wtorek, 20 lipca 2010

Mityng informacyjny czyli...

Mityng informacyjny? Po prostu spotkanie informacyjne dla grupy ludzi zupełnie z zewnątrz, takich, co to jak dotąd nie mieli żadnego kontaktu i związków z AA. Trzeba było przygotować krótkie wystąpienie, informację dla nich. I tak się złożyło, że padło na mnie, że niby ja zrobię to najlepiej. Akurat!
Przyjaciele, którzy w dobrej wierze powierzyli mi to zadanie, nie brali chyba pod uwagę, że taki „kozak” to ja mogę być wśród alkoholików, wśród ludzi, których znam, lubię, rozumiem, nawet jeśli czasem nie akceptuję niektórych postaw czy zachowań. Czasami ja tu sobie kpię z kogoś lub czegoś, innym razem ktoś „obrabia tyłek” mnie, ale jednak cały czas tu właśnie czuję się bezpiecznie, bo stale, nadal i wciąż jestem wśród swoich. Ale tym razem trzeba będzie opuścić bezpieczne środowisko. 
Kilka razy miałem ochotę zrezygnować, wycofać się z tego przedsięwzięcia, przyznać kolegom wprost, że ja zwyczajnie i po prostu się boję, że sobie z tym zadaniem nie poradzę. Wydaje mi się, że jedyne, co mnie powstrzymało przed ucieczką, to duma i wstyd.

Mityng informacyjny, czyli prawda o Wspólnocie AA
 
Wreszcie nadszedł ten wielki dzień. Na miejsce spotkania powlokłem się na drżących nogach. Nerwowo powtarzałem w myślach wystąpienie, prelekcję, którą sobie na tą okoliczność przygotowałem; sto razy sprawdzałem, czy w kieszeniach mam ściągi z ciekawymi danymi statystycznymi i modliłem się, żeby nikt nie przyszedł. Ale przyszli, sala była pełna.
 
Zaczęło się źle. Osoba prowadząca to spotkanie zapowiedziała mnie, jako reprezentanta Wspólnoty AA, która to Wspólnota dysponuje ciekawą metodą leczenia choroby alkoholowej. Wyjaśniłem jakoś, że nie jestem reprezentantem AA, jestem tylko jednym z tysięcy alkoholików, którzy nie piją od wielu lat i w dużej mierze (choć nie tylko) zawdzięczają to Anonimowym Alkoholikom. Dodałem też, że Wspólnota nie zajmuje się leczeniem alkoholizmu i nie dysponuje żadnym medycznym programem do tego celu. Tu przypomniałem tekst Preambuły, kładąc szczególny nacisk na zdanie: „Naszym podstawowym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu”.
I kiedy wydawało mi się, że dalej pójdzie już gładko, okazało się, że zapomniałem dokładnie wszystko to, co z takim trudem sobie wcześniej przygotowałem.
 
Krępująca cisza przedłużała się nieznośnie, mnie paraliżowała trema i miałem pustkę w głowie, zebrani zaczynali się nerwowo kręcić. Wreszcie desperackim rzutem na taśmę wymyśliłem…
 
– To ja państwu opowiem o spotkaniach Anonimowych Alkoholików, zwanych z angielska mityngami – uchwyciłem się tematu, który znam, który jest dla mnie codziennością – w naszym mieście na takie spotkania przychodzi najczęściej kilkanaście osób. Mityng trwa dwie godziny, z krótką przerwą po pierwszej z nich. Na początku czytamy zwykle parę fragmentów z książki pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”. Później uczestnicy wypowiadają się na różne tematy. Zabieranie głosu nie jest obowiązkowe.
– O czym mówimy na mityngach? – zaczynałem się rozkręcać – o wszystkim, o życiu; ktoś opowiada na przykład, jak załatwił w urzędzie drobną w sumie sprawę. Państwo się dziwicie? – spytałem, widząc na twarzach słuchaczy niepewne uśmiechy – rozumiem, jednak postarajcie się zrozumieć i wy, że ten ktoś załatwiał tę sprawę pierwszy raz w życiu nie będąc po wpływem alkoholu. Robienie czegokolwiek po raz pierwszy w życiu, albo w zupełnie odmiennych warunkach, zawsze jest trudne i stresujące, właściwie dla każdego, więc on tu przyszedł opowiedzieć, jak mu poszło, pochwalić się, że dał sobie radę. Może ktoś pamięta jeszcze, jak się czuł siadając po raz pierwszy za kierownicą samochodu? Ano, właśnie…
 
– Ktoś inny mówi o tym, że nie pije już pół roku i relacjonuje, co konkretnie robi każdego dnia, żeby nie napić się dzisiaj. Sporo wypowiedzi dotyczy też realizacji określonego Kroku AA, wdrażania go w życie, także pracy ze sponsorem, czy pełnionych we Wspólnocie służb, ale do tego za chwilę wrócę – dodałem szybko, widząc dezorientację słuchaczy – teraz skończę tylko temat mityngów AA. Takie spotkania często, choć nie jest to regułą, rozpoczynamy i kończymy „Modlitwą o pogodę ducha”, która nie jest modlitwą katolicką i ma znaczenie raczej tradycyjne, niż religijne. Mniej więcej w połowie spotkania do kapelusza zbierane są dobrowolne datki; daje ten, kto ma, kto może, kto chce i ile chce. Anonimowi Alkoholicy nie powinni przyjmować żadnych dotacji z zewnątrz i swoje wydatki opłacać samodzielnie. 
 
– To co z tym sponsorowaniem? – rozległo się pytanie z sali – samodzielność finansowa i sponsoring?
 
To było do przewidzenia, tematy dotyczące pieniędzy zwykle wydają się bardzo interesujące i ważne i zawsze znajdzie się ktoś, kto podejrzewa jakieś finansowe sztuczki, machloje i przekręty.
Ale o sponsorze i sponsorowaniu w AA oraz o Siódmej Tradycji to ja mogę gadać godzinami, więc tu wybrnąłem dość gładko, kończąc wyjaśnienia w ten sposób:
 
– Swoja opowieść o AA zacząłem od mityngów. Przede wszystkim dlatego, że jest to element najlepiej chyba znany nie alkoholikom. Na naszych spotkaniach często można usłyszeć zdanie: „Nadzieją dla osób uzależnionych i siła Wspólnoty jest Program AA”. W pewnym uproszczeniu to te 12 Kroków, które państwo widzicie na ścianie za mną – przyniosłem ze sobą i powiesiłem planszę z Krokami; to był dobry pomysł – mogą się one wydawać banalnie proste, ale nasze doświadczenia wykazują, że ich praktyczne wdrażanie, realizacja we własnym życiu, a nawet zrozumienie, łatwe są tylko pozornie. Sponsor, to jest alkoholik z dłuższym stażem abstynencji i bagażem własnych doświadczeń, pomaga podopiecznym ten właśnie Program zrozumieć i realizować. Podczas mityngów nie ma w zasadzie takiej możliwości, albo też cała ta „operacja” przeciągałaby się na bardzo długie lata.
 
– Wreszcie służby w AA – powoli zmierzałem do końca – żeby Wspólnota mogła działać skutecznie i w sposób dobrze zorganizowany, potrzebna jest praca wielu ludzi. W przeważającej większości wypadków wykonują ją alkoholicy, nie otrzymując za to żadnego wynagrodzenia. Spłacają w ten sposób swoisty dług moralny wobec Wspólnoty, ale przede wszystkim uczą się nowych zachowań, porozumiewania się, współdziałania, współpracy. Dla wielu z nas to też jest postawa nowa i… trudna.
 
Na tym w zasadzie skończyłem i już miałem odetchnąć z ulgą (przeżyłem!), kiedy okazało się, że ktoś chce zadać pytanie: 
– Wszystko, co pan nam tu opowiadał jest takie idealne, że aż trudno uwierzyć, a przecież to w końcu tylko alkoholicy?!
 
Trochę mnie zmroziło to „tylko”, ale pomyślałem sobie, że sam dla siebie to ja mogę być Bóg wie kim, jednak dla niego jestem zwykłym pijaczyną i… nie mogę mieć o to do niego jakichś pretensji, to jego przekonania, a ja nie przyszedłem tu z niczyimi przekonaniami walczyć. Poza tym… miał chyba trochę racji, tak więc odpowiedziałem… 
– Wspólnota AA nie jest idealna, tak jak nie są idealni jej członkowie. Nie miałem czasu opowiedzieć dziś państwu o historii AA, ale składa się ona głównie ze złych wyborów, błędnych decyzji i wszelkiego typu pomyłek. Jednak to, co mnie zdumiewa i może nawet urzeka od kilkunastu lat – kontynuowałem – to zdolność Wspólnoty AA i jej członków do wyciągania wniosków z pomyłek i uczenia się na własnych błędach. Nadal jest ich dużo, to fakt, ale ważne jest to, że ich nie powtarzamy w nieskończoność, że nieustannie uczymy się i doskonalimy. Powiem wprost, że z tego jestem nawet dumny.
 
Później zadano mi jeszcze kilka pytań, z którymi poradziłem sobie bez większych problemów, ale takie najbardziej wredne pewna pani w średnim wieku zostawiła sobie na koniec.
– A dlaczego pan tu przyszedł? Tak w ogóle, to po co? Czy wy, alkoholicy, nie możecie siedzieć cicho w tych swoich grupach czy klubach i tam zajmować się swoimi sprawami?
Nie chcąc wyjść na nawiedzonego, kaznodzieję głoszącego jakieś prawdy objawione, nie mówiłem nic o posłaniu AA, obawiając się, że posłanie może im się pomylić z posłannictwem, a nie był to chyba dobry moment na wyjaśnianie różnic pomiędzy nimi. Odpowiedziałem krótko…
 
– Alkoholicy to nie tylko ci, których spotykacie pod sklepami. Właściwie do przysłowiowego rynsztoka trafia tylko niewielu z nas. Większość przedtem umiera z powodu wypadków, śmiercią samobójczą, na zawał, wylew, albo na zapalenie trzustki; tak, na sławną marskość wątroby też. Alkoholicy są wśród was, ale często nawet o tym nie wiecie. Jeśli pewnego razu okaże się, że ma problem z alkoholem wasz brat, kuzyn, sąsiad, współpracownik, kolega, to chyba dobrze, jeśli będzie miał przy sobie kogoś, kto już coś wie o Wspólnocie AA, choćby to, że jest w naszym mieście, że to nie sekta, ani nie grupa modlitewna, że tu stale jest ktoś gotów pomóc, opowiedzieć co sam zrobił, żeby będąc alkoholikiem – żyć bez alkoholu.
Ale jest jeszcze coś – kontynuowałem – jest takie powiedzenie: grupa bez weteranów pozbawiona jest doświadczenia, grupa bez alkoholików ze średnią abstynencją pozbawiona jest stabilizacji, ale grupa bez nowicjuszy nie ma przed sobą przyszłości. Nie jesteśmy aż takimi altruistami, jak by się wydawało, bo pomagając innym, pomagamy też i sobie. Siedemdziesiąt pięć lat temu jeden ze współzałożycieli AA odkrył, że nic tak nie umacnia własnej trzeźwości, jak praca z innymi alkoholikami. I tak jest nadal.
 
Więcej pytań nie było, spotkanie zakończyło się w miłej i przyjaznej atmosferze. Kiedy pieszo wracałem do domu (dobrze mi się wtedy myśli), zastanawiałem się, czy tym ludziom powiedziałem prawdę o Wspólnocie AA? Zaraz jednak przyszło mi do głowy następne, dużo ważniejsze i poważniejsze pytanie: czy jest w ogóle jakaś prawda o AA? Bo może każdy z nas, Anonimowych Alkoholików, ma jakąś tam swoją własną prawdę o Wspólnocie, równie dobrą i prawdziwą, jak inne…


AA - tajemnicze plemię

Ostatni tydzień miesiąca, roboty po uszy, a ja mam dodatkowe zadanie – mam poznać alkoholików. Jeszcze mi tego brakowało! A poza tym, co to, nie znam ich? Za każdym razem, kiedy idę do sklepu, widzę te pijane gęby gdzieś w pobliżu.  Albo pod kioskiem liczą pojedyncze grosze, zbierając na spirytus salicylowy, który później piją za śmietnikiem. Raz jeden z nich nawet mnie zmylił; specjalnie chyba wysłali takiego, który trochę lepiej wyglądał i on pod sklepem zaczął mi coś tłumaczyć, że bardzo mu się chce pić. To zaproponowałem mu, żeby wszedł ze mną, jak będę robił zakupy, wezmę dla niego wodę mineralną.  Usłyszałem: „pierdol się chuju!” i mój rozmówca dołączył do reszty swojego towarzystwa. Wtedy się dopiero połapałem.
No, ale są polecenia, z którymi się nie dyskutuje, więc… Poza tym mam poznać takich alkoholików, co to nie piją, anonimowych znaczy się.  Bzdura do kwadratu! Przecież wszyscy wiedzą, że jak ktoś pił, a nie pije, to będzie pił. Ale niech im tam będzie, nawet jak nie piją choćby tylko jakiś czas, to przynajmniej ich rodziny trochę odetchną.

Anonimowi Alkoholicy – tajemnicze plemię
(Jak nas widzą, albo mogą widzieć, inni ludzie)

Wykonałem kilkanaście telefonów zanim złapałem jakiś kontakt i czegoś się dowiedziałem. Podobno u nas są trzy takie – chyba dzielnicowe – komórki tych… Anonimowych Alkoholików. Zabawne, pod sklepem stoją w gromadzie, w zsypie piją w gromadzie – pewnie jak nie piją, to też czują przymus gromadzenia się, chodzenia stadami. Podobno teraz, w tym właśnie tygodniu, mogę pójść na te ich gromadne spotkania, bo normalnie, to się zbierają przy drzwiach zamkniętych i spotkania są tylko dla „swoich”. 
Słyszałem, że te ich spotkania nazywają „mityngami”. Co do „mityngów”, to mam raczej złe wspomnienia. Byłem na takim, które organizowała pewna firma… nie pamiętam nazwy. Na stadionie było kilka tysięcy ludzi i wszyscy wrzeszczeli, że są najlepsi i że sukces i bogactwo im się należy. Czy ci pijacy będą skandowali, że należy im się woda brzozowa? No, zobaczymy… Dziś wieczorem idę na pierwsze takie spotkanie. Chyba powinienem ubrać jakieś łachy, żeby się za bardzo nie wyróżniać. Wezmę brudny i podarty dres z działki, będzie w sam raz.
 
No, to byłem na pierwszym spotkaniu/mityngu. Wyszedłem wcześniej, ale i tak z ledwością zdążyłem – bardzo trudno było znaleźć tych Anonimowych Alkoholików. Błądziłem po jakimś przykościelnym budynku kupę czasu, zanim na jednych drzwiach spostrzegłem kartkę z napisem „otwarty mityng AA”. Jak wszedłem, to spotkanie właśnie się chyba zaczynało: kilkunastu mężczyzn w średnim wieku zajmowało miejsca dookoła pozsuwanych stołów; ktoś nakazywał, żeby wyłączyć telefony komórkowe , inny zapalał świeczkę. Szybciutko usiadłem na pierwszym wolnym krześle.
Chwilę potem kazali znów wstać i złapać się za ręce. Nie znoszę dotyku spoconych rąk obcych ludzi, ale musiałem jakoś wytrzymać. Trzymając się za ręce odmówiliśmy chóralnie jakąś modlitwę. Większość z nich chyba znała ją na pamięć, a ja tylko ruszałem ustami do rytmu. Na szczęście nie trwało to długo. A sama modlitwa fajna.
 
Facet, który prowadził to spotkanie zapowiedział, że teraz to on będzie czytał scenariusz mityngu AA. Zabawne mi się to wydało, bo scenariusz jest do grania przed kamerami, albo w teatrze, a nie do odczytywania głośno, ale… siedziałem cicho. Gość przedstawił się podając swoje imię i to, że jest alkoholikiem, no i zaczął czytać ten scenariusz z takim namaszczeniem, że od razu się zorientowałem, że jest to najważniejszy punkt programu. Zapamiętałem z tego, że ta ich wspólnota AA (tak to nazywają) nie ma żadnych powiązań z religią i kościołem. Trochę mnie to zaskoczyło: spotkanie w sali katechetycznej, modlitwa na początek, krzyże, święte obrazy i inne symbole religijne na ścianach… Ale niech im tam będzie.
 
Integralnym elementem tego scenariusza było czytanie kilkudziesięciu punktów. Prowadzący nakazał, żeby robić to kolejno, ale przedtem przedstawić się imieniem lub pseudonimem. To akurat wydało mi się sensowne, bo jak anonimowość, to anonimowość. Tylko nie wiem czemu, kiedy przyszła moja kolej i przed przeczytaniem swojego kawałka przedstawiłem się jako Zorro, wielu z nich spojrzało na mnie wzrokiem pełnym urazy i jakby z pretensją. Zupełnie nie miałem ochoty w tym gronie podawać swojego imienia; nie chciałem, żeby któryś z nich potem wołał do mnie po imieniu spod sklepu, albo zza śmietnika – jeszcze ktoś mógłby sobie pomyśleć, że mam znajomych w tym ich towarzystwie.
 
Wreszcie czytanie scenariusza się skończyło. Dość długo to trwało, bo były w nim chyba fragmenty jakiejś książki. Ten gość, który czytał, nazywał ją „wielką księgą” – pewnie to coś ważnego, może Biblia? W każdym razie teraz zaczęły się już takie luźne dość wypowiedzi na różne tematy. Podobała mi się dyscyplina. Kto chciał mówić, wcześniej podnosił rękę, jak w szkole, i czekał na swoją kolej. Nikt też nikomu nie przerywał. To było super! Żeby u nas zebrania tak się odbywały!
Słuchałem uważnie i jednocześnie ukradkiem przyglądałem się obecnym. Wielu z nich w ogóle nie wyglądało na alkoholików. Gdyby nie to przedstawianie się przed czytaniem kolejnych punktów, kiedy każdy z nich dodawał do swojego imienia słowo „alkoholik”, pomyślałbym, że są to tacy sami przypadkowi goście na tym spotkaniu, jak i ja. Trochę się głupio czułem w tym swoim brudnym dresie, ale co tam! W końcu to tylko pijacy.
 
O czym mówili? Jeden z obecnych opowiadał o problemie z córką, która w wieku lat szesnastu zaszła w ciążę i upiera się przy ślubie i koniecznie chce zamieszkać ze swoim chłopakiem. Inny mówił o żonie, która go zdradza i chyba zdradzała także wtedy, kiedy pił. Następny ma problem z synem, który w szkole źle się zachowuje, nie uczy się i nie jest wykluczone, że próbował już narkotyków. Wreszcie ostatni opowiedział też o swojej żonie, że wprawdzie odejść od niego nie chce, ale to tylko ze względu na dzieci, bo tak w ogóle to on ma się do niej nie zbliżać. Odniosłem wrażenie, że tego typu opowieści nie były tu nowością. Zresztą, trudno się chyba dziwić.
 
Tym, co mnie zaskoczyło, przyznam od razu, że dość nieprzyjemnie, był pewien element wspólny każdej z tych relacji. Wszyscy opowiadający traktowali problem bardzo osobiście. To był ich własny problem. To im los, bóg, przeznaczenie, syn, córka, wyrządzili krzywdę. Ci pijacy zdawali się zupełnie nie rozumieć, że córka ma tak dość pijackiego domu, że w dramatyczny sposób próbuje z niego uciec, znaleźć dla siebie, stworzyć, jakąś inną rodzinę. Nie słyszeli tragicznego wołania o pomoc syna, który w taki właśnie sposób starał się zwrócić na siebie uwagę. Nie potrafili przyjąć do wiadomości braku uczuć, czy lojalności żony, wobec której sami byli nielojalni dziesiątki lat. To było porażające! Tragedia ich bliskich obchodziła ich tylko o tyle, o ile im samym sprawiała jakiś problem, kłopot z którym musieli się zmierzyć, zakłócała im spokój. Pozostali słuchali ze zrozumieniem i współczująco kiwali głowami. 
 
Po tych wystąpieniach omawiano – już z mniejszą dyscypliną – jakieś sprawy organizacyjne. Kilku alkoholików sprzeczało się na temat jakości tłumaczenia jakich tam instrukcji, które zdaje się dostali ze swojej centrali w Ameryce. Nie mogłem się zupełnie połapać, czemu spierają się o to właśnie teraz, bo jeśli dobrze zrozumiałem, te instrukcje dostali już dość dawno temu, może nawet całe lata.
Później była zrzutka do kapelusza. Chciałem i ja wrzucić im tam piątkę, ale mnie powstrzymali mówiąc, że oni utrzymują się z własnych datków, są samowystarczalni i samodzielni finansowo, więc do tego kapelusza mogą wrzucać tylko alkoholicy. Nawet mi się to spodobało, ale po chwili gość zajmujący się finansami ogłosił raport kasowy i tym wprawił mnie w kompletne osłupienie: zapłacili czynsz w wysokości dwadzieścia złotych. Co gorsze, oni wszyscy wydają się wierzyć w swoją niezależność finansową przy tym cudacznym czynszu. Mój szef za pomieszczenie biurowe, nieco mniejsze, niż oni mają do dyspozycji, płaci miesięcznie pięćset złotych plus media, więc te dwie dychy to już nawet nie jest żart, to jakaś równoległa rzeczywistość, historia science fiction.
 
Później była dziesięciominutowa przerwa, z której niektórzy z nich schodzili się powoli i jakby opornie przez dwadzieścia pięć minut i po niej znowu były wypowiedzi, ale tym razem na zadany temat. Zorientowałem się, że oni mają stałe tematy, to znaczy przez cały miesiąc każdego roku temat jest zawsze taki sam. I tak na przykład w każdym listopadzie mówią zawsze o tym, jak chodzili do kościoła i przestali, albo jak nie chodzili i zaczęli, i w ogóle najważniejszy był zdaje się właśnie ten powrót do kościoła, obrzędów i modlitw. 
Na koniec odmówiliśmy wspólnie tą samą modlitwę, co na początku i na tym się skończyło.
 
Następnego dnia wybrałem się na kolejne takie spotkanie… przepraszam – mityng, w innej dzielnicy, ale też przy kościele. Ubrałem się już normalnie, nie w stare łachy. Rozpoznałem kilku alkoholików z wczorajszego spotkania, więc wychodzi na to, że nie są jakoś specjalnie przywiązani do jednego tylko miejsca i mogą chodzić na wszystkie, jak tylko im się zachce. 
Właściwie wszystko było dokładnie tak samo, jak wczoraj. Pojawiły się tylko dwa nowe elementy. Jeden facet opowiadał, że robił dla swojego sponsora jakieś trudne zadanie, ale udało mu się i nawet został pochwalony. To rozumiem, też mam satysfakcję, jak coś zrobię ekstra dobrze i szef mnie pochwali, a nawet da jakąś nagrodę. Określenie „sponsor” szczególnie sugerowało kogoś, kto dysponuje kasą, więc doszedłem do wniosku, że sponsor to pewnie jest ten gość, który w przerwie liczy pieniądze z kapelusza. Mam tylko nadzieję, że ten alkoholik doniesie całą nagrodę do domu, nie przepije wszystkiego gdzieś po drodze. Chciałem nawet o tego „sponsora” dopytać, ale mi przerwali i powiedzieli, że w tygodniu otwartych drzwi mam prawo być na tym ich mityngu, ale nie mogę zabierać głosu. A pytać wolno mi tylko w przerwie.
 
Drugi nowy element, to „intergrupa” – mówili o niej w części organizacyjnej. Domyśliłem się i zrozumiałem, że to coś w rodzaju zrzeszenia, w którym skupione są wszystkie takie pojedyncze grupy z całego województwa. Podczas przerwy zapytałem, czy mógłbym być obecny na spotkaniu owej „intergrupy”, ale pomimo wyraźnie dobrej woli i chęci udzielenia pomocy, żaden z nich nie potrafił mi na to pytanie odpowiedzieć. Korzystając z okazji i wyraźnej życzliwości moich rozmówców zapytałem, czy te spotkania, w których mogą brać udział tylko alkoholicy, mocno się różnią od takich otwartych. Powiedzieli, że w zasadzie to właściwie wcale, że co najwyżej jednym drobnym elementem scenariusza, bez znaczenia, a ja im uwierzyłem. Chociaż nie wiem czemu…
 
Dwa dni później byłem na trzecim takim mityngu. Ale teraz było już inaczej. To znaczy, cały początek był taki sam, także to co najważniejsze, czyli scenariusz spotkania, został odczytany z identyczną powagą i patosem; tak samo, to jest znaną mi już modlitwą, witaliśmy się i żegnali, ale przebieg spotkania w jego środkowej części był jednak odmienny.
Od razu rzucały się w oczy zastawione stoły. Natychmiast gorączkowo sprawdzałem, czy pośród ciast, tortów, cukierków, owoców, napojów, stoją może butelki z wódką – byłem tego dnia samochodem – ale chyba nie było. Po przeczytaniu scenariusza, w sumie niewielu ludzi opowiadało o swoich aktualnych problemach życiowych. Domyśliłem się, że im nie wypadało, bo jak się po chwili okazało, ten mityng miał charakter uroczysty – jeden z obecnych alkoholików obchodził czwartą rocznicę abstynencji. Jubilat dostał różne prezenty od zebranych, zwykle książki, a większość wypowiedzi uczestników spotkania była o nim i na jego temat. Trochę mnie to raziło, bo momentami używali określenia „on”, jakby go tu na sali nie było. Tym niemniej w sumie było dość sympatycznie i ja cieszyłem się wraz z nimi. 
 
I to już było wszystko. Na tym moja praca i zlecenie się zakończyły. Czy zrealizowałem zadanie? A właśnie! Tu zaczynają się schody… Ale ostatecznie wydaje mi się, że nie, nie poznałem Anonimowych Alkoholików. Zaraz wyjaśnię, dlaczego. Byłem na trzech ich spotkaniach, czyli na tylu, na ilu mogłem być. Pilnie słuchałem, a po każdym mityngu robiłem dokładne notatki, żeby mi coś nie umknęło, żebym czegoś ważnego nie przeoczył, nie zapomniał. Jednak czuję się trochę tak, jak człowiek, który ogląda spektakl w obcym języku. Ja widziałem „przedstawienie”, ale nie widziałem istoty rzeczy. Tak naprawdę to ja nie wiem, co się tam działo. Albo nie rozumiałem tego, co się działo. Myślę, że moim błędem było to, że nie poczytałem sobie najpierw jakichś książek na temat alkoholizmu. To jest chyba większy problem, niż sądziłem początkowo, ale na czym on polega, to mi stale umykało. Oni coś tam mówili o emocjach, z którymi sobie nie radzą, ale ja tego nie rozumiem.
 
Owszem, ci ludzie mówią nieco dziwnym językiem. Trochę archaicznym, parę określeń używają w nieco innym znaczeniu, niż to jest przyjęte, często operują terminami medycznymi, psychiatrycznymi, nadużywają zaimków osobowych i dzierżawczych. Ale nie ma co przesadzać, zrozumieć się ich da. Wiele środowisk ma swój własny żargon i nikomu to specjalnie nie przeszkadza. W każdym razie to nie tu był problem.
 
Ja po prostu tych alkoholików nie rozumiem. Nie rozumiem ich przekonań i sposobu myślenia. Nie rozumiem absurdalnej wary w samodzielność finansową w powiązaniu z dwudziestozłotowym czynszem. Nie rozumiem, jak można tragedię córki, syna, żony, traktować tylko i wyłącznie w kategoriach powodu (wystarczającego, albo i nie) do napicia się wódki. Tego nie umiem pojąć. I może nawet nie chcę…
Większość z nich, jeśli nie wszyscy, byli na terapii odwykowej; z opowiadań zrozumiałem, że często trwała ona dwa lata, albo i dłużej. A jednak uważają, że nie piją tylko dzięki temu, że bywają na tych swoich mityngach. Tego też nie rozumiem. Przecież byłem na tych spotkaniach, uważnie obserwowałem i moim zdaniem nie ma tam kompletnie nic, co by leczyło alkoholizm. Moim zdaniem – zaznaczam – bo może, gdybym był taki, jak oni, to to „coś” bym dostrzegał, rozumiał i umiał wykorzystywać. Jeśli faktycznie w ogóle jest tam coś, co wymyka się mojemu postrzeganiu…
 
Po tych spotkaniach wierzę i nawet jestem przekonany, że rzeczywiście wielu z nich jest w stanie nie pić całymi latami. Może nawet faktycznie do końca życia. Czy jednak zawdzięczają to leczeniu w ośrodku odwykowym, czy tym swoim spotkaniom, to już nie mnie osądzać. Nie mam żadnej fachowej wiedzy w tym temacie.
Z moich obserwacji i oceny wynika, że w większości są to ludzie otwarci i szczerzy. Nie znaczy to, że zawsze mówią, jak faktycznie jest, lub było, ale przynajmniej bez skrępowania mówią o tym, jak wydaje im się, że jest, bo chwilami miałem wrażenie, że oni żyją w jakiejś innej rzeczywistości, ale o tym już pisałem. 
Jestem też przekonany, że oni naprawdę chcą nie pić, stać się abstynentami. I nawet jeśli te ich mityngi to tylko placebo, to jednak wierzą, że to im pomaga i chodzą tam dość regularnie. To jest godne pochwały.
 
To w zasadzie wszystko, co mogę o nich powiedzieć. Reszta to już co najwyżej ryzykowne domysły i spekulacje.




Więcej w moich książkach


poniedziałek, 19 lipca 2010

Krok 7 Programu 12 Kroków

Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.
(ang. Humbly asked Him to remove our shortcomings.)

Jak rozumiem Krok 7 Programu 12 Kroków AA?

W początkowym okresie zdrowienia, zanim po raz pierwszy zrealizowałem Krok Czwarty, wydawało mi się, że Krok Siódmy jest najłatwiejszym zadaniem w całym Programie. Przecież każdy człowiek potrafi zwrócić się, jakoś tam, do swojej Siły Wyższej (wyższej) i poprosić o usunięcie wad charakteru, albo cokolwiek innego. W pokorze? Jasne, nie ma problemu, mogę to zrobić nawet na kolanach i w kościele. I jeszcze się przy tym pomodlę. Przed i po. Wtedy się nad tym nie zastanawiałem, ale teraz wydaje mi się, że chyba wyobrażałem sobie Boga w roli kelnera, którego mogę zawołać i poprosić o posprzątanie stołu, bo już się dosyć najadłem i napiłem. Ale nie wcześniej! Najpierw miałem przecież mieć czas na to, by do syta wykorzystać swoje wady. No, cóż… tak było…
 
Po co i dlaczego mam realizować Krok Siódmy? W pewnej mierze odpowiedź na to pytanie zawarta jest już w rozdziale poświęconym Krokowi Czwartemu, ale powtórzę, bo wydaje mi się to ważne: niektóre z moich wad charakteru przyczyniły się bezpośrednio, lub pośrednio, w mniejszym lub większym stopniu, do uzależnienia się od alkoholu. Pozostawienie ich sobie, nawet jeśli ich używanie doraźnie i na krótką metę sprawia mi przyjemność, może być zagrożeniem dla trzeźwości. Bardzo realnym zagrożeniem. Najprostszym przykładem może być lekkomyślność. Przecież nie uzależniłem się od pierwszego kieliszka. Był w moim życiu taki okres, w którym, nie będąc jeszcze alkoholikiem, piłem dużo i coraz więcej. Czy nie uważałem wtedy lekkomyślnie, że groźba uzależnienia się mnie nie dotyczy? Że alkoholikami mogą się stać wszyscy inni, ale ja nigdy w życiu? Nie ulega chyba żadnej wątpliwości, że dalsze posługiwanie się i korzystanie z lekkomyślności, może być dla mnie, alkoholika, po prostu niebezpieczne.
Innym moim „brakiem” jest ewidentny bałagan duchowy, nieuporządkowany, a nawet nierozpoznany do końca świat wartości. Próba życia opartego na wartościach sprzecznych, albo cudzych, nie moich, kończy się zawsze cierpieniem, a odporność na cierpienie – zwłaszcza to długotrwałe i narastające – mam bardzo niewielką. Od szeroko pojmowanego cierpienia zawsze uciekałem w picie.
 
Jeśli już wiadomo, po co?, kolej na odpowiedź na pytanie – jak? Kwestie takie, jak Bóg, religia, wiara, czy wyznanie, są osobistą i prywatną sprawą każdego alkoholika, dlatego też o sposobach, czyli o samej „technice” zwracania się do takiego, albo innego Boga, nie będę się wypowiadał, koncentrując się jedynie na pokorze, która wydaje się stanowić podstawę istotę Siódmego Kroku. Do Boga, jakkolwiek ja Go pojmuję, mam się zwracać w pokorze. Czym, w takim razie, jest pokora dla alkoholika? I czym nie jest…
 
We współczesnej polszczyźnie słowo „pokora” przyjmować może dwa odmienne nieco znaczenia. Pierwsze to „świadomość własnej niedoskonałości”, a drugie to „uniżona postawa wobec kogoś”. We Wspólnocie AA funkcjonuje głównie to pierwsze, choć jego zakres znaczeniowy jest w niej zdecydowanie szerszy.
Podczas mityngów AA, wiele razy słyszałem, że komuś – do pewnego czasu – pokora myliła się z upokorzeniem. Sam to nawet powtarzałem. Wtedy wydawało mi się, że tak trzeba. Jednak wcale nie jestem przekonany, czy rzeczywiście temat pokory był, w jakikolwiek zresztą sposób, obecny w moim życiu przed uzależnieniem, lub w okresie, kiedy jeszcze piłem. Pokora, czy upokorzenie, zupełnie mnie wówczas nie interesowały. Bo i niby dlaczego miałbym się nad tym zastanawiać?
W początkowym okresie zdrowienia ta specyficzna AA-owska pokora nadal sprawiała mi problemy. Prawie dwie godziny siedziałem kiedyś w poczekali gabinetu dentystycznego i, całkiem poważnie, wydawało mi się, że jest to niewątpliwie świetna okazja do ćwiczenia pokory. W tym przypadku pomyliła mi się ona po prostu z cierpliwością. Innym razem za niebudzący wątpliwości przejaw pokory uznałem to, że nie pochwaliłem się, ani nawet nie zdradziłem, że coś umiem lepiej niż inni. Tu pokorę pomyliłem ze skromnością. Kiedy podczas mityngu AA, bez mrugnięcia okiem, spokojnie i bez zniecierpliwienia, słuchałem bardzo długiej litanii skarg i żalów, to też uznałem u siebie za typowo pokorną postawę. Tym razem moje mylne przekonania skorygował sponsor, pomagając mi zrozumieć, że kompletna obojętność wobec „mówcy” i jego spraw, też jeszcze pokorą nie jest. I nigdy nie będzie.
 
Uważam, że znakomicie oddaje istotę pokory, w jej AA-owskim znaczeniu, jedno proste zdanie: PROSZĘ, POMÓŻ MI. Jest w nim świadomość, że czegoś nie potrafię, nie umiem, nie znam się, że z czymś sam sobie nie radzę. Jest zrozumienie, że ja nie jestem alfą i omegą w każdej dziedzinie, że mam prawo czegoś nie wiedzieć. Jest wiara, że problem potrafi rozwiązać ktoś inny. Jest też nadzieja, że zechce mi pomóc, i dlatego o tę pomoc wyraźnie i jednoznacznie proszę. Nie jest prośbą komunikat: „trzeba to we dwójkę zanieść do mechanika!”, ale jest nią: „chcę zanieść to do mechanika, ale urządzenie jest bardzo ciężkie, sam nie dam sobie rady – proszę, pomóż mi”. Oczywiście nie jest też prośbą: „rusz w końcu d… i potrzymaj mi to!”.
 
Istotę pokory wyraża, i prośbą o pokorę jest, znana wszystkim w AA, „Modlitwa o pogodę ducha”:
„Boże, użycz mi pogody ducha,
Abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.
 
Proszę w niej Boga o pogodę ducha, abym dzięki niej, umiał godzić się z faktami i akceptować rzeczywistość taką, jaka ona jest, a przecież elementem tej rzeczywistości i faktem, są moje wady, słabości i ograniczenia, które wcześniej u siebie rozpoznałem. Będę też potrzebował odwagi, abym wykorzystując swoje mocne strony, które też już znam, zmieniał to, co rzeczywiście mogę zmienić. I najważniejsze – żebym potrafił odróżnić to, co mogę, na co faktycznie mam wpływ, od tego, co leży poza moim zasięgiem; żebym bezsensownie nie marnował sił i środków na działania, które nie przyniosą, bo przecież przynieść nie mogą, żadnych pozytywnych rezultatów, a jedynie rozczarowanie, rozgoryczenie i żal.
 
Wyraźne ślady pokory można także odnaleźć w starym, znanym AA-owskim powiedzeniu „najpierw sprawy najważniejsze”, które zresztą znakomicie koresponduje z „Modlitwą o pogodę ducha”. W swoim prostym, podstawowym znaczeniu mówi ono, że dopóki nie piję, wszystko jest możliwe. A więc dla mnie, jako alkoholika, utrzymanie abstynencji jest sprawą podstawową, dla której powinienem być gotów poświęcić i zrobić… no, jeśli nie wszystko, to na pewno bardzo dużo. Ale w „najpierw sprawy najważniejsze” kryje się również głębszy sens – mój czas jest ograniczony, ludzie nie żyją wiecznie. Nie jest to powód do umartwiania się, ale na pewno wymaga rozwagi, odpowiedzialności. Jeśli mam świadomość, że nie wszystko zdążę zrobić, nauczyć się, dowiedzieć, poznać, zrozumieć, doświadczyć, to może warto zastanowić się, rozważyć, co takiego jest dla mnie najważniejsze… teraz, dzisiaj. Tak, dzisiaj. Bo jutro… Starzy Chińczycy powiadają: „nie mów zbyt lekko o jutrze, może się ono okazać tak odległe, jak wieczność, albo… tak, jak wieczność bliskie”.
Wreszcie, jeśli kieruję do Boga rozmaite prośby, ale nie kiwnąłem palcem, żeby wykonać swoją część zadania, a więc natrętnie i nachalnie domagam się, żeby zrobił coś za mnie, bo… bo tak chcę!, to nie jest pokorne zwracanie się, ale – w najlepszym wypadku – naiwny koncert życzeń, zrozumiały i dopuszczalny być może u małych dzieci.
 
Krok Siódmy mówi tym, że czas wreszcie dorosnąć…

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Program działa gdy ja...

Woźniaków – wieś pod Kutnem. Mniej więcej w środku Polski. Parafia i kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła. I, co dla alkoholików najważniejsze, Dom Pielgrzyma z wygodnymi pokojami, znakomitą kuchnią oraz pomieszczeniami odpowiednimi do pracy grupowej. Od lat spotykają się tam uczestnicy internetowego warsztatu Krok po Kroku, żeby twarzą w twarz popracować nad Programem 12 Kroków Wspólnoty AA, podczas weekendowych warsztatów.
Opole – jedno z najmniejszych miast wojewódzkich, pipidówa na południowym zachodzie kraju, znana głównie z Festiwali Polskiej Piosenki i powodzi. Aktualnie sześć grup AA. Siódma w planach.



Ten Program działa, kiedy ja działam – przysłowie AA
(Woźniaków, czerwiec 2010)

Na początku XXI wieku sytuacja w Opolu przedstawiała się w przybliżeniu następująco: cztery czy pięć grup AA-owskich, takie same, albo bardzo podobne scenariusze mityngów często w rażący sposób naruszające Tradycje AA, Program AA, poza ceremonialnym odczytywaniem Kroków i Tradycji na początku każdego mityngu, był w zasadzie prawie zupełnie nieobecny, a wypowiedzi dotyczące realizacji poszczególnych Kroków zdarzały się sporadycznie. Pracowaliśmy wtedy głównie na „programie problemów i radości”, na tematach (dość często o charakterze religijnym) proponowanych alkoholikom przez Duszpasterstwo Trzeźwości w książeczce „24 godziny”, na wzruszających utworach poetyckich, które wprawdzie nie miały nic wspólnego z Programem Dwunastu Kroków, ale za to znakomicie poprawiały samopoczucie („Dezyderaty”, Orędzie serca”, „Jeśli zdołasz” itp.). 
Sponsorowanie praktycznie nie istniało, a jeśli nawet ktoś miał sponsora, to zwykle oznaczało to jedynie kartkę z numerem telefonu i obowiązkowym komunikatem „jakby ci się chciało pić, to dzwoń do mnie choćby w środku nocy”. Podobno – wiadomość nie potwierdzona – ktoś nawet spotykał się czasem ze swoim sponsorem, ale przypadkowe i nieregularne rozmowy dotyczyły głównie spraw bieżących i rozlicznych problemów podopiecznego z żoną, dziećmi, pracodawcą, urzędami itd.
Tragiczny brak chętnych do pełnienia służb. Z początkiem 2005 roku działalność grupy AA „Wsparcie” została zawieszona, gdyż nie znalazła się ani jedna osoba gotowa pełnić tam jakąkolwiek służbę.
 
Najpierw kilka, później kilkanaście osób, zaczęło coraz bardziej zdawać sobie sprawę, że to chyba nie tak miało być, że nie o to chodzi. Oczywiście najlepszym probierzem były relacje z bliskimi i satysfakcja z trzeźwego życia. A raczej właśnie bolesny i dotkliwy jej brak. Mijały miesiące, nie piliśmy, ale… Swoją drogą powrotów do picia (tzw. wpadek, zapić) było wiele i często wracający używali określenia „i nawet nie wiem, jak znalazłem się w knajpie”. Pamiętam, jak odrobinę podśmiechiwałem się z tej dziwacznej teleportacji, ale z drugiej strony trochę mnie to jednak niepokoiło. Nie chciałem wrócić do picia w tak tajemniczy i niezależny ode mnie sposób.
 
Mieliśmy świadomość, a przynajmniej uzasadnione podejrzenia, że chodzi właśnie o Program, którego tak naprawdę zupełnie nie znamy, nie realizujemy i nijak nie wdrażamy w życiu. Wymyśliliśmy więc w akcie desperacji, że będziemy się w kilka osób spotykać raz w tygodniu po normalnym mityngu AA, na czymś w rodzaju warsztatów poświęconych poszczególnym Krokom. Zdaję sobie sprawę, że dziś może się to wydawać wręcz idiotyczne, ale tak to było – alkoholicy spotykali się specjalnie po mityngu, żeby dowiedzieć się czegoś o Dwunastu Krokach AA, bo na samym mityngu AA było to niemożliwe.
Cały cykl spotkań udało się przeprowadzić chyba tylko raz, w pozostałych przypadkach grupa rezygnowała z pracy i spotkań dość szybko, ale z prawdziwej słabości tego pomysłu zdałem sobie sprawę właściwie dopiero niedawno: jest rzeczą normalną, że ślepiec nie widzi drogi, ale czy jest szansa, że zobaczy ją siedmiu ślepców? Mieliśmy różny staż abstynencki, ale (prawie) równy, to jest zerowy, poziom wiedzy o Programie. Co mogliśmy wymyślić w tych warunkach?
 
Ktoś miał kuzynkę w Ameryce, ktoś pojechał do Strzyżyny, ktoś był na dłuższej delegacji na Śląsku… W każdym razie do naszego miasteczka i dość zamkniętego środowiska zaczynały napływać informacje z wielkiego świata. Wynikało z nich jasno, że bez sponsorowania, ale takiego z prawdziwego zdarzenia, nie mamy właściwe większych szans na istotną, liczącą się zmianę. Wierzyliśmy w tą koncepcję mniej lub bardziej, ale i tak nie mieliśmy już żadnych innych pomysłów, a i determinacja nasza była wielka, więc…
 
01.03.2008 odbyły się w Strzelcach Opolskich Pierwsze Warsztaty Sponsorowania organizowane przez Intergrupę Śląska Opolskiego. Prosiliśmy o pomoc i ją dostaliśmy. Przyjechali ludzie z różnych miejsc w kraju, ale głównie z tej części Śląska, w której rzekomo Wspólnota AA miała wyglądać zupełnie inaczej. Rzekomo, bo w to, co opowiadali, faktycznie trudno było uwierzyć. Tak trudno, że jeden z przyjaciół zaraz następnego dnia pojechał na ten Śląsk z rewizytą, ale tak naprawdę sprawdzić tam, na miejscu, u nich, czy nie zmyślali. No, bo jak niby wierzyć, że ponad połowa alkoholików na mityngu nie tylko ma sponsora, ale i z nim pracuje na Programie? W każdym razie wrócił z informacją, że mówili prawdę. Wtedy się zaczęło. Pisząc obrazowo, malutka śnieżna kuleczka powoli zaczęła się toczyć po zboczu.
Szukaliśmy dla siebie sponsorów i znajdowaliśmy ich, zapraszaliśmy spikerów, organizowaliśmy kolejne warsztaty sponsorowania, wysyłaliśmy delegatów na rozmaite AA-owskie warsztaty w całej Polsce. I chciwie słuchaliśmy ich, gdy wracali.
 
Gdzieś pod koniec 2009 roku, podczas mityngu grupy „Asyż” zauważyłem, że z obecnych na spotkaniu alkoholików przynajmniej 70% pracuje ze sponsorem, sponsoruje, albo i jedno i drugie. Przynajmniej, może więcej, nie wszystkich znam aż tak dobrze, żeby mieć pewność.
Wiosną 2010 roku przyszła lawina. Chętnych do pracy ze sponsorem jest już więcej niż sponsorów. Nowe doświadczenie – to boli, gdy trzeba odmawiać prośbie o pomoc. Podczas mityngów trzech grup, mówi się prawie wyłącznie o Krokach i Tradycjach, o pracy na Programie, o praktycznym wdrażaniu go we własnym życiu i o tym, jak się dzięki temu ono zmienia.
W czerwcu 2010 w Woźniakowie grupa z Opola była najliczniejsza. To swoisty ewenement, bo przecież są tu alkoholicy z metropolii, z Trójmiasta, Warszawy, Hamburga, Lwowa…
Wydaje mi się, że największe wrażenie w grupie Kroków IV-V (było nas wielu i pracowaliśmy w trzech grupach tematycznych) robią „młode wilki” z naszej, opolskiej drużyny – stosunkowo młodzi ludzie, z abstynencją kilkunastomiesięczną, którzy pracują rzetelnie ze sponsorami na Programie właściwie od swoich pierwszych dni, czy tygodni we Wspólnocie.
 
W ostatni dzień warsztatu, już ustalany jest termin kolejnego takiego spotkania: połowa października. Tym razem, po raz pierwszy, organizatorem warsztatów w Woźniakowie ma być Opole. To wyzwanie. Podczas drogi powrotnej wstępnie zastanawiamy się nad podziałem zadań. Mam wiele obaw, wahań i wątpliwości. W końcu zawsze przecież wygodniej jest przyjść na gotowe i za nic nie odpowiadać. Kilometry lecą. Wreszcie jednak decyduję się i szybko, zanim się rozmyślę i wycofam, deklaruję pracę przy przygotowywaniu materiałów. Bo używane aktualnie, a pochodzące ponoć z 1940 roku, w których znajdujemy sugestię, że Program 12 Kroków można „zrobić” podczas czterech jednogodzinnych sesji, zaczynają budzić pewne wątpliwości (prawdopodobnie chodzi o jakiś błąd w tłumaczeniu).
 
Kilkadziesiąt kilometrów dalej rodzi się kolejny pomysł: a może by tak tego typu warsztaty organizować częściej? I bliżej? Nie wszystkie przecież muszą być ogólnopolskie, czy nawet europejskie. A może chociaż jednodniowe, regionalne? Oczywiście, świetnie zdajemy sobie sprawę, że w warunkach weekendowych warsztatów nie da się zrealizować żadnego Kroku. Ale w przypadku dającego się odczuć głodu Programu, można je jednak znakomicie przybliżyć, zasugerować, pokazać w jaki sposób robią inni i co im z tego wychodzi, wreszcie - zmobilizować.
Niedługo powstanie pewnie nowa grupa w mieście. Ma ona dysponować wygodnym pomieszczeniem na wyłączność; przecież można by je wykorzystać także i…
 
 
Wspaniale jest mieć realne nadzieje i śmiałe plany, ale głównie i przede wszystkim trzeźwych przyjaciół u boku, z którymi wspólnie możliwa jest realizacja takich przedsięwzięć.


niedziela, 20 czerwca 2010

Problematyczna 2 Tradycja

Oryginalny tekst Drugiej Tradycji AA brzmi: „For our group purpose there is but one ultimate authority - a loving God as He may express Himself in our group conscience. Our leaders are but trusted servants; they do not govern”. Aktualnie, to jest latem 2010 roku, polskie tłumaczenie ma postać:  „Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą” i uważam je za ewidentną przyczynę tragedii tysięcy alkoholików i ich rodzin w naszym kraju.


Druga Tradycja AA – tragedia i przekleństwo polskich alkoholików

Siłą Wspólnoty Anonimowych Alkoholików oraz realną nadzieją dla osób uzależnionych  jest Program AA (oferta, propozycja), który można zawrzeć w trzech punktach, ułożonych w dokładnie takiej kolejności jeśli chodzi o ich wagę i znaczenie:
 
1. "Pisanie" (realizacja) Programu 12 Kroków AA ze sponsorem oraz sukcesywne wdrażanie go we własnym życiu.
2. Służby pełnione w grupie AA, ale również i poza nią, w Intergrupach, Regionach, Konferencjach itd.
3. Mityngi AA, podczas których dzielimy się doświadczeniami wynikającymi z dwóch poprzednich.
 
Mniej więcej trzydzieści pięć lat temu profesjonaliści (Dudrak, Grabowska, Matuszewska, Wierzbicki i inni) założyli u nas Wspólnotę AA.  Czemu na grunt polski przeszczepili same tylko mityngi – pozostanie już pewnie zagadką na zawsze. Chodzi mi głównie o ideę sponsorowania, bo struktury AA jakoś się tam z czasem wreszcie rozwinęły. Może nie rozumieli roli sponsorowania? Może rolę sponsorów automatycznie i w sposób naturalny przydzielili sobie? No mam pojęcia, w tej chwili to już tylko spekulacje i to może nawet niespecjalnie ważne. W każdym razie chwała im za Wspólnotę AA, na pewno zrobili to najlepiej, jak wówczas potrafili, i jeśli nawet nie przywieźli nam z Zachodu sponsorowania, to na pewno nie oni odpowiadają za to, że właściwie nie zaistniało ono w Polsce przez następne trzydzieści lat. Bo nie zaistniało, a niewielkie enklawy (kawałeczek Śląska, Opole, jakieś pojedyncze grupy rozrzucone po kraju), to jedynie wyjątki potwierdzające regułę.
 
Tak, uważam, że za brak sponsorowania we Wspólnocie AA w Polsce odpowiadamy my sami – członkowie AA. Jednak w dużej mierze odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi także, a może nawet i przede wszystkim, pokręcone, po prostu błędne (moim zdaniem) tłumaczenie tekstu Drugiej Tradycji.
 
W czym jest problem? Ano, w sławetnym authority, które na polski nie wiedzieć czemu przetłumaczone zostało, jako autorytet; może dlatego, że wygląda podobnie, nie wiem.
 
Jak to wygląda u nas w tej chwili? Tekst Drugiej Tradycji składa się z dwóch zdań, w których są trzy błędy w tłumaczeniu, i które właściwie nie mają ze sobą wiele wspólnego.  Drugie z nich, w którym leaders przetłumaczono, jako przewodnicy, zamiast liderzy (po co?), jest jasne i mniej więcej zrozumiałe (choć tu też mam wątpliwości, bo oni nami nie rządzą oznacza, że kimś jednak rządzą, ale nie nami): mandatariusze, rzecznicy, powiernicy i inni są od służenia, a nie rządzenia. Proste!
 
Niestety, ze zdaniem pierwszym jest dużo gorzej. Na jego bazie Anonimowi Alkoholicy w Polsce zbudowali cały system przekonań, który można określić jednym zdaniem: alkoholik nie powinien szukać sobie autorytetów w AA, albo i nigdzie indziej. Jest to oczywiście wersja uproszczona, bo analizując to zdanie dalej, można też dojść do wniosku, że nie ma po co jakoś specjalnie szukać „Jego woli wobec nas” (Krok Jedenasty), kiedy przecież w Drugiej Tradycji wyraźnie napisano, że ta wola Boga wyraża się w sumieniu grupy, a więc rozwiązania swoich problemów powinienem szukać podczas inwentury grupy, albo na spotkaniu Intergrupy, Rady Regionu itp. Ale to już zupełny absurd. Zresztą, Tradycji tej nikt nie zgłębia aż tak bardzo, bo przecież do szczęścia wystarczy, że alkoholik ma nie szukać autorytetów. Do szczęścia? A tak, właśnie, do szczęścia. Bo to przecież miód dla duszy wiecznie skoncentrowanego na sobie egoisty i egocentryka. To niejako „programowa” podpora przekonania, że nikt mi nie będzie mówił, co mam robić, przecież ja wiem najlepiej, czego mi trzeba, i wielu innych w tym stylu.
 
Gdybym nie uznał autorytetu lekarza w przychodni lub w poradni odwykowej, terapeuty, grupy AA, sponsora – już bym nie żył. Tragedią pijącego alkoholika jest przecież właśnie to, że nie uznaje on żadnych autorytetów, nikogo nie słucha i często aż do śmierci potrafi upierać się, że on sam wie wszystko najlepiej.
 
Tak oto dochodzimy do sedna problemu: Po co mi sponsor, jeśli ja i tak wiem najlepiej? Po co mi sponsor, który nie jest i nie może z założenia dla mnie żadnym autorytetem? Tradycja Druga nie zachęca alkoholików do odrzucania autorytetów! Choć wydaje się to być wyjątkowo kuszące.
 
W dyskusjach na ten temat często pada argument: no a jak twój autorytet/sponsor się napije, to co wtedy? A co niby ma być? – ja odpowiadam – Czy faktycznie, jak się  w środowiskach polskich AA sugeruje, oznacza to, że ja też muszę się napić? Bzdura!
 
Mam wrażenie, że nastąpiło tu jakieś kompletne pomieszanie pojęć. Przecież autorytet to nie idol! Mój sponsor, który jest dla mnie autorytetem, pomaga mi znaleźć moją własną drogę. Ja nie mam kopiować życia swojego sponsora – mam swoje. Natomiast do ślepego naśladowania nastolatki (i pewnie nie tylko) mają swoich idoli. Powtarzam: idol to nie to samo, co autorytet! Wystarczy sprawdzić w słowniku.
Dla dziesiątków tysięcy Polaków płci obojga autorytetem moralnym był Jan Paweł II. No, ale czy to oznacza, że wszyscy oni chcieli i chcą zostać papieżami? 
 
Przekonanie, że alkoholik nie może mieć we Wspólnocie autorytetów, stało się przekleństwem i tragedią wielu z nas; z zejściami śmiertelnymi włącznie. Oczywiście, często było to także tragedią naszych rodzin. I to nawet wtedy, gdy alkoholikowi udawało się utrzymywać abstynencję. Sama abstynencja jeszcze nie rodzi normalnych, zdrowych, trzeźwych relacji z innymi ludźmi – to chyba oczywiste. Motorem zmian może być program AA, ale… Program ten można byłoby poznać, zrozumieć, dowiedzieć się, jak go stosować w życiu, dzięki sponsorowi, ale jeśli tego sponsora lepiej nie mieć, bo jeszcze autorytetem (fuj, fuj!) jakimś by się stał, to…
I tak oto od lat trzydziestu tańczymy chocholi taniec w rytmie, cały czas tych samych przekonań, wyobrażeń, pustych deklaracji, za którymi tak naprawdę nie stoi żadne działanie. Tradycja Druga w obecnej wersji wspiera szalejącą samowolę.
 
Najmniej AA jest na mityngu AA. Sprowadzając ideę AA w Polsce tylko do samych mityngów, doczekaliśmy się chwili, w której Wspólnota i jej Program traktowane są u nas, jako mało ważny dodatek do terapii odwykowej. Taka poterapeutyczna grupa wsparcia połączona z klubem abstynenta.
 
Ale wracam do problemu tłumaczenia. Zwłaszcza tłumaczenia słowa authority. I zrozumienia określenia autorytet. Nawet według słownika języka polskiego autorytet jest to: społeczne uznanie, prestiż osób, grup i instytucji oparte na cenionych w danym społeczeństwie wartościach; osoby, instytucje cieszące się uznaniem; powaga, władza. Tak, także władza. Władza! Pamiętać też należy, że angielskie authority ma zakres znaczeniowy dużo szerszy, niż jego polski odpowiednik, tam jeszcze bardziej i częściej oznacza to właśnie władzę, zwierzchnictwo, zarządzanie.
 
Jak więc, moim skromnym zdaniem, brzmi naprawdę Druga Tradycja? A choćby i tak, to oczywiście jest tylko moja propozycja: Jedyną najwyższą władzą we Wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nie rządzą
I teraz okazuje się, że tekst tej Tradycji jest jasny, prosty, zrozumiały i spójny. Oba zdania dotyczą problematyki rządzenia, zarządzania, szefowania we Wspólnocie AA, a nie jakichś mętnych sugestii o rzekomej potrzebie, a nawet jakichś korzyściach wynikających ponoć z odrzucania przez alkoholików wszelkich autorytetów, co oczywiście wzmacnia samowolę.
 
Mam tylko nadzieję, że w interesie tych, którzy wciąż jeszcze cierpią, a niektórzy z nich to weterani, wieloletni członkowie AA w Polsce, ktoś wreszcie zrobi porządek z naszymi, AA-owskimi tekstami i tłumaczeniami.

sobota, 19 czerwca 2010

Krok 6 Programu 12 Kroków

Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.
(ang. Were entirely ready to have God remove all these defects of character.)

Jak rozumiem Krok 6 Programu 12 Kroków AA?

Jest to Krok, który wielu alkoholikom – i mnie także – na pierwszy rzut oka, i z daleka, wydawał się łatwy i prosty, ale kiedy przyszło do praktycznej realizacji, okazało się to, niestety, tylko złudzeniem. O ile jeszcze z uważnej lektury stosownego rozdziału „Dwunastu Kroków i Dwunastu Tradycji” można wyciągnąć pewne wnioski, co do samej idei tego Kroku, to praktycznych wskazówek, odpowiedzi na pytanie, „co ja mam konkretnie zrobić?”, nie znalazłem w sumie zbyt wielu.
„Walczyłem” z tym Krokiem (z Siódmym zresztą też) na warsztatach w Opolu, w Strzyżynie, wiele o nim czytałem, korzystałem z doświadczeń sponsora oraz alkoholików, którzy na ten temat mieli cokolwiek do powiedzenia, starałem się realizować we własnym życiu i wreszcie wypracowałem, na użytek swój oraz podopiecznych, pewną koncepcję dotyczącą samej istoty Kroku Szóstego, ale także metody jego praktycznej realizacji w życiu.
 
Największym moim błędem było oczekiwanie, aż Bóg sam odbierze mi wady charakteru, kiedy będę na to gotowy, a ta gotowość pojawić się miała u mnie, chyba jakoś tak… samoistnie, może w efekcie wieloletniego chadzania na mityngi AA? Kompletne nieporozumienie! Później znowu pakowałem masę sił i środków w targowanie się ze słowami „całkowicie” i „wszystkich”. Było to równie bezsensowne.
 
Tekst Kroku Szóstego można podzielić na dwie części: „Staliśmy się całkowicie gotowi…” oraz „… aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru”. Na początek część druga, łatwiejsza.
Proces uwalniania mnie od wad, to domena Boga, a nie moja. Ja mogę sobie oczywiście wyobrażać, że Bóg klaśnie w ręce, albo pstryknie palcami i w tym momencie wszystkie moje wady charakteru znikną, przestaną istnieć. To dziecinada i niepoważne chciejstwa. Ja nie wiem jakich technik, sposobów czy metod użyje Bóg, jaki będzie zakres Jego działania, ale przede wszystkim, ja nie mam na to zupełnie żadnego wpływu. W tej sytuacji, dalsze rozważania o tym, jak On to ewentualnie zrobi, są tylko stratą czasu – w najlepszym przypadku, bo w gorszym, oznaczać mogą próby przejmowania kompetencji Boga, narzucanie Mu własnej woli, pomysłów, oczekiwanych i akceptowanych rozwiązań.
Do mnie należy część pierwsza Kroku Szóstego, „Staliśmy się całkowicie gotowi…”, i pytanie podstawowe: co ja mam w takim razie zrobić, konkretnie, żeby stać się gotowym? Jakie działania podjąć, żeby tą gotowość w sobie zbudować? Program AA jest programem działania, a więc, co i jak mam robić?
 
W rozważaniach na temat Kroków Sześć-Siedem od lat bardzo przydaje mi się historia wskrzeszenia Łazarza, z Ewangelii świętego Jana. Oto w wielkim skrócie i uproszczeniu jej treść: Łazarz był ciężko chory. Jego siostry wezwały Jezusa, mając nadzieję na jego pomoc, być może na przywrócenie zdrowia bratu. Jednak zanim Jezus przybył na miejsce, Łazarz zmarł i został pochowany w pieczarze przywalonej kamieniem. Jezus wyraził gotowość wskrzeszenia Łazarza i do obecnych powiedział, żeby usunęli kamień nagrobny. Marta, siostra Łazarza zaprotestowała, twierdząc, że zwłoki Łazarza już cuchną, bo został pochowany cztery dni wcześniej. Jezus zdania nie zmienił, a więc ostatecznie ludzie odsunęli kamień. Wówczas Jezus wskrzesił z martwych Łazarza, który o własnych siłach wyszedł z grobu.
 
Pojawia się tu pytanie: dlaczego Jezus kazał ludziom usunąć kamień? Przecież Jezus był (jest) Bogiem. Miał moc wskrzeszenia Łazarza, a więc na pewno nie zabrakłoby Mu jej na odsunięcie kamienia – w końcu Bóg jest przecież wszechmocny, wystarczyłoby, by mrugnął, a kamień odtoczyłby się sam, albo rozpadł w pył i proch. Czemu kamień musieli odsuwać ludzie?
Jezus zrobił dokładnie to, co jest zarezerwowane dla Boga, coś, co leży całkowicie poza zasięgiem i możliwościami człowieka – wskrzesił zmarłego. Tego żaden człowiek nie byłby w stanie dokonać. Ludzie zrobili jednak to, co zrobić mogli – odsunęli kamień. Ważna wydaje mi się też kolejność – najpierw kamień, później wskrzeszenie.
W tym „przedsięwzięciu”, ale może w wielu innych także, może do dziś, ważne jest to, że są sprawy ludzkie i są sprawy Boskie. Wierzę, że Bóg – jakkolwiek Go nie pojmuję – pomoże mi, jednak pod warunkiem, że najpierw to ja wykonam swoją część zadania i że nie będę się domagał od Niego, żeby zrobił coś, z czym mogę i powinienem poradzić sobie sam. I tak właśnie, w moim przekonaniu, skonstruowany jest Krok Szósty: ja – gotowość, Bóg – uwolnienie.
Kiedyś, podczas mityngu DDA, słyszałem nieco inną wersję tłumaczenia tekstu Szóstego Kroku: „Staliśmy się całkowicie gotowi do współdziałania z Bogiem, w wyzbyciu się szkodliwych i nieskutecznych zachowań”. I, choć pewnie nie jest to tłumaczenie lepsze pod względem językowym, to niewątpliwie można przyznać, że „coś w tym jest”, a szczególnie to „współdziałanie z Bogiem”.
 
Skąd mam wziąć tę gotowość, która jest moją częścią zadania, jak ją stworzyć, zbudować i… po co? Pamiętając, że gotowość oznacza, że wiem, co zrobić, wiem, jak zrobić, wiem, kiedy zrobić (albo przynajmniej zacząć) oraz mam na tyle Siły duchowej, że podejmę działanie, nawet jeśli boję się, wstydzę lub po prostu mi się nie chce.
 
Pracując nad Czwartym i Piątym Krokiem zorientowałem się, że (czy trzeźwy, czy pijany) nadal mam wady charakteru, uświadomiłem sobie też, że ich w określonym celu i w określony sposób używam, a to nie jest sytuacja, która zapewniałaby mi komfort psychiczny. Przedtem mogłem obojętnie wzruszyć ramionami i skwitować taki problem słowami: „jak już po prostu tak mam”, ale teraz już się tak nie da. Pełna świadomość używania własnych wad charakteru dla jakichś tam swoich osobistych korzyści (materialnych, lub innych), wywołuje dyskomfort psychiczny, po prostu cierpienie. To nie jest stan, z którym byłbym gotów na dłuższą metę się godzić. Wyjścia z tej sytuacji są dwa: albo alkohol i natychmiastowa ulga, albo poważna realizacja Szóstego Kroku (i dalszych). Jeśli nie wspominałem dotąd o popularnym w AA określeniu, w którym alkoholicy nazywani są ludźmi „skazanymi na rozwój”, to teraz jest chyba na to odpowiednia chwila.
 
Gotowość. Kiedy stałem się gotowy do rozstania z alkoholem? No, cóż… dopiero wtedy, kiedy okazało się, że straty są zdecydowanie większe od zysków. Kiedy konsekwencje picia przywaliły mnie tak, że nie miałem już właściwie żadnego pomysłu na swoje dalsze życie, z alkoholem, czy bez niego – stałem się wreszcie gotowy do podjęcia określonych działań.
Czy w przypadku wad charakteru historia musi się powtarzać? Czy rzeczywiście muszę najpierw ponieść koszmarne konsekwencje ich używania, bym w końcu stał się gotowy do rozstania z nimi? Specjalnie zwracam tu uwagę na słowo „muszę”. Jeśli „kocham” szybko i niebezpiecznie jeździć samochodem (lekkomyślność, nieodpowiedzialność, lekceważenie zdrowia i życia własnego i innych ludzi), to czy faktycznie muszę spowodować wypadek i kogoś zabić, zanim się w końcu opamiętam? Jeśli namiętnie kłamię i oszukuję innych ludzi, to czy muszę doczekać się wyroku sądowego, albo „tylko” usunięcia z towarzystwa, zanim zdecyduję się zacząć działać? Jeśli odpowiedzi na takie pytania z jakiegoś powodu nie potrafię udzielić sam, mogę poszukać ich przy pomocy sponsora.
 
Kłamię. Pozornie już nie chcę tego robić, ale jednak… nadal robię. Czemu pozornie? Bo jeśli nadal kłamię, to widocznie w dalszym ciągu mam z tego więcej korzyści niż strat. Korzyści, z których najwyraźniej nie chcę rezygnować. Co może w tej sytuacji zrobić człowiek trzeźwy? Może w przemyślany sposób zacząć podnosić poziom kosztów sam, zanim w sposób lawinowy i niekontrolowany zwalą się one na niego. Chodzi tu o to, żeby zyski i korzyści z kłamstwa przestały być aż tak bardzo opłacalne. I tu okazuje się, że ja przecież bardzo dobrze wiem, jak to zrobić! Jeśli postanawiam, że do każdego kłamstwa będę się przyznawał osobie okłamanej, i będę to postanowienie realizował z żelazną konsekwencją, to niewątpliwie bardzo szybko dojdę do wniosku, że kłamać chyba się jednak aż tak bardzo nie opłaca.
Przypomina mi się w związku z tym stare, ludowe powiedzenie, dotyczące grzechu kradzieży i warunków jego odpuszczenia: „grzech nie będzie odpuszczony, póki wziątek nie zwrócony”. Jaki sens ma kradzież, jeśli zagarnięte mienie, rzeczy, przedmioty, trzeba zwrócić? Dokładnie tę samą metodę stosowaliśmy w jednostce wojskowej, kiedy nasze własne wulgaryzmy przybierały takie rozmiary, że po prostu nam samym to już przeszkadzało – rozwiązaniem okazała się skarbonka, do której wrzucić należało dwa złote za każde przekleństwo. Po kilku dniach plugawe odzywki należały już do rzadkości. Metoda kontrolowanego podnoszenia poziomu strat, nie jest więc ani niczym nowym, ani żadnym epokowym odkryciem. Tyle tylko, że wcześniej nie życzyłem sobie nic o niej wiedzieć, ani choćby pamiętać.
 
Gotowość do przyjęcia konsekwencji własnego postępowania, jest ważną częścią składową gotowości z Szóstego Kroku. Jest także miarą mojej trzeźwości. Ale uwaga! W tym momencie bardzo łatwo jest o pewne nieporozumienie. Czy, choćby w powyższym przykładzie z kłamstwami, jeśli nie chcę zdecydować się na natychmiastowe przyznawanie się do nich, jeżeli – mówiąc wprost – nadal chcę używać tej wady, to, czy oznacza to i świadczy, że jestem złym człowiekiem? Stop! Rozważania te nie dotyczą ocen moralnych, a więc ich wynik nie zawiera się w kategoriach dobra i zła. Mówimy o trzeźwości i gotowości. Albo o ich braku. O moralności – nie. Tym razem nie. Jeśli świadomie, po rozważeniu wszelkich „za” i „przeciw”, decyduję się nadal używać wady kłamstwa i jeśli jednocześnie jestem w pełni gotowy na przyjęcie wszelkich konsekwencji takiego wyboru, nawet tych, których jeszcze nie znam, nie spodziewam się, a nawet nie wyobrażam, to – w pewnym sensie – w porządku.
Jeśli jednak nadal chciałbym oszukiwać, zwodzić i okłamywać wszystkich, których tylko zdołam oraz czerpać z tego działania określone profity, ale w sytuacji, gdy „sprawa się wyda”, czyli wtedy, kiedy pojawią się konsekwencje, będę starał się ich uniknąć, przerzucić na kogoś innego, to takie postępowanie z trzeźwością nie ma kompletnie nic wspólnego. Przypomina za to małe dziecko, które chce się bawić klockami, ale później odmawia udziału i pomocy w ich sprzątaniu, albo… czynnego alkoholika i jego naiwne, a nawet często wręcz bezczelne próby uniknięcia odpowiedzialności za własne zachowanie, życiowe wybory i decyzje. To jest po prostu „pijane myślenie”.
Na przykładach kłamstwa, złodziejstwa i przeklinania, pokazałem metody i sposoby (na pewno jest ich dużo więcej) budowania własnej gotowości do rozstania z określoną wadą charakteru. To moje zadanie. Reszta w rękach Boga – jakkolwiek Go pojmuję.
 
W rozdziale dotyczącym Kroku Czwartego wspominałem o skrzynce z „narzędziami”, którą zawsze mam przy sobie. Noszę w niej między innymi kłamstwo, złodziejstwo, lenistwo, zarozumialstwo, pychę i wiele innych. Zwykle, choć nie zawsze tak być musi, nie jestem w stanie wyrzucić żadnego z tych narzędzi ze skrzynki, ale tym, co ja mogę zrobić, jest codzienne, każdego dnia podejmowane na nowo staranie, by tego narzędzia nie wyjmować i nie używać. Jeśli będzie mi się to udawało coraz częściej, kiedy będzie już pochłaniało coraz mniej mojej uwagi, pewnego razu, może się okazać, że w swojej skrzynce, właśnie tego jednego narzędzia już w ogóle nie mam – to pomoc i ingerencja Boga. Wydaje mi się, że warto pamiętać o tym, że ta boska pomoc i ingerencja nie musi oznaczać tylko „znikania” wad charakteru. Czasem może sprowadzać się do rady, sugestii, podpowiedzi przekazanej za pośrednictwem innego człowieka: „idź na mityng, zgłoś się do lekarza…”.
 
O Kroku Szóstym, w jednym zdaniu, mógłbym krótko powiedzieć: rób swoje, buduj gotowość i bądź pewien, że Bóg (jakkolwiek Go pojmujesz) pomoże wtedy, kiedy już wykonasz swoją część pracy, albo kiedy problem rzeczywiście przerośnie twoje własne możliwości.