wtorek, 18 lipca 2006

Z Iluzji do Strzyżyny

Krok Ósmy Programu Dwunastu Kroków Wspólnoty Anonimowych Alkoholików brzmi: Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim, a Krok Dziewiąty: Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.
17 lipca 2006, w środku nocy, wyruszyłem w drogę do Warszawy, a stamtąd do Strzyżyny koło Warki. W Instytucie Psychiatrii i Neurologii zakwalifikowali mnie do udziału w turnusie rehabilitacyjno-terapeutycznym na poziomie Kroków Ósmego i Dziewiątego AA. Jechałem z jasno sprecyzowanymi celami, które chciałem tam osiągnąć oraz z wyobrażeniami o tym miejscu, ludziach, programie i sobie samym.


Z Iluzji do Strzyżyny


Nie, ja nie mieszkam w Iluzji. Takie miasto czy wieś w Polsce najprawdopodobniej nie istnieje. Tym niemniej w 2006 roku do Strzyżyny wyruszyłem właśnie z takiego „miejsca”. Choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem i nawet nie zdawałem sobie sprawy… 

Do Wspólnoty trafiłem w 1998 roku. Mój pierwszy sponsor (kazała go sobie znaleźć terapeutka), był wtedy jedną z bardzo niewielu osób wśród opolskich AA, które były w Strzyżynie. Opowiedział mi o niej odrobinę, ale wystarczyło, żebym połknął bakcyla. Strzyżyna zaczęła mi się jawić, jako Mekka polskich AA-owców, którzy tam, w domkach pośród drzew, bez nadzoru jakichkolwiek terapeutów czy psychologów pracują nad Programem 12 Kroków, jednocześnie tworząc, uzupełniając i wzbogacając materiały związane z programem. 

Potem się napiłem. Później napił się mój sponsor. Po sześciu miesiącach wróciłem do Wspólnoty i na terapię. Mój sponsor… No cóż… Na niego nadal czekamy. 
Jednak to wydarzenie nie wpłynęło nijak na moje podejście do Strzyżyny. Nadal marzyłem, żeby się tam znaleźć. Zależało mi na tym dlatego, że w pewnym momencie uwierzyłem Anonimowym Alkoholikom, którzy w Wielkiej Księdze obiecywali mi wyzdrowienie z alkoholizmu.

Och, oczywiście wiedziałem, że nie ma mowy o powrocie do picia kontrolowanego - chodziło mi raczej o pozbycie się pewnej dysfunkcji (Niedojrzałość emocjonalna, brak odporności na stresy, frustracje, rozczarowania, zawody. Nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami a nawet ich rozpoznawania i nazywania. Kompleksy, nieumiejętności, lęki itd.), która kiedyś spowodowała, że zakochałem się w wódce, i która nie znikła sama z siebie wraz z ostatnim kieliszkiem.

Chciałem pracować na Programie, poznać go, zrozumieć i zastosować w życiu, a nie tylko słuchać bardzo nielicznych i jakby nieuporządkowanych wypowiedzi o Krokach podczas mityngów AA - mityngów, na których coraz więcej czasu poświęcano opowieściom o problemach z niegrzecznym dzieckiem, z trawą żółknącą na działce, z rozładowanym akumulatorem, z niewdzięczną żoną, której jakoś nie wystarcza do szczęścia fakt, że mąż nie pije, ze złym szefem itp.

Zanim odpowiednio „dorosłem” do Strzyżyny nastał czas Regionalnych Kas Chorych i ich niechęci do finansowania dalekich wypraw po coś, co można było znaleźć na miejscu. Wtedy program „strzyżyński” można już było realizować także u mnie, w Opolu.

Mimo zapewnień, że program jest identyczny, dość długo nie chciałem się dać przekonać; niepokoił mnie fakt, że u nas trwa to 9 dni, a w Strzyżynie 12. Na swój własny użytek wymyśliłem teorię, według której różnica pomiędzy Opolem, a Strzyżyną była taka, jak różnica pomiędzy dyplomem magisterskim z Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Pcimiu Górnym i takim samym dokumentem zdobytym na Uniwersytecie Jagiellońskim.  Wreszcie jednak, wychodząc z założenia, że lepsze coś niż nic, „zrobiłem” w Studium w Opolu Kroki 1-3, po stosownej przerwie 4-5 i wreszcie 6-7. Dalej się u nas nie dało. 

Na początku 2006 roku poprosiłem w Poradni Odwykowej o skierowanie do Strzyżyny na Kroki 8-9. Oczywiście argumentem wystarczającym był fakt, że w Opolu jeszcze tych wyższych Kroków się nie „przerabia”, ale w rzeczywistości chodziło mi nie tylko o to. Chciałem wreszcie pojechać do Strzyżyny, a nie chciałem już „robić” kolejnej partii Kroków w gronie starych koleżków. Miałem za sobą takie doświadczenia i wiedziałem, że nie jest to najlepsze rozwiązanie. Z rozmaitych powodów. 

Po zaledwie półrocznych staraniach „załapałem się” na turnus lipcowy. Bezpośrednio przed wyjazdem, od koleżanki z mityngów, będącej opiekunką programu „strzyżyńskiego” w Opolu dowiedziałem się, że jest możliwe, iż będę w grupie z samymi warszawiakami. Trochę mnie to martwiło - jak powszechnie wiadomo wszyscy warszawiacy są aroganckimi, zarozumiałymi cwaniakami, a kontakt z nimi jest nieprzyjemny i uciążliwy. Nie wróżyło to dobrze ciężkiej pracy, która mnie czekała.

Kiedy wraz z trzydziestokilkuosobową grupą wylądowałem w Strzyżynie rozpoczęła się weryfikacja moich wyobrażeń. Okazało się, że ośrodek nie znajduje się w lesie, jak to sobie wyobrażałem, lecz właściwie w sadzie śliwkowym. No i domków było zaledwie 5, a ja oczami wyobraźni widziałem całą kolonię, coś w rodzaju campusu. 
Domki, jak się niedługo przekonałem, były podobne, ale nie identyczne. Nasz składał się z trzech sypialni, sali do pracy, ubikacji, łazienki, przedpokoju i tarasu. Zamieszkaliśmy w nim w ośmioro - cztery panie (2 małe sypialnie), czterech panów (jedna większa sypialnia).

Szybko okazało się, że nie wszyscy są z Warszawy - ulga. Zanim faktycznie zapamiętałem, kto jest skąd, okazało się, że za typowych warszawiaków brałem osoby, które właśnie były z zupełnie innych części Polski. Hmmm… No tak…  Była to okazja do pozbycia się bzdurnych uprzedzeń. 

Kiedy jako tako się rozlokowaliśmy odwiedziła nasz domek liderka (opiekunka) całego turnusu i poleciła wybrać ze swego grona lidera grupy. Zanim zorientowałem się, o co chodzi, wśród powszechnego aplauzu wybrany zostałem na to zaszczytne stanowisko. Wydaje mi się, że nawet w tej chwili mogłem jeszcze odmówić, sprzeciwić się, ale brawa i uśmiechy otworzyły w moim umyślę furtkę, która wydawała mi się zamurowana na zawsze dawno temu. Zapragnąłem, a przynajmniej tak mi się wydaje - wszystko działo się w sekundach - być najlepszym liderem w historii Strzyżyny, zasłużyć na podziękowania i uznanie, a także jeszcze więcej braw i uśmiechów. A może po prostu wstydziłem się powiedzieć „nie”? Teraz sam już nie wiem.
Zostałem więc liderem grupy choć coś mi podpowiadało, że to może nie być dobry pomysł - wiedziałem na czym polegają obowiązki lidera w Opolu, ale o zasadach, sposobach, metodach, tradycjach strzyżyńskich nie miałem pojęcia. Poza tym moje wątpliwości budziło też coś innego - miałem najkrótszą abstynencję w tej grupie. To mogło nie być problemem dla nich, ale dla mnie było. Okazało się też, że budzę spore zaciekawienie: pierwszy raz w Strzyżynie i od razy na 8-9. Koniecznością udzielania wyjaśnień nie byłem zachwycony.

Wystartowaliśmy. 
W drugim dniu rzuciłem mojej grupie pytanie: „po co chcę robić Kroki 8 i 9”. Chyba już wtedy coś mi zaczynało świtać, zaczynałem mieć wątpliwości… W każdym razie moja odpowiedź była prosta - stosunki z synem nie układały mi się tak, jak bym chciał i za ten stan rzeczy winiłem swoje poczucie winy i wyrzuty sumienia wobec niego. To z kolei wiązałem z nie do końca dokonanym zadośćuczynieniem. Chciałem nauczyć się zadośćuczynić, chciałem poprzez zadośćuczynienie synowi i kilku innym osobom pozbyć się, uwolnić od poczucia winy.

Dość szybko zorientowałem się, że do Strzyżyny pojechałem w pierwszym dobrym momencie, że rok temu byłoby za wcześnie. Nad Krokami 8 i 9 byłem w stanie pracować nie dlatego, że wcześniej „przerabiałem” Kroki 1-7, ale dlatego, że nareszcie pozwoliłem aby to Kroki 1-7 przerobiły mnie. Przynajmniej częściowo.

Kiedy usłyszałem, że cały pierwszy tydzień mamy przeznaczyć na powtórki poprzednich kroków, byłem zawiedziony i rozczarowany. Wydawało mi się to zbędne, przynajmniej w takim wymiarze czasowym. Tym niemniej wykonaliśmy plan dokładnie, łącznie z tym, że zorganizowaliśmy tak zwaną "mini-wokandę" (Krok 5 w części dotyczącej powierzenia drugiemu człowiekowi istoty swoich błędów). I bardzo dobrze. Może podczas tego pierwszego tygodnia nie dokonałem jakichś spektakularnych odkryć, ale teraz jestem całkiem pewien, że bez tej pracy cała reszta byłaby najprawdopodobniej nie do przebrnięcia.

Na bieżąco obserwowałem zmiany, które we mnie zachodziły. Ilustracją może być zbiórka pieniędzy. Liderka turnusu kazała liderom grup zebrać po kilka złotych na kiełbaski - na koniec zaplanowano ognisko. Jeszcze całkiem niedawno zrobiłbym imienną listę i obchodził z nią członków mojej grupy, odhaczając tych, którzy już zapłacili. Teraz byłem gotów na zupełnie inne podejście do sprawy. Powiedziałem po ile, na co i na kiedy jest potrzebne i położyłem swój pieniążek na stole. Potem tylko z rozbawieniem obserwowałem jak na tym stole pieniędzy przybywa, ubywa, pojawiają się banknoty, znikają… Kiedy nadszedł czas odniesienia kasy do liderki okazało się, że na stole jest dokładnie tyle, ile trzeba. Co do grosza.  Odkrywałem nowe znaczenia takich określeń jak „kierowanie życiem”, „zawierzenie”, „powierzenie” i wielu innych. 

Od niedzielnego popołudnia pracowaliśmy już na materiałach dotyczących naszych właściwych Kroków, czyli 8 i 9. Przy okazji dodam, że i my przyczyniliśmy się do niewielkiej ich modyfikacji - mam nadzieję, że z korzyścią dla innych. 

Przełom, dla mnie, nastąpił w czwartkowy wieczór, czyli dwie doby przed końcem turnusu. Od południa czułem już, że coś się dzieje, coś narasta. W mojej duszy dźwięczały rozmaite słowa i zwroty… Wiedziałem, czułem, że są ważne tylko jeszcze nie umiałem nic z nimi zrobić. Poszliśmy na mityng (codziennie po kolacji). Obracałem w ręce kartkę z tematem mityngu i nagle TO się stało. 

Potrafisz sobie wyobrazić rybę żyjącą w akwarium, umieszczonym w oceanie? Bezkres wód jest wszędzie wokół niej, ale… Wokół pływa mnóstwo innych ryb i stworzeń, ale… Ale zawsze jest jeszcze szklana ścianka akwarium. Ścianka cienka, przezroczysta, właściwie niewidoczna, tym niemniej zawsze jednak obecna. 
Wtedy, w TYM momencie moje akwarium się rozsypało. Ja nie poruszyłem się nawet o milimetr, ale nagle okazało się, że wszystko jest zupełnie inaczej. 
Zabrałem głos jako pierwszy i z łzami cieknącymi po policzkach mówiłem, mówiłem, mówiłem… Mówiłem o tym, jak to przyjechałem do Strzyżyny nauczyć się zadośćuczynić i o tym, jak zorientowałem się, że pod płaszczykiem Programu AA kolejny raz w życiu chciałem zrobić sobie dobrze, coś sobie załatwić. Nagle wiedziałem, rozumiałem i czułem masę rzeczy. Na przykład, jak się uraza i złość zamienia na wdzięczność, jak mało szans powodzenia ma zadośćuczynienie, którego fundamentem jest poczucie winy… 

W swojej końcowej pracy napisałem między innymi:
„Zabawne wydaje mi się to, że wszystkie elementy tej układanki miałem w ręce już od dawna, może od zawsze, ale obrazek mi nie wychodził, bo z uporem maniaka niektóre klocki starałem się dopasować do góry nogami.
/…/ 
Przyjechałem tutaj coś sobie załatwić, a wyjeżdżam z większą ufnością w opiekę Boga, jakkolwiek Go nie pojmuję, oraz większą miłością do ludzi.
/…/ 
Udało mi się, pierwszy raz w życiu świadomie przeżyć rozpad pancerza własnego egocentryzmu. Nie wiem, czy uda mi się ten stan zachować na zawsze, ale wiem już, że jest to możliwe i będę się o to modlił.” 

Przez te 12 dni w Strzyżynie wydarzyło się nieskończenie więcej niż by to wynikało z pracy nad programem. A może ten program jest czymś więcej niż mi się wydawało…

Pół godziny przed wyjazdem, na ostatnim spotkaniu społeczności dostaliśmy po 15 sekund na podsumowanie. Powiedziałem wtedy, że wszystko odbyło się dokładnie tak, jak miało być. I tylko ja, na początku, czasem ośmielałem się uważać, że powinno być inaczej. Podziękowałem wszystkim. Dodać, że dziękuję za wszystko, co otrzymałem, za wszystko, co mi zabrano i za wszystko, czego mi oszczędzono, już nie zdążyłem.

Od początku do końca wszystko w Strzyżynie działo się dokładnie tak, jak się dziać miało. Wszystko było potrzebne. Broszurki podrzucane mi we właściwych momentach przez Hipnotyzera, granda z Doktorkiem, „boski plan” Brunetki, tajemnicza historia życia Al-anonki, życiowy wybór Kaina, wędrówka Koziołka Matołka, filozofia deski klozetowej i zapałek w kuchni… Tego wszystkiego nie da się opowiedzieć. I może nie trzeba.

Jest tylko jedna historyjka, jak najbardziej autentyczna, którą chcę opisać, bo jest ona moim zdaniem niezłą ilustracją tego, co się tam ze mną stało: 

Wyobraź sobie punka kroczącego dumnie ulicą. Ciężkie czarne glany, nabijana ćwiekami skóra, łańcuchy i na głowie kolorowy czub Irokeza. Mija go małżeństwo w średnim wieku. Starsi państwo oglądają się za punkiem z niepokojem i jakby niechęcią (a może nawet odrazą czy wstrętem). Widzą wtedy na plecach punka napis: „Ja ciebie też nie lubię”. Latami bardzo mi się to podobało. Tak bardzo, że planowałem zmajstrować sobie ciuch z podobnym napisem na plecach. Zastanawiałem się tylko jak sprawić, żeby ludzie odwracali się za mną z odpowiednimi uczuciami. 
W Strzyżynie dostałem od Hipnotyzera prezent. Zwykłą białą koszulkę przywiezioną z miejscowości Akron w stanie Ohio. Koszulka ma na plecach napis: „Z pomocą Boga wszystko jest możliwe”.  Tego zwykłego t-shirta nigdy w życiu nie zamienię na najlepszą, najdroższą skórę z napisem „Ja ciebie też nie lubię”. Natomiast kiedyś, być może dam go komuś w prezencie. 

Z mojego miasta do Strzyżyny jest pewnie około 350 kilometrów. Droga, którą pokonałem nie daje się zmierzyć niczym.

Nie zawsze widać iluzję, nie rozumiesz mojego tytułu? Wybierz się do Strzyżyny, Kowar, Woskowic Małych, czy gdzie tam jeszcze alkoholicy pracują nad Programem 12 Kroków (to naprawdę nie ma znaczenia), a może uda Ci się pozostawić tam część swojej iluzji.

Życzę powodzenia i mam nadzieję, że gdzieś, kiedyś, spotkamy się na szlaku.




Dużo więcej w moich książkach


sobota, 18 marca 2006

Na czym polega moja wina

Czy jestem winien temu, że zachorowałem na alkoholizm (F 10.2)?
Czy jest to choroba "na własne życzenie"?
Za co ostatecznie ponoszę odpowiedzialność, a za co nie?


Jaki jest zakres winy alkoholika?

Kiedy pierwszy raz zgłosiłem się do poradni odwykowej, terapeutka powiedziała mi, że to nie jest moja wina. Czyli to, że jestem alkoholikiem. Poczułem wtedy niesamowitą ulgę. Tymi słowami ona zdjęła mi z ramion ogromny ciężar poczucia winy i wyrzutów sumienia. Myślę, że wtedy było to dla mnie korzystne i wskazane. 
 
Świadomość zagrożenia alkoholizmem w Polsce wzrasta, w końcu jest tu podobno około 2 miliony alkoholików! Społeczeństwo jest coraz lepiej wyedukowane, nawet tasiemcowe telenowele mają w ambitnych założeniach pokazanie w swoich produkcjach postaci alkoholika. Czy dalej celowe i wskazane jest manifestowanie poglądu "to nie jego wina"? 
 
Nie znam nikogo, kto uzależniłby się od lampki szampana na Sylwestra i kieliszka wina na cioci imieninach. Żeby zostać alkoholikiem musiałem używać alkoholu często lub bardzo często. Co więcej - musiałem go nadużywać, upijać się. A to już nie było niechcący, niewinnie, czy tak, jak wszyscy itp. 
 
Czytałem gdzieś taki argument: "Przecież często i dużo pije wiele osób, tysiące. Ale tylko jedna na ileś tam się uzależnia, a pozostałe nie". Miał on (ten argument) przemawiać za tym, że nie jest to w takim razie wina tej jednej osoby. A wyobraźmy sobie taką sytuację: 10 osób w grudniu, przy temperaturze -2 stopnie, biega po ulicach w sandałkach i koszulach z krótkim rękawem. Jedna z nich się przeziębiła, a inne nie. No to jak? Jest to jej wina, czy nie? 
 
Wydaje mi się (może się mylę), że w chwili obecnej, gdy nie ma chyba w tym kraju człowieka w wieku ponad 14 lat, który nie słyszałby hasła "alkoholik" czy "alkoholizm", powinno się stawiać sprawę jasno: decydujesz się pić często, dużo, upijać się? Zwiększasz znakomicie swoje szansę na uzależnienie - twoje decyzje, twoje wybory, twoja odpowiedzialność.
 
Jeśli w zimie chodzę w sandałkach, jeśli jeżdżę samochodem z prędkością 180 km/h, jeśli kąpię się w miejscach bez ochrony ratownika, jeśli jadam przeterminowane produkty itd. itd. itp. to kna kogo spadną konsekwencje? Jeśli dostanę zapalenia płuc, jeśli spowoduję wypadek samochodowy, jeśli będę się topił, jeśli się zatruję, to czyja to była wina? 
 
Czy mogę twierdzić i upierać się, że nie moja, bo nie wszyscy w sandałach zimą dostają zapalenia płuc, nie wszyscy piraci drogowi mają wypadki, nie wszyscy bezmyślni kąpiący się topią się na niestrzeżonych kąpieliskach, nie wszyscy do przesady oszczędni trują się przeterminowanymi produktami? No i co z tego, że nie wszyscy? Natomiast ten właśnie argument wydaje się być wystarczający w przypadku alkoholizmu. Nie wszyscy nadużywający alkoholu uzależniają się, więc nie moja wina, że ja się uzależniłem - czy tak? 
 
Gdyby, powtarzam GDYBY, udało się znaleźć alkoholika, który nigdy w życiu nie słyszał ani nie czytał, o tym, że istnieje coś takiego jak alkoholizm, że istnieją alkoholicy - to taki ktoś mógłby powiedzieć, że to nie jego wina. 
 
Jeśli, przed uzależnieniem się, postanowiłem pić często i dużo, robiłem to świadomie i na własne ryzyko. Podejmowałem je tak samo, jak jadąc 180 km/h. A to, że wymyśliłem sobie, bezpodstawnie ubrdałem, że alkoholizm mnie nie dotknie, że na to mogą zapaść wszyscy inni, ale mnie to nie dotyczy, jest sprawą mojego myślenia, moich wyobrażeń, mojej nieodpowiedzialności.  A moja nieodpowiedzialność, moja lekkomyślność i mój egocentryzm, to czyja wina? :-)
 
A co w takim razie z opinią mojej terapeutki, tej co na początku mówiła mi, że alkoholizm to nie moja wina?
 
Myślę, że to trochę tak, jak z nauką historii. W pierwszej klasie, w której uczą tego przedmiotu, mówią, że w 1410 była bitwa pod Grunwaldem. W następnej klasie jest mowa o tym samym fakcie historycznym, ale teraz dodaje się informacje o przebiegu bitwy i o dowodzących wojskami. W kolejnym roku wiedzę ucznia wzbogaca się o sprawy polityki państwa Krzyżackiego itd. 
 
Wydaje mi się, że moim zadaniem jest widzieć i rozumieć więcej niż w pierwszych dniach terapii. 
To po pierwsze. A po drugie... Poglądy psychologów i terapeutów też się zmieniają. Weźmy choćby sławetny "zdrowy egoizm" - kiedy o nim czasem ktoś z nas, alkoholików, przypomina, terapeuci krzywią się jak po occie siedmiu złodziei. :-) 
 
Wtedy moja terapeutka powiedziała, że to nie moja wina i dziś ja wiem, po co to zrobiła. Otóż byłem tak przywalony poczuciem winy i wyrzutami sumienia, że groziło mi to natychmiastowym powrotem do picia, zanim zdążę się czegokolwiek o uzależnieniu dowiedzieć i cokolwiek z nim robić. 
  
A tak w ogóle, to można by jeszcze zapytać, do czego mi ta odpowiedź (winien, nie winien choroby alkoholowej) jest potrzebna?
 
No i mnie wyszło, że jest mi to potrzebne w rozwoju. Bo czas dorosnąć. Czas stać się odpowiedzialnym, dorosłym, trzeźwo myślącym człowiekiem. 
Minęły 2-3 lata do czasu, kiedy skończyłem terapię DDA (w moim przypadku było to DDD) i coraz bardziej odczuwałem potrzebę jednoznacznego określenia, za co w swoim życiu odpowiadam, a za co nie. Te sprawy miałem, delikatnie mówiąc, nieco rozchwiane, zaburzone, a na DDA poświęcano im wiele miejsca. Potrafiłem na przykład brać na siebie odpowiedzialność za to, że na mityngu, który prowadziłem, było mało wypowiedzi. A z drugiej strony nie chciałem odczuwać konsekwencji swojego koloryzowania, czy wręcz kłamania. 
 
Oczywiście mogłem dalej być małym chłopcem, który twierdzi, że jego klocki w pokoju porozrzucał jakiś inny chłopczyk. Mogłem, ale już nie chciałem. Poza tym zauważyłem taką prawidłowość: kiedy w pełni biorę odpowiedzialność za siebie na siebie, kiedy w całej rozciągłości godzę się na konsekwencje swoich decyzji, wyborów, uczynków i zachowań- poczucie winy mija. A rośnie właśnie wtedy, kiedy od odpowiedzialności za coś uda mi się "wyślizgać", wykpić. 
 
Prosty przykład. Jestem komuś winien pieniądze i długo nie oddaję, z rozmaitych powodów. Kiedy będę się czuł winny? Kiedy oddam, przeproszę za zwłokę i przyznam, że zawaliłem sprawę (moja wina)? Czy może wtedy, kiedy nadal będę się chował przed człowiekiem, który mi zaufał i tłumaczył sam sobie, że przecież teraz nie mam, mam większe potrzeby (nie moja wina)? 
 
Kiedyś mawiałem: nie moja wina - wszyscy piją. 
Dziś mówię: nie moja wina - nie wszyscy się uzależniają. 
A czym by się to miało różnić?
 
A gdybyśmy zostawili kwestię winy, wychodząc z założenia, że o winie decyduje sąd, i zadali pytanie następująco: Czy jestem odpowiedzialny za swoje uzależnienie? Co wtedy? Porzucając niezgrabne może określenie „wina” na chwilę obecną wydaje mi się, że jestem za swoją chorobę alkoholową odpowiedzialny. Ponoszę też jej konsekwencje. I tak (dla mnie) jest korzystnie. Co nie znaczy, że miło i przyjemnie.




Dużo więcej w moich książkach



piątek, 17 marca 2006

Czyżby skazani na rozwój?

Przez kilka miesięcy chodziłem na zajęcia grupowe terapii odwykowej, pisałem wysoko oceniane przez terapeutów prace, często bywałem na mityngach i zabierałem tam głos, spotykałem się ze sponsorem. I co pewien czas, co kilka-kilkanaście tygodni zapijałem.


Czy alkoholicy są faktycznie skazani na rozwój?

Miałem kolegę na drugie terapii, nieco bardziej niż ja zaawansowanego. Trzeźwiał dynamicznie, odrabiał straty, kupił ślicznego, zielonego Lanosa, planował ślub i kupno domu. Niedługo po Strzyżenie I-III 9warsztat organizowany w Opolu z pomocą materiałów strzyżyńskich) zaczął pić. Trwało to ok. 4 miesiące. Znaleziono go w melinie. Zgon z powodu zatrucia alkoholem. Próbowali mu pomóc koledzy z AA i terapii, próbowała pomóc Poradnia. Nic się nie dało zrobić. 
Przeczytałem gdzieś, że przestrzegając wszystkich zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików nie masz możliwości napicia się.
 
Czy rzeczywiście ja przez te pół roku, mój kumpel i dziesiątki innych, których znam po prostu nie przestrzegali zaleceń? I tylko tyle? 
 
W głowie mojego kolegi nie siedziałem, nie wiem co myślał, ale pamiętam siebie i wydaje mi się, że naprawdę się starałem, że autentycznie chciałem nie pić. Ale może tylko mi się wydaje...
 
W książce „Anonimowi Alkoholicy” zwanej Wielką Księgą (wyd. II, Warszawa 2005) na stronie 36 napisano: „Powtórzmy raz jeszcze: alkoholik niekiedy nie posiada wystarczająco skutecznej obrony psychicznej przed pierwszym kieliszkiem. Oprócz bardzo rzadkich przypadków ani on sam, ani z pomocą innego człowieka, nie jest w stanie obronić się przed chęcią wypicia. Owa obrona musi nadejść od Siły wyższej.”
 
Czy to oznacza, że w pewnych przypadkach można sobie walić łbem w kolejne dna, chcieć rozpaczliwie przestać pić, być do bólu uczciwym wobec siebie i... zdechnąć z z powodu picia, bo Siła Wyższa nie zadziałała na czas (lub w ogóle)? Czy to oznacza, że część alkoholików skazana jest na śmierć z powodu choroby alkoholowej i nic, co zrobią oni sami, ich bliscy, Wspólnota AA i lekarze, nie jest w stanie ich uratować?
 
Wiele razy słyszałem, jak alkoholicy sami siebie nazywają skazanymi na rozwój. Pamiętam z terapii ilustrację tego powiedzenia: ruchome schody jadące w dół, a na nich alkoholik, który stale musi przebierać nogami, żeby nie dać się zwieźć na dół, bo tam picie i śmierć. Alkoholik nie musi wspiąć się na samą górę, ale jeśli przestanie się wspinać - przegra. Bezruch to klęska.
 
Czy faktycznie brak rozwoju prowadzi nieuchronnie do picia? I to wszystko jedno czy po roku, trzech czy dwudziestu trzech latach niepicia?
 
Czy wspinanie się nieustanne po tych schodach gwarantuje abstynencję?

Krok Piąty Programu Dwunastu Kroków AA, to niezwykle ważny, być może nawet w ogóle pierwszy, trzeźwy krok w stronę innych ludzi, w kierunku budowania z nimi prawdziwej więzi. Jest to realizacja pragnienia, aby z innymi ludźmi być, a nie tylko ich „mieć”. To początek końca izolacji alkoholika… 



Dużo więcej w moich książkach

środa, 18 maja 2005

Kroki wielkiej szansy (IV-V)

Czemu Krok Czwarty i Piąty razem? Pracowałem nad tymi Krokami pewnie z pięć razy w życiu i tak się po prostu nauczyłem, tak mnie „wychowano” i takie mam przekonanie – że Krok 5 powinien być realizowany bezpośrednio po 4. Rzecz jasna nie chodzi tu o minuty czy godziny, ale o to, by wyznania drugiemu człowiekowi istoty naszych błędów, nie odkładać na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Kroki wielkiej szansy…

W trakcie zdrowienia (trzeźwienia) z choroby alkoholowej, kilka razy zadawałem sobie pytanie: po co ja w ogóle mam pracować nad tymi Krokami? Do czego mi to potrzebne? To przecież praca trudna i bolesna…
Za pierwszym razem chodziło o zwykły strach. W naszej literaturze wyczytałem gdzieś, że nie zrobione, lub niedokładnie zrobione, Kroki 4 i 5 mogą grozić utratą abstynencji, a ja się powrotu do picia bałem. Nieco później doszło do tego zaufanie. Ja po prostu w pewnym momencie uwierzyłem, że Program AA może być dobrym pomysłem na moje życie. A dobre pomysły warto przecież realizować.
Po kilku latach abstynencji, strach przestał mieć oczy tak wielkie jak kiedyś i powolutku zmieniał się w uzasadniony niepokój, czy raczej realistyczną obawę (jestem przecież bezsilny wobec alkoholu!). Moje zaufanie do Programu – wobec wyraźnie widocznych pozytywnych efektów – nawet wzrosło. Wtedy to pojawił się ostatni element. Związany jest on ściśle z odpowiedzią na inne, niezwykle ważne pytanie, pytanie które brzmi: „być czy mieć?”, a w tym konkretnie przypadku: „być z ludźmi, czy mieć ludzi?”. Ale wszystko w swoim czasie…

Czytałem naszą literaturę, rozmawiałem z ludźmi, którzy mieli o wiele więcej doświadczenia ode mnie i pewnie dzięki temu, już za pierwszym podejściem do Kroku Czwartego, zdawałem sobie sprawę z trzech bardzo ważnych, moim zdaniem może nawet podstawowych, spraw:

1. Obrachunek moralny ma dotyczyć całego mojego życia, a nie tylko okresu nadużywania alkoholu. Takie uproszczenie jest wprawdzie kuszące, ale jeśli się na nie zdecyduję, nadal będę tkwił w krainie iluzji i zupełnie nierealistycznych wyobrażeń o sobie. Przecież nie jest prawdą, że przed uzależnieniem i po odstawieniu alkoholu byłem i stałem się człowiekiem bez żadnych wad charakteru.

2. Obrachunek moralny z Kroku Czwartego to nie jest, mimo podobnej nazwy, rachunek sumienia, znany praktykującym katolikom, przygotowującym się do sakramentu pojednania. Nie jest to lista grzechów, wykroczeń, czy nawet przestępstw, ani też krzywd wyrządzonych innym ludziom – oraz samemu sobie. Nie jest to także, dość często faktycznie mrożąca krew w żyłach, opowieść o własnym pijanym życiu.
Pracując nad Krokiem 4 warto pamiętać, że prowadzi on bezpośrednio do Kroku 5, w którym jest mowa o istocie naszych błędów. Istota błędów to, na przykład, odpowiedź na pytanie, co we mnie jest takiego, że kłamię i oszukuję, a nie długaśna lista okłamanych i oszukanych osób.

3. Używanie własnych wad charakteru, korzystanie z nich tak, jak z narzędzi z podręcznej skrzyneczki narzędziowej, przynosi zyski. Wprawdzie zyski te są krótkotrwałe i dość skutecznie niweczą szanse na długofalowe efekty, ale jednak są – gdyby używanie wad przynosiło tylko i wyłącznie straty, już dawno byśmy się przecież z nimi rozstali. Uczciwe rozpoznanie tych zysków wydaje mi się bardzo ważne.

Wyposażony w tę wiedzę literaturę AA oraz materiały programu „strzyżyńskiego” (a może z Hazelden), z pełną osobistą determinacją i przy pomocy innych alkoholików, „przepracowałem” Krok 4 najlepiej, jak to tylko potrafiłem. A wtedy przyszła kolej na Krok 5.

We Wspólnocie AA kwestie wiary, religii czy wyznania, są prywatną sprawą każdego alkoholika, dlatego też o technice wyznawania Bogu istoty naszych błędów pisał nie będę.
Jak wyznać je sobie? I przede wszystkim – po co? Przecież ja wszystko wiem. Niestety, takie myślenie to pułapka. Doświadczyłem osobiście, na sobie, że kiedy konfrontuję się z pewnymi faktami ze swojego życia trzy razy, to od razu robi się ich jakoś więcej i wymowę często mają zupełnie inną. Ta potrójna konfrontacja to: przypomnieć sobie i przemyśleć, napisać, przeczytać głośno.

Za najtrudniejszy, wymagający najwięcej odwagi oraz determinacji element Kroku Piątego uważam wyznanie istoty naszych błędów drugiemu człowiekowi. Nazywam to aktem powierzenia i traktuję szczególnie poważnie. Aktu powierzenia, wyznania drugiemu człowiekowi samej istoty naszych błędów, nie robi się chyłkiem, na raty, podczas mityngów AA. To absolutnie nie ten czas i nie to miejsce. Zajęcia grupowe terapii odwykowej to też nie to.

W literaturze AA dużo miejsca poświęcono zagadnieniu odpowiedniego wyboru osoby lub osób, którym alkoholik będzie wyznawał istotę swoich błędów. Można z nich skorzystać, jak z gotowych propozycji. Natomiast moje doświadczenia w tym względzie dotyczą dwóch podstawowych aspektów tego aktu.

Po pierwsze – osób tych może być kilka. Jedną tylko, podczas rozmowy w cztery oczy, mam szansę wyprowadzić w pole, przekonać do swoich prawd, „sprzedać” jej swoją iluzję. Oczywiście nie oznacza to działania celowego czy w złej wierze, ale ja jestem alkoholikiem, nawyk racjonalnego usprawiedliwiania swoich czynów, kręcenia, manipulowania, jest moją drugą naturą. W układzie „jeden na jeden” mam 50% szans, że zdołam się – przynajmniej częściowo – wybielić i ukryć lub zamaskować coś ważnego. Wobec 4-5 osób raczej mi się to nie uda, a przecież to oni mają pomóc mi skonfrontować się z faktami, z rzeczywistością.

Po drugie – osoba lub osoby te powinny być alkoholikami. Częściowo z tych samych powodów, jakie przytoczyłem wyżej. Wyznanie istoty swoich błędów, na przykład lekarzowi pierwszego kontaktu, albo duchownemu, czyli osobom (osobie), które nie mają zwykle zupełnie żadnego pojęcia o chorobie alkoholowej, nie ma większego sensu. To tak jakby spawacz chciał rozmawiać o swoich błędach zawodowych z najlepszym przyjacielem – cukiernikiem. Dobra wola i zaufanie to oczywiście dużo, ale niestety nie wszystko, a dla mnie, jak już wspomniałem, niezwykle ważna jest pomoc ludzi, którzy słuchają mojego wyznania.

Wspomniałem na początku o trzeciej odpowiedzi na pytanie – po co w ogóle mam realizować Krok Piąty?

Istotą moich błędów jest, oczywiście między innymi, brak zdolności do budowania prawdziwych więzi z innymi ludźmi. Chodzi o wieź, a nie kontakty! Dobry kontakt to może mieć szef z załogą, a ja z bliskimi osobami mam mieć, budować, nawiązywać, tworzyć, doświadczać, przeżywać, więź.

W moim przypadku prawda jest taka, że właściwie całe życie, jeszcze przed uzależnieniem, uważałem się za kogoś odrobinę innego niż wszyscy, nierozumianego, jakby nieco z boku. Nie miałem w związku z tym o sobie zbyt wysokiego mniemania. Rodziło to, rzecz jasna, lęk przed odrzuceniem – jeżeli oni (jacyś tam ludzie obok mnie) dowiedzą się, jaki jestem naprawdę, to pewnie nie będą chcieli mieć ze mną nic wspólnego, odtrącą mnie. Nie umiejąc być z ludźmi w pełni, próbowałem ich mieć, bo przecież nadal i wciąż byli mi potrzebni – ktoś w końcu musiał w jakiś tam sposób zaspokajać moje potrzeby emocjonalne, seksualne, materialne i inne. Stąd był już tylko krok od kłamstw, oszustw, manipulacji…

Realizując Krok 5, to jest powierzając innym ludziom istotę moich błędów, wystawiam się na ryzyko. Bo to jest właśnie ta chwila, w której ONI dowiedzą się, jaki JA jestem naprawdę. Mogą mnie teraz odrzucić, ale... jeśli tego nie zrobią, mój lęk przed odrzuceniem z powodu przeszłości znacznie zmaleje, albo zniknie całkowicie. I tak właśnie się stało ze mną.




Dużo więcej w moich książkach


wtorek, 17 maja 2005

Ból i cierpienie (Kroki 2 i 3)

Wychowany w domu bardzo odległym od jakichkolwiek praktyk religijnych, miałem w przypadku Kroków 2 i 3 całą masę problemów, być może zupełnie w tej sytuacji naturalnych, które początkowo i nawet dość długo, wydawały się zupełnie nie do przeskoczenia.

Jak w bólu i cierpieniach odkrywałem sens Kroków 2 i 3

Niedawno usłyszałem: „Ja bym nawet poszedł na to AA, ale te wszystkie zdrowaśki, siły wyższe, modlitwy, gadanie w kółko o Bogu, świeczki, są zupełnie nie dla mnie”. Racjonalizacja? Być może, pewnie częściowo tak, ale chyba nie tylko i nie zawsze. W znacznej mierze, a może przede wszystkim, kompletna nieznajomość tematu. Przypominają mi się w związku z tym moje własne początki oraz całe stosy wątpliwości i rozterek związanych z Krokami 2 i 3, a także sposoby i metody, jakimi sobie z nimi radziłem.

„Wspólnota AA nie jest związana z żadną sektą, wyznaniem, działalnością polityczną, organizacją czy instytucją” – jest to cytat z Preambuły AA, czyli tekstu tłumaczącego, kim są Anonimowi Alkoholicy. Z żadną sektą czy wyznaniem – to usłyszałem najpierw i było to dla mnie wtedy bardzo ważne.

Wychowałem się w domu, który nie był domem religijnym. Nawet nie mogę powiedzieć, żeby mi zabraniano chodzić do kościoła czy na lekcje religii. Nie, po prostu ten temat zupełnie u nas nie istniał. Nie zostałem ochrzczony i żadnych potrzeb w tym kierunku nie odczuwałem. Aż do 40 roku życia.

Na szczęście wódka nie wyżarła mi całego mózgu i byłem sobie w stanie zdawać sprawę z realiów: Polska jest krajem katolickim, powstała i wzrastała na gruncie kultury chrześcijańskiej, katolików jest tu podobno grubo ponad 90%, trudno się więc dziwić, że większość uczestników mityngu AA swoją Siłę Wyższą utożsamia z Jezusem Chrystusem.

Co absolutnie nie znaczy, że ja też tak muszę mieć. To ich sprawa. Podczas mityngów w moim mieście większość AA-owców specjalnie zwraca uwagę na to, by mówić o Sile Wyższej, a nie o Bogu, a o Jezusie to już w ogóle! I chwała im za to. :-)

Na początku mityngów AA, na których bywam, zazwyczaj odmawiana jest „Modlitwa o pogodę ducha”, a właściwie jej niewielki fragment – cztery początkowe wersy. Nie jest to modlitwa katolicka, a fragment, o którym piszę wygląda tak:
Boże, użycz mi pogody ducha, Abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiegoJej autorem jest Reinhold Niebuhr (1892-1971) amerykański teolog, protestant, socjolog religii – tego też szybko postarałem się dowiedzieć i było to dla mnie ważne.

Podoba mi się, gdy prowadzący mityng przed przywitaniem się tą modlitwą z uczestnikami, zwraca uwagę, że występuje w niej słowo „Bóg”, a jeśli ono komuś przeszkadza, może go nie używać lub zastąpić innym.

No, a co z tą Siłą Wyższą? A co to jest Siła Większa Od Nas Samych? Czym się one różnią, o ile się czymś różnią? Czy faktycznie jest/są niezbędne do leczenia uzależnienia? Sporo pracy kosztowało mnie poukładanie sobie tego wszystkiego. Część wymyśliłem sam, ale też wiele pomocy uzyskałem od innych ludzi.

W zasadzie od początku oddzielałem Siłę Wyższą od Siły Większej – tak było mi łatwiej niektóre sprawy pojąć. Owszem, są ludzie, którzy w jakiś sposób mają bezpośredni kontakt z Siłą Wyższą (z Bogiem). Mówi się o nich, że mają łaskę wiary. Ja tak nie mam. I nie muszę.
Tak więc Siła Wyższa to Bóg (jakkolwiek by się on nazywał: Jehowa, Jezus, Budda, Allach, Mannitou, itd.). Siła większa ode mnie samego, to ludzie. W tym konkretnym przypadku jest to dla mnie Służba Zdrowia (psychologowie i terapeuci od uzależnień) i Wspólnota AA.

Sądzę i wierzę, że Siła Wyższa komunikuje się ze mną poprzez Siłę Większą – to mój prywatny pomysł na zrozumienie tych relacji. Wierzę, że Bóg postawił na mojej drodze Poradnię Odwykową oraz Wspólnotę Anonimowych Alkoholików.
Jako, że On dał mi wolną wolę, mogłem ominąć zarówno Poradnię jak i Wspólnotę. Nie zrobiłem tego. Wierzę też, że w jednym przypadku (przynajmniej ten jeden „widzę”) On zrobił coś dla mnie bezpośrednio – podczas drugiej terapii, w ośrodku odwykowym, z dnia na dzień odebrał mi obsesję picia. Och, oczywiście później i ja musiałem dotrzymać swojej części umowy (psychoterapia, mityngi AA), ale to już dalsza historia.

Wydaje mi się, że wiara w Siłę Wyższą (w Boga) nie jest do rozpoczęcia leczenia niezbędna. Wiara w Siłę większą ode mnie – raczej tak i to akurat w praktyce było dla mnie do zrozumienia stosunkowo łatwe. Jeśli mam problem z samochodem, idę do mechanika. Jeśli mam zapalenie wyrostka, proszę o pomoc chirurga, jeśli cieknie mi kran – szukam hydraulika. Ja nie muszę, a nawet nie jestem w stanie, być alfą i omegą, wszystko umieć i wszystko potrafić – to chyba jasne i oczywiste.

Moje pomysły na picie normalne i kontrolowane okazały się całkowicie nieskuteczne. No, to szukam ludzi czy instytucji, którzy mogą mi pomóc w poradzeniu sobie z tą sytuacją, czyli z utratą kontroli nad alkoholem. Może oni wiedzą „jak”.
Jeśli wierzę, że są w stanie mi pomóc, a czemu nie miałbym wierzyć, jeśli na mityngach AA spotykam gromady alkoholików, którzy w ten sposób i dzięki temu przestali pić, to słucham, co mówią i stosuję to w życiu.

Tak oto, zwyczajnie i po prostu, „uwierzyłem, że Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie”. Drugi Krok Programu AA został przeze mnie zrealizowany i w zasadzie jest realizowany każdego dnia.

A Krok Trzeci?
Jak już pisałem religia i wiara nie były dla mnie czymś oczywistym i naturalnym, nie wyssałem ich z mlekiem matki. To i Kroku 3 nie zrealizowałem ot tak, „pstryk” i załatwione. Zajęło mi to ponad półtora roku i jedną Strzyżynę (mówię o podstawach).
Bardzo podoba mi się powiedzenie: „Jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, to opowiedz Mu o swoich planach”.

W czasach picia z moich planów, marzeń, nadziei, oczekiwań nie wychodziło nic. Nie dziwię się specjalnie. Miałem w nich grać rolę Rambo, Jamesa Bonda, Rockefellera i Casanovy jednocześnie. I, co oczywiste, nie udawało się.
No, ale przestałem pić i okazało się, że dalej czasem z moich zupełnie już realistycznych planów nic nie wychodzi. Co jest? Bóg mnie nie słyszy? Zostawił mnie? Pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie SMS od koleżanki. Taki żart: Halo, tu Niebo! Mówi Pan Bóg. Informuję, że wszystkie twoje prośby i modlitwy do mnie docierają. Musisz jednak zrozumieć, że czasami moja odpowiedź brzmi: NIE. No, to już wiedziałem, że On czasem odmawia. Ale dlaczego?! Przecież mnie kocha. Przecież chce dla mnie jak najlepiej. I znów olśnienie. Kiedy w tych zdaniach zmieniłem dwa słowa, wszystko w zasadzie stało się jasne. Dlatego, że mnie kocha. Dlatego, że chce dla mnie jak najlepiej.

Straciłem pracę. Dlaczego? Za co? Byłem rozżalony i rozgoryczony. Ale przecież ja nie wiem, co by było, gdybym dalej w tej firmie pracował. Ja nie wiem. On wie. Kiedyś wyciągnął mnie z piekła pijaństwa. Uchronił przez śmiercią, więzieniem lub szaleństwem. To może i teraz przed czymś mnie obronił, z jakiejś sytuacji na czas ewakuował? Ja mogę mieć rozmaite pomysły w życiu, jednak ostatecznie bezpieczniej jest dla mnie, żeby działa się Jego wola, a nie moja.

I tak, pewnego razu w kościele oddałem Mu ten bałagan w całości w jednym akcie powierzenia, ale mimo to swoje życie i swoje pomysły na nie powierzam Mu w zasadzie za każdym razem, gdy w moim życiu dzieje się coś nowego, ważnego, innego niż codzienna rutyna. Tak było w realizacją powierzenia/powierzania życia. Wola to inna sprawa...

Kiedy teraz czytam to, co napisałem, wydaje mi się to wszystko takie proste, poukładane i logiczne. Czemu więc zajęło mi to tyle czasu? Czemu kosztowało mnie setki wątpliwości, wahań, huśtawek nastrojów, niepokojów, rozterek, bolesnych często doświadczeń, rozczarowań, rozmaitych trudnych przeżyć? I zaraz przychodzi odpowiedź: pewnie On uznał, że tak właśnie mam do tego dochodzić. Tak widać miało być.



Dużo więcej w moich książkach


czwartek, 17 lutego 2005

Jak mam zadośćuczynić?

Miałem kilka miesięcy abstynencji, kiedy na jakimś mityngu AA, od alkoholika ze stażem około 2-letnim usłyszałem, że on zadośćuczynia swojej rodzinie przez to, że nie pije. Podchwyciłem tą nową wiedzę w mig i pochwaliłem się nią na najbliższej terapii. Natychmiast wdeptano mnie tam w ziemię: „to, że przestałeś krzywdzić (a czy faktycznie przestałeś to się dopiero okaże, bo na razie to tylko przestałeś pić) nie jest żadnym zadośćuczynieniem, to co najwyżej normalność”. O.K. Zrozumiałem.


Zadośćuczynienie trudniejsze niż się wydawało

Następnie zacząłem wyjątkowo dbać o swojego syna, kupując mu rozmaite rzeczy, mniej lub bardziej potrzebne. Tu już sam się dość szybko zreflektowałem. Przecież kiedy piłem robiłem dokładnie to samo, żeby mieć go z głowy i pozbyć się wyrzutów sumienia. Poza tym dbanie o własne dziecko i kupowanie mu potrzebnych rzeczy jest moim podstawowym obowiązkiem i z zadośćuczynieniem nie ma nic wspólnego. No, dobra. Zrozumiałem.
 
Potem wpadłem na pomysł z przepraszaniem. Wołam więc kogoś z rodziny i mówię: siadaj, chcę z tobą porozmawiać. Widzisz okazało się, że ja jestem alkoholikiem. To nie moja wina, to taka choroba. W związku z nią upijałem się, zachowywałem po pijanemu w sposób nieodpowiedni i krzywdziłem tym zarówno ciebie jak i siebie. I teraz chciałem cię za to wszystko przeprosić. 
 
Od sponsora, któremu zdałem relację ze swego zadośćuczynienia usłyszałem, że jestem bezczelny. Że przeprosić to ja mogę przechodnia, którego potrąciłem niechcący na ulicy. A jak komuś zmarnowałem wiele lat życia, pozbawiłem go/ją poczucia bezpieczeństwa, okradałem, nie dbałem, nie interesowałem się, może i biłem będąc pijany, itd. to samo słowo „przepraszam” jest co najmniej bezczelnością i kpiną z mojej strony. (Mój znajomy usłyszał od swojego dziecka, że ma ono w d… jego „przepraszam”). Przyjąłem i to. Zrozumiałem.
 
Minęło dużo czasu zanim wykombinowałem, że będę zadośćuczyniał swojej byłej żonie poprzez wspieranie jej finansowo. A żeby nie czuła się upokorzona datkami lub prezentami, to robiłem to tak, żeby się nie zorientowała. Mieszkamy nadal w jednym domu i sposoby rozliczeń między nami są takie, że czasami mi się to udawało. Byłem zadowolony z siebie, uważając, że nareszcie znalazłem właściwą metodę. Do czasu rozmowy z koleżanką, która jest lekarzem, terapeutką i alkoholiczką z dłuuugim stażem niepicia. Pokazała mi, że dalej o żadnym zadośćuczynieniu nie ma mowy, że ja tylko wykombinowałem sobie sposób na ugłaskanie własnego sumienia, sposób na złagodzenie poczucia winy i wyrzutów sumienia i zrobiłem to znowu tak, jak ja chciałem, jak mnie się wydawało, na swój sposób – zupełnie nie licząc się z uczuciami czy potrzebami byłej żony.
 
W efekcie okazało się, że jedyną sensowną i dobrą rzeczą, którą zrobiłem przez cały ten czas było wyjaśnienie i przekonanie mojej najbliższej rodziny, że to co się stało ze mną, to co robiłem i jak się zachowywałem, nie było nigdy ich winą. Dla mnie, po terapiach wydawało się to czymś tak oczywistym, że długo nawet nie przychodziło mi do głowy, żeby im to mówić. Dla nich okazało się to czymś bardzo ważnym i potrzebnym. 
 
Odnoszę wyraźnie wrażenie, że stanąłem pod wielkim murem i teraz kompletnie nie wiem, co dalej. Swoje sposoby i metody zadośćuczynienia opisałem. Okazały się one, jak by to delikatnie określić, problematyczne lub co najmniej mało skuteczne. Ale ja innych w tej chwili nie mam i nie wiem, co robić…



Dużo więcej w moich książkach