niedziela, 17 lutego 2008

Historia grupy AA Wsparcie

Najmłodsza grupa AA w Opolu i pewnie dlatego jedyna, której narodziny i geneza są jeszcze pamiętane przez niektórych członków Wspólnoty AA w naszym mieście. Brałem czynny udział w jej zakładaniu…Oficjalnie grupa powstała 27.01.2001, ale oczywiście wszystko zaczęło się o wiele wcześniej.


Na "wariackich papierach", z wiatrem i pod wiatr…
(historia grupy AA „Wsparcie” w Opolu)


W roku 2000 powstała w Opolu grupa wsparcia dla alkoholików. Z perspektywy czasu postrzegam ją, jako twór nieco dziwny, ale wtedy wydawała się bardzo dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza dla tych z nas, którym po zakończeniu terapii odwykowej (albo blisko jej końca) brakowało podczas mityngów AA-owskich bezpośredniego kontaktu z grupą, tak zwanych zwrotów, sugestii, żywej wymiany zdań, itp. Z założenia jednak grupa wsparcia nie miała mieć nic wspólnego ani ze Wspólnotą AA, ani z terapią. Miała wspierać, cokolwiek to znaczy… Grupa ta funkcjonowała kilka miesięcy (spotkania odbywały się w piwnicy kościoła o.o. franciszkanów, w soboty o 17:00) i po okresie dynamicznego rozwoju, zaczęła dość szybko podupadać. Zwłaszcza po tym, jak „starzy” AA-owcy zaczęli mówić, że „młodzi” bawią się tam w terapię, udzielają porad itp. Moim zdaniem, wiele w tym było racji i… ogólnie rzecz biorąc, nie był to udany eksperyment.

W tym samym czasie chyliła się też ku upadkowi grupa AA „Gawra”. Ulokowana na peryferiach miasta, funkcjonowała całkiem nieźle dopóki w samej „Gawrze” (taka nieco lepsza noclegownia czy schronisko) mieszkali założyciele i opiekunowie grupy. Kiedy jednak dostali własne mieszkania i w „Gawrze” powoli przestawali bywać, wszystko się posypało. Mityngi tej grupy (sobota, godzina 16:00) albo w ogóle się nie odbywały i nieliczni chętni zastawali zamknięte drzwi, albo nie miał tych mityngów kto prowadzić.

W takich oto warunkach i w klimacie rosnących potrzeb, mój przyjaciel z terapii wymyślił, że założymy nową grupę AA. We dwóch, a co! Mieliśmy już na tym polu pewne doświadczenia, dla grupy AA „Asyż” zorganizowaliśmy kilka miesięcy wcześniej środowe mityngi poranne. Pamiętam jak dziś, jak zimą roku 2000 siedzieliśmy w kuchni po obu stronach pralki pełniącej wówczas rolę stołu i wymyślali nową grupę AA.

Od początku było jasne, że grupa powinna spotykać się w soboty – był to ostatni dzień bezmityngowy w mieście, bo „Gawra” istniała właściwie już tylko teoretycznie. Lokalizacja – siedziba grupy wsparcia, której spotkania odbywały się rzadko, jeśli w ogóle. Godzina – 17:00. Bardzo się wówczas obawialiśmy oskarżenia o tworzenie grupy konkurencyjnej dla „Gawry”. Wymyśliliśmy więc ten godzinny odstęp dla tych, którzy pojadą jednak do „Gawry”. Jeśli mityng się tam nie zacznie, mieli mieć szansę na dotarcie na naszą grupę, w centrum miasta. 
To wszystko okazało się dość proste, największy kłopot mieliśmy z nazwą nowej grupy. Odrzucaliśmy kolejno rozmaite Jutrzenki, Odrodzenia, Świty, Przebudzenia, itp. i kiedy wydawało się, że utknęliśmy w martwym punkcie, wpadłem na genialny pomysł – nazwiemy tą grupę „Wsparcie”. I to było to! 
W tamtym czasie, taka właśnie nazwa grupy miała szczególne, momentami dość pokrętne, znaczenie. Nawiązywała do tych nikłych resztek dobrej sławy grupy wsparcia, które jeszcze, być może, pozostały. W pewnym sensie określała charakter pracy grupy tak, jak chcieliśmy go widzieć. Miała także łagodzić transformację grupy wsparcia w grupę AA „Wsparcie” – liczyliśmy, że wielu nowicjuszy nie zauważy z początku różnicy (i tak też się działo).

Pod koniec 2000 roku zaczęliśmy w soboty o 17:00 robić w piwnicy pod kościołem o.o. franciszkanów „prawidłowe” mityngi AA. Jeśli zjawiał się tam ktoś jeszcze, co w początkowym okresie wcale nie było częste, grzecznie pytaliśmy, czy zamiast spotkania grupy wsparcia możemy zrobić normalny mityng Anonimowych Alkoholików. Sprzeciwu nie było nigdy, ale wtedy jednak wcale nie mieliśmy pewności, że cała ta operacja się powiedzie. Były to działania rozpoznawcze. 
Na początku stycznia 2001, powoli zaczęli się już pojawiać ludzie, przychodzący specjalnie na normalny mityng AA. Nagłośniliśmy wtedy fakt powstania nowej grupy i rozesłaliśmy zaproszenia na założycielski i inauguracyjny mityng nowej grupy AA „Wsparcie”, na 27.01.2001. Podczas tego mityngu mój przyjaciel został skarbnikiem grupy, a ja – nieco później – jej rzecznikiem. 

Staraliśmy się pełnić te służby wyjątkowo odpowiedzialnie, a w szczególności nie dopuszczać do takiej sytuacji, żeby na mityngu grupy AA „Wsparcie” nie było przynajmniej jednego z nas.
Niestety, nasi następcy nie byli już tak zdyscyplinowani i zaczęły zdarzać się przypadki, że mityng się nie odbył, bo nie było nikogo z pełniących służby, a żadna z osób obecnych, nie chciała go prowadzić. 
Sytuacja taka powtarzała się niestety coraz częściej, spadała frekwencja podczas mityngów i wreszcie 27.01.2005 ostatni skarbnik grupy, nie znajdując już następcy, ani żadnej innej osoby gotowej pełnić jakąkolwiek służbę, przekazał resztę pieniędzy grupowych skarbnikowi grupy AA „Asyż” (mityngi obu tych grup odbywały się w tej samej salce) i działalność grupy AA „Wsparcie” została zawieszona. 
Na szczęście nie oznaczało to, że sobotnie mityngi zniknęły z AA-owskiej mapy miasta. Odbywały się one nadal, ale już pod opieką grupy AA „Asyż”. Taki stan rzeczy trwał prawie dwa lata.

Po dwóch zmianach lokalu i na skutek jakichś własnych problemów, sumienie grupy AA „Asyż” uznało, że grupa nie jest w stanie nadal opiekować się czterema mityngami w tygodniu. Znalazły się wówczas osoby gotowe wskrzesić grupę AA „Wsparcie” i objąć w niej służby.

Mityng reaktywujący grupę AA „Wsparcie” odbył się 14.10.2006 i od tego czasu (pod opieką M. i E.) grupa, choć niewielka, działa niezwykle dynamicznie i skupia przede wszystkim AA-owców płci obojga, którzy gotowi są do odpowiedzialnej i zaangażowanej pracy nad Programem Wspólnoty AA.
Właśnie atmosfera sprzyjająca solidnej pracy „na programie”, klimat otwartego dzielenia się własnym doświadczeniem, choćby bolesnym, dla dobra innych, jest w tej grupie raczej regułą, a nie wyjątkiem. Podobnie jak fakt, że jeśli nawet na mityngu jest zaledwie 5-7 osób, to potrafi nam zabraknąć czasu.

Mityngi grupy AA „Wsparcie” prowadzi zwykle kobieta, skarbniczka grupy (stan na luty 2008) i pewnie temu właśnie należy zawdzięczać stosunkowo wysoką frekwencję kobiet. Najwyraźniej czują się tu one bezpiecznie. Podczas inwentury grupy „Wsparcie” w lutym 2008, jej sumienie powierzyło mi służbę mandatariusza.


Historia ta była i jest dla mnie nieocenionym źródłem doświadczeń, przemyśleń i wniosków:

1. Dziś już nie przyszłaby mi do głowy taka samowola i nie brałbym udziału w zakładaniu nowej grupy bez konsultacji oraz wyraźnej aprobaty i wsparcia Intergrupy i innych grup w mieście.

2. Czy ważna była dla mnie rola jednego z „Ojców Założycieli”? To może nie, natomiast cała ta sytuacja początkowo mile łechtała moją ambicję – starzy AA-owcy miesiącami chodzili i narzekali, że w mieście nie ma mityngów w soboty, no to wreszcie dwóch nowicjuszy (miałem wtedy dokładnie 2 lata abstynencji) to załatwiło, rozwiązało problem – tak to wówczas widziałem.

3. Przekonałem się doświadczalnie, że grupa bez służb w zasadzie nie ma szansy na przetrwanie. Może tak doraźnie pociągnąć kilka tygodni, może nawet miesiąc czy dwa, ale na dłuższą metę to się nie uda.

4. Nieco rozgoryczony wymyśliłem wtedy określenie „konsumenci AA”. Mieli to być ludzie prezentujący wyjątkowo konsumpcyjną i roszczeniową postawę wobec Wspólnoty AA, odmawiający konsekwentnie jakiejkolwiek pracy na rzecz grupy, z której korzystają. Oczywiście wiadomo było, że nie dotyczy to nowicjuszy, od których z oczywistych względów nie można oczekiwać czegokolwiek zbyt szybko.
Moje poglądy na ten temat też już są obecnie nieco inne.

5. Najdłużej miałem wtedy wątpliwości wobec sytuacji, w której właściwie czułem się przypierany do muru. Bywało, że słyszałem wprost stwierdzenie: „albo znowu podejmiesz służbę, albo grupa padnie”. Czy fakt założenia grupy (jakkolwiek by to było wówczas nieodpowiedzialne i niedojrzałe) do końca życia obliguje mnie do opieki nad nią, czyli pełnienia jakiejś służby?



sobota, 19 stycznia 2008

Tradycja 5 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi.

Wersja pełna: Każda grupa AA powinna stanowić duchową jedność, posiadając tylko jeden zasadniczy cel: nieść posłanie alkoholikowi, który jeszcze cierpi.


Jak rozumiem Tradycję Piątą Wspólnoty AA?

Gdzieś czytałem (możliwe, że na stronie dra Woronowicza, już nie pamiętam), że pomysł samopomocy oraz wzajemnego wsparcia alkoholików zrodził się około sto lat przed oficjalną datą powstania Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. W roku 1840, w mieście Baltimore w USA powstało Stowarzyszenie im. Waszyngtona (Washingtonian Society). Początkowo jego członkami byli jedynie alkoholicy. W niedługim czasie liczba członków Stowarzyszenia przekroczyła wprawdzie sto tysięcy, ale coraz więcej było w nim osób nieuzależnionych (nie alkoholików), polityków, różnych działaczy społecznych i innych. Rozszerzony został także zakres działalności i zainteresowań Stowarzyszenia. Jego członkowie z zapałem angażowali się w walkę o zniesienie niewolnictwa oraz inne działania polityczne i społeczne. Jednak bez względu na to, jak szczytne idee przyświecały jego członkom, Stowarzyszenie bardzo szybko utraciło w ten sposób zdolność pomagania alkoholikom. Jednak doświadczenie to zostało wykorzystane podczas tworzenia i redagowania Tradycji Wspólnoty AA.
 
W swoim czasie popełniłem kilka błędów, typowych zapewne dla wielu nowicjuszy: zachłysnąwszy się Programem Anonimowych Alkoholików, a dokładniej jego skutecznością i wyraźnie zauważalnymi efektami, chciałem to cudowne narzędzie wykorzystać bardziej, na szerszą skalę, „nie chować światła pod korcem”, ale użyć go wobec wszystkich i wszędzie tam, gdzie ktokolwiek potrzebuje jakiejkolwiek pomocy. Kierowałem się oczywiście współczuciem, życzliwością, dobrą wolą i bezinteresownością, ale… dobrymi chęciami podobno wybrukowane jest piekło.
Pewnego razu nieomalże wymusiłem na grupie zgodę na uczestnictwo w zamkniętym mityngu AA lekomanki i hazardzisty (żadne z nich nie było uzależnione od alkoholu). Oni potrzebowali pomocy i o nią prosili, a ja byłem pełen współczucia. W zasadzie można by powiedzieć, że przecież nic takiego się nie stało, z mityngu AA wyszedł obrażony i urażony tylko jeden z alkoholików, a zawsze mogę twierdzić, że jego złości, urazy i obrażanie się, to jest tylko jego problem, a nie mój, ale… Jakoś nie do końca byłem z siebie zadowolony.
 
Przypomniała mi się telewizyjna reklama czegoś tam, a w niej hasło: „jeśli coś jest do wszystkiego, to tak naprawdę jest do niczego”. Zadałem sobie wtedy pytanie: czy jest możliwe, że skuteczność Anonimowych Alkoholików jest tak duża, głównie dlatego, że koncentrują oni wszystkie siły i środki na tym jednym jedynym celu, nie rozdrabniając swojego potencjału na inne dziedziny? Egoizm? Nie - pragmatyzm. Jeśli przez wszystkie te lata Anonimowi Alkoholicy czegoś się dobrze nauczyli, to wyciągania wniosków z porażek i korzystania z bolesnych, a czasem nawet tragicznych, doświadczeń. To nie klub koleżeński, tu gra idzie o życie. A jeśli tak, to nie stać nas na przeznaczanie na ten cel tylko części wysiłków. Jeżeli będziemy starali się być dobrzy i pomagać wszystkim, to bardzo szybko (historia, którą wspomniałem na początku) przestaniemy być zdolni do pomagania nawet sobie samym. A jako pijący alkoholicy na pewno nikomu już nie pomożemy.
 
W książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” jej autor załatwia sprawę krótko: „Lepiej robić jedną rzecz znakomicie, niż wiele rzeczy kiepsko. Oto istota Piątej Tradycji”. Jasne i proste! Z kolei w książce „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” znaleźć można (str. 302) taki oto tekst: „Dajmy odpór dumnemu założeniu, że skoro Bóg umożliwił nam sukces w jednej dziedzinie, naszym przeznaczeniem jest stać się pośrednikami dla każdego”.
 
Kiedy dobrnąłem jakoś do Piątej Tradycji i uznałem, że jak najbardziej jest ona dla mnie, pomimo, że zaczyna się od słów „Każda grupa…”, pojawiły się kolejne „schody”, rozmaite wątpliwości i problemy.
Związane były one przede wszystkim z pytaniami: co w praktyce oznacza „nieść posłanie” – a przy okazji, jak to posłanie brzmi – oraz, kim jest alkoholik, „który wciąż jeszcze cierpi”?
 
Podpatrując i podsłuchując kolegów z dłuższym stażem trzeźwienia i ja swego czasu z zadowoleniem mawiałem, że posłanie AA to ja niosę przez samą swoją obecność na mityngach i nawet jeśli się tam nie odzywam, to i tak zrobiłem swoje, a w domyśle – zasłużyłem na pochwałę. No, cóż… Może jest w tym jakaś racja i sens, natomiast na swój użytek dzisiaj „widzę” to zagadnienie odrobinę inaczej. Posłanie AA wydaje mi się czymś w rodzaju „dobrej nowiny” dla osób uzależnionych, alkoholików, która brzmi tak: alkoholik może żyć, a nawet dobrze żyć, bez alkoholu. I… to – na samym początku – jest w zasadzie wszystko. Najpierw rzeczy najważniejsze!
 
Jak zrealizować to założenie w praktyce, także temat poradni odwykowych, terapii dla osób uzależnionych, mityngów, Programu Dwunastu Kroków i różnych form jego praktycznej realizacji, to wszystko są sprawy następne. Czy tak rozumiane posłanie (alkoholik może dobrze żyć bez alkoholu) niesiemy podczas mityngów AA kolegom alkoholikom z kilkuletnią abstynencją? Tu stajemy przed pytaniem, kim ostatecznie jest ten alkoholik, „który wciąż jeszcze cierpi”? Wydaje się, że i na to pytanie autor wyżej wspomnianych książek, odpowiada w Wielkiej Księdze chyba dość jednoznacznie: „… nasza wspólnota doszła do wniosku, że ma tylko jedno i wyłącznie jedno szczytne zadanie: nieść posłanie AA tym wszystkim, którzy nie wiedzą, że mają wyjście”.
 
Prawdopodobnie nie wrócą już czasy, w których Anonimowi Alkoholicy wyciągali pijaków z barów, pubów, lub odwiedzali w Izbie Wytrzeźwień, ale czy coś stoi na przeszkodzie, żeby w tejże Izbie, na detoksie, w przychodni rejonowej i innych takich, czy podobnych miejscach, zostawić ulotki informujące, że jest nadzieja? Czy stoi coś na przeszkodzie, żebym dbał o swoją grupę AA i starał się wraz z innymi jej członkami, by funkcjonowała ona zgodnie z zasadami AA i tym samym skutecznie niosła posłanie Wspólnoty? Czy codzienną „materializacją” Piątej Tradycji nie jest także – a może przede wszystkim – służba? Tu, wydaje mi się, problemów miałem najwięcej, a i zmiany, które obserwuję w swojej postawie wobec służb AA, są chyba najbardziej spektakularne.
 
Startowałem z pozycji mocno niechętnej podejrzliwości wobec osób pełniących dowolne służby i samej idei służb i służenia. Wynikało to oczywiście z mojego kompletnego niezrozumienia celu i sensu tych działań. Przechodziłem dość długi etap obojętności, następnie ograniczonej akceptacji, ale tylko służb wewnątrz grupy i kilku innych i w pewnym momencie zatrzymałem się na stanowisku, które można określić jako zrozumienie i nawet szacunek dla osób pełniących służby i spłacających w ten sposób swój dług wobec Wspólnoty AA. Dostrzegałem już cel, choć nie do końca rozumiałem głęboki sens tego zagadnienia. W moim życiu ten okres wydaje mi się niezwykle ważny – uznawałem już własne zobowiązania i powoli stawałem się gotowy, jak każdy normalny, dojrzały człowiek, rozpocząć ich regulowanie. W tym stanie ducha i umysłu mogłem już, w sposób mniej więcej składny, pełnić jakąś służbę. Cel całej struktury służb AA był już dla mnie jasny – chodzi o sprawne, skuteczne działanie Wspólnoty, ale jaki sens – prywatny, osobisty, wewnętrzny – miało to mieć konkretnie dla mnie?
 
Pewnego razu, opowiadając jakieś wydarzenie, mój sponsor powiedział, że jedynym celem i sensem mojej służby jest to, abym stawał się lepszy. To było właśnie TO!
Przez rok służby w Intergrupie nauczyłem się więcej niż przez kilka lat chodzenia, nawet dość często, na mityngi. Paradoksalne jest to, że najwięcej nauczyli mnie oponenci i przeciwnicy. Ale nie, nie moi przeciwnicy – w służbach nie powinno być przeciwników – chodzi mi o przeciwników pewnych moich postaw, zachowań, myślenia. Przeciwników mojego egoizmu i egocentryzmu.
 
Pozornie mogło się wydawać, że wszystko jest w porządku – no, przecież chodzę często na mityngi AA, nie piję, a utrzymywanie abstynencji nie stanowi w tej chwili dla mnie problemu. Po co mam być, stawać się coraz lepszym człowiekiem? Dla kogo? Dopóki pamiętam i wierzę w słuszność powiedzenia, zgodnie z którym „tyle tylko jesteśmy warci, ile potrafimy pomóc drugiemu człowiekowi”, nie powinienem mieć większych problemów z odpowiedzią. Stając się lepszym człowiekiem, w szerokim znaczeniu tego słowa, więcej mam do ofiarowania, lepiej i skuteczniej jestem w stanie pomóc… temu alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi.
 
Tak oto potrzebowałem półtora tysiąca słów, żeby zbliżyć się nieco do tej treści, którą dr Bob wyraził podczas swojego ostatniego publicznego wystąpienia. Dowcip polega na tym, że on zrobił to jednym zdaniem mówiąc, że jak ścisnąć cały ten program, to właściwie zostają dwie rzeczy: miłość i służba.
 
Jakiś czas temu w moim mieście padła propozycja zorganizowania mityngów AA dla weteranów. Byłem zdecydowanie przeciwny… do momentu, kiedy mi powiedzieli, że ja też będę mógł przychodzić, bo mam pięć lat abstynencji, a wnioskodawcy wymyślili, że u nas weteran będzie się liczył od lat pięciu. Ostatecznie grupa ta nie powstała (i moim zdaniem bardzo dobrze), ale problem mityngów organizowanych specjalnie dla… skłonił mnie po latach do zastanowienia, jak się one mają do Pierwszej i Piątej Tradycji?
 
Mityngi dla weteranów, dla kobiet, dla rudych, dla łysych, dla młodych, dla grubych… Zawsze przecież można twierdzić, że ich problemy są w jakimś tam sensie wyjątkowe, specyficzne i nie dotyczą całej populacji, tylko… czy rzeczywiście ma to jakiś sens? W końcu samo życie jest… koedukacyjne. Ale, przede wszystkim, Pierwsza Tradycja mówi o potrzebie jedności, a nie o podziałach.
Z drugiej strony, czy rzeczywiście powinienem się upierać, że będę chodził do takiej grupy ludzi, z którymi normalnie nigdy nie miałem kontaktu? Choćby grupa „Za kurtyną”, na którą chodzą aktorzy, czy jakaś grupa zorganizowana w klasztorze, specjalnie dla księży?
 
Przeciwnicy mityngów „kobiecych” i „męskich” powołują się na Preambułę. Owszem, napisano w niej, że AA jest Wspólnotą mężczyzn i kobiet, jednak nie napisano, że na każdą grupę muszą, czy powinni, chodzić razem mężczyźni i kobiety. Kwestia ta nie dotyczy Preambuły, a raczej Piątej Tradycji: „Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi”. Nie ma w niej żadnych podziałów czy ograniczeń. Jeśli grupa odmawia pomocy alkoholikowi ze względu na to, że nie pasuje on do profilu grupy, to ewidentnie łamie Piątą Tradycję i nie realizuje swojego głównego celu. Oczywiście działanie takie wydaje mi się sprzeczne również z duchem Pierwszej Tradycji.
Nic nie stoi na przeszkodzie, by zorganizować grupę uzależnionych kobiet, grupę młodych, grupę łysych, weteranów, cyklistów itd. Uważam jednak, że w myśl Piątej Tradycji, drzwi grupy AA powinny być stale otwarte dla każdego poszukującego pomocy alkoholika.
 
Czy grupa tylko dla… jest grupą AA-owską? Często powtarzam (bywa, że muszę powtarzać sam sobie), że we Wspólnocie jest tylko jeden człowiek zobowiązany do przestrzegania zasad – ten, kto sam tak postanowi. Tak, taka grupa jest grupą AA – jeśli jej członkowie tak postanowią. To oni decydują, czy grupa będzie działać w oparciu o dwanaście Tradycji, czy może tylko o jedenaście, lub dziesięć. I, co do pewnego momentu irytowało mnie najbardziej, wolno im.
 
Od wiosny 2010 roku grupy w moim mieście niosą posłanie poprzez ofiarowywanie literatury AA-owskiej miejskim bibliotekom publicznym. W ten oto sposób książki, które normalnie dostępne są tylko u AA-owskich kolporterów, mogą trafić do tych, którzy o nie pytają, którzy informacji na temat Wspólnoty szukają.
 
Przy okazji dodam, że jest to metoda zgodna z moim osobistym i prywatnym podejściem do rzeczy, który zawiera się w dwóch punktach, będących parafrazą słów pewnego mnicha: 
1. O AA mówić wtedy, gdy pytają. 
2. Żyć w taki sposób, żeby pytali.




Więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.



środa, 19 grudnia 2007

Tradycja 4 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Każda grupa jest niezależna we wszystkich sprawach, z wyjątkiem tych, które dotyczą innych grup lub AA jako całości.

Wersja pełna: We wszystkich własnych sprawach grupa AA kieruje się wyłącznie nakazami swego grupowego sumienia. Gdy jednak jej plany dotyczą również dobra innych grup, powinny zostać z nimi uzgodnione. Żadna grupa, żadna intergrupa czy rada regionalna ani żaden pojedynczy członek AA nigdy nie powinni podejmować działań, które mogłyby wpłynąć na AA jako całość bez uprzedniego porozumienia się z powiernikami. W takich sprawach nasza wspólna pomyślność jest absolutnie nadrzędna.


Jak rozumiem Tradycję Czwartą Wspólnoty AA?

Wiele razy słyszałem w różnych okolicznościach: „No, wiesz… każda grupa jest niezależna…”. Reszty cytatu nie było, albo dlatego, że mój rozmówca go nie pamiętał, albo pozostałej części po prostu nie rozumiał i nie umiał odnieść do określonej sytuacji. I mnie dość długo ten właśnie kawałek tekstu Czwartej Tradycji wydawał się najważniejszy. Przede wszystkim jednak bardzo był przydatny – wydawał się usprawiedliwiać właściwie każdą chyba samowolę wynikającą z moich wad: egoizmu, egocentryzmu, pragnienia popisania się, potrzeby uznania czy akceptacji. A że czasem inteligentnymi argumentami potrafiłem narzucić swoją wolę lub przekonania, skutki bywały, delikatnie mówiąc… różne. Ale najpierw bardzo długo wydawało mi się, że Czwarta Tradycja Wspólnoty AA mnie osobiście zupełnie nie dotyczy – przecież wyraźnie zaczyna się ona od słów „Każda grupa jest…”, a to przecież znaczy, że jej adresatem i przedmiotem zainteresowania jest grupa AA, a nie pojedynczy alkoholik. Odsuwałem więc tę kwestię od siebie jak najdalej, zostawiając ją innym alkoholikom pełniącym jakieś tam służby, rozmaitym inwenturom, czy innym Intergrupom, z którymi zresztą dość długo nie życzyłem sobie mieć nic wspólnego.
 
W chwili obecnej mam na temat treści i istoty Czwartej Tradycji jakieś swoje, ukształtowane zdanie, ale też i pełną świadomość, że niewątpliwie istnieje co najmniej kilka różnych od mojego sposobów rozumienia tego tekstu, interpretacji jego sensu i metod wdrażania w życie. I absolutnie nie jest wykluczone, że wszystkie one są równie „dobre”. Mój pomysł czy sposób też nie musi być najlepszy i „na zawsze”. Nie ulega wątpliwości, że Czwarta Tradycja dotyczy autonomii grupy AA, a dokładniej określa granice tej autonomii. Jednak „robi to” bardzo ogólne, do pewnego stopnia i tylko w pewnym sensie.
 
„Każda grupa jest niezależna we wszystkich sprawach…”. Wszystkich spraw, jakie mogą zaistnieć w życiu jest nieskończenie wiele, nie ma więc możliwości i sensu kolejne ich wyliczanie czy omawianie.
 
„… z wyjątkiem tych, które dotyczą innych grup lub AA jako całości”. Tu już są pewne konkrety, ale natychmiast rodzi się zasadnicze pytanie: kto będzie decydował, czy dana sprawa dotyczy innych grup lub Wspólnoty Anonimowych Alkoholików jako całości? Odpowiedź jest oczywista – alkoholicy w grupach, Intergrupach, Regionach itd., ale ta oczywistość nadal nie wyklucza zderzania się osobistych przekonań, ścierania się partykularnych interesów, nieporozumień, prób narzucania swojej woli, wątpliwości, gorących sporów, nieudanych prób, czy błędów. Zwłaszcza tych ostatnich, bo prawo do błędu wydaje mi się jednym z ważniejszych elementów Czwartej Tradycji AA.
 
W książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” Bill coś tam starał się dopowiedzieć i wyjaśnić, ale kłopot polega na tym, że niektóre z tych wyjaśnień i dopowiedzeń nie wynikają z samej treści tekstu Czwartej Tradycji. Na przykład na stronie 147 można przeczytać - „… uznaliśmy za konieczne wprowadzenie zaledwie dwóch ograniczeń: grupa nie powinna podejmować działań, które mogłyby zaszkodzić AA jako całości, ani nie powinna mieć żadnych powiązań poza AA”. A gdzież w treści Czwartej Tradycji jest mowa o unikaniu powiązań zewnętrznych? Owszem takie wskazówki istnieją, ale na przykład w Tradycjach Trzeciej, Szóstej i Dziesiątej.
 
Kiedy pewnego razu wszystkie swoje wątpliwości na ten temat przedstawiłem koledze alkoholikowi, usłyszałem pobłażliwie i z wyższością wygłoszoną uwagę: „Czy ty wszystko musisz komplikować, nawet tak proste rzeczy?”. Za moment jednak sytuacja zaczęła wyglądać nieco inaczej, kiedy poprosiłem „znawcę” o wyjaśnienie związków Czwartej Tradycji AA z czytaniem podczas mityngów tekstów z książeczki „24 Godziny” lub praktykę tak zwanych „opłatkowych mityngów AA”.
Kolega kłapnął kilka razy paszczą, jak karp wyjęty z wody i po długim namyśle oznajmił, że to nie jest takie proste i trzeba się nad tym spokojnie i poważnie zastanowić.
Ano właśnie… Okazuje się, nie pierwszy raz zresztą, że Czwarta Tradycja wydaje się dziecinnie prosta tym, którzy nigdy nie zadali sobie trudu, żeby ją dobrze zrozumieć, poznać, albo przynajmniej powiązać z jakimś konkretnym tematem, wydarzeniem czy problemem AA-owskim.
 
Znam to. Też tak miałem. Długo. Przez większą część bezalkoholowego życia. Ale od czego w końcu jest prawo do błędu? Prawdopodobnie w swoich zmaganiach z tekstem Czwartej Tradycji straciłbym o wiele mniej czasu i nerwów, gdybym po pierwsze – od razu czytał pełną jej wersję zamiast skróconej i po drugie, gdybym nie starał się „rozpracować” jej sensu w oderwaniu od innych Tradycji, a zwłaszcza od Pierwszej, Trzeciej, Piątej, Szóstej, Dziesiątej i Jedenastej. W Czwartej Tradycji zbiegają się nici wielu różnych zasad Wspólnoty AA, a bez ich podstawowej przynajmniej znajomości, toczyłem beznadziejną walkę z własną ignorancją i wyssanymi z palca wyobrażeniami.
 
Aktualnie bieżąca i na co dzień realizacja Czwartej Tradycji wygląda u mnie mniej więcej tak…
Żaden z alkoholików nie został upoważniony do reprezentowania swojej grupy AA oraz całej Wspólnoty w Urzędzie Miejskim, wśród członków rodziny, w warzywniaku lub w maglu. I ja też nie. Tym niemniej, czy mi się to podoba czy nie, jestem w wielu środowiskach ambasadorem Wspólnoty AA. Mam na myśli rzecz jasna środowiska i osoby, które wiedzą o moim uzależnieniu i o tym, że chodzę na spotkania, czyli tak zwane mityngi, Anonimowych Alkoholików.
Funkcja ambasadora zobowiązuje i bez znaczenia jest, czy przyjmowałem ją dobrowolnie i czy się z tą nominacją zgadzam. Tak po prostu jest, a jako trzeźwy, dorosły, niegłupi facet, muszę zdawać sobie sprawę, że jak mnie ludzie z mojego otoczenia będą postrzegać, tak też będą sądzić o Wspólnocie AA. To jeden z aspektów Czwartej Tradycji.
 
Kolejny dotyczy działalności na grupie i w strukturach AA.
Na swój prywatny użytek założyłem plan maksimum, to znaczy zakładam z góry, że nieomalże każde działanie grupy ma związek z innymi grupami lub Wspólnotą AA jako całością – grupa, tak samo jak pojedynczy AA-owiec, jest ambasadorem AA i może mi się to podobać mniej lub bardziej, ale o tym, jakie jest AA i czym jest AA, uczestnicy mityngu sądzić będą po działalności grupy, na którą trafili.
W codziennej praktyce oznacza to, że jeśli mam jakiekolwiek wątpliwości, nawet najmniejsze, co do swojego działania, postępowania, pomysłu, wyboru, to staram się go skonsultować z sumieniem grupy, na przykład podczas jej inwentury, czy mityngu organizacyjnego. Z kolei, jeśli podczas inwentury grupy występują jakiekolwiek wątpliwości, to z pełnym przekonaniem będę się starał sugerować zebranym, że warto jest przedstawić problem Intergrupie. W razie czego Intergrupa ma do dyspozycji Region itd.
 
Wspomniałem wyżej dwa przykładowe tematy, omawiane ostatnio wyjątkowo często w środowisku aowskim, czyli czytanie podczas mityngów AA literatury nie aowskiej (głównie chodzi o „24 Godziny”) i tak zwane „ opłatkowe mityngi AA”. Czy mają związek z Czwartą Tradycją?
Ano, zobaczmy… Powiedzmy, że prowadzę mityng. Czytam Preambułę. Przypominam o zasadach. Uczestnicy odczytują kolejno Kroki, które od 1939 roku stanowią realną siłę Wspólnoty AA, program powrotu do zdrowia i skuteczne narzędzie rozwoju (przebudzenia) duchowego, z którego z powodzeniem skorzystały miliony alkoholików na całym świecie. Czytamy także Dwanaście Tradycji – fundament prawidłowego funkcjonowania każdej grupy AA. Odpowiedni (chodzi o miesiąc) Krok i Tradycja są u nas zawsze tematem mityngu. A następnie… Następnie zostawiam to wszystko, by wraz z zebranymi ochoczo poświęcić resztę czasu na rozważania dotyczące tekstów zawartych w książeczce wydanej przez Duszpasterstwo Trzeźwości. Jakie świadectwo wystawiłem sobie, swojej grupie i całemu AA? Nowicjusz mógłby stwierdzić, że to jakieś nieporozumienie, „kinofikcja”, obłuda, zakłamanie i hipokryzja… Czy takie właśnie jest AA? A tak przecież robiłem. Latami. No, cóż… nie miałem racji. Myliłem się.
 
Może się to wydać dziwne, ale nie winię się za popełnienie tego błędu (i wielu innych) – winiłbym się, gdybym przy nim trwał, upierał się, bronił… Niedawno przy okazji takiej właśnie dyskusji musiałem odpowiadać na pytanie, czy „24 Godziny” są złe? Nie, nie są złe. To przecież nie o to chodzi. Bo „24 Godziny” są dobre. I „Elementarz” jest dobry, i Koran, i Biblia… Na świecie jest cała masa wspaniałych, niewątpliwie bardzo wartościowych książek i tekstów. Ale my w AA, na mityngach AA, czytamy literaturę AA… A nie czytamy innej literatury po prostu dlatego, że ta inna nie zawiera Programu AA. Programu, który jest siłą Wspólnoty Anonimowych Alkoholików i nadzieją dla osób uzależnionych.
 
Bardzo podobnie rzecz się miała z „opłatkowymi mityngami AA”. Biegałem na nie radośnie i ochoczo. Te uściski, te życzenia, błogosławieństwo udzielane przez lokalnego duszpasterza, podniosła, pełna powagi atmosfera religijna itp. Wspaniale było, cudownie, ale… Jak się to ma do najbardziej podstawowych zasad AA zawartych w Preambule? „Wspólnota AA nie jest związana z żadną sektą, wyznaniem…”, czy aby na pewno? Czy ja w to wierzę? Czy przestrzegam? Co jest ważniejsze, zasady, czy moje osobiste ambicje, przekonania, wyznanie? Jeżeli z jednej strony opowiadam o poszanowaniu zasad, czytam Preambułę i Tradycje AA, ale z drugiej organizuję „mityng opłatkowy AA”, to coś tu chyba jest nie w porządku. Mógłby ktoś zapytać, czy całe AA jest takie zakłamane, pełne pozorów, udawania i sprzeczności?
 
Większość grup AA, z którymi mam kontakt odchodzi już od starej tradycji „mityngów opłatkowych”. Organizują za to „spotkania opłatkowe”, które nie są mityngiem AA i odbywają się w innym niż mityng czasie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że te „spotkania opłatkowe” finansuje z kapelusza grupa AA. No tak…
 
Fundacja BSK (Biuro Służby Krajowej), prawny i formalny reprezentant Wspólnoty AA w Polsce wydała kapitalną broszurę, z której zresztą często korzystam, pod tytułem „Pytania do Dwunastu Tradycji”. Do Tradycji Czwartej znalazłem między innymi takie: „Czy moja grupa zawsze bierze pod uwagę dobro całej Wspólnoty? […] Jakiejś grupy w innym kraju lub na innym kontynencie?”. „Każda grupa jest niezależna…” tak, to prawda. A jak przeznaczanie pieniędzy Wspólnoty AA (z kapelusza) na „spotkania opłatkowe” ma się do wspólnego dobra grup w Izraelu, Palestynie, Indiach, Gwatemali?
 
W tym miejscu bardzo łatwo o nieporozumienie i zagubienie istoty autonomii grupy, bo aż się ciśnie na usta pytanie, czy w takim razie grupom i alkoholikom nie wolno… tego, tamtego czy owego? Ależ wolno! Bo i któż by mógł nam cokolwiek zakazać lub nakazać? Jednak głównie i przede wszystkim działa tu reguła najbardziej chyba podstawowa z podstawowych – uraczył mnie nią kiedyś mój sponsor, gdy młody i gniewny chciałem w jakiejś tam sprawie iść na barykady – a brzmi ona dokładnie tak: „W AA jest tylko jedna osoba zobowiązana do przestrzegania zasad – ten, kto sam tak postanowi”.
 
Alkoholicy dorastają, zdrowieją, trzeźwieją, rozwijają się. Ten sam, lub podobny, proces przechodzą grupy AA i ostatecznie, jak zawsze, ważne są wybory i decyzje: wolność czy samowola, zasady czy osobiste ambicje, wspólnota i jedność AA czy partykularne interesy niewielkiej grupy? Ja, szczególnie jako alkoholik, pomylić się mogę zawsze. Jednak głęboko wierzę w zbiorową mądrość AA i wypracowane przez Wspólnotę zasady, dzięki którym nie da ona zrobić krzywdy sama sobie.
 
Ważne jest jednak i to, czy potrafię uznać, że mój wspaniały pomysł wcale nie musi być tak wspaniały, jak mi się wydaje, czy jestem gotów prosić o wskazówki, radę i pomoc, i czy gotów jestem poświęcić czas i wysiłek na poznanie, zrozumienie i stosowanie zasad, które przecież przyjmuję dobrowolnie? Jeśli potrafię zrobić to wszystko z pokorą, w duchu miłości, jedności i odpowiedzialności, to Wspólnota AA nie powinna mieć ze mną problemów.
 
Uwaga dotycząca nazewnictwa.
O wszelkich sprawach i problemach grupy AA mówi się i podejmuje decyzje podczas… inwentury, czy może tzw. mityngu organizacyjnego? Czym jest inwentura grupy, a czym spotkanie, czy też mityng organizacyjny? Tematem inwentury jest Piąta Tradycja, a więc tylko kwestie dotyczące niesienia posłania przez grupę alkoholikom, którzy wciąż jeszcze cierpią. Wszystkie pozostałe sprawy związane z funkcjonowaniem grupy omawia się i uzgadnia podczas mityngu organizacyjnego – o ile coś takiego można nazwać mityngiem, bo przyznam, że wolałbym jednak nazwę spotkanie. Mityng, to mityng. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby zarówno inwentura, jak i problemy organizacyjne omawiane były i rozwiązywane podczas jednego spotkania, ale oczywiście nie musi tak być.





Więcej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.



poniedziałek, 19 listopada 2007

Tradycja 3 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia.

Wersja pełna: Nasza wspólnota powinna obejmować wszystkich, którzy cierpią z powodu alkoholizmu. Toteż nie mamy prawa odrzucić nikogo, kto pragnie zdrowieć. Przynależność do AA nigdy nie powinna być uzależniona od posłuszeństwa czy pieniędzy. Nawet dwóch czy trzech alkoholików spotykających się w celu utrzymania trzeźwości może określić się jako grupa AA, pod warunkiem, że jako grupa nie mają żadnych innych celów ani powiązań.


Jak rozumiem Tradycję Trzecią Wspólnoty AA?

Na początku marca 1999 wróciłem do domu z zamkniętego ośrodka odwykowego. Wróciłem też na łono Wspólnoty AA, czyli po prostu znowu chodziłem na mityngi – tyle, że teraz starałem się dla odmiany także słuchać. W tym czasie po raz pierwszy zetknąłem się „praktycznie” z Trzecią Tradycją.
 
AA-owiec z dwu-trzyletnią abstynencją, tak zwany przyjaciel z AA, mówił na mityngu już ponad pół godziny. Właściwie był to niekończący się i nużący potok żalów i złości na poszczególnych członków jego rodziny, najwidoczniej winnych jakichś strasznych zbrodni.
Kiedy prowadzący chciał mu wreszcie delikatnie dać znać, że może inni też chcieliby coś powiedzieć, nastąpił wybuch. Waląc pięścią w stół „mówca” wykrzyczał, że zgodnie z Trzecią Tradycją w AA nic się nie musi, a więc on ma tutaj prawo podzielić się swoimi doświadczeniami i wyrzucić z siebie negatywne emocje.
 
O tym, że w AA nic się nie musi, już wcześniej coś tam obiło mi się o uszy. Prawdę mówiąc, nawet bardzo mi to pasowało – nie znoszę obowiązków i przymusu. Zakładałem tylko, że żeby nie pić, należy (i wystarczy!) chodzić na mityngi, a poza tym… ja nic nie muszę.
Jednak cała reszta tego wydarzenia była dla mnie mało zrozumiała. Nic się nie musi? Nawet zasady dobrego wychowania – jak widać – nie obowiązują? Z potrzebami innych też nie potrzeba się nijak liczyć? I jak to właściwie jest z tym całym dzieleniem się? Zawsze wydawało mi się, że podzielić (jabłkiem, wygraną, doświadczeniem itd.), to ja się mogę z kimś, kto się na to zgadza, kto chce przyjąć część, którą dla niego przeznaczyłem. Natomiast wyrzygiwanie na innych swoich frustracji, żalów, uraz i złości, obrzucanie słuchaczy szambem swoich chorych emocji, z dzieleniem się chyba jednak niewiele ma wspólnego. No, ale obiecałem sobie słuchać, a nie wymądrzać się, więc jedyne co mi pozostało, to zamknąć buzię, uczyć się, dowiadywać, poznawać, starać się zrozumieć. Później, kiedy będę pewien, że „rąbię właściwe drzewo” – zastosować to wszystko w praktyce, we własnym życiu – własnym, nie cudzym.
 
Minęło naprawdę wiele czasu zanim przestało mi się wydawać, że Tradycja Trzecia jest najprostsza ze wszystkich i oznacza właściwie jedynie to, że „w AA nic się nie musi”. W chwili obecnej jej treść postrzegam głównie w trzech płaszczyznach, czy aspektach:
 
– Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia. Super! Jednak prędzej czy później przychodzi czas na podjęcie decyzji i udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy ja chcę tylko należeć do AA, czy może, w zakresie, w jakim jest to możliwe, wyzdrowieć z alkoholizmu, wytrzeźwieć? No, niestety… sama przynależność do Wspólnoty choroby alkoholowej nie uleczy.
Jeśli chcę tylko należeć do Wspólnoty AA, to faktycznie jedyne co muszę, to mieć pragnienie zaprzestania picia. I nic więcej. Ale… jeśli chcę wyzdrowieć z alkoholizmu (zostać uzdrowiony), a Anonimowi Alkoholicy twierdzą, że jest to możliwe już na pierwszej stronie Wielkiej Księgi, to okazuje się, że muszę bardzo, bardzo dużo. I że to, co muszę, często rozciąga się na lata , w praktyce okazuje się, że na całe życie.
 
– Tu posłużę się cytatami. W książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji napisano: „To ty sam decydujesz, czy należysz do AA. Ty sam możesz zgłosić się do nas i nikt nie ma prawa cię odrzucić”, a także „… pozostawiliśmy każdemu, kto się do nas zwróci, zarówno uznanie się za alkoholika, jak i decyzję, czy powinien się do nas przyłączyć”.
W praktyce oznacza to, że jeśli kiedykolwiek przyjmowałem nowicjusza do AA, jeśli zadawałem mu jedno czy dwa pytania i od odpowiedzi uzależniałem, czy przyjmę go do Wspólnoty AA, czy nie, to popełniałem skandaliczne nadużycie. Jedyne co mnie może odrobinę tłumaczy, to nieświadomość i powszechność tego zjawiska w tamtych czasach. Chociaż… marne to tłumaczenie.
Nikt, absolutnie nikt we Wspólnocie AA nie jest uprawniony do stawiania innym jakichkolwiek warunków, zadawania jakichkolwiek pytań i na podstawie odpowiedzi podejmowania decyzji o przyjęciu, albo nieprzyjęciu do AA. Na szczęście ten proceder na grupach, na które chodzę, należy już do przeszłości.
 
– Ta jest najbardziej ulotna, najbardziej osobista, może najbardziej… duchowa.
Znów byłem na mityngu, znów słuchałem czyjejś wypowiedzi. Tym razem opowiadał coś kolega z roczną, mniej więcej, abstynencją. Oczywiście nigdy bym czegoś takiego głośno nie powiedział, ale w duchu myślałem sobie, że facet gada tak, jakby wczoraj z detoksu wyszedł, po prostu pie… coś bez sensu. Poza tym, znam kogoś, kto z nim pracował, znam jego żonę i na podstawie ich opowieści oceniłem, że to, co teraz słyszę, to fantazje, rojenia i zwykłe kłamstwa. Pomyślałem z pewnym zniecierpliwieniem: „Ech, facet! Zajmujesz tu czas i miejsce, ale przecież widać, że na wytrzeźwienie w tym stuleciu nie masz żadnych szans. Idź się może dopij i wróć do AA, jak naprawdę będziesz gotów. Teraz to szkoda twojego i naszego czasu”.
Przy okazji zrobiłem szybciutko w myślach bilans i wyszło mi, że jeszcze dwie osoby wolałbym, żeby z mojej grupy jakoś, gdzieś… zniknęły. W obu przypadkach chodziło o ludzi agresywnych, napastliwych, hałaśliwych – prawdę mówiąc, jednego to się nawet trochę bałem – dopiero co wyszedł z więzienia i miał koszmarne tatuaże, typowe dla kryminalistów.
Oczywiście nikomu nie życzę alkoholizmu, ale trochę żal mi się zrobiło, że nie mamy na grupie więcej takich członków, jak X, który wykłada na naszej Politechnice, albo Y – dyrektor szpitala.
Bardzo długo wydawało mi się, że dopóki tego typu rozmyślań nikomu nie ujawniam, to wszystko jest w porządku, nie łamię żadnych zasad, jestem OK. Nikomu przecież drogi do trzeźwienia nie zamykam. Ale przyszedł w końcu taki dzień, w którym jasno i wyraźnie musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kłamczuchowi, kryminaliście, napastliwemu prostakowi, jestem gotów poświęcić tyle samo czasu, uwagi, wysiłku i życzliwości, co docentowi X i doktorowi Y?
 
Jedynym warunkiem przynależności do AA jest chęć zaprzestania picia, ale… AA nie jest organizacją, a to oznacza, że Wspólnota AA, to ja i inni, podobni do mnie alkoholicy. Ja już „skreśliłem” kolegę z roczną abstynencją, uznałem (co z tego, że tylko w myślach), że nie ma on szans na wytrzeźwienie i że szkoda tracić dla niego czas i siły. Ja w swojej duszy, czy sercu, odebrałem mu już prawo przynależności do AA wynikające z Trzeciej Tradycji. A co będzie, jeśli tak samo zrobią inni? Na to ostatnie pytanie dość łatwo jest odpowiedzieć: Trzecia Tradycja Wspólnoty AA, gwarantująca wszystkim alkoholikom szansę na wyzdrowienie, stanie się pustym dźwiękiem, z którego właściwie kompletnie nic nie wynika. Wspólnota, już tylko z nazwy, siłą rozpędu wspierać będzie pewnie jeszcze przez jakiś czas prawników, lekarzy, urzędników wysokiego szczebla, aktorów, młode, ładne kobiety… Ale, jak długo może funkcjonować taki twór, dziwoląg bez duszy? I odwrotnie – jeśli jestem gotów nieść posłanie, pomoc i wsparcie AA alkoholikowi bez względu na wiek, płeć, stanowisko, wyznanie, wygląd, zarobki, przekonania polityczne itp. to w moim sercu Tradycja Trzecia ma się całkiem dobrze, a i ja razem z nią.
 
I jeszcze jedno… Kiedy po zapiciach wróciłem do Wspólnoty AA, nikt niczego mi nie wyrzucał, ani nie wypominał, nikt nie domagał się ode mnie żadnych obietnic, ani jakichkolwiek zapewnień, że w razie czego… następnym razem… na przyszłość… Tak po prostu działała Trzecia Tradycja AA. Ale… czy nie tak właśnie przyjął syna marnotrawnego Dobry Ojciec? Czy nie tak kocha swoje dziecko matka, obdarzając je bezwarunkową miłością i ufnością nawet wtedy, gdy inni ją utracili?
 
Kiedy wszystko już mi się rozsypało, kiedy kompletnie pogubiłem się we własnym życiu i wydawało mi się, że dokładnie wszyscy już mnie opuścili, właśnie poprzez Trzecią Tradycję i dzięki niej, bez jakichkolwiek zobowiązań, warunków, żądań czy obietnic, otrzymałem zaproszenie do świata Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Zaproszenie przyjąłem i… jestem tutaj.
 
Do pewnego stopnia o istocie Trzeciej Tradycji mówi stare AA-owskie powiedzenie „żyj i daj żyć innym”, które przed laty rozumiałem chyba jednak zupełnie inaczej. „… daj żyć innym” oznaczało według mnie, że mam nie przeszkadzać innym ludziom żyć tak, jak chcą, bo dzięki temu, oni nie będą przeszkadzali mnie żyć tak, jak ja chcę. Kazio nie będzie widział, jak wynoszę z magazynu niewielką wiertareczkę, a ja przymknę oko na to, że on jest trzeci dzień nawalony w robocie. No, się wie! Trzeba przecież jakoś żyć i dać żyć innym, nie?! „Żyj i daj żyć innym” nigdy wcześniej nie kojarzyło mi się jakoś z zachowaniami pożądanymi społecznie. Może nawet wręcz przeciwnie: jak ja się nie będę interesował czyimiś kantami, to i jego nie będą kuły w oczy moje machlojki. A tu, proszę, taka zmiana!
 
Na jedną rzecz warto chyba jeszcze zwrócić uwagę, choćby dla zasady. Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia – pragnienie zaprzestania picia, a nie zdiagnozowany alkoholizm!





Więcej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.



piątek, 19 października 2007

Tradycja 2 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą.

Wersja pełna: Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg, jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy.


Jak rozumiem Tradycję Drugą Wspólnoty AA?

Kiedy pierwszy raz zapytałem o sens i znaczenie Drugiej Tradycji „weterana” z kilkumiesięczną chyba abstynencją, usłyszałem: „No… wiesz… w AA nic się nie musi. I tego… no… nie szukaj sobie na grupie autorytetu, bo wiesz… jak twój autorytet się napije, to ty też możesz zachlać”. Kiedy dalej nękałem mojego rozmówcę pytaniami o Boga, który ma się wyrażać w sumieniu grupy dowiedziałem się, że cała Wspólnota AA nie jest wprawdzie związana z żadną religią, ale z pojedynczą grupą jest trochę inaczej. Grupa jest mała, w określonym mieście i państwie, więc w sposób naturalny jest przywiązana do jakiegoś wyznania, a do jakiego, to decyduje właśnie większość, czyli sumienie grupy. Jako dowód podał mi przykład mityngów „opłatkowych”, które są przecież czysto katolickie. Faktem jest, że wtedy robiliśmy jeszcze takie mityngi, więc argument – pozornie – trzymał się kupy.
 
Zasłyszanych „rewelacji” nie zdążyłem, na całe szczęście, przekazać dalej – powstrzymał mnie brak przekonania w głosie mojego informatora i nieodparte wrażenie, że może, zanim zacznę się wymądrzać, warto jeszcze czegoś się na ten temat dowiedzieć, popytać ludzi, może coś poczytać. Jak wymyśliłem, tak zrobiłem. Minęły lata, czegoś się przez ten czas nauczyłem, coś przeczytałem, coś przeżyłem, czegoś doświadczyłem, i ostatecznie wyszło mi, że… Nie ma zupełnie żadnego powodu, żebym się napił, jeśli złamał abstynencję lubiany, podziwiany i szanowany przeze mnie alkoholik. Tak samo, jak nie ma żadnego powodu wątpić o matematyce jeżeli pani nauczycielka matematyki popełniła błąd w skomplikowanym wyliczeniu.
Alkoholizm jest chorobą chroniczną, a to oznacza, że ma, albo może mieć, nawroty. Jeśli ktoś się potknął to oczywiście przykre, ale jednocześnie pokazał dzięki temu innym, gdzie jest dziura – teraz ja tym bardziej nie muszę w nią wpadać. Nie, Tradycja Druga nie jest ostrzeżeniem, pod groźbą zapicia, złamania abstynencji, przed wybieraniem sobie autorytetów wśród członków grupy AA. Jest raczej przypomnieniem, że jeżeli jedynym autorytetem (władzą we Wspólnocie! – do tego wrócę) jest Bóg, to nie ja nim jestem…
Myślę też, że warto przy tej okazji poznać różnicę pomiędzy sponsorem, to jest kimś, kto ma mi pomóc odnaleźć moją własną drogę, a idolem, którego się wiernie naśladuje.
 
„…Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”. W AA nikt mnie do niczego nie może zmusić, nikt nie ma nad nikim władzy, nikt nikim nie rządzi, nikt nikomu nie podlega. To bardzo ważne, ale jednak nie tożsame ze stwierdzeniem, że „w AA nic się nie musi”. Możliwe jednak, że tu leży źródło pomyłek.
We Wspólnocie Anonimowych Alkoholików rzeczywiście „nic się nie musi”, jednak takiego skrótu myślowego nie odważyłbym się zaprezentować nowicjuszowi. Rzeczywiście sama przynależność do AA nie wiąże się z żadnymi formalnymi obowiązkami (poza chęcią zaprzestania picia), natomiast jeśli chcę w AA zostać uzdrowiony z alkoholizmu, wytrzeźwieć, to okazuje się, muszę i to bardzo wiele.
 
Z pierwszą częścią tekstu Drugiej Tradycji AA nie jest już aż tak prosto i lekko. Żeby zastanawiać się, jak miłujący Bóg, będący jedynym autorytetem (władzą), wyraża się w sumieniu grupy, trzeba mieć jakąś jasną koncepcję, czym to sumienie grupy jest, kto je tworzy, kto do niego należy, a kto jednak nie. A tu, niestety, zaczynają się schody…
 
Czasem żartuję, że gdzie czterech alkoholików dyskutuje o sumieniu grupy, to mają co najmniej siedem różnych zdań na ten temat, ale faktycznie sprawa nie jest taka prosta. Ja znam przynajmniej trzy definicje „sumienia grupy”:
1. Sumienie grupy, to liderzy grupy, założyciele, związani z tą właśnie grupą od lat + „służby”.
2. Sumienie grupy, to osoby pełniące aktualnie jakąś służbę w tej grupie i tylko one.
3. Sumienie grupy, to wszyscy aktualnie obecni na mityngu alkoholicy.
 
Z determinacją godną chyba lepszej sprawy upierałem się, że żeby właściwie zrozumieć sens i istotę Drugiej Tradycji, najpierw muszę poznać dokładną i jednoznaczną definicję „sumienia grupy” – no, ale mi się to nie udało. Co najwyżej byłem w stanie wykombinować ze dwie nowe definicje. Pewnego razu, zajęty innymi myślami, przeczytałem tekst Tradycji niezbyt uważnie i jakby od tyłu. I to było to! Zrozumiałem wówczas, że jeśli byliśmy zjednoczeni, jeśli nie kierowaliśmy się osobistymi ambicjami, jeśli celem naszym było wspólne dobro, a jednocześnie nikt nikomu nie narzucał swojej woli, swojej opinii, swojego przekonania, koncepcji, to decyzje, sugestie czy postanowienia podjęte zostały właśnie przez owo „sumienie grupy”. Oczywiście dopiero teraz przypomniało mi się zdanie z księgi dla mnie ważnej: „Poznacie ich po ich owocach” ( Mat. 7:15-20).
 
Właśnie ślęczałem nad poprawkami do tego testu, kiedy telefon od kolegi przypomniał mi, że na dzisiejszy wieczór zaplanowana jest wspólna inwentura, a właściwie mityng organizacyjny, dwóch grup, korzystających z tej samej salki, w piwnicy pod kościołem. Brałem udział z zakładaniu jednej z nich, nazywam ją „swoją grupą”… Po prostu powinienem tam być. I to bez względu na to, jak bardzo mi się nie chciało. Bo, niestety, prawdą jest, że zupełnie nie miałem ochoty na to spotkanie. Dzięki różnym kuluarowym rozmowom, domyślałem się, jakich „atrakcji” należy się spodziewać – wy podbieracie nam literaturę dla nowicjuszy, a my stale kupujemy cukier, a wy ciągle zalegacie z opłatami za salę, a my sprzątamy…, a my…, a wy… itd.
Do tego pretensje szeregowych członków grupy, bo raz czy drugi nie było komu otworzyć sali, bo brak chętnych do pełnienia służb, bo sponsorowanie właściwie nie istnieje, bo nie bardzo wiadomo, co się stało z jakimiś pieniędzmi… Wlokłem się tam, jak na ścięcie.
 
Zaczęła się inwentura, a ja ze zdumienia wytrzeszczałem oczy, jak żaba na piorun. To było, jak sen. Żadnych zarzutów, żadnych pretensji, żadnych uraz, żadnych ataków. Nie słyszałem żadnych „my” i „wy”, a wprost przeciwnie – wiele razy powtarzało się stwierdzenie, że Wspólnota jest jedna i przede wszystkim do niej wszyscy należymy.
Dwa razy spostrzegłem jak któryś z kolegów próbował w swojej wypowiedzi zmierzać w stronę konfrontacji. Wydaje mi się, że nie budzący wątpliwości wyraz twarzy słuchaczy powodował, że mówca w połowie swojego wystąpienia obracał wypowiedź w żart.
Wszystkie problemy rozwiązywaliśmy – bo i ja z radością przyłączyłem się do tej konwencji – w duchu jedności, współpracy, wspólnego dobra i zgody. Choćby kwestia wspólnej szafki na literaturę obu grup. O dziwo, problem ten omawiano nie pod kątem zabezpieczenia partykularnych interesów i stanu posiadania jednej lub drugiej grupy – priorytetem była sprawna realizacja zapotrzebowania alkoholików na AA-owską literaturę.
Kolejny przykład: nikt nie krytykował mandatariusza, który latem zrobił sobie długie wakacje – to nie było ważne. Uzgodniliśmy za to, że osoby pełniące służbę, w miarę możliwości, będą miały swoich zastępców, by i oni mieli prawo do urlopów, czy zwolnień lekarskich. Bez oporów zgłosił się też i został zaakceptowany zastępca mandatariusza.
 
Niezwykły był ten organizacyjny mityng i inwentura. Z równą uwaga słuchaliśmy i rozważali zdanie zarówno lokalnego weterana, jak i przyjaciela z miesięczną abstynencją. Załatwiliśmy wiele spraw, które wcześniej wydawały się problemami nie do przeskoczenia. Wiele, ale jednak nie wszystkie. Mam wrażenie, że nie tylko ja przyszedłem z gotowymi argumentami obronno-zaczepnymi zamiast z przemyślanymi propozycjami rozwiązań. Prawdą jest też, że atmosfera wspólnoty i jedności w działaniu była tak zaskakująca, że to aż oszałamiało. Uzgodniliśmy też, że takie właśnie wspólne mityngi organizacyjne robić będziemy raz na kwartał. Powoli rozwiążemy wszystkie nasze problemy i… zrobimy to razem, wspólnie.
 
Rozstawaliśmy się niechętnie, powoli i z oporami, jakby nie chcąc stracić tego, co nas połączyło.
A ja? No cóż… Nie mam najmniejszej wątpliwości, że dziś wieczorem – być może pierwszy raz w życiu – byłem niewielkim elementem sumienia grupy AA.
„Albowiem gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem pośród nich”, (Mat.18:18-20). O tym jednak krępowaliśmy się rozmawiać…
 
Autorytety. Najczęstsze nieporozumienie polega na tym, że autorytet osobisty mylimy z autorytetem, to jest władzą we Wspólnocie. To we Wspólnocie AA jedynym autorytetem jest Bóg, ale przecież żaden alkoholik, sam, nie tworzy jeszcze Wspólnoty! Tradycja Druga nie zachęca alkoholików do odrzucania autorytetów, choć wydaje się to być wyjątkowo kuszące dla skrajnych egocentryków i indywidualistów, jakimi jesteśmy. Gdybym nie uznał autorytetu lekarza w poradni odwykowej, terapeuty, grupy AA, sponsora – już bym nie żył. Tragedią pijącego alkoholika jest właśnie to, że nie uznaje żadnych autorytetów i często aż do śmierci potrafi upierać się, że on sam wie wszystko najlepiej.
 
Jestem absolutnie przekonany, że problem wynika z błędnego tłumaczenia. Zakres znaczeniowy angielskiego authority nie jest identyczny z naszym autorytetem. Authority to, owszem, także autorytet, ale również władza, zwierzchnictwo. Uważam, że w Drugiej Tradycji mowa jest o tym, że Wspólnotą AA nie zarządza i nie steruje żaden człowiek (jedyną „władzą” jest w niej miłujący Bóg), a nie o tym, że alkoholicy mają odrzucić wszelkie moralne czy inne autorytety. O tym zresztą świadczy ciąg dalszy, który mówi przecież wyraźnie, że „nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”. Pozostaje mieć nadzieję, że to tłumaczenie wkrótce zostanie skorygowane; narobiło już chyba dosyć szkody we Wspólnocie.
 
Całymi latami zwracałem delikatnie uwagę, że może warto byłoby zweryfikować tłumaczenie Drugiej Tradycji, ale… Ostatecznie, w związku z brakiem widocznych efektów, w czerwcu 2010 roku napisałem na ten temat już zdecydowanie mniej delikatny, a nawet mocno kontrowersyjny artykuł pod tytułem: „Druga Tradycja AA – tragedia i przekleństwo polskich alkoholików”, który polecam w tym miejscu szczególnej uwadze, jako kontynuację lektury na temat Drugiej Tradycji.

wtorek, 18 września 2007

Zbyt skrupulatnie i za...

Kiedy we Wspólnocie AA gotów byłem wreszcie słuchać także innych ludzi, a nie tylko podszeptów swojego komplikatora, który czasem optymistycznie nazywam rozumem, wpadło mi kilka razy w uszy stwierdzenie, że 12 Kroków AA nieprzypadkowo ułożono w tej właśnie kolejności, a na dokładkę ponumerowano.

Zbyt skrupulatnie i za dokładne

Dla takich jak ja nowicjuszy miało to (czyli numeracja) oznaczać, że Kroki należy poznawać i realizować w ustalonej kolejności, bez wybiegania naprzód nawet o milimetr. Kiedy do tego dodałem tekst „stosowanie półśrodków nic nam nie dało…”, wyszła mi dość niebezpieczna mieszanka – uznałem bowiem, że nie powinienem nawet zerkać w kierunku następnego Kroku, jeśli wcześniej nie zrealizowałem poprzedniego całkowicie i absolutnie dokładnie. Zafundowałem sobie w ten sposób kilka solidnych wybojów na drodze trzeźwienia, mam też świadomość, że parę istotnych decyzji życiowych podjąłem zbyt pochopnie i przed czasem. Trudno… pewnie tak miało być. 
W każdym razie realizując Krok 3, nie zadowoliłem się uznaniem, że „Bóg istnieje, ale ja nim nie jestem” (to AA-owskie powiedzenie dotarło do mnie za późno) i ewentualnym przyjęciem za Siłę większą Wspólnoty AA, Służby Zdrowia, Losu, Przeznaczenia, Kosmicznego Ładu, czy czegoś podobnego, ale starałem się bardzo dokładnie poukładać i uporządkować swoje relacje z Bogiem, kościołem, wiarą, religią, klerem itd.

Problem polegał na tym, że mi się to w pewnym sensie udało. Udało się dokładnie tak, jak dziecku udaje się posprzątać pokój, kiedy obiecają mu za to ciastko lub grożą karą. Dziecięce sprzątanie, wymuszone lub motywowane nagrodą, często polega na tym, że do szaf i szafek pakowane są chaotycznie i czasem „na siłę”, przedmioty różnego typu i zastosowania. Pozorne wszystko jest w porządku – bałaganu nie widać. Problem zaczyna się wtedy, kiedy okazuje się, że potrzebnych rzeczy nie można znaleźć, a po otwarciu szafki wszystko się z niej wysypuje. 
Tak to właśnie u mnie wyglądało, kiedy w Strzyżynie zmierzyłem się z Krokiem 11. Podszedłem do tego zadania „na luzie” przekonany, że ja właściwie nic, albo niewiele, mam tu do zrobienia - przecież tak się napracowałem przy Kroku 3. Jakieś zadania do napisania? Pestka! Spokojnie otworzyłem swoje „szafki” i… nagle znalazłem się w środku całkiem niezłego bałaganu, wszystko mi się rozsypało. Na szczęście byłem w dobrym miejscu, wśród właściwych ludzi.

Kiedyś dość boleśnie przekonałem się, że zrobiłem błąd nie realizując natychmiast po Krokach 4-5 Kroku 10. Teraz dotarło do mnie, że Kroki 3 i 11 tworzą jedną, harmonijną całość i nie może być tak, że „zrobię” Krok 3, zamknę, odłożę, zajmę się następnymi, a dopiero kiedyś tam, jak dotrę do Kroku 11, powrócę do tematu.
Krok 3, w moim obecnym przekonaniu, powinien płynnie przejść w 11 w trakcie pracy nad wszystkimi Krokami, które je dzielą… a może właśnie nie dzielą, ale łączą i spajają. Tylko, czemu zrozumienie czegoś tak prostego zajęło mi tyle lat?

Z Krokiem 12 zmajstrowałem sobie problemy podobne, bo, od czego mam perfekcyjny komplikator? Ostatni element „… i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”, nie budził moich wątpliwości. Właściwie „od zawsze” wiedziałem i czułem, że Program AA jest dla mnie dobrym pomysłem na życie, a nie tylko oderwanym od realnego świata tematem, z którym mam kontakt jedynie przez dwie godziny mityngowe w tygodniu.

Niestety, reszta tego Kroku rodziła już pytania i rozterki. Czy faktycznie pomóc można drugiemu alkoholikowi tylko po przebudzeniu duchowym? A po czym w ogóle owo przebudzenie poznać? Czy rzeczywiście liczy się tylko przebudzenie duchowe „w rezultacie tych kroków”, a inne przebudzenia są nieważne?

Dzięki zbiorowej mądrości grupy i wspólnej pracy, dzięki mojemu sponsorowi i dzięki literaturze AA poradziłem sobie i z tymi problemami. Czy do końca? Czas pokaże. W każdym razie ostatecznym i kto wie, czy nie najważniejszym elementem okazały się słowa Doktora Boba, który podczas swojego ostatniego wystąpienia stwierdził, że cały Program to w zasadzie dwa elementy: miłość i służba.

Pomimo ogromnej determinacji i zaangażowania, a może właśnie „dzięki” nim, można się zagubić i próbować realizować Program AA zbyt skrupulatnie i za dokładnie, upierając się przy określonej kolejności, jednak, jak się okazuje, miłość i służba potrafią korygować nie takie błędy.



Dużo więcej w moich książkach