środa, 20 stycznia 2010

Moja Wspólnota AA

Wypowiedziami – w różnych miejscach i na różne tematy – prowokowałem tak długo, aż w końcu się doigrałem. Zadzwonił telefon – tu Hipnotyzer (to mój sponsor), uważam za wskazane, abyś zastanowił się nad tematem „moja Wspólnota AA”. Bąknął też coś o Trzeciej Tradycji, o ogonie, który co trochę próbuje merdać psem i z nowym zadaniem zostawił mnie samego.


MOJA WSPÓLNOTA AA, albo… noworoczne postanowienia


Na początku to ona nie była wcale taka moja, ta Wspólnota, mimo, że dość regularnie chodziłem na mityngi. Byłem po prostu alkoholikiem, który w trakcie terapii odwykowej brał także udział, z polecenia terapeutki zresztą, w mityngach AA. 
 
Minęły lata. Pojawił się w moim życiu drugi sponsor (ale pierwszy z prawdziwego zdarzenia), brałem udział w warsztatach w Strzyżynie i Woźniakowie, zacząłem pełnić służby, wreszcie pracować z trzecim sponsorem. W życiu, także tym pozamityngowym (a może zwłaszcza w nim), zaczęły się dla mnie liczyć Tradycje, z którymi najpierw musiałem się przecież jakoś bliżej zapoznać… Wspólnota AA powoli stawała się coraz bardziej moja, choć proces ten nie przebiegał gładko i jednostajnie. Zawirowania następowały, a jakże! Zwłaszcza wtedy, gdy dochodziłem do wniosku, że ja już wiem najlepiej, że ja już wszystko rozumiem, znam receptę i teraz, to proszę tylko mnie uważnie słuchać, a na pewno wszystko będzie dobrze.
 
Prosty przykład. Swego czasu rozpętałem całkiem sporą burzę oburzając się na obłudę grup AA i całej Wspólnoty w Polsce, która siedzi w kieszeni Kościoła Katolickiego, płaci czynsze grubo poniżej stawek rynkowych i jeszcze twierdzi, że jest samowystarczalna. To pewnie wszystko prawda, ale… w tym momencie Wspólnota była chyba jednak mniej moja, niż wówczas, gdy sam na wzburzone fale lałem oliwę zgody i porozumienia przypominając, że w Siódmej Tradycji mowa jest o tym, że każda grupa powinna być samowystarczalna, a nie, że musi taka być, albo natychmiast się stać.
Co dobrego i korzystnego dla Wspólnoty wyniknie z biegłej i „na wyrywki” znajomości zasad i tradycji, jeśli służy to tylko miażdżącej krytyce? Powoli przekonywałem się, że słuszne argumenty i racja, to jeszcze nie wszystko, a poza tym… z tą racją często jest trochę tak, jak z d… - każdy ma swoją.
 
III Tradycja Wspólnoty AA mówi, że jedynym warunkiem przynależności jest chęć zaprzestania picia, ale ani słowa o tym, że żeby do niej należeć, trzeba bezwzględnie i drobiazgowo znać i przestrzegać wszystkie zasady, tradycje i koncepcje – traktowane przy tym nieomalże jak jakieś zarządzenia, czy obowiązujące normy prawne.
 
Moje główne postanowienie na nowy, 2010 rok brzmi: miłość, służba i dzielenie się doświadczeniem. Przyznaję z pewnym zawstydzeniem, że nie pierwszy to raz, ale może rzeczywiście takie postanowienia trzeba i warto podejmować wciąż na nowo? Nawet każdego dnia? A jeżeli nie od razu będzie mnie na tą miłość stać, to będę się starał zacząć od życzliwości, zrozumienia, akceptacji i wyrozumiałości.
Na to moje noworoczne postawienie wpłynęło w istotny sposób pewne wydarzenie. Święta 2009 roku spędziłem w szpitalu. Dwuosobowy pokój dzieliłem ze starszym panem, alkoholikiem. Kiedyś nawet trafił, sterroryzowany przez żonę, do ośrodka odwykowego i był detoksykowany, ale na terapię się nie zgodził twierdząc, że on nie jest alkoholikiem tylko „smakoszem” i „degustatorem” piwa. Takich określeń używał mówiąc o sobie i swoim piciu. Pije to piwo nadal, w ilościach… różnych – zależnie od stanu kasy i okoliczności. Poza okresami pobytu w szpitalach, minimum jedno-dwa dziennie. Ale, co ciekawe, ten człowiek dzień za dniem pomagał innym chorym i personelowi, w czym tylko się dało. Opróżniał rano kosze na śmieci, karmił staruszki, które miały problem z samodzielnym jedzeniem, woził po korytarzu („na spacer”) w inwalidzkim wózku, pacjentów niechodzących. Widziałem, jak wielu ludzi czymś go częstowało i on zawsze chętnie brał, ale zwykle większość tego, co dostał, rozdał i rozczęstował wśród innych. Poza ciastkami, cukierkami, owocami, dostałem od niego trzy „święte” obrazki. 
Ja może za takimi obrazkami aż tak bardzo nie przepadam, ale przyznam, że jego życzliwość bardzo mnie ujęła, a postawa wobec ludzi wyjątkowo się podobała.





Dużo więcej w moich książkach. 


wtorek, 19 stycznia 2010

Krok 1 Programu 12 Kroków

Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem.
(ang. We admitted we were powerless over alcohol - that our lives had become unmanageable.)

Jak rozumiem Krok 1 Programu 12 Kroków AA?

Bezsilność… Określenie powtarzane na terapiach odwykowych i tysiącach mityngów AA tak często, że zaczęło z czasem nabierać jakiegoś nieomalże magiczno-mistycznego odcienia znaczeniowego. Czy w takim razie można twierdzić, że istota bezsilności jest czymś oczywistym i jednoznacznie rozumianym? Obawiam się, że nie jest to takie proste.
Ludzie doświadczają bezsilności praktycznie każdego dnia. Zdecydowana większość tych przypadków jest akceptowana automatycznie, jako coś zwykłego i codziennego. Wszyscy jesteśmy bezsilni wobec pogody, ale czy fakt, że nie mamy zupełnie żadnego wpływu na to, czy jutro będzie padać, skłania kogokolwiek do rozważań na temat bezsilności? Ten przykład nieźle też ilustruje różnicę pomiędzy bezsilnością i bezradnością. Jesteśmy bezsilni wobec pogody, ale nie bezradni – możemy się stosownie ubrać, wziąć parasol itp. Ale bezsilność wobec alkoholu? Używki popularnej i dostępnej dla każdego (dorosłego), w każdym sklepie spożywczym? To jakiś absurd! Czy można sobie wyobrazić bezsilność wobec… no, nie wiem… gumy do żucia? To przecież śmieszne! Ano właśnie…
 
Podczas terapii odwykowej usłyszałem po raz pierwszy, najbardziej chyba popularne, porównanie ilustrujące problem bezsilności: na pięściarskim ringu czeka na mnie mistrz świata w boksie. Oczywiste jest, że jeśli tylko podejmę walkę, zawsze przegram. Dopóki wydaje mi się, że inne rękawice, dieta, trening, markowe buty, jakaś inna technika itd., mogą odmienić wynik starcia – zostanę na tym ringu zmasakrowany. Bo nie chodzi tu o jakiś nowy sposób, metodę, czy technikę, ale o to, że on i ja to zupełnie różne klasy i poziomy, i choćbym nie wiem co zrobił, żadnych szans i tak nie będę miał. Nigdy!
 
Anonimowi Alkoholicy twierdzą, że nic tak skutecznie nie przekonuje o bezsilności wobec alkoholu, jak sam alkohol, a dokładniej konsekwencje jego wieloletniego używania i nadużywania. Jeśli alkoholik poniesie bardzo dotkliwe straty w każdym, lub prawie każdym, aspekcie swojego życia, bo nie chodzi tu rzecz jasna tylko o kwestie finansowe, to jest pewna szansa na to, że tragedie, które spowodował, w jakimś momencie, często na niezbyt długa chwilę, pomogą mu „zobaczyć” kawałek rzeczywistości i podjąć decyzję – nie, już dalej tak nie chcę! W AA można usłyszeć, że każdy alkoholik musi sięgnąć swego dna, co w praktyce oznacza najczęściej bardzo bolesne zderzenie z własną bezsilnością wobec alkoholu.
 
Jak wyglądało to w moim przypadku? W czerwcu 1998 roku straciłem pracę. Straciłem ją przez picie. W konsekwencji zgłosiłem się do poradni odwykowej i zacząłem leczenie. Czy to zdarzenie mogę nazwać „zderzeniem z bezsilnością”? No, może co najwyżej otarciem się o nią, muśnięciem. Przez następne pół roku brałem udział w terapii odwykowej i mityngach AA i nie potrafiłem utrzymać abstynencji. Problem bezsilności rozumiałem, jak najbardziej, ale rozumienie, w moim przypadku, widocznie jednak nie wystarczyło. Zdaję sobie z tego sprawę teraz, bo potrafię przypomnieć sobie przedostatnie swoje picie i żywioną wówczas nadzieję, że może jest jakaś szansa, że będę pił tylko w weekendy. Wiedziałem, że nie potrafię żyć bez alkoholu, ale łudziłem się, że uda mi się to swoje picie „zamknąć” w dniach wolnych od pracy.
 
Wiele lat później zorientowałem się, że to, co tu opisałem, ma kolosalne znaczenie. Podczas terapii i w AA bezsilność jest najważniejsza – bezradnością właściwie nikt sobie specjalnie nie zawraca głowy. Jednak dopóki nie doświadczyłem bezradności, nie byłem też w stanie w pełni, w całej rozciągłości, a zwłaszcza skutecznie, skontaktować się ze swoją bezsilnością.
Dopóki jestem w stanie wymyślać kolejne sposoby, metody, techniki picia, które mogę wypróbowywać, licząc na to, że pomogą mi używać alkoholu bez tragicznych tego następstw i konsekwencji, czyli dopóki nie będę całkiem bezradny, nie doświadczę bezsilności. Dopiero kiedy sam nie będę miał już absolutnie żadnego pomysłu, ani żadnej wiary, czy nadziei, że ktoś mi coś w tym względzie podpowie, doradzi, zdradzi tajemnicę, jak pić i nie cierpieć, wtedy dopiero będzie dla mnie szansa. Droga do bezsilności, moja droga, wiodła przez bezradność.
 
Za to w styczniu 1999 roku zderzyłem się z własną bezsilnością jak najbardziej realnie, dotkliwie i tragicznie. Głodny i zmęczony wracałem autobusem z pracy. Kiedy wysiadałem na swoim przystanku, poczułem, że chce mi się pić, że wręcz „muszę” się napić, a najlepiej już, zaraz i natychmiast. Głód alkoholowy był wyjątkowo dotkliwy. Poszedłem w stronę sklepu monopolowego. Byłem już wtedy „wyedukowanym” alkoholikiem, miałem za sobą sześć miesięcy terapii odwykowej i zdawałem sobie sprawę, że to się dla mnie źle skończy, że nie powinienem, że nie mogę. Zawróciłem w drugą stronę, w stronę domu. Pokonałem w ten sposób może z kilkadziesiąt metrów, ale głód alkoholu zmusił mnie do zmiany kierunku – znów szedłem w stronę sklepu monopolowego. Wydawało mi się wtedy, że w uszach wyją mi sygnały alarmowe, a przed oczami migają czerwone, ostrzegawcze światła: Uwaga! Niebezpieczeństwo! A więc znów zawróciłem i starałem się dotrzeć do domu. Pomiędzy sklepem, w którym był alkohol, a bezpiecznym domem, chodziłem jak opętany ponad pół godziny – w tę i nazad, tam i z powrotem… W końcu jednak doszedłem do sklepu, kupiłem wódkę i napiłem się jej jeszcze przed powrotem do domu, w jakiejś bramie, wprost z butelki, „z gwinta”, łapczywie, byle szybko. Piłem wtedy „na umór” przez trzy doby.
Ta droga, raz w stronę życia, po chwili w stronę śmierci, jest jednym z większych koszmarów mojego życia. Robiłem coś, czego nie chciałem robić, ale nie potrafiłem się przeciwstawić, nie miałem wtedy siły, żeby dojść do domu. Byłem bezsilny.
 
Minęły lata. Przeszłość pozostała niezmienna i nadal całkiem nieźle ją pamiętam, ale… Przyglądając się jej na trzeźwo, krytycznie, zacząłem się zastanawiać, czy bezsilność rzeczywiście wystarczy? Ale dopiero wiosną 2009 byłem w stanie napisać artykuł pod tytułem „Bezsilność to nie wszystko”.
 
Podczas mityngów AA chodzi często o identyfikację. Jeśli w trakcie takiego spotkania facet siedzący obok mnie mówi, że kiedyś na imieninach u znajomych tak się spił, że zasnął w toalecie, a do tego przedstawia się jako alkoholik, to może i mnie przyjdzie to do głowy, jeżeli miałem w życiu podobne doświadczenia, a przecież miałem. Ktoś inny z kolei mówi, że jeździł samochodem po pijanemu i upatruje w tym dowodu na własną bezsilność wobec alkoholu. Mnie też zdarzało się prowadzić auto w stanie nietrzeźwym (nawet wiozłem wtedy syna!), więc może i ja jestem wobec alkoholu bezsilny?
Poza opowieściami, które mają z założenia służyć identyfikacji, alkoholicy podczas mityngów mówią o tym, co i w jaki sposób zrobili, żeby nie pić i tego również mogę podsłuchać i wykorzystać w swoim życiu. Zwłaszcza to!
  
W chwili obecnej, choć mam sporą nadzieję, że nie na zawsze, druga część Pierwszego Kroku brzmi: „… że przestaliśmy kierować własnym życiem”. Nie jest to tłumaczenie najlepsze – delikatnie mówiąc. W środowisku polskich AA coraz częściej słychać głosy domagające się nowego, poprawnego, bardziej zgodnego z duchem Wspólnoty, tłumaczenia tekstów, w tym również Kroków i Tradycji. Ale póki co…
 
W czym jest problem? Jeśli PRZESTALIŚMY kierować swoim życiem, to widocznie kiedyś nim kierowaliśmy, prawda? W związku z tym, niejako automatycznie, rodzi się pytanie, kiedy to było? Kiedy kierowałem tym swoim życiem? Jedyna sensowna w tej sytuacji odpowiedź brzmi, że zanim uzależnieniem się od alkoholu. Ale, jeśli przez uzależnieniem kierowałem swoim życiem, to jak to się stało, że wykierowałem się na alkoholika? Jak kierowałem, jeśli moje małżeństwo (jeszcze przed uzależnieniem!) skończyło się rozwodem? Jak niby kierowałem, jeśli trzy razy przerywałem studia? Czyżby tak miało być? Czy o to mi chodziło? Tak chciałem i planowałem?
We Wspólnocie AA czasem słyszałem, że trzeźwienie polega na odzyskiwaniu kontroli nad własnym życiem, ale problem pozostaje dokładnie taki sam: odzyskiwać można coś, co się kiedyś, wcześniej, miało i ewentualnie utraciło z określonych powodów, w jakichś tam okolicznościach. W efekcie – podobnie jak i ja na samym początku – wielu alkoholików zakłada, że utrata kontroli nad własnym życiem dotyczy czasów uzależnionego, destrukcyjnego, kasacyjnego picia i… przestaje się tym zajmować, bo przecież teraz już nie piją, a więc nie za bardzo ich to dotyczy. Ale to w konsekwencji powoduje niezdolność do skorzystania i wykorzystania w pełni tekstu i złożonej idei Kroku Pierwszego.
Jestem alkoholikiem. Alkoholizm jest chorobą potencjalnie śmiertelną. Nie sądzę, żebym mógł sobie pozwalać na takie marnotrawstwo, czyli korzystanie z narzędzia, jakie oddano do mojej dyspozycji, jedynie częściowo, po łebkach, wyrywkowo, do połowy.
 
Po konsultacjach z przyjaciółmi, którzy naprawdę biegle posługują się językiem angielskim, dochodzę do wniosku, że zamiast „przestaliśmy kierować” więcej sensu miałoby określenie: „nasze życia stały się niekierowalne”. Pasuje mi to zwłaszcza dlatego, że kiedyś, dla któregoś z podopiecznych, wymyśliłem pewne motoryzacyjne porównanie, które miało z założenia pomóc mu w zrozumieniu problemu kierowania. Powiedzmy, że prowadzę samochód. Mam do dyspozycji kierownicę, pedały, drążek, jakieś przyciski. Kieruję? Pozornie tak, ale czy w takim razie osiągnięcie celu podróży zależy tylko ode mnie? I tu zaczynają się schody… Jaki ja mam wpływ na pogodę, na stan nawierzchni, na lokalizację stacji benzynowych, na zmęczenie materiału, usterki i awarie? Jaki mam wpływ na zachowanie innych użytkowników tej samej drogi, ich umiejętności, stan ich pojazdów i dziesiątki innych jeszcze elementów, które przecież mają wpływ na moje działania i zachowania? Tak mogłoby wyglądać kierowanie w czasie, gdy nie miałem jeszcze, albo już, problemu z alkoholem. A w czasach picia? Ta sama droga, to samo auto, identyczna trasa. Tylko, że teraz staram się kierować pojazdem, który wpadł w poślizg, a więc (niektórzy kierowcy to znają i wiedzą, o co chodzi) jest prawie zupełnie niesterowalny; „nie słucha” hamulca, a na ruchy kierownicą reaguje w sposób nieprzewidywalny. Kierowca ma na rozwój wypadków wpływ wyraźnie ograniczony, jeśli w ogóle jakiś.
 
Ostatecznie rozumiem to w sposób następujący: w czasie picia, a zwłaszcza w jego ostatnich latach, moje życie było zupełnie niekierowalne. Szedłem przez nie, a właściwie toczyłem się, jak pijak po ulicy: tu kogoś potrąciłem, tam odbiłem się od drzewa, po kilku krokach wpadłem na latarnię, przewróciłem się itd. Jednak przed uzależnieniem się i po wypiciu ostatniego kieliszka zdolność do kierowania własnym życiem mam także dość mocno ograniczoną. W dużej mierze wynika to z samej konstrukcji życia. W zakresie mniejszym, lub większym, wpływ na mnie, moje zachowania, decyzje, wybory życiowe, mają zarówno inni ludzie, jak i urzędy, instytucje, czy nawet media. Przecież nawet do kaprysów pogody muszę się jakoś dostosowywać!
 
Do czego jest mi takie rozumowanie potrzebne? Ano, głównie do tego, żebym nie cierpiał. Jako alkoholik, wytrzymałość na cierpienie, zwłaszcza długotrwałe, mam dość mocno ograniczoną. Jeśli, jak dziecko, będę upierał się, że coś tam ma być „po mojemu”, a za sprawą innych ludzi, urzędu, albo choćby pogody, „po mojemu” dziać się jednak nie będzie – będę cierpiał. Rosła będzie moja frustracja, niezadowolenie z siebie, z życia, poczucie nieudolności i beznadziejności. Ale przecież na takie stany ja znam znakomite lekarstwo! Stosowałem je całymi latami i najczęściej pomagało – alkohol.
 
Druga część tekstu Pierwszego Kroku – moim zdaniem – mówi o pokorze. Pokorze rozumianej, jako zgoda na rzeczywistość taką, jaka ona naprawdę jest, oraz niewalczenie z faktami. To pokora właśnie potrzebna mi jest do pogodzenia się z faktem, że wpływ na innych ludzi, na cały system, czy układ, w którym żyję, mam w sumie dość mocno ograniczony i, chociaż każdego dnia podejmuję jakieś tam decyzje i dokonuję rozmaitych wyborów, to nadal jeszcze nie znaczy, że uzyskałem pełną zdolność do kierowania swoim, albo cudzym, życiem.
Ale i to jeszcze nie jest wszystko. Alkoholizm jest (także!) chorobą emocji. Alkoholicy niewątpliwie mają problem z rozpoznawaniem, przeżywaniem, uzewnętrznianiem uczuć i emocji. I tu pojawia się pytanie o znaczeniu wręcz przełomowym: jeśli jestem przerażony, lub wściekły, to kto kieruje moim życiem, ja, czy może mój strach, ja, czy moja złość? Kiedy jestem owładnięty uczuciami lub emocjami (czasem mówimy „targają mną emocje”, prawda?), z którymi, jako alkoholik, sobie nie radzę, w potocznym rozumieniu tego słowa, to jaką mam zdolność do kierowania własnym życiem? Myślę, że odpowiedź na te pytania i wątpliwości jest chyba oczywista.
 
Jeśli doświadczenie bezsilności wobec alkoholu jest podstawą i fundamentem dla alkoholika starającego się utrzymać trwałą abstynencję, to zrozumienie, wewnętrzna zgoda i świadomość ograniczonej zdolności do kierowania własnym życiem, oraz wszelkich tego następstw i konsekwencji, a także świadomość szalejącej samowoli, jest niezbędna dla alkoholika, który chce wytrzeźwieć, który za cel stawia sobie coś więcej niż samo tylko niepicie.
 





Więcej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.




niedziela, 20 grudnia 2009

Desiderata, a Program AA

Na początek krótkie wyjaśnienie. Poemat Ehrmanna oryginalnie nosi tytuł „Desiderata” – jest to liczba mnoga od łacińskiego desideratum, są to więc te desiderata (analogicznie jak te akta), czyli to, co pożądane, upragnione. Te desiderata, a nie ta desiderata. Jeśli na polski przetłumaczono cały poemat, to może jego tytuł też warto, a nawet należałoby przetłumaczyć? Desiderata to po naszemu dezyderaty.

„Dezyderaty” Maxa Ehrmanna, a Program Wspólnoty AA

Pierwszy raz w życiu usłyszałem ten poemat w sanatorium dla ludzi z nerwicami i depresjami; podczas spotkania społeczności terapeutycznej przeczytała go jedna z pacjentek. Pół godziny później nikt z nas nie potrafił już powiedzieć, o czym to było, ale wszyscy zgodnie twierdzili, że utwór szalenie się im podobał, bo był taki romantyczny i nastrojowy. Kilka miesięcy później zacząłem uczęszczać na mityngi AA i tam usłyszałem ten tekst po raz drugi, a później jeszcze dziesiątki, albo i setki razy. W tym czasie, w moim ośrodku odwykowym, zadawane były często pacjentom, alkoholikom, zadania oparte na treści poematu Ehrmanna. Jednak, jeśli dobrze sobie przypominam, zadania takie zadawali tylko terapeuci uzależnieni.
 
Poemat bardzo mi się podobał i wówczas autentycznie wierzyłem, że ma ze zdrowieniem z alkoholizmu jakiś związek. W pierwszych latach swojej abstynencji, kiedy pod koniec mityngu była jeszcze chwila czasu, sam proponowałem i od razu sam zgłaszałem się do przeczytania „Dezyderatów”. Znajomi mówili, że czytam, a właściwie to nawet deklamuję, ten tekst pięknie, z prawdziwym uczuciem. A ja znakomicie się czułem, zarówno czytając go, jak i wysłuchując. Pochwały dotyczące deklamacji także cudownie poprawiały mi samopoczucie.
 
Dziś zastanawiam się i szukam odpowiedzi na pytania: czy „Dezyderaty” Ehrmanna, ich przekaz, treść i sens, mają jakiś związek, z duchem, ideą, istotą Programu AA? Czy „Dezyderaty” mogą być pomocne osobom zdrowiejącym z choroby alkoholowej? Analizując utwór zdanie po zdaniu…
 
Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu – pamiętaj, jaki pokój może być w ciszy. 
– Rozliczne zalety ciszy i spokoju są niepodważalne. Tylko… co ja mam zrobić w związku z tym? Przecież współczesny świat pełen jest zgiełku i pośpiechu. Jak mam się zachować, jeśli w normalnym pośpiechu dnia codziennego żyją moi bliscy, przyjaciele, znajomi? Odciąć się? Odizolować? Żądać by nie zakłócali mi ciszy i spokoju swoimi sprawami?
 
Tak dalece jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. 
– W dobrych stosunkach z innymi ludźmi zawsze warto być, to chyba oczywiste. Ale co do tego „niewyrzekania się siebie” mam poważne wątpliwości. W AA usłyszałem, że przestać pić to nic trudnego, wystarczy tylko zmienić całe swoje życie. Przez lata zdrowienia z alkoholizmu (tzw. trzeźwienia) wyrzekałem się i wyrzekam swojego egoizmu, egocentryzmu, samowoli, lekkomyślności, pijanego, nierealistycznego myślenia, bzdurnych i szkodliwych przekonań, realizowania jedynie własnych zachcianek… Wyrzekam się dawnego siebie właśnie po to, by mieć szansę na dobre stosunki z innymi ludźmi.
 
Prawdę głoś spokojnie i jasno słuchając też tego, co mówią inni - nawet głupcy i ignoranci, oni tez mają swoją opowieść. 
– Można by powiedzieć, że to sugestia właściwa i na czasie, zwłaszcza podczas mityngów AA, ale to byłaby złośliwość. A głupcami i ignorantami nazywam innych ludzi już coraz rzadziej – w efekcie praktycznej realizacji Programu i dzięki służbie, tak mi się jakoś porobiło.
 
Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha. 
– Oczywiście, że są, ale Trzecia Tradycja mówi, że jedynym warunkiem przynależności do AA jest chęć zaprzestania picia, a nie cicha i uległa postawa. Czy alkoholikom głośnym i napastliwym mam odmówić pomocy? Nie nieść takim posłania? Unikać? Ignorować? Odepchnąć?
 
Jeśli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od Ciebie. 
– Życie bez ocen i porównań jest nierealne, a próby tego typu – niebezpieczne. Jednak jako alkoholik muszę bardzo pilnować, żebym niezbędnych porównań nie wykorzystywał do manipulowania swoimi uczuciami.
 
Ciesz się zarówno swoimi osiągnięciami jak i planami.
– Osiągnięciami? Oczywiście, jak najbardziej. Ale co do planów, byłbym już ostrożniejszy. Pamiętam jeszcze całkiem dobrze marzeniowe planowanie i nierealistyczne rojenia, jakie snułem w okresie picia, a także uciechę, jaki mi one wówczas sprawiały. Przynajmniej do momentu, w którym nieprzyjemnie wzrastał mi poziom krwi w alkoholobiegu.
 
 
Wykonuj z sercem swą pracę jakakolwiek byłaby skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. 
– Jeśli coś robię, to staram się to robić najlepiej jak potrafię. Z zaangażowaniem. Solidnie. Do końca. Ale czy z sercem? Są prace, do których serca nie mam i nie uważam, żeby było w tym coś złego, na przykład praca rzeźnika. A co do trwałej wartości pracy w zmiennych kolejach losu, to chyba nie ma o czym mówić w obecnej postkomunistycznej rzeczywistości. No, ale brzmi ślicznie.
 
Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach – świat, bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech Ci to nie przysłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne heroizmu. 
– Oczywiście i oczywiste. Dla każdego, nie tylko dla uzależnionych.
 
Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć, nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowania jest ona wieczna jak trawa. 
– Zdecydowanie nie chcę już być dawnym sobą. Cyniczny wobec miłości nie byłem nigdy, tyle tylko, że przez wiele lat myliła mi się ona z zakochaniem. A uczucia i emocje mam się nauczyć wyrażać w taki sposób, żebym przez to nie krzywdził innych ludzi. I samego siebie. 
 
Przyjmuj pogodnie to, co lata niosą – bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. 
– Z upływem czasu, coraz łatwiej i bez goryczy, wyrzekam się kolejnych przymiotów młodości. To tylko z godzeniem się na przymioty starości mam pewne, hm… problemy i opory.
 
Rozwijaj siłę ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla Ciebie. 
– Super! Szkoda tylko, że Ehrmann nie pisze, jak to zrobić. Bez jakiejś wskazówki na temat realizacji, jest to tylko zachcianka i marzenie. Tym niemniej brzmi nieźle – dopóki nie zapominam, że mam planować działania, a nie efekty.
 
Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
– To jest dobre. Jeśli obawy nie wynikają z realnych wydarzeń, potrafią być zmorą w zdrowieniu. Te wszystkie czarne scenariusze, pesymistyczne przewidywanie przyszłości… Brrr!
 
Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. 
– Miej ciastko obok zjedzonego ciastka. Pobłażaj sobie, ale bądź dla siebie surowy i wymagający. Podobnie jak wyżej – przy braku sugestii, jak konkretnie tego dokonać, są to jedynie fantazje i chciejstwa. Ale niewątpliwie urocze.
 
Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy to jest dla Ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki, jaki być powinien.
– Piękne. Urokliwe. Romantyczne. I może nawet w odniesieniu do wszechświata w jakiejś mierze prawdziwe. Tylko z ludźmi na naszej poczciwej Ziemi jest jakby nieco gorzej. Ja się nie podejmę ofiar holokaustu, albo stalinizmu przekonywać, że było i jest tak, jak być powinno. Ale może Max Ehrmann by to potrafił…
 
Tak, więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz o Jego istnieniu i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia. 
– Piękne słowa bez większego znaczenia i jakiejś głębszej treści. Mniej więcej tak, jak złożone bez zaangażowania, na odczepnego, życzenia wszystkiego najlepszego.
 
W zgiełku ulicznym, zamęcie życia zachowaj pokój ze swą duszą.
– Jeśli rozumieć to jako zalecenie, lub sugestię, by starać się mieć zawsze czyste sumienie, to wtedy owszem, ma sens. Jednak jeśli nie, to – jak wyżej.
 
Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. 
– Wydaje mi się, że oceny świata i jego ewentualnego piękna każdy powinien dokonywać na własny rachunek. Na podstawie przeżyć i doświadczeń. Poematy mają tyle wspólnego z realnym światem, co i telenowele. Brazylijskie.
 
Bądź pogodny, staraj się być szczęśliwy.
– Bądź pogodny, to takie życzenia szczęścia, zdrowia, pomyślności, i w zasadzie nic więcej. Miłe, ale nic poza tym. Natomiast z tym staraniem, by być szczęśliwym, już nie do końca się zgadzam. Ja się mam starać o swoje szczęście? Świetnie! Robiłem to całe życie, mam doświadczenie. Ale co z innymi ludźmi? Ich szczęście to ich sprawa? To nie mój problem? Niech każdy się troszczy i dba o swoje własne szczęście? A poza tym… Jeszcze nie tak dawno, kilkanaście lat temu, tak bardzo starałem się być szczęśliwy, że ostatecznie wylądowałem na detoksie. Może już czas najwyższy przestać gonić tylko za nieustannym uszczęśliwianiem się? 
 
Nawet tak pobieżna analiza pokazuje mi, że „Dezyderaty” nie mają wiele wspólnego z Programem AA – jeśli w ogóle cokolwiek – a nawet powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Doktor Bob powiedział w swym ostatnim wystąpieniu, że jak ścisnąć cały ten Program, to zostaje właściwie tylko miłość i służba. O służeniu innym z miłością i z miłości w poemacie Ehrmanna nie ma ani słowa. Jest za to o unikaniu ludzi, których towarzystwo może nie być najprzyjemniejsze, jest o dbaniu o własny komfort, ciszę i spokój. W AA mówią, że nasze wspólne dobro jest najważniejsze. Ehrmann wydaje się być innego zdania. Wiele jego sugestii dotyczy zapewniania samemu sobie spokoju, dobrego samopoczucia, szczęścia. Stosunki z innymi ludźmi? Tak, ale tylko pod warunkiem, że nie trzeba będzie się nijak zmieniać, a ci inni nie będą zbyt uciążliwi.
 
Zastanawiam się, czemu ten poemat podobał mi się aż tak bardzo, czemu byłem nim zachwycony, a nawet zafascynowany i zauroczony? Czemu często łzy stawały mi w oczach, gdy go czytałem? Był taki czas, w którym marzyłem, że będę żył tak, jak to napisano w „Dezyderatach”, wierzyłem, że to możliwe, pragnąłem tego i nawet próbowałem traktować ten utwór, jako coś w rodzaju przewodnika życiowego. A może… Może miało to jakiś związek z moim uzależnieniem?
 
„Dezyderaty” to był miód na moją zbolałą duszę alkoholika. Ehrmann zapewniał mnie, że mam prawo tu być, że powinienem być pogodny, starać się o własne szczęście, nie pozwalać innym wprowadzać w mój świat zgiełk i pośpiech, że przestawać mam tylko z ludźmi, których towarzystwo jest przyjemne, że mam być dla siebie łagodny, nie zmieniać się, że świat jest piękny… 
Tak, to był mój wymarzony i upragniony sposób na życie. Taki śnił mi się zwykle po trzeciej ćwiartce. Piękny świat dla mnie, bo przecież Ehrmann nie sugeruje zastanawiania się i rozważań, czy ten świat ze mną, alkoholikiem, dla moich bliskich, lub współpracowników, był i jest równie piękny.
Zakochany wręcz byłem w ostatnich słowach: „staraj się być szczęśliwy” – zdecydowanie bardziej mi się to podobało niż na przykład „zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy”, czy „zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny”, albo inne, które są praktyczną wskazówką dotyczącą zdrowienia.
 
„Dezyderaty” to nadal i wciąż piękny utwór. Tak piękny, jak tysiące innych tekstów poetyckich wśród milionów, które powstały na przestrzeni dziejów. I chyba lepiej byłoby, gdyby tym właśnie pozostał – uroczym poematem. Bo jako recepta na życie sprawdzić może się chyba tylko na bezludnej wyspie. Natomiast w przypadku ludzi uzależnionych… no, cóż… może kiedyś jednak wypadałoby w końcu podjąć próbę rozstania z własnym monstrualnym egoizmem i egocentryzmem? Na tym świecie żyją też inni ludzie, może warto ich i ich sprawy zacząć wreszcie zauważać? Zamiast nieustannie, stale i wciąż dbać i starać się o własne szczęście i święty spokój? Nawet jeśli faktycznie niektórzy z nich są głośni i napastliwi, mają chyba prawo do czegoś więcej, niż tylko chwilka uwagi, poświęcana z pobłażaniem i wyższością głupcom i ignorantom?





Dużo więcej w moich książkach. 


poniedziałek, 23 listopada 2009

List protestacyjny

W Skrytce 2/4/3 (nr 84 z października 2009), na stronie 42 znalazłem taką oto informację: „Komisja Literatury zwróciła się do BSK o wydanie Modlitwy 11 Kroku”. Przyznam, że wprawiło mnie to w osłupienie. Wcześniej słyszałem coś na ten temat podczas Konferencji Służb Regionu, ale myślałem, że to plotki, albo mało śmieszne, a nawet głupawe żarty. Wygląda jednak na to, że Komisja Literatury traktuje ten pomysł bardzo poważnie. Niestety…
 
Zacznijmy może od tego, że nie istnieje żadna „Modlitwa 11 Kroku”. Bill W. w rozdziale dotyczącym Kroku Jedenastego starał się wyjaśnić i opisać jedną z wielu technik medytacyjnych. Ta, o którą mu chodziło, polega na wykorzystaniu do medytacji takiego lub innego tekstu. W tym przypadku Bill W. pokazał, jak to działa na przykładzie modlitwy franciszkańskiej, zwanej też czasem modlitwą św. Franciszka. Powtórzę raz jeszcze: jest to przykład zastosowania tekstu w technikach medytacyjnych. Przykład! Równie dobrze można zastosować inną modlitwę, wiersz, jakąś złotą myśl, motto, czy sentencję.
 
W dokładnie taki sam sposób Bill W. w „12x12” (str. 50) pokazuje na przykładzie siedmiu grzechów głównych, jak można zrobić obrachunek moralny. I znowu jest to tylko i wyłącznie przykład. Obrachunek można robić też inaczej, choćby wykorzystując do tego listę uraz. Tylko przykład!
 
Jeśli założyć, że istnieje „Modlitwa 11 Kroku”, to analogicznie istnieje też „Siedem AA-owskich grzechów głównych”, a więc może też trzeba je wydrukować, to jest wydać na nie pieniądze Wspólnoty AA? Bill mnóstwo rzeczy wyjaśniał na przykładach, więc w razie czego potrafię znaleźć ich więcej.
 
Jednak pieniądze to w tym momencie sprawa najmniej ważna. Przyznam, że przerażony jestem arogancją z jaką lekceważy się Preambułę AA („Wspólnota AA nie jest związana z żadną sektą, wyznaniem…”) promując i forując teksty ewidentnie chrześcijańskie, a także Tradycję Szóstą, bo przecież mamy do czynienia z niewątpliwym popieraniem i sygnowaniem „pieczęcią” Wspólnoty AA tekstu należącego do określonej religii.
Jak popieranie jednej religii czy wyznania ma się do jedności Anonimowych Alkoholików, od którego zależy ponoć nasze wyzdrowienie? Czyżby osoby pełniące służbę w Komisji Literatury uznały, że jest tylko jedna licząca się, słuszna i warta popierania religia? A co z alkoholikami innych wyznań i niewierzącymi? Mają na mityngach wrzucać do kapelusza pieniądze ze świadomością, że zostaną one wykorzystane na propagowanie chrześcijańskich modłów? 
 
Ostatecznie… Nie reprezentując nikogo, poza samym sobą, oraz przedstawiając tylko i wyłącznie swoje własne, prywatne zdanie na ten temat, stanowczo protestuję i sprzeciwiam się wydawaniu pod szyldem AA tekstów, których publikacja narusza podstawowe zasady i ducha Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Proszę też, żeby w myśl Koncepcji Piątej moje zdanie zostało wzięte pod uwagę i zapisane.





Dużo więcej w moich książkach. 

piątek, 20 listopada 2009

Czas wyborów i decyzji

Czym różnią się alkoholicy trzeźwi od takich… powiedzmy, trochę mniej trzeźwych? Ponoć ci trzeźwi zdecydowanie częściej dokonują dobrych wyborów. Dobrych, czyli takich, które nie pociągają za sobą niepożądanych konsekwencji dla nich samych, ich rodzin, znajomych i całej reszty świata.


Czas wyborów i decyzji

Pierwsza trzeźwa decyzja w moim życiu dotyczyła rozstania z papierosami. Miałem wtedy ponad rok abstynencji i… dwadzieścia pięć lat nałogowego palenia za sobą. Była to niewątpliwie dobra decyzja i właściwy wybór, a ja byłem z siebie autentycznie dumny i zadowolony. Właściwie to nadal jestem. Mam z czego. 
Nie dane mi jednak było zbyt długo spoczywać na laurach. Kilka miesięcy później musiałem podjąć kolejną ważną decyzję. Nie jedną zresztą. Być może były to decyzje najważniejsze w życiu. Wtedy też po raz pierwszy, w tak poważnej sprawie, zetknąłem się z powiedzeniem, które mówi, że „nie można zjeść ciastko i mieć ciastko”, albo – jak niesamowicie prosto określa to mój trzeci sponsor – „nie da się maszerować w dwóch kierunkach jednocześnie”. Czego miały dotyczyć owe decyzje i wybory, o co chodziło? Ogólnie rzecz biorąc o program psychoterapii odwykowej i Program Wspólnoty AA, ale tak naprawdę, o całą resztę mojego życia…
 
Terapia odwykowa trwała, w moim przypadku, trzydzieści miesięcy. Nadal i wciąż wdzięczy jestem swoim terapeutom, nadal i wciąż utrzymuję pełne życzliwości i szacunku kontakty z tymi, z którymi to możliwe. Nauczyli mnie żyć obok alkoholu bez alkoholu, a ja nie zmarnowałem ich wysiłków, zaangażowania i pracy. Gdyby alkohol był jedynym problemem w moim życiu, nie potrzebowałbym pewnie niczego więcej, by odtąd żyć sensownie, odpowiedzialnie, satysfakcjonująco, pogodnie; żyć dla siebie i bliźnich. 
Ano, właśnie… gdyby…
O tym, że problemem alkoholika nie jest alkohol, wiedziałem trzy lata przed zaprzestaniem picia. Kilka lat później natrafiłem w jakiejś książce na określenie „niedobór podstawowych umiejętności społecznych”, który ma podobno cechować wszystkich alkoholików. Nie wiem, jak to jest z innymi uzależnionymi, ale nie ulega wątpliwości, że mnie dotyczyło jak najbardziej i w całej rozciągłości.
Z problemami, które wyskakiwały, jak grzyby po deszczu próbowałem radzić sobie przy użyciu technik, których nauczono mnie na terapii odwykowej, ale efekty tego były mizerne. Jednocześnie zauważyłem, że zaczynam wpadać w pewien schemat myślowy, który określam słowami: „jeśli jedynym narzędziem jakie masz jest młotek, to prędzej czy później każdy problem będzie ci przypominał gwóźdź”. Cokolwiek się w moim życiu działo – szef skrytykował moją pracę, w sklepie zrobiłem awanturę, bo sprzedali mi nieświeży ser, zgubiłem dziesięć złotych, nakrzyczałem na syna, bo nie odrobił lekcji itd. – natychmiast szukałem u siebie objawów nawrotu, podejrzewałem, że pewnie po prostu chce mi się pić. Z jednej strony to oczywiście dobrze, nawrotu nie miałem, pić mi się nie chciało, dmuchanie na zimne można uznać za objaw zdrowego rozsądku alkoholika, ale… Ale problem mojej nieumiejętności życia z ludźmi i samym sobą pozostawał właściwie nienaruszony. I, co gorsze, nic tu nie zapowiadało jakiejś istotnej zmiany w przyszłości bliższej lub dalszej.
 
Dwa i pół roku byłem w terapii odwykowej i cały ten czas brałem również udział w mityngach AA. Kawał drogi przeszliśmy razem, wspólnie, jednak gdy terapia powoli zmierzała ku końcowi, nastał czas wyborów i decyzji. Ale wcześniej musiałem uczciwie odpowiedzieć sobie na kilka pytań o podstawowym znaczeniu: 
– Czy nadal mam problem z alkoholem (niepiciem, abstynencją)? – Nie. 
– Czy wierzę, że techniki psychoterapii odwykowej są tym, co zapewni mi i zagwarantuje, że całą resztę danego mi czasu przeżyję satysfakcjonująco, z pożytkiem dla innych? – No… raczej nie. 
– Czy chcę w dalszym ciągu, może i do końca życia, kierować się przekonaniem, że tak zwane trzeźwienie powinno być nieskończone i nigdy, z założenia, nie zakończy się wytrzeźwieniem? – Nie, zdecydowanie nie.
 
Pierwsze takie pytania i odpowiedzi, okazały się stosunkowo proste, ale następne były już znacznie trudniejsze: 
– Jakoś radzę sobie z niepiciem, problemów z nawrotami nie mam, więc czemu od czasu do czasu nadal zdarza mi się wskakiwać w „stare buty”, wracać do dawnych zachowań, lub sposobu myślenia? No, cóż… może to jakaś perfidnie zakamuflowana chęć napicia się, ale… Uwaga! Tunelowe myślenie! Znów widzę tylko gwóźdź!
– Czy sama istota moich problemów ma charakter psychiczny (logika, zdrowy rozsądek, trzeźwe spojrzenie, otwarta głowa, pewna już stabilność emocjonalna), czy może jednak duchowy?
– I wreszcie, czy mam jakiś cel w życiu, czy widzę jego sens? 
 
Zarówno pytania, jak i odpowiedzi, nie pojawiły mi się w efekcie głębokiego namysłu, ot tak, któregoś wieczora. To był pewien proces, który trwał miesiącami, może latami; niektóre jego elementy pojawiają się jeszcze i dziś. Tym niemniej ostatecznie wybrałem Program Wspólnoty, pracę z kolejnymi sponsorami, służby (w tym służbę sponsora) oraz mityngi Anonimowych Alkoholików. 
 
W praktyce okazało się, czego zresztą należało się spodziewać, że pytania, odpowiedzi, wybory i decyzje, to dużo, ale jednak nadal jeszcze nie wszystko. Od lat mozolnie uczę się nie chwytać odruchowo za młotek, zanim rozpoznam problem, uczę się, że mam do dyspozycji również inne „narzędzia” i wreszcie uczę się ich używać. A kiedy idzie ciężko i opornie, staram się pamiętać o tym, że jeśli nawet przez pierwsze dwa lata nie pracowałem ze sponsorem, nie pełniłem żadnej służby, nie realizowałem Programu, to przynajmniej chodziłem regularnie na mityngi. Gdyby nie to, nie wiem, czy w ogóle potrafiłbym z tego młotka zrezygnować, odłożyć go…






Dużo więcej w moich książkach. 


A ja chcę być świętym!

Kiedy na mityngach mowa bywa o wadach charakteru, o nagannych uczynkach i zachowaniach, można być pewnym, że prędzej czy później (raczej prędzej) padną słowa: „ja tam świętym nie jestem i wcale nie chcę nim być”. Deklaracjom tego typu towarzyszą często porozumiewawcze mrugnięcia, zgodne potakiwanie, wyrozumiałe uśmieszki. Wiele lat minęło zanim odważyłem się głośno powiedzieć, że ja mam inaczej, że ja chcę dążyć do świętości i, co więcej, nie widzę w tym dążeniu niczego złego. Jednak wcześniej starałem się… może nie tyle naśladować, co przynajmniej zrozumieć, o co tu w ogóle chodzi. Przyznam jednak, że nie całkiem mi się to zrozumienie udało…
 
Ogólnie rzecz biorąc są dwie drogi, którymi można dostać się na ołtarz, zostać uznanym za świętego, kanonizowanym. Pierwsza to męczeńska śmierć za wiarę (w obronie wiary). Przyznam od razu, że ten sposób zdecydowanie mnie nie pociąga i rozumiem ludzi, którzy też się do niego nie palą. Odnoszę jednak wrażenie, że przyjaciołom z mityngów, tym, co to nie chcą zostać świętymi, nie o to chodziło.
Droga druga, ta, którą jestem ewentualnie zainteresowany, związana jest z praktykowaniem trzech cnót: wiary, nadziei i miłości w sposób ponadprzeciętny, a nawet heroiczny. O dziwo, okazuje się jednak, że o to też im nie chodzi. Co więc jest „grane”?
 
Jak się okazało, wielu z nas (nas – Polaków, alkoholików, chrześcijan, ale nie tylko) jest przekonanych, że święci byli ludźmi pozbawionymi wad. Pomysł zupełnie absurdalny – święci nie byli wynaturzonymi mutantami z ograniczonym organicznie zestawem cech charakteru! Wystarczy choćby pobieżnie zapoznać się z biografią kilku z nich. Na przykład kanonizowany w 2002 roku założyciel Opus Dei, Josemaria Escriva de Balaguer. Ludzie, którzy z nim mieszkali lub blisko współpracowali mówią o próżności, korupcji, napadach złości, surowości wobec podwładnych. Nadal nie zostały do końca wyjaśnione powiązania Escrivy z faszystowską dyktaturą generała Franco*. Jednak, żeby nie było wątpliwości, nie o niego tu chodzi, ale o proste uznanie faktu, że święci nie byli wolni od wad charakteru, ulegali słabościom, byli po prostu niedoskonali.
Załóżmy jednak, tylko teoretycznie i na chwilę, że właśnie byli. Że święci to ludzie wyposażeni tylko i wyłącznie w zalety, bez żadnych wad. W tej sytuacji stwierdzenie „nie chcę być świętym, nie chcę do świętości dążyć” oznacza jednoznacznie i bez wątpliwości: nadal i wciąż chcę mieć wady, chcę ich używać bez żadnych ograniczeń, bo to mi przynosi korzyści materialne, emocjonalne i inne; nie życzę sobie z moich wad rezygnować, nie chcę żeby ktokolwiek próbował mi je zabierać.
Przyznam, że tę postawę też rozumiem. Sam w ten sposób żyłem latami, więc wiem co mówię. Poza tym każdemu przecież wolno dokonywać we własnym życiu dowolnych wyborów. Jednego tylko nie rozumiem i pojąć nie potrafię: prób połączenia takiej właśnie postawy z Programem Dwunastu Kroków. A zwłaszcza z Krokami VI, VII, XII.
 
Wiara… Nadzieja… Miłość…
Ileż to razy modliłem się żarliwie prosząc, a nawet domagając się wprost od Boga by obdarował mnie łaską wiary, a gdy ją miałem, lub wydawało mi się, że mam, błagałem o jej pomnożenie. Czy jest w tym coś złego?
Jestem starszym człowiekiem. Zbyt dużo przeżyłem, zbyt dużo wiem, zbyt dużo doświadczyłem, żeby nie być trochę zgorzkniałym, odrobinę cynicznym, lekko krytycznym. Ale bez nadziei, to wszystko nie miałoby przecież żadnego sensu. Nadziei na lepsze jutro, na lepszy świat (ten i tamten), dla mnie, dla ciebie, dla nas wszystkich – choć niekoniecznie w tej właśnie kolejności. Bez nadziei nie warto byłoby zdrowieć z alkoholizmu, naprawiać i budować relacje z ludźmi, uczyć się nowych zachowań, realizować Program, podejmować się służb, mówić i pisać o swoich doświadczeniach, nieść posłanie.
I wreszcie miłość. Święta Teresa (ta od Dzieciątka Jezus) uważała, że o świętości decyduje miłość. Jest ona jakby duszą świętości. Gdyby zabrakło miłości, Apostołowie przestaliby głosić Ewangelię.
Doktor Bob twierdził, że cały ten nasz AA-owski Program, to tak naprawdę tylko miłość i służba.
Bill W. w książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” pisał: „W swym najgłębszym sensie Dwunasty Krok mówi o miłości, o takim jej rodzaju, na który nie ma ceny”.
 
Czemu więc miałbym rezygnować z dążenia do świętości? W imię czego mam się z góry i z założenia wyrzekać jej trzech atrybutów, to jest wiary, nadziei i miłości?
Benedykt XVI nie ukrywał, że Kościół i świat potrzebuje ludzi świętych i dążących do świętości. Jan Paweł II nieustannie przypominał, że do świętości powołani jesteśmy wszyscy, że dążenie do świętości nie powinno być czymś nadzwyczajnym, ale wręcz normą życia chrześcijańskiego. 
 
A może chodzi o doskonałość? Może boimy się, lub wstydzimy, pragnienia doskonałości, dążenia do niej? Chrystus nakazywał swoim uczniom: “Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). W „12x12”, w rozdziale dotyczącym Kroku Szóstego Bill W. pisał o człowieku, alkoholiku, który szczerze stara się rozwijać na obraz i podobieństwo Stwórcy oraz o pragnieniu zbliżenia się do wzoru obiektywnej doskonałości, pochodzącego od Boga. A znowu w „Jak to widzi Bill” (str. 236 i 5) mowa jest wprost o tym, że celem jest dążenie do doskonałości.
 
Nie chcę zgadzać się w swoim życiu na miernotę i bylejakość. Jeśli nie będę dążył do świętości, jeśli nie będę rozwijał wiary, nadziei i miłości, jeśli nie będę się doskonalił stale i wciąż – zatracę dostojeństwo Dziecka Bożego i przyjmę sam, na własne życzenie, rolę życiowego konsumenta, organizmu. 
 
Bóg stworzył ludzi na Swój obraz i podobieństwo – jeśli w to wierzę, to nie ma mowy i być nie może, o stwierdzeniu „jestem tylko człowiekiem”. Tylko? Czemu tylko? Czyżbym chciał być samym Bogiem?
Jestem aż człowiekiem. Powołanym do świętości. Dla mnie oznacza to wyróżnienie, ale też zobowiązanie i odpowiedzialność. Przecież świętym nikt się nie rodzi, do świętości trzeba dążyć własną pracą i staraniem. Oczywiście współdziałając z Bogiem (jakkolwiek Go pojmujemy).
 
Nie chcę już uruchamiać komplikatora i kombinować, że świętym to ja zostać nie chcę, ale starać się i próbować, to jednak tak… Ja znam siebie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jeśli nie chcę dokądś dotrzeć, to na pewno nigdy się nie zmobilizuję i nie wyruszę w podróż. Ba! Nawet się nie spakuję, ani nie spytam o drogę. No, bo i po co?
 
Nie da się w nieskończoność wędrować rozchodzącymi się drogami, a przynajmniej ja tego nie potrafię. Nastał czas wyborów. Jeśli nadal i wciąż chcę traktować Program AA poważnie jako dobry pomysł na całą resztę swojego życia, nie mogę jednocześnie twierdzić, że nie chcę być świętym i do świętości dążyć. Jeżeli natomiast wyrzekam się świętości, to jest wiary, nadziei i miłości (wolno mi), to czego szukam w Programie AA? Do czego ma mi on służyć? Jako alibi?
 
O świętości nie decyduje sam zainteresowany. I bardzo dobrze. Moim zadaniem jest działać, a nie oczekiwać nagrody, nie targować się o nią, nie dopominać. W chwili obecnej uważam, że jeśli na wiadomość o mojej śmierci choćby kilka osób szczerze powie: „szkoda, to był porządny człowiek”, to i tak będzie oznaczało, że zrobiłem kawał dobrej roboty. I mam nadzieję (tak, znów ta nadzieja), że czasu mi nie zabraknie, bo pracy wiele przede mną…
 
 
 
 
--- 
* Informacje o Escrivie pochodzą z książki „Fabryka świętych” – Kennetha L. Woodwarda, o której ks. Dr Robert Nęcek, rzecznik prasowy Archidiecezji Krakowskiej, wypowiada się bardzo przychylnie.
 




Dużo więcej w moich książkach.