia. Oznaczało to, że zwykły zdrowy rozsądek miał stać się "niezwykłym" rozsądkiem". Obawiam się, czy to, co dotąd nazywałem wiarą, w rzeczywistości nie oddalało mnie od Boga? Przyjmując naturalne tradycje rodziców pozbawiałem się wysiłku budowania wiary. Miałem wrażenie, że bez przekonania uprawiane praktyki religijne doprowadziły tylko do uśpienia wiary i samozadowolenia. Przecież nie pamiętam, abym dawniej tęsknił za Bogiem. Zagoniony, skłopotany, nawet nie próbowałem zatrzymać przy Nim myśli. Widziałem wokół siebie wiarę traktowaną jako sposób na spokojniejsze życie, nie jako cel. Zresztą nawet mówienie o Bogu wydawało mi się naiwnością, bo to takie nienaukowe, jakieś sztuczne. Mimo to próbowałem przekupić Go chwilami pobożnego zachowania.
Przychodząc do naszej wspólnoty nieraz zadawałem sobie pytanie: - Jak ze mną jest naprawdę? Gdzie jestem na drodze życia? Skąd wyszedłem? Dokąd idę? Jaki mam cel?. Wiedziałem już, że moja wiara łatwo znika w pogoni za uciechami, żądzą władzy i majątku. Ale gdy jeszcze doszedł miraż posiadanej wiedzy, pewność siebie, odnosiłem wrażenie, że mogę odrzucić wiarę w Boga. Czułem się bardziej świadomy niż inni. - Takie myśli podsuwał mi chyba szatan.
Stąd tylko krok do zakwestionowania Boga, do prawa kierowania moim życiem. Moim problemem stało się nie tyle istnienie Boga, co raczej rola, jaką miał odgrywać w moim życiu. I nie chodzi o to, jaki jest Bóg. Problemem było, jakim człowiekiem stanę się, gdy z Nim zwiążę swoje życie. Oznaczało to pewne konsekwencje. Odrzucając kiedyś przykazania próbowałem znaleźć odpowiedzi na każde z tysięcy pytań, jakie napotykałem w życiu. Wiedza miała stać się drogą kształtowania woli, sposobem na osiągnięcie szczęścia. To wtedy chyba zaczęły się moje klęski, gdyż ciągle napotykałem sytuacje nie objęte schematem postępowania. Ciągle brakowało mi bezwzględnego drogowskazu. Jeśli przez wieki, u kresu własnych możliwości, ludzie zwracali się o pomoc do Boga, to ja nie byłem wyjątkiem.
Dzisiaj wiem, że nawet najmocniejsza wola, nie zastąpi mi Boga. Bez Jego łaski nie potrafię wyobrazić sobie życia. Muszę o tę łaskę niestrudzenie prosić każdego dnia od nowa. Gdy zwracam się do Boga w modlitwie, rozum nie ma w tym udziału. To wołanie serca, na które potrzebuję odpowiedzi. Niestety, zdarza się, że gdy już je otrzymam, zapominam skąd pochodzą, nie chcę się dzielić zwycięstwem. Tylko sobie przypisuję zasługi. Zapominając o wdzięczności gubiłem ziarenko pokory. Ale myślę, że modlitwa pozwala wytrwać w pokorze. Bez niej króluje pycha. Uparta i przebiegła oplata duszę, niepostrzeżenie przenika do myśli. Choć niektórym wadom zdarza mi się dać już odpór, to pycha jednak potrafi tak opanować duszę, że tracę orientację i właściwie nie wiem, co myśleć. Mało, że z całego serca pragnę być obdarzony łaską, to na przykład chciałbym być - tylko jedynym wybranym. Nawet przez moment nie wolno mi zapominać o wdzięczności za to, co otrzymałem od Boga, a nie eskalować kolejnych żądań. Chyba jestem nawykły do patrzenia oczami i myślenia rozumem. Wspólnota oferuje mi inny sposób: miłość, pokorę, modlitwę i nade wszystko zaufanie Bogu. To ON ma być centrum a nie peryferiami myślenia. Mam poznać Jego wolę wobec siebie i wypełnić ją bez żadnych warunków, pamiętając stale, co znaczy intelektualna arogancja. Może i moja wiara zacznie w pełni funkcjonować, gdy się na nią bardziej otworzę. Słyszę, że Bóg nigdy nie wdzierał się do ludzkiego wnętrza, był tam - „od zawsze”, bardziej jako gwarant wolnej woli, ludzkiej autonomii niż jej zagrożenie.
Ale niestety, może się i tak zdarzyć, że mimo wszystkich wysiłków możemy być nadal nieszczęśliwi, nawet bardzo nieszczęśliwi. Dobrze wtedy pamiętać, że przyjemność czy szczęście pojawia się jako skutek uboczny przeżywania. Łatwo się przekonać, że kiedy służymy sprawie lub pochłania nas jakaś idea, wtedy szczęście pojawia się samo z siebie zupełnie niespodzianie. Nie bez przyczyny program AA zachęca do służby. W niej możemy odnaleźć zadowolenie z aktywnego życia. Za sukcesem czy szczęściem nie trzeba gonić, bo się oddalą. Im bardziej czynimy je celem, tym częściej chybiamy pozostawiając na swojej drodze poszkodowanych, i zawiedzionych. Ileż to razy widzimy miłość traktowaną bardziej jako arena podboju czy konfliktu niż możliwość jedności albo intymności. Szczęście niekoniecznie musi być tym, czego pożądamy instynktami.

Jest dla mnie pewien trudny temat, a nie chcę, aby był usprawiedliwieniem. Wiele lat obywałem się bez wiary jako wynik protestu wobec postawy reprezentowanej przez ludzi wierzących. Kilka razy próbowałem to zmienić, ale zawsze coś mnie odpychało. Najczęściej pretensje do posiadania jedynej, prawdziwej drogi, próby monopolizacji dróg duchowych. Zdaję sobie sprawę, że ja dopiero jestem w trakcie poszukiwań i nie mam żadnej pewności swojej ścieżki. Może dlatego tak boleśnie odczuwałem zderzenie z wierzącymi. Spotykałem się i rozmawiałem z ludźmi wysoce wartościowymi, ale gdy napotkałem charakterystyczne poczucie pewności wiary, szermowanie boskim imieniem, odnosiłem wrażenie, że bardziej wierzą w siebie niż Boga, że mówią o Nim jakby nie uświadamiali sobie Jego obecności. Nie potrafiłem o takim powiedzieć, że "ma Boga w sercu". Odrzucali mnie swą postawą. Czułem wtedy, że jeśli nawet zmierzamy już w tym samym kierunku, to jeszcze nie tą samą drogą. W tym przykładzie widziałem, jakim ja nie chcę być.

Proces trzeźwienia wymaga oczyszczenia myśli i duszy, podjęcia wysiłku zerwania ze starym sposobem życia, skoncentrowanym na sobie. Kiedyś, pewnie pod wpływem lektury Tołstoja, zadałem sobie pytanie, co odróżnia człowieka wierzącego i niewierzącego?. Miałem już przeświadczenie, że szukającym Bóg nie odmawia łaski, szczególnie łaski wiary, ale nie chciałem, by moja wiara miała być pójściem na łatwiznę. Jeszcze z dzieciństwa bardzo lubiłem nabożeństwa majowe, choinki i zapach świąt, ale to mało. Później wiara kojarzyła mi się z wnętrzem by nie pozwolić na obnażenie beznadziejnej pustki. W ten sposób chroniąc swoją niezależność, zamknąłem się na sprawy religii. Poza tym nikt nie wymagał ode mnie ani wiary ani uczestnictwa w życiu religijnym. Ale niedawno usłyszałem przypomniane w radiu słowa papieża wygłoszone w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski: jeśli nikt od was nie wymaga, to wy od siebie wymagajcie. Zresztą z papieżem związane są też inne słowa, które uderzyły mnie prosto w serce, a dotyczyły wiary. Nie byłem nawet pewien, czy je dobrze słyszałem, więc musiałem odnaleźć potwierdzenie… i odnalazłem. Oczywiscie brzmiały inaczej ale ja tak je zrozumiałem. A oto one: W imię czego odrzucasz? Próbowałem wielu odpowiedzi, przez moment podpierałem się słowami Kotarbińskiego – „bluźnierstwem jest posądzać Boga o istnienie”, jednak pytanie uporczywie powracało, stale było aktualne. W imię czego odrzucasz?

Traktowanie wiary jako sprawy wyłącznie prywatnej sprawiło, że nikomu nie musiałem się z niej tłumaczyć ani czegokolwiek wyjaśniać. Jednak gdy wspomnę sobie, jak wielu zbłądziło w wyniku odwoływania się tylko do własnych myśli, cieszę się, że mam naszą wspólnotę. Uczestniczyłem w mityngach, a jednocześnie powoli uświadamiałem sobie, że ginie poczucie ograniczenia. Smutek, samotność, pustka poprzednich dni rozpływała się w codziennej aktywności. Zacząłem czerpać przyjemność z nowego sposobu życia poruszając się w nim z rosnącą swobodą. Pojawiły się nowe, bardzo żywe uczucia, czasami niezwykle silne. Nawet jeśli niezbyt jasno widziałem kierunek zmian, to nareszcie miałem poczucie pełnego oddechu i szczególnego rozwoju.
We wspólnocie, niczym w supermarkecie znajdziemy to, co nam potrzeba. Ale warto pamiętać, że łatwo przyjąć za dobre i potrzebne, co nam wmówiono. Program AA, przez swoje służby, od samego początku praktycznie pozwala na sprawdzenie uzyskanych informacji, zweryfikowanie opinii o sobie samym, jest narzędziem pozbywania się iluzji o swoich możliwościach. Początkowo przychodzimy na mityng urzeczeni atmosferą trzeźwości. Oczekujemy pomocy w zakresie duchowym i psychicznym, odpowiadającej naszym potrzebom, bądź doraźnym interesom. Wybieramy niczym artykuł z półki, dobieramy przydatność w zależności od upodobania. Kiedy kupimy miotłę to wcale nie znaczy, że oczyściliśmy pokój. Trzeba spożytkować poznane zasady, nie odkładać ich w kącie. Mają być stale gotowe do użytku.
I tak, z dnia na dzień, powstaje nowa architektura myślenia, zmienia się stosunek do życia i świata, a nade wszystko do własnego w nim miejsca, w którym codzienna modlitwa przypomina, że poprawa moich relacji dotyczy nie tylko ludzi, ale również stosunku do Boga.
Wspólnocie potrzeba przewodników, ludzi wielkich duchem, umysłem i sercem. Ponieważ Bóg dopuszcza nam różne, nie zawsze przyjemne doświadczenia, problemem stało się dokonywanie poprawnych wyborów. Czasami trzeba porządnego guza, aby się opamiętać. Tu pojawia się rola sponsora. Sponsor najczęściej zna rzeczywistość, której my jeszcze nie znamy, ułatwia pierwsze kroki w trzeźwości. Ma to, co my chcemy mieć. Przede wszystkim trzeźwość i pogodę ducha. Jednak kierowani przez sponsora, z którym często się utożsamiamy, musimy pamiętać, że nie chodzi o to byśmy żyli cudzą duchowością, wprost przeciwnie, mamy budować własną, opartą o osobiste doświadczenia. Rola sponsora ogranicza się do pokazania, że droga po której chcemy się poruszać jest możliwa do przejścia.

Wydawało mi się, że, kiedy już osiadłem we wspólnocie AA, to problemy wiary same się unormują. Nic bardziej mylnego. Kto wie, czy nie dopiero teraz następuje kolejna fala pytań i wątpliwości. Co chwila słyszę jak ktoś z nowych wygłasza na mityngu opinię, że w nic nie wierzy, że duchowość oznacza tylko głupotę i zacofanie. To nie jest śmieszne, gdy mamy do czynienia z udawaniem trzeźwienia, pozerstwem, a właściwie z pozorami prawdy o sobie. Wtedy najszczersze intencje przyjaciół i sponsora obracają się w niwecz. Widzę, jak nowe pokolenie uczy się z lekkim sercem traktować to, czego jeszcze nie rozumie. Choćby sensu uczestnictwa we wspólnocie. Zdarza się, że mówca gwiżdże na program, który formalnie głosi a wtedy słowa stają się pustym dźwiękiem. Pewnie sam nie wierzy w to, co mówi. Czasami odrzucanie wiary wiązało się z dostrzeganiem wśród księży zachowań zupełnie nieświętych. Nawet ksiądz Tischner mówił, że więcej ludzi odeszło od wiary z powodu postępowania księży niż czytania Marksa. Ale jak dobry pasterz szuka zaginionej owcy i nie rzuca w nią kamieniami, tak we wspólnocie zachęcamy do ponownego przemyślenia decyzji. Można odejść, ale nie każdy zdąży wrócić. Nałóg zabija.
Przychodzenie na mityngi sprawia, że powoli stajemy się odpowiedzialni za naszą wspólnotę. Pojawia się pewna dojrzałość Jeżeli zdecydowaliśmy się trzeźwieć we wspólnocie AA, to przyzwoitość nakazuje wybór, wobec którego trzeba być wiernym. Tradycji nie wolno zmieniać. Nie wypada sprzedawać swoich zasad w imię chwilowych korzyści. Taka niezbyt uczciwa gra uderza przede wszystkim w alkoholika, osłabia jego morale. Wspólnota to skarb gromadzony przez lata i tego skarbu nie wolno nam niszczyć ani roztrwonić. Mamy za to obowiązek wzbogacać go naszymi osobistymi doświadczeniami.
O ile daltonizm pozbawia widzenia barw, to alkoholizm, choroba zbankrutowanych idealistów, powoduje osamotnienie, wypacza radość. Jest w niej coś z raka psychicznego. Nie przytępia życia umysłowego, ale deformuje, skierowuje myśli na jałowe, bezpłodne obszary.
Mamy nasze zasady w postaci Kroków, Tradycji i Koncepcji. One kształtują serca, normują wybujałe emocje, uczucia, a przede wszystkim uczą dawania tego co mamy w sercu. Rozwijają duchowo i intelektualnie, ale jeśli nie będziemy dbali o tradycje, zapomnimy o anonimowości, to nie rozwiniemy żadnej potrzebnej cechy, raczej będziemy mieli do czynienia z patologią. Można na przykład ćwiczyć pokorę, a osiągnąć lenistwo. Pokorą bardziej będzie usunięcie się w cień, bądź uczynienie ofiary przez poświęcenie własnej anonimowości, a więc postawa zupełnie odmienna od szukania osobistego rozgłosu.

Zbliżając się do końca moich rozważań chciałbym przypomnieć, że przyszłość i tak przyjdzie, niezależnie od moich pragnień. Jedyna swoboda wyboru polega na akceptacji. Cokolwiek myślę, to i tak jest to świat mego Boga, w którym pragnę dopiero znaleźć swoje miejsce i to niezależnie, co myślę na temat Jego istnienia. Pewnie w życiu każdego człowieka są takie sytuacje, w których pytamy jaka jest wola Boża? Ja z tym pytaniem budzę się i zasypiam codziennie.

Wiem, że nie dość sprawnie się wyrażam, nie potrafię zapanować nad chaosem myślowym, ale nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie kochać wspólnoty. Tego nie da się wyrazić inaczej jak tylko językiem serca. Im bardziej ją odkrywam, tym bardziej kocham. Poznaję wszystkie odcienie stanowiące o jej pięknie, a więc ludzi, mnóstwo osobistych doświadczeń tworzących historię od przeszłości nałogu do dnia dzisiejszego. Nasz główny cel niesienia posłania cierpiącym sprawia, że wspólnota aktywizuje ludzi, uruchamia drzemiące w nich talenty. Jednocześnie wypełnia się wielkie wezwanie do pomocy bliźniemu. Jednak muszę pamiętać, że jeśli miłość bez prawdy zaangażowania jest naiwnością lub kłamstwem, tak prawda służby czyniona bez miłości może być terrorem lub nadużyciem. Celem wspólnoty stała się w praktyce nauka pojednania. Mamy iść razem wspólną drogą do Boga. Na niej możemy sobie pomóc albo ginąć w samotności. I nie chodzi tu tylko o tolerancję dla innych. Kochać Boga to przyjąć Go całkowicie i rzeczywiście, Jemu podporządkować swoje życie. Chcieć i doświadczać Jego miłości.

Powróćmy wreszcie do tytułowego pytania. Po co nam duchowość? Myślę, że każda odpowiedź zasługuje na uwagę. Każda nadaje wartość człowieczeństwu, sprawia, że czuję się potrzebny. Z tego zaś wynika zadowolenie, czasami nawet szczęście. Gdy pojednanie i współpraca stają się naczelnymi wartościami, uczucie samotności rozpływa się. Mam wszystko co mi potrzeba. Dziękuję wspólnocie za Boga i Bogu za naszą wspólnotę.


PS.
Już po napisaniu powyższego tekstu zainteresowała mnie maleńka książeczka o. Anselma Gruna pt. "W połowie drogi", w której zostały zestawione poglądy XIV wiecznego niemieckiego mistyka Jana Taulera oraz znanego psychiatry Carla G. Junga na temat problemów kryzysu połowy drogi życia. Przyznam, że uderzyło mnie wiele słów z tej książeczki. Chociażby takie: - Doświadczenie psychoterapeutyczne Junga wskazuje, że najczęstsze problemy ludzi w wieku ponad 35 lat są natury religijnej. Oraz cytat z prac Junga …rozchorował się ostatecznie dlatego, że utracił to, co dawały we wszech czasach żywe religie ich wierzącym członkom. Nikt nie był naprawdę wyleczony, kto nie odzyskał znów swojego nastawienia religijnego, co jednak nie ma nic wspólnego z wyznaniem ani przynależnością do Kościoła.
Tak więc uzyskałem teraz dodatkową odpowiedź na zapytanie o duchowość. Jest mi potrzebna nie tylko abym mógł być lepszym, szczęśliwym człowiekiem, ale również, abym mógł wyzdrowieć.

Marek Warszawa 15 XI 2024

wtorek, 12 listopada 2024

Nowe prawdy i zasady AA

Dostałem od kolegi poniższy zestaw, który momentami przypomina mi „Prawdy i zasady AA”. Przypomniałem sobie jak w pierwszym roku abstynencji uczyłem się pilnie różnych takich mądrości, przeświadczony, że ich znajomość dowodzi mojej trzeźwości.

Powiedzonka made in „Na ProgrAAmie”:

- niechciana rada jest krytyką 

Kompletna bzdura.
Rada «to, co się komuś proponuje, aby zrobił w danej sytuacji»
Krytyka «surowa lub negatywna ocena kogoś lub czegoś»
Kolega opowiada o swoim problemie. Udzielam rady, mówiąc mu: w tej sytuacji chyba dobrze byłoby poprosić o pomoc prawnika. To miałaby być krytyka?


- Bóg dał nam dwoje uszu, dwoje oczu a tylko jedne usta

I co w związku z tym? Świni dał dwoje uszu, dwoje oczu i jeden ryj. Coś z tego wynika mądrego i odkrywczego?


- Bóg wie, jak się nazywa

Skoro jest wszechwiedzący, to chyba oczywiste, że wie.


- Twoje dziecko (lub inny człowiek) ma swoją Siłę Wyższą, Ty nią nie jesteś

Oczywiście.


- już nie jesteś ofiarą

Chyba, że właśnie stałeś się ofiarą. Wypadku drogowego, napadu, oszustwa, kradzieży, zdrady, gwałtu itd.


- Bóg daje nam to, czego potrzebujemy, a nie to, czego chcemy

Raczej tak, choć to akurat kwestia wyznawanej wiary lub religii.


- nie oczekuj od chorych ludzi zdrowych zachowań

Zależy, na co chorych. Sens może mieć tylko w przypadku chorób psychicznych.


- Twoje życie to nie Twoja sprawa

Piramidalnie głupie.


- nie jesteś pępkiem świata

Oczywiście. Egocentryzm to paskudna wada.


- myślenie o sobie źle to pycha i obsesja na własnym punkcie

Myśleć o sobie należałoby stosownie do postaw i zachowań życiowych. Jeśli zachowuję się jak kanalia i szuja, to nie ma powodu bym myślał o sobie dobrze. Problematyczny pomysł na manipulowanie myślami, a więc i uczuciami.


- pozbądź się oczekiwań, oczekiwania rodzą rozczarowania

Nierealistyczne oczekiwania rodzą rozczarowania. Część oczekiwań, znaczna większość, jest realistyczna i oczywista.


- nie wyolbrzymiaj problemów. Alkoholik potrafi wziąć drzewo, zrobić z niego las i jeszcze w tym lesie się zgubić.

OK.


- emocje są jak chmury na niebie. Ciemne i jasne – ale chwilowe

Może i tak…


- Bóg bubli nie robi

Zrobił bublowatego człowieka, wadliwą konstrukcję biologiczną, to wystarczy.


- nawet z najgorszego gówna powstanie nawóz, a na nim wyrosną piękne kwiaty

Kwiaty i ziemniaki, i owies, i buraki…


- w każdej chwili mamy wybór: sięgnięcie po alkohol to mój wybór, moja decyzja czy wejdę do sklepu, czy sięgnę po butelkę, czy za nią zapłacę, czy przyniosę ją do domu, czy ją otworzę, czy się napiję. A każdy wybór i decyzja niosą za sobą swoje konsekwencje

Kompletna bzdura i całkowita negacja bezsilności. Skoro picie/niepicie całkowicie zależy od mojej decyzji, to nie ma mowy o żadnej bezsilności.


- poczucie „ulgi” w trudnych momentach zaznam tylko kiedy wytrwam i się nie napiję

Nie wiem, może i tak. Nie znam czegoś takiego, z tą wytrwałością.


- uczucia są jak fala. Nawet jeżeli jest źle, to kiedyś to minie.

Oczywiście. I za chwilę powróci znowu – jeśli jest jak fala.


- działanie zmieniaj na myślenie. Zaproś Boga do tej sytuacji.

Program AA jest programem działania. Nic nie zostanie zrobione, jeśli będziesz tylko o tym myślał.


- nigdy nie jest tylko dobrze, albo tylko źle (czasem jest dobrze, a czasem jest niedobrze. Jak jest tylko dobrze to niedobrze). Bóg ma dla Ciebie coś lepszego. Dla Ciebie to jest problem, dla Boga nie.

Nie rozumiem, czemu mam sobie wmawiać, że jest niedobrze, skoro jest dobrze. Nałogowe regulowanie uczuć, czy co?


- mój spokój jest wprost proporcjonalny do poziomu mojej akceptacji i odwrotnie proporcjonalny do poziomu moich oczekiwań

Możliwe, że czasem ma to sens.


- jeśli nie chce Ci się iść na miting – to biegnij

Pamiętam ze swoich początków w AA. Wtedy powtarzano to bardzo często.


- wszystko to, co przydarzyło się innym ma prawo spotkać i Ciebie – nie jesteś wyjątkiem

Prawo? Mogą mnie spotkać najróżniejsze rzeczy i nie potrzeba do tego tworzyć jakichś praw.


- akceptacja jest rozwiązaniem na wszystkie moje problemy

Niebezpieczne brednie. Po co starać się cokolwiek zmieniać, skoro wystarczy zaakceptować? Po co iść do lekarza, skoro wystarczy zaakceptować chorobę? Po co starać się wytrzeźwieć, skoro wystarczy zaakceptować codzienne picie?


- jak będziesz chciała nie pić to Ci ściany będą pomagały

Nie zauważyłem.


- moje samopoczucie jest wprost proporcjonalne do robionych sugestii

Nie wiem, o jakie sugestie chodzi.


- szaleństwem jest wykonywanie tych samych czynności i oczekiwanie różnych rezultatów

Tak, oczywiście.


- jeżeli nie miałaś tak, jak inni alkoholicy to wszystko przed Tobą

Niekiedy tak, innym razem zupełnie nie. Nigdy dotąd nie byłem w ciąży i wydaje mi się, że raczej nie będę.


- często potrzebujemy bolącego „mroku”, żeby się przebudzić i ujrzeć światło

Możliwe, że ma to pewien sens.


- to jest Bóg??? Czy go nie ma? Jest!!! Ufff!

Jest. I co z tego? Ufam Mu? Robię to, co zasugerował w Dekalogu?


- zostaw to, zatrzymaj się – gdzie w tym wszystkim jest Bóg?

Nie rozumiem.


- kiedy skupiam się na problemie – mam więcej problemów. Kiedy skupiam się na rozwiązaniu – mam rozwiązanie

A możliwe jest skupianie się na rozwiązaniu bez świadomości, jakiego problemu ono dotyczy?


- to o czym myślę, umysł mi to tworzy. Nie ma neutralnych myśli. Albo nas osłabiają albo wzmacniają. Dlatego w ramach 3 Kroku oddaję każdą myśl, osąd i przekonanie Bogu

Zgrabna deklaracja, ale chyba niewiele z niej wynika. Zwłaszcza jeśli pamiętam, że Program AA jest programem działania, a nie programem modlitewno-powierzalnym.


- ale ty dzwonisz po rozwiązanie czy poopowiadać mi, jakie masz racje?

Dzwonię, żeby zapytać, czy w konkretnej sytuacji, robiąc to i tamto, postąpiłem właściwie i czy może jeszcze coś mógłbym zrobić.


- czy masz odwagę być zwykłym człowiekiem..?

Jestem zwykłym człowiekiem i nie potrzebowałem do tego odwagi. Ale może są tacy, którzy potrzebują.


- żadna ludzka siła – nawet ja

Nie wiem, o co chodzi.


- „nie wiem” – zatem jesteś iw najlepszym punkcie sytuacji: Ty nie wiesz, On wie

Nie jestem przekonany, żeby stan permanentnej niewiedzy na każdy temat, był najlepszy.


- alkoholizm to choroba śmiertelna i postępująca, nawet gdy nie pijesz

Tak, jak najbardziej.


- najwyższa formą wolności jest pozwolić ludziom, żeby Cię nie lubili

Zgrabne, ale w sumie nic z tego nie wynika.


- ja nie mogę, On może, ja Mu pozwolę

MU pozwolę??? Ja mam Bogu na coś pozwalać???


- zastanów się, czy jesteś sprawcą zamieszania czy twórcą harmonii?

Dobre.


- nie jesteś zupą pomidorową, żeby Cię wszyscy lubili

Nie wszyscy lubią zupę pomidorową, ale OK.


- wolisz mieć rację czy spokój?

Zdarzają się sytuacje, w których wolałbym nie mieć racji. Ale rozumiem, że są ludzie, którzy godzą się na zło, byle tylko mieć święty spokój.


- zastanów się, czy Bóg chce żebyś tak myślała? A co by Bóg zrobił? Czy On by się tak zachował?

Nie mam zwyczaju produkowania takich zgadywanek. Tym bardziej, że odpowiedź będzie pochodziła ode mnie, a nie od Boga.