poniedziałek, 19 stycznia 2009

12 Kroków AA w pigułce

Jesienią 2008 roku mój sponsor zasugerował mi napisanie serii króciutkich tekstów dotyczących poszczególnych Kroków AA; nie powinny być one dłuższe, niż dziesięć zdań. Chodziło głównie o to, czy potrafię odnaleźć, zrozumieć, wydobyć z Kroków to, co w nich najważniejsze, samą esencję, istotę, sedno, a następnie przekazać prosto, dosłownie w kilku zdaniach. Realizowałem to zadanie od października 2008 do końca stycznia 2009. A oto efekty mojej pracy:

12 Kroków Anonimowych Alkoholików w pigułce

Krok 1 w pigułce
Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem.

Alkoholizm to choroba. Jako alkoholik jestem bezsilny wobec alkoholu, ale nie jestem bezsilny wobec choroby alkoholowej – z alkoholem nie wygram, ale alkoholizm można zatrzymać i leczyć. Bezsilność wobec alkoholu oznacza też, że nie jest to problem głupoty, złego charakteru, czy braku silnej woli.
Druga część Pierwszego Kroku mówi tak naprawdę o pokorze. O pokorze rozumianej, jako zgoda na rzeczywistość i niewalczenie z faktami. Takim podstawowym faktem, dla mnie, alkoholika, jest to, że jeśli zacznę pić, to nie wiem, kiedy skończę i jak skończę, jeśli w ogóle skończę. Kolejnym faktem jest i to, że jeśli nie jestem Panem Bogiem, to na całą resztę swojego życia – poza alkoholem i piciem – wpływ też mam mniej lub bardziej ograniczony.

Krok 1 w pigułce (wersja druga)
Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem.

Alkoholicy utrzymujący abstynencję od wielu lat twierdzą, że są bezsilni wobec alkoholu i nie kierują, albo przynajmniej nie w pełni kierują, swoim życiem. Czy mam powody przypuszczać, że ze mną jest inaczej? Piłem w dwie godziny po tym, jak dałem słowo, że nie tknę alkoholu przez miesiąc. Kiedy zaczynałem pić nie wiedziałem kiedy i jak skończę. Piłem nawet wtedy, kiedy wiedziałem, że tego dnia szczególnie nie powinienem tego robić, bo grozi to poważnymi konsekwencjami. Konsekwencje mnie dosięgały, a ja piłem nadal. Jeśli przyznaję, że Krok 1 przynajmniej częściowo jest także i o mnie, to właśnie staję na progu drzwi wiodących do życia zupełnie innego, niż znałem dotychczas. Nie wiem, co będzie dalej i trochę się boję, ale są w końcu ludzie, którzy już ten próg przekroczyli i żyją. Twierdzą nawet, że żyją lepiej.
 

Krok 2 w pigułce
Uwierzyliśmy, że Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie.

Niedawno przestałem pić; moja abstynencja nie jest jeszcze zbyt długa, ani… zbyt trwała czy pewna. Nie jest to także jeszcze dobry czas na rozważanie koncepcji Boga lub innej osobowej Siły Wyższej oraz kanonów wiary i religii w moim nowym życiu, w którym nadal panuje niepewność, a nawet chaos.
Gdzie i u kogo, jako alkoholik, znajdę pomoc i wsparcie? Kto wie, jak ja mam żyć i co robić, żeby nie zapić? Zanim uporządkuję swoje zaburzone relacje z Bogiem, dzisiaj, doraźnie, jednego mogę być pewien: na temat problemu alkoholowego, takiego jak mój, więcej wiedzą w poradniach odwykowych i we Wspólnocie AA. Zwłaszcza w tej ostatniej spotykam alkoholików, którzy nie piją. Oni znają sposób. Wierzę, że zadziała on i dla mnie.
 

Krok 3 w pigułce
Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.

Wielu alkoholików – i ja też – w początkowym okresie ma bardzo pokomplikowane relacje z Bogiem, religią, kościołem itp. i za siłę większą od samego siebie uznaje na przykład służbę zdrowia lub Wspólnotę AA. Nie dzieje się w związku z tym nic złego. Na porządki w życiu religijnym na pewno przyjdzie stosowny czas, ale na początku moja pierwsza wizyta w poradni i pierwszy mityng AA, były przecież złożeniem własnej woli w ręce kogoś, kto wie, jak ja, alkoholik, mam żyć obok alkoholu bez alkoholu.
Kiedy zawiodły już właściwie wszystkie moje sposoby i metody, kiedy konsekwencje picia stały się nie do udźwignięcia, oddałem się w opiekę komuś, kto wiedział, jak ja mam żyć. I to w zasadzie wszystko – z jednym zastrzeżeniem, żebym po jakim takim dojściu do siebie nie wpadł na pomysł, że teraz to ja już potrafię, już wiem, już umiem, już sobie poradzę sam.
 

Krok 4 w pigułce
Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny.

Niesamowicie ważny ten Krok. Odkładanie go w nieskończoność (nasze sławetne „daj czas czasowi”), albo realizacja „po swojemu”, bez pomocy kogoś doświadczonego, potrafi mieć tragiczne skutki.
Podstawowe zasady:
– Obrachunek moralny to nie jest rachunek sumienia dokonywany przez katolików przed spowiedzią; wyliczanka grzechów może w przypadku alkoholika być niezwykle spektakularna, ale podczas poważnej realizacji Programu 12 Kroków AA niewiele pomoże, jeśli w trakcie tej pracy nie doszukam się samej istoty swoich błędów, czyli nie znajdę odpowiedzi na pytania: „Dlaczego robiłem to, co robiłem? Co we mnie jest takiego, że kradłem, kłamałem oszukiwałem, uwodziłem, manipulowałem?”.
– Obrachunek moralny obejmować ma całe życie, a nie tylko okres uzależnionego picia.
– Nie da się gruntownie i dokładnie zrealizować obrachunku moralnego samotnie.
 

Krok 5 w pigułce
Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.

Wyznanie Bogu (istoty swoich błędów) alkoholik dokonuje stosownie do wyznawanej religii; jest to jego sprawa indywidualna, a nawet osobista i intymna. Wyznanie sobie, to przyjęcie prawdy o sobie samym. Może być ono połączone z wyznaniem „drugiemu człowiekowi”. Ten „drugi człowiek” to rzeczywiście może być jedna osoba (na przykład sponsor), ale równie dobrze może to być także kilka osób. W WK napisano przecież „wyznaj Bogu i współbraciom swoje winy…”. Współbraciom, a nie jednemu bratu.
Z moich osobistych doświadczeń wynika, że całkiem niezłym pomysłem było dla mnie, żeby to było kilka osób i to alkoholików. Kogoś nieuzależnionego jestem w stanie wyprowadzić w pole (nawet zupełnie nieświadomie), jednak problem polega na tym, że to ja, a nie on, poniosę tego konsekwencje.
Mityng AA nie jest dobrym miejscem na realizację 5 Kroku.
 

Krok 6 w pigułce
Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.

Typowy i powszechny błąd, który i ja popełniłem, polega na tym, że alkoholik czeka z realizacją Kroku 6 do momentu, w którym stanie się gotowy, aby… podczas, kiedy Krok ten dotyczy właśnie budowania gotowości.
Komplet moich wad charakteru nie jest dopustem bożym („takim mnie Panie Boże stworzyłeś, to takim mnie masz”), ale przypomina raczej kuferek z narzędziami. Kiedy jest mi to potrzebne, kiedy mam nadzieję zyskać określone korzyści, wyciągam z kuferka któreś z „narzędzi” (na przykład kłamstwo, złodziejstwo, lubieżność, łakomstwo itd.) i po prostu używam go. A tak, tak… wad charakteru używamy jak narzędzi i robimy to dlatego, że przynosi to określone korzyści. Budowanie gotowości to praca związana ze świadomą rezygnacją z używania tych „narzędzi”.
 

Krok 7 w pigułce
Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.

Krok 7 AA to nie jest koncert życzeń i zachcianek. Najważniejsza jest w nim pokora rozumiana jako pełna świadomość własnych wad i zalet, słabości i mocnych stron. Tak rozumiana pokora pomaga mi odróżnić te rzeczy, które mam i mogę pozostawić Bogu, od tych, z którymi zdecydowanie i bez użalania się nad sobą, powinienem poradzić sobie sam. Bo w 7 Kroku prosić mam właśnie z pokorą, a nie z fanaberiami, zachciankami, roszczeniami, fantazjami i dziecinnym tupaniem nóżkami.
 

Krok 8 w pigułce
Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim.

Lista ma obejmować wszystkie osoby, które skrzywdziliśmy, a nie tylko przypadki z czasów picia. Takie podejście do sprawy ustrzegło mnie przed zupełnie nierealistycznym wyobrażeniem, że przed piciem i po jego zaprzestaniu to ja właściwie byłem święty.
Lista osób ma być zrobiona, a nie wymyślona. To znaczy, że ma być wykonana na papierze, a nie tylko w pamięci. Uważam też, że mało realne jest wykonanie tej pracy samemu. Kartka papieru i sponsor (albo jakiś warsztat tematyczny) znakomicie wpływają na długość tej listy, to jest na jej realizm.
Gotowość do zadośćuczynienia rozumiem jako wewnętrzne przekonanie, że określonym ludziom coś się ode mnie należy. Tak, właśnie należy – to nie jest chwilowa zachcianka znów wykonana po swojemu, ani nie prezent czy przejaw dobrej woli. Ja osobom skrzywdzonym jestem zadośćuczynienie winien.
 

Krok 9 w pigułce
Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.

Zaprzestanie picia nie jest zadośćuczynieniem.
Zadośćuczynienie jest dla ofiar, a nie dla katów.
Zadośćuczynienia dokonuję dlatego, że osobom przeze mnie skrzywdzonym się to po prostu należy, a nie po to, żeby poprawić sobie nastrój i samopoczucie. Jeżeli zadośćuczyniłem żeby pozbyć się poczucia winy i wyrzutów sumienia, to nie miało to nic wspólnego z uznaniem prawa ofiar do zadośćuczynienia, ani z moim trzeźwieniem (zdrowieniem).
Powiedzieć „przepraszam” mogę komuś, kogo niechcący potrąciłem na ulicy, ale jeżeli komuś spier… pół życia, albo zabrałem dzieciństwo, to samo „przepraszam” jest bezczelnością i kolejną krzywdą.
Zadośćuczynienie nie ma być kolejnym aktem mojej samowoli – jego zakres i wymiar powinienem uzgodnić z osobą skrzywdzoną; pamiętam, że to nie ja stawiam tu warunki.
 

Krok 10 w pigułce
Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny, z miejsca przyznając się do popełnianych błędów.

Obrachunek moralny z Kroków 4-5 nie załatwia sprawy raz na zawsze. Należy go, choć oczywiście nie w takim wymiarze, prowadzić na bieżąco. Już sama zgoda na realizację 10 Kroku świadczy o pokorze, gdyż mowa jest w nim o błędach popełnianych, a nie tylko popełnionych kiedyś tam.
Komu należy się przyznawać do popełnianych nadal błędów? To oczywiście zależy od wagi i rodzaju sprawy: sponsor, mityng, ktoś zaufany, ale głównie i przede wszystkim osoba skrzywdzona… Ważne jest, żeby nie skończyło się na przyznawaniu, po którym nadal będę popełniał te same czyny – Krok 10 to korekta zachowań i rozpoznanie intencji.
 

Krok 11 w pigułce
Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas, oraz o siłę do jej spełnienia.

Bardzo długo trwało zanim (będąc chrześcijaninem!) zorientowałem się, że ja nie muszę szukać jakichś skomplikowanych, kabalistycznych wręcz sposobów i metod na poznanie woli Boga wobec mnie, bo mam ją przecież jasno i wyraźnie spisaną w postaci Dekalogu.
Ważne wydaje mi się to, że podporządkowując się woli Siły Wyższej (jakkolwiek ją pojmuję) niejako automatycznie sam siebie przestaję ustawiać w centrum wszechświata.
Realizacja Kroku 11 pomaga mi znaleźć odpowiedź na pytanie o motywy mojego działania. Pomogłem koledze z życzliwości, czy po to, żeby się popisać i wykazać swoją nad nim wyższość? Tak rozumiany Krok 11 może stanowić znakomite narzędzie do korekty intencji, a to jest jednym z jego celów podstawowych.
 

Krok 11 w pigułce (nowa wersja)
Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia.

Modlitwa i medytacja nie są celem Kroku Jedenastego, to jedynie narzędzia, możliwe zresztą, że nie jedyne, służące do doskonalenia więzi z Bogiem. Ta z kolei wydaje się absolutnie niezbędna do korekty motywów i intencji, rozpoznanych w Kroku Dziesiątym, bo tego zadania już żadną miarą nie jestem w stanie skutecznie zrealizować sam, bez Jego wsparcia i pomocy.
 

Krok 12 w pigułce
Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.

Żeby sensownie nieść posłanie, trzeba najpierw wiedzieć, jak ono brzmi, czyli po prostu trzeba mieć co przekazać potrzebującemu. Ważne, by pomoc innym nie zasłoniła mi konieczności pracy nad sobą, bo przecież „nie możesz podzielić się czymś, czego sam jeszcze nie masz”.
Czasem problematyka niesienia posłania oraz różnych typów przebudzeń duchowych, przysłania drugą część Kroku 12 mówiącą o potrzebie stosowaniu przyjętych zasad w całym moim życiu, a nie tylko w czasie dwóch godzin mityngu tygodniowo.
 

Krok 12 w pigułce (nowa wersja)
Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.

Jest nadzieja i jest sposób. Jeśli pragniesz tego, co my w AA posiadamy (trzeźwość), spróbuj robić to, co my robiliśmy – takie posłanie staram się nieść innym alkoholikom, pomagając im zrozumieć, że mają wybór, ale nie wyręczając w podejmowaniu decyzji.
Siłą Wspólnoty i nadzieją dla osób uzależnionych jest Program AA (a nie mityngi!), który w praktyce okazał się znakomitym pomysłem na całą resztę mojego życia i to także, a może nawet przede wszystkim, tego zwykłego życia, które toczy się poza mityngowymi salami Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.

sobota, 17 stycznia 2009

Jedna grupa AA, czy kilka?

Kiedy kolejny raz od nowicjusza usłyszałem pytanie: „czy mam chodzić na jedną grupę, czy na różne?”, przypomniałem sobie swoje własne, doświadczenia związane z tym tematem i postanowiłem podzielić się nimi na szerszym forum.


Czy tylko jedna grupa AA, czy może kilka?

Pamiętam, jak pewnego razu na grupę, z którą się identyfikowałem, przyszło kilku nowicjuszy. Przyszli i… zostali, to znaczy zaczęli na tą grupę przychodzić stale. Atmosfera na grupie nieco się zmieniła. Już nie zawsze czułem się tam tak dobrze, jak przedtem. Może nie źle, ale… Jakoś inaczej w każdym razie.
W tej sytuacji, podczas któregoś z obowiązkowych spotkań z szefem przychodnianych „odwykaczy”, opowiedziałem, co się dzieje i zdradziłem się z myślami, a może nawet planami, opuszczenia AA, bo tam już nie jest tak, jak chciałem, jak się przyzwyczaiłem, jak lubiłem. Liczyłem na jego zrozumienie i poparcie. Może nawet chciałem, żeby użalił się nad moją niedolą.
 
Zaskoczenie i rozczarowanie było ogromne, bo oczywiście doktor S. wylał mi na głowę kubeł lodowatej wody, „objechał” z góry na dół jak święty Michał diabła, a kiedy nareszcie trochę się uspokoił zapytał, czy mi się przypadkiem coś nie pomyliło, czy ja na pewno wiem gdzie i po co chodzę? Usłyszałem między innymi, że Wspólnotę AA pomyliłem najwyraźniej z jakimś klubem towarzyskim lub knajpą (bez wyszynku), gdzie chodzę spotykać się z koleżkami, a także po to, żeby dobrze się poczuć, poprawić sobie nastrój, rozerwać się. 
Takie były początki długiego procesu weryfikacji moich przekonań na temat chodzenia na jedną grupę, a także chodzenia na mityngi AA w ogóle.
 
Przez pierwszą połowę swojego trzeźwego życia byłem, w zasadzie, AA-owcem jednej grupy. Natomiast w drugiej połowie ruszałem już tyłek ze swojej grupy, a nawet z miasta i wykorzystywałem każdą okazję do spotkania i wymiany doświadczeń z członkami AA spoza „mojej paczki”. Dlaczego i po co?
 
1. W pewnym momencie zrozumiałem, że siłę Wspólnoty stanowi Program AA, a nie mityng. Mityng to tylko narzędzie. Podczas mityngu zebrani dzielą się doświadczeniami i efektami pracy nad Programem. Jeśli zamiast pracy zajmę się kolekcjonowaniem narzędzi, to efekt może być… różny od oczekiwanego. Delikatnie rzecz ujmując.
 
2. Mityng nie służy do poprawiania nastroju i samopoczucia. Tym celom znakomicie służył mi alkohol, a zdrowienie z uzależnienia (popularnie nazywane trzeźwieniem) nie ma chyba polegać na tym, żebym mityngu AA używał jako zamiennika dla flaszki i knajpy.
 
3. Mityng Wspólnoty AA to nie jest spotkanie w klubie abstynenta – nic nie ujmując tym ostatnim. Swoje potrzeby, czy nawet aspiracje, towarzyskie powinienem chyba jednak realizować gdzieś indziej. I to z korzyścią zarówno dla siebie, jak i innych Anonimowych Alkoholików. 
 
4. I wreszcie, co chyba jest najważniejsze, zamykając się w jednej tylko grupie, w dość istotny sposób ograniczam swoje możliwości wyzdrowienia z alkoholizmu. A czy nie o to cały czas przecież chodzi?!
 
W okresie, kiedy jeszcze chodziłem na jedną tylko grupę, często przychodziłem na mityng wcześniej. Chodziło mi o to, żeby nikt nie zajął mojego ulubionego miejsca przy mityngowym stole. Kiedy to sobie dzisiaj przypomnę, to aż śmiać mi się chce – w czasie mityngu miałem pełną gębę opowieści o tym, jak to zmieniam siebie i w ogóle na te zmiany jestem gotowy i zdeterminowany, ale w rzeczywistości nie byłem gotów nawet miejsca zmienić i faktycznie źle się czułem, kiedy ktoś inny mi je zajął.
 
Na jednej grupie, wśród takich samych jak ja stałych bywalców, prędzej czy później (a raczej prędzej) następowało nieuniknione: znaliśmy siebie nawzajem i nasze historie życiowe na pamięć i na wyrywki. W takiej sytuacji szansa na to, że dowiem się czegoś nowego, pożytecznego, czegoś, czego jeszcze nie słyszałem sto razy, była niewielka i z czasem niestety coraz mniejsza. Owszem, czułem się tam bardzo bezpiecznie, bo z góry dokładnie wiedziałem, kto co powie, jak zareaguje itd. no, ale jak się to ma do mojej potrzeby zmiany siebie, niezbędnej przy zdrowieniu z alkoholizmu?
 
W praktyce okazywało się często, że na mityng idę po to, żeby spotkać tam Kazia, Ziutka czy Alę i po prostu z nimi pogadać. Gdybyśmy spotkali się na rogu ulicy czy w barze, pewnie też opowiadalibyśmy sobie nawzajem, co też się u nas wydarzyło od ostatniego spotkania. Tutaj wykorzystywaliśmy tzw. „problemy i radości”, żeby w formie terapeutycznej rundki poinformować przyjaciół, co to się ostatnio w naszym życiu stało. Szansa na zmianę, na korektę swojego myślenia i zachowań? Właściwie żadna.
 
W naszych relacjach (cały czas mam na myśli stałą paczkę z jednej grupy AA) sporo było zrozumienia, akceptacji, wyrozumiałości i sympatii. To oczywiście bardzo było miłe, ale zauważyłem, że przy okazji zaczęliśmy się wzajemnie chronić i osłaniać. Ja nie powiedziałem nic nieprzyjemnego Ziutkowi, bo to mój przyjaciel, więc po co mu sprawiać przykrość. Ziutek nie zdobył się na bolesną szczerość wobec Ali, żeby jej nie zranić, a Ala nieco złagodziła swoją wypowiedź, żeby nie urazić Frania.
 
Przyjemnie było, ale czy w takich warunkach można rzeczywiście i skutecznie trzeźwieć? Wydawało mi się, że tak, w końcu zawsze mogłem odpowiedzieć, że przecież chodzę na mityngi, pracuję nad sobą, zmieniam się i kilka podobnych ogólników, z których kompletnie nic nie wynika. I wszystko wydawało się w porządku, dopóki nie wybrałem się na mityng w zupełnie innej miejscowości. Usłyszałem wtedy kilka ciekawych wypowiedzi – usłyszałem, a nie tylko ich słuchałem – już choćby dlatego, że były nowe. Z jednymi się zgadzałem, z innymi nie, ale to inna sprawa, bo przede wszystkim zmuszały mnie do myślenia, zastanowienia, odniesienia tego do siebie.
Nikomu nieznany, a więc i nie powiązany z nikim żadnymi relacjami towarzyskimi, nie byłem też jakoś specjalnie chroniony, nikt się nade mną nie rozczulał. Usłyszałem w związku z tym kilka rzeczy, które w niewygodny sposób naruszały moje, z takim trudem zbudowane wśród przyjaciół, wyobrażenie o sobie. Wracając z tego mityngu zastanawiałem się, czy jest sens robić takie eksperymenty – w końcu wcale się tam dobrze nie czułem. Ano właśnie… znów szukałem dobrego samopoczucia…
 
Wtedy mój drugi sponsor podpowiedział mi coś, co zapamiętałem do dziś, zaproponował mianowicie, żebym poszukał odpowiedzi na pytanie, co we mnie jest takiego, że się tam niezbyt dobrze czułem? Zaskoczył mnie kompletnie. Gotów byłem długo i namiętnie mówić o tym, co w nich tam, na tej obcej grupie, jest takiego, że się tam źle czułem, ale że to coś jest we mnie, to mi do głowy nie przyszło. Oczywiście znalazłem to coś, a był to całkiem niezły zestaw moich wad charakteru, na które przyjaciele i znajomi ze starej paczki nie zwracali już uwagi, przyjmując po prostu, że „to przecież Meszuge, on już tak ma, nie znasz go?”.
 
Ja nie wiem, czy da się wytrzeźwieć zamknąwszy się na jednej tylko grupie AA. Być może i można, ja tam nie wiem, natomiast mam pełne przekonanie, że dla mnie nie jest to dobry ani bezpieczny pomysł. Nadal i wciąż najlepiej się czuję na swojej grupie, jednak bardzo pilnuję tego, żeby przynajmniej raz czy dwa na kwartał wybrać się na jakąś inną grupę, „przewietrzyć poglądy”, jak to nazywam. Pilnuję też, żeby nie przyzwyczajać się do miejsca za stołem. Już choćby dla zasady…
 
Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że w moim mieście działa pięć grup AA i odbywa się kilkanaście mityngów tygodniowo. Co mają zrobić AA-owcy, w których miejscowości jest tylko jedna grupa? Polska to nadal nie Ameryka i zwyczaju jeżdżenia po 300 kilometrów na mityng tu nie ma, ale… Czasem, choćby raz na miesiąc, można się chyba wybrać na spotkanie Intergrupy, albo do oddalonego o te kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów miasta? W końcu po flaszkę to ja przecież byłem gotów iść pół nocy, boso po śniegu, więc jak to teraz ze mną jest? 





Dużo więcej w moich książkach


środa, 14 stycznia 2009

Po co mi służba w AA?

Wiele razy byłem w swoim trzeźwym życiu świadkiem, jak ktoś kogoś przekonywał i zachęcał do takiej czy innej służby w AA. Padały argumenty takie jak na przykład: „ze służby odniesiesz korzyści i ty także”, „zobaczysz, jak bardzo ci się to w zdrowieniu przyda”, ”służba to milowy krok na drodze trzeźwienia” itp. Pomimo takich zachęt, w mojej części Polski problem ze służbami jest nadal i wciąż ogromny. Czemu? Może między innymi dlatego, że namawiający nie tłumaczą, jakie korzyści ze służby odniesie ten, kto się jej podejmie i do czego niby mu się ta służba tak bardzo przyda.
U mnie wyglądało to tak…
 
Pełniłem kiedyś służbę rzecznika grupy AA. Jako jednemu z „ojców założycieli” nie wypadało mi jej nie przyjąć. Faktem jednak jest, że była to raczej „sztuka dla sztuki” – nie miałem pojęcia, jak się taką służbę pełni, co należy do moich obowiązków i jak się z nich wywiązywać. Pomagałem prowadzącemu utrzymywać porządek na mityngach, albo sam je prowadziłem i… to w zasadzie było wszystko.
 
Do służenia poważnego przekonał mnie sponsor. Wówczas jeszcze moim sponsorem nie był, ale potrafił w hipnotyzujący wręcz sposób opowiadać o Wspólnocie AA i swoich rozlicznych służbach na jej rzecz. To, co mówił trafiało mi do przekonania. Poza tym pokazywał Wspólnotę, o jakiej mi się nie śniło.
 
W tym okresie byłem w stanie wojny ze swoją Intergrupą o Internet. Uważałem, że z ludźmi, którzy odcinają się od całej wiedzy ludzkości zawartej w Internecie (w tym tekstów i materiałów AA-owskich), ja zdecydowanie nie mam i nie chcę mieć nic wspólnego.
Dzięki przyszłemu sponsorowi nie tyle może zmieniłem stanowisko, co uchyliłem zatrzaśnięte dotąd na głucho drzwi. Teraz gotów już byłem przynajmniej wysłuchać argumentów drugiej strony i starać się je zrozumieć, bez kierowania się emocjami, w tym głównie urazą i złością.
Przyjąłem zaproszenie Intergrupy, spotkaliśmy się raz i drugi, wiele rozmawialiśmy i ostatecznie po 2-3 miesiącach Intergrupa powierzyła mi służbę łącznika internetowego. Podjąłem się pełnienia tej służby kierowany raczej zaufaniem do Hipnotyzera, bo wewnętrznego przekonania do tego „przedsięwzięcia” wtedy, na początku, nadal chyba jeszcze nie miałem.
 
Jak służba wpłynęła na utrwalenie mojej trzeźwości, świadomość AA-owską, zadowolenie z życia?
 
Gdzieś wyczytałem, że istotą służby jest pokora. Wydaje mi się, że sporo w tym racji. Służący… służący, a nie „służebny”, bo takie słowo we współczesnym języku polskim nie występuje w formie osobowej (rola lub funkcja może być służebna, ale człowiek – nie), a więc służący, jak sama nazwa wskazuje, jest od wykonywania poleceń, a nie od rządzenia i decydowania. Ma robić to, co mu się zleci i to w wyznaczony sposób. Służącego rozlicza się z wykonanej pracy.
 
Większą część życia spędziłem napędzany jedynie własnymi popędami, zachciankami i fantazjami. Ot, typowy alkoholik – egocentryk i egoista. Moje JA CHCĘ było najważniejsze. A tu nagle okazuje się, że muszę wykonywać pewne prace i to w określony sposób – owszem, mogę zaproponować pewne rozwiązania, ale to nie ja sam podejmuję ostateczne decyzje. Muszę składać z tej pracy sprawozdania i wyjaśnienia, a kiedy tylko ktokolwiek podczas spotkania Intergrupy zechce mnie o coś zapytać, czy coś mi zarzucić, mam wytłumaczyć swoje postępowanie i ewentualnie skorygować je na przyszłość. 
Mam się wreszcie dostosować do większości, a nie nią rządzić!
 
Pamiętam, że kiedyś mocno byłem rozczarowany i zawiedziony błahością spraw omawianych podczas spotkań Intergrupy czy Regionu. Tam nie zapadały decyzje o losach świata, a zebrani dyskutowali namiętnie o jakichś „duperelach” – jak je nazywałem. Z czasem zdałem sobie sprawę, że nie waga spraw ma tu decydujące znaczenie, ale to, jak ja się potrafię dostosować do konieczności współpracy z innymi i podporządkowania się woli większości. Służba, była i jest, moją szkołą życia. Jest też czasem i miejscem, w którym program Wspólnoty AA ma szansę mnie zmienić, uzdrowić moje chore ego.
 
Pełniąc służbę poza grupą, zaczynam mieć pojęcie, jak działa Wspólnota Anonimowych Alkoholików, staję się jej członkiem i pełnoprawnym uczestnikiem, a nie tylko „konsumentem”, który po zakończeniu mityngu AA wychodzi nie troszcząc się o całą resztę, zadowolony, bo sobie „naładował akumulatory”.
 
Może wydawać się to dziwne, ale służba w strukturach AA ma dość istotny wpływ na całą resztę mojego życia, a zwłaszcza na poziom satysfakcji i zadowolenia. Dobrze jest czuć się i być potrzebnym, dobrze jest robić coś wartościowego dla siebie i innych, dobrze być czasem bezinteresownym, dobrze jest mieć poczucie wspólnoty i przynależności. Dobrze jest nareszcie znaleźć swoje miejsce w życiu…





Dużo więcej w moich książkach


środa, 17 grudnia 2008

Wkraczanie w dojrzałość?

Zbliża się XXXV rocznica powstania w Polsce Wspólnoty AA. Jednak czy faktycznie jest to trzydziesta piąta rocznica? Od kiedy to liczyć? Od pierwszego mityngu? A czy pierwszy mityng rzeczywiście był mityngiem AA? Wystrzegając się jakichkolwiek ocen tego stanu rzeczy, faktem jest, że Wspólnotę AA w Polsce założyli psychiatrzy i terapeuci. Byli założycielami grup, które osobiście prowadzili. Po pewnym czasie już tylko czynnie uczestniczyli w mityngach… AA (?), następnie przeszli na pozycje obserwatorów, by wreszcie definitywnie opuścić grupy. Ale czy rzeczywiście można dziś dokładnie określić, kiedy to było? Bo chyba dopiero od tego momentu można mówić o prawdziwej Wspólnocie AA w Polsce.


Czy AA w Polsce wkraczają w dojrzałość?

Te trudne początki pojawiają się czasem we wspomnieniach weteranów. Przeróżne obstrukcje czynione nam przez ówczesne władze, zakaz rozpowszechniania Programu 12 Kroków ze względu na pojawiające się w nim słowo „Bóg”, samodzielnie dokonywane tłumaczenia, konsultowane później z psychologiem…
Wielu ludzi wpakowało kiedyś naprawdę dużo wysiłku, zaangażowania, determinacji i dobrej woli, żeby Wspólnota AA mogła w Polsce powstać. To ciekawa i niezwykle pouczająca historia, ale… to jednak już tylko historia. Owszem, nie należy jej zapominać, ale nie można też żyć nią na co dzień, a zwłaszcza upierać się, że obecnie wszystko ma być dokładnie tak, jak kiedyś.
Oznaką dojrzałości na pewno nie jest uporczywe trwanie w dzieciństwie. Błędy wieku dziecięcego są oczywiste, zrozumiałe i pewnie nawet potrzebne w prawidłowym rozwoju, ale nie można popełniać ich w nieskończoność.
 
W czasach, w których w Polsce prawie nikt nie znał żadnego języka obcego, kilku zapaleńców wykonało kawał dobrej roboty starając się przetłumaczyć (z języka angielskiego, ale często także z niemieckiego) i udostępnić innym potrzebującym podstawowe materiały AA-owskie. Ale tamte czasy minęły… Dziś wielu członków Wspólnoty AA biegle włada angielskim i pewnie między innymi dlatego coraz częściej zwracają uwagę na najrozmaitsze błędy i przekłamania w tłumaczeniach dokonywanych w tamtych, trudnych czasach. 
 
Dzień 10 czerwca 1935 roku nie był niestety pierwszym dniem nieprzerwanej trzeźwości doktora Boba (tego dnia doktor Bob pił alkohol), jak to słyszałem z tysiąc razy na rozmaitych mityngach.
W Kroku VIII, dzięki usunięciu jednego „all” (wszyscy), zmieniony został w sposób istotny sens: po polsku alkoholicy mają zadośćuczynić wszystkim ze swojej listy, a nie wszystkim, których skrzywdzili przez całe życie – a to, w wielu wypadkach, może stanowić dość istotną różnicę.
Kontrowersyjne tłumaczenie słowa „sanity”, dzięki któremu ustawicznie wybuchają dyskusje na temat możliwości wyzdrowienia z alkoholizmu.
 
Nie jest jednak moim celem czy zadaniem wyliczanie tutaj błędów w tłumaczeniach lub innych, bo przecież faktem jest też niestety, że na mityngach AA oraz między sobą, porozumiewamy się często jakimś udziwnionym językiem na wpół terapeutycznym, w którym prym wiedzie „trzeźwienie” jako dość niesprecyzowany proces, który z założenia nigdy się nie kończy, bo nie może i nie powinien. 
 
W artykule pochodzącym z Raportu Światowego Mityngu Służb AA w NJ w 2004 r., opublikowanym w biuletynie „Mityng” nr 2/2008, znaleźć można stwierdzenie: „Nasze przykre doświadczenie pokazuje, że ignorancja zabija AA”.  Ano właśnie… 
 
Oczywiście mogę się mylić, ale wydaje mi się, że trzydzieści kilka lat dojrzewania, to dość długo i może wystarczy? I marzy mi się z okazji najbliżej rocznicy, poza milionem życzeń i „misiaczków” nowe, poprawne tłumaczenie Kroków i Tradycji, Wielkiej Księgi i innych, bo entuzjazm i dobra wola są na pewno niezwykle ważne i cenne, ale jednak nie zastąpią rzetelnej wiedzy. A przynajmniej nie mogą jej zastępować w nieskończoność…





Dużo więcej w moich książkach


poniedziałek, 15 grudnia 2008

AA – analiza krytyczna

Syn coś tam przeskrobał, nakłamał lub nazmyślał, no i ojciec wziął go na poważną, „męską” rozmowę. Długo przekonywał, że uczciwość i prawdomówność są podstawą dobrych kontaktów i więzi z innymi ludźmi. Padały ważkie argumenty religijne, ale i takie zwykłe, wypływające z życiowej mądrości ojca. Chłopiec, początkowo wystraszony (może będzie lanie?) powoli wciąga się w rozmowę, o coś dopytuje, coś komentuje. Ojciec jest bardzo zadowolony z bliskiego kontaktu i porozumienia z synem, widać, że jego mądre argumenty znajdują posłuch i zrozumienie… W tym momencie dzwoni telefon. Syn biegnie do przedpokoju, podnosi słuchawkę, chwilę słucha, następnie kładzie ją na stoliku, wraca do ojca i…
– Tato, wujek Jurek do ciebie.
– Och, nie! – jęczy ojciec scenicznym szeptem – nie teraz, kiedy wreszcie tak dobrze nam się rozmawia – i błyskawicznie, „po męsku”, podejmuje decyzję – powiedz mu, że mnie nie ma.

AA – analiza krytyczna czyli… co mi się nie podoba we Wspólnocie

Niestety, czasem Wspólnotę AA w Polsce „widzę” właśnie tak, jak ojca z powyższej anegdoty. I nie jest to dla mnie, jako AA-owca, doświadczenie przyjemne. Hipokryzja, obłuda, zakłamanie – czy coś może być większym przeciwieństwem trzeźwości?
 
Połowa grudnia. Na mityng koleżanka ściągnęła znajomego. Przy jej pomocy zrozumiał, że ma problem z alkoholem i dojrzał do tego, by poprosić o pomoc. Mężczyzna ma około trzydziestki i w tej chwili nie pije od trzech tygodni, nie jest więc „wczorajszy” czy otępiały po wielodniowym ciągu. Obserwowałem go z ciekawością, tym bardziej, że koleżanka trochę mi o nim opowiadała.
 
Zenek (takie samo dobre imię, jak każde inne, prawda?) słuchał bardzo uważnie słów prowadzącego i jednocześnie starał się dyskretnie i ze zrozumiałą ciekawością rozglądać dookoła. Kiedy czytana była Preambuła, a zwłaszcza fragment „Wspólnota AA nie jest związana z żadną sektą, wyznaniem…”, jego wzrok błądził po świętych obrazach na ścianach, by wreszcie utkwić w krucyfiksie stojącym obok mityngowej świeczki. Zenek z wyraźną ulgą słuchał III Tradycji, oraz słów, z których wyraźnie wynikało, że przynależność do AA to jego osobista sprawa i że tylko od niego zależy, czy będzie we Wspólnocie. Zamarł jednak jak rażony gromem, kiedy chwilę później prowadzący, któremu widocznie ktoś udzielił takich uprawnień, przystąpił energicznie do procedury przyjmowania nowicjuszy. Bardzo szybko stało się dla Zenka jasne, że jeśli odpowie niewłaściwie na któreś z dwóch pytań, to prezes tego zgromadzenia każe mu opuścić salę, a więc Wspólnota AA odmówi mu pomocy. Zawahał się, zastanawiał przez chwilę i… na szczęście odpowiedział poprawnie i pozwolono mu zostać, a nawet przyjęto w poczet członków. 
 
Zenek na szczęście nie zwrócił uwagi na fakt, że tematem mityngu nie był Program AA, lecz jakiś tekst z książeczki wydanej przez Duszpasterstwo Trzeźwości, a więc wszystko toczyło się w miarę gładko, aż do momentu, w którym przed przerwą grupa zaczęła omawiać sprawy organizacyjne. Znowu obserwowałem, ze sporym niepokojem, kompletny brak zrozumienia w oczach Zenka, kiedy wybuchła burzliwa dyskusja na temat mityngu opłatkowego. Chodziło o to, ile grupa ma przeznaczyć na to pieniędzy z kapelusza (stanęło na 150 złotych) i czy mityng ma się zaczynać, czy może kończyć Mszą Świętą. I czy zaprosić tylko proboszcza, czy może wszystkich księży z parafii. Oczywiście, na tą okoliczność, zamknięty normalnie mityng, miał być zamieniony na otwarty.
 
Bomba wybuchła w ostatnim momencie przed przerwą. Skarbnik czytał stan kasy, podał też, że grupa, jak co miesiąc, zapłaciła właścicielowi lokalu czynsz za salę w wysokości 20,00 złotych. Kiedy jeszcze prowadzący wyraził zadowolenie z faktu, ze grupa jest samowystarczalna i nie przyjmuje dotacji z zewnątrz – Zenek nie wytrzymał. Jako, że był to jego pierwszy mityng, udzielono mu łaskawie prawa do zadawania pytań, a on najwyraźniej postanowił z tego prawa skorzystać.
– Macie trzy mityngi w tygodniu, po dwie godziny?
– Tak. Czasem nawet trochę dłużej, jak się przeciągnie.
– Macie dostęp do kuchenki i łazienki? Korzystacie bez ograniczeń z wody i energii elektrycznej?
– No, tak… Ale o co ci chodzi?
– W kuchence wiszą szafki, w których macie czajniki elektryczne, naczynia, kawę, herbatę?
– Oczywiście!
– Tu w sali też macie swoje szafki, a na ścianach pozwolono wam powiesić swoje materiały?
– Tak. I co z tego?
– I nawet dostaliście kilka par kluczy do tych pomieszczeń?
– Tak, dostaliśmy. Ksiądz ma do nas zaufanie. 
– I chcecie mnie przekonać, że 20,00 złotych miesięcznie za to wszystko jest normalną, rynkową ceną najmu?! 
 
Kilka osób potaknęło odruchowo, ale prowadzący zorientował się chyba, że twierdząca odpowiedź na ostatnie pytanie Zenka byłaby już jawnym absurdem, więc posłużył się ostatnim argumentem, jaki przyszedł mu do głowy – ale ksiądz nie chce więcej! – stwierdził, chyba jednak nie całkiem pewien swoich racji. Zenek pokręcił głową z niedowierzaniem – A co ma do tego ksiądz? On może robić, co mu się żywnie podoba, ale to wy czytaliście mi przed chwilą, że AA nie może przyjmować dotacji z zewnątrz. Czy nie zdajecie sobie sprawy, że przecież sam prąd i woda kosztują więcej niż te 20,00 złotych… ten ksiądz was po prostu utrzymuje!  
Prowadzący szybciutko ogłosił przerwę.
 
Zenkiem zajęło się dwóch weteranów. Słyszałem, jak radzili mu, żeby przyniósł na mityng AA ciało, a potem głowa przyjdzie sama. No i żeby „zaliczył” 90 mityngów w 90 dni. Koleżanka wołała mnie nawet, żebym pomógł w tej rozmowie, może jakoś ratował sytuację, przekonywał Zenka, który wątpliwości i pytań miał zdaje się o wiele więcej. Nie podszedłem. Stchórzyłem. Bo i co ja miałem mu do powiedzenia? Że moja grupa na każdym mityngu czyta Preambułę AA, czyta Tradycje (stanowiące fundament prawidłowego funkcjonowania każdej grupy), a następnie płaci czynsz za salę w wysokości 10,00 złotych miesięcznie? Przecież to jest fakt.
 
Wydaje mi się, a nawet jestem pewien, że w Polsce zdecydowana większość mityngów AA odbywa się w pomieszczeniach należących do Kościoła Katolickiego. Jeśli we wszystkich tych przypadkach koszty wynajęcia sali (zwykle z jakimiś przyległościami) stanowią 3-20% realnej ceny rynkowej, to niestety, ale faktem jest i to, że Wspólnota AA w Polsce „siedzi w kieszeni” właścicieli obiektów i jest przez nich dotowana i utrzymywana.
 
Chwała ludziom dobrej woli, w urzędzie, w kościele, w instytucji, w firmie, którzy chcą i mogą wesprzeć naszą Wspólnotę. Ich gest jest zauważany i doceniany. Ale we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików – podobno – pierwszeństwo mają zasady, a jedna z nich mówi, że nie przyjmujemy dotacji z zewnątrz.
 
Nie sądzę, żeby w tej materii możliwa była „od zaraz” jakaś nagła i drastyczna zmiana, ale na początek może nawet nie to jest najważniejsze. Chciałbym tylko, żebyśmy we Wspólnocie AA przestali samych siebie nawzajem oszukiwać. Żebyśmy zrezygnowali z zakłamania, obłudy i hipokryzji.
 
Jeśli ktoś finansuje nam lokal, bo my „dla picu” płacimy jakąś śmieszną, symboliczną kwotę, to nie jesteśmy samowystarczalni i od właściciela obiektu przyjmujemy dotację. Wygłaszanie na mityngach otwartych jakichś bombastycznych deklaracji o samowystarczalności i próśb o to, by do kapelusza nie wrzucali nic nieuzależnieni, niczego tu nie zmienia, a pomaga nam jedynie nadal bujać w krainie iluzji. Zwłaszcza, że przecież anonimowy datek sympatyczki Wspólnoty AA, Al-anonki, dotacją absolutnie nie jest, natomiast fundowanie grupie AA całymi latami lokalu to i owszem, jak najbardziej. 
 
Czy jest coś złego w rozmaitych klubach abstynenckich, stowarzyszeniach, grupach wsparcia i innych samopomocowych? Czy są one czymś gorszym od Wspólnoty AA? Oczywiście nie! Jeśli więc chcemy, żeby ktoś finansował nam lokal lub udzielał na działalność innych jakichś dotacji, jeżeli chcemy organizować sobie spotkania o charakterze religijnym (choćby na przykład opłatkowe), jeśli chcemy wprowadzić specjalną procedurę, a nawet ceremoniał związany z przyjmowaniem nowych członków, jeśli na swoich spotkaniach chcemy czytać Biblię, Koran, Torę czy „Kubusia Puchatka”, to załóżmy sobie taką grupę! Możemy zdziałać naprawdę wiele dobrego dla siebie i innych, ale…
 
… ale z jednego prostego powodu nie będzie to jednak grupa AA: my w AA przestrzegamy zasad AA.




Dużo więcej w moich książkach


sobota, 18 października 2008

Woźniaków jesień 2008

Jednoosobowy pokoik urządzony skromniutko, jak klasztorna cela – tapczan, szafka, jedno krzesło. W tym miejscu zresztą nie powinno to dziwić. Były do wyboru także sypialnie dwu lub trzyosobowe, ale ja chciałem właśnie tak, o to mi chodziło. Kiedy kończy się burza mózgów podczas zajęć grupowych, mogę się tu schować, zostać, choćby przez chwilę, z własnymi myślami, wnioskami, wątpliwościami. Nikt i nic mnie nie rozprasza, niczego nie zagubię w gwarze wesołego towarzystwa.

Powrót do Kroków X-XII w Woźniakowie, jesienią 2008

Tym razem przedmiotem naszych rozważań jest Program Dwunastu Kroków. Po pierwszych dziewięciu prześlizgujemy się szybko i sprawnie – z założenia miały być tylko przypomnieniem, a cały ciężar tego spotkania, maksimum czasu i uwagi, postanowiliśmy przenieść i poświęcić problematyce Kroków X-XII. I tak się stało i udało.
 
Dwa lata temu „robiłem” już Kroki X-XII w Strzyżynie i pewnie dlatego nie oczekiwałem specjalnie po tegorocznym Woźniakowie jakichś spektakularnych odkryć czy powalających swoją wagą przeżyć. Tym razem chciałem po prostu porozmawiać na temat Programu. W końcu tkwi w błędzie tylko ten, kto własnych przekonań nie konfrontuje systematycznie ze spostrzeżeniami innych ludzi. 
 
Przemyślenia i wnioski, z którymi wracałem, choć pozornie bezładne, może nawet chaotyczne, dla mnie stanowią logiczną i spójną całość. Tym niemniej, w trosce o czytelność tekstu, postaram się jakoś je ponumerować. Poza tym mój sponsor zmusza mnie ostatnio do odnajdowania samej istoty rzeczy i trenowania umiejętności zawierania jej w kilku czy kilkunastu zdaniach.
 
1. Od zawsze zdawałem sobie sprawę, że Program Dwunastu Kroków nie jest programem religijnym. Zauważam jednak, że czasem mam ciągotki (i chyba nie tylko ja) do traktowania go jako program magiczny. W magii, jak wiadomo, wystarczy wymówić zaklęcie, jakieś hokus-pokus lub abrakadabra i stoliczek sam się nakrywa, zmienia się rzeczywistość i – może przede wszystkim – my sami. Pewnie tego właśnie dotyczą słowa: „Sądziliśmy, że potrafimy znaleźć łatwiejszą, łagodniejszą drogę”.
Program jest sugestią i propozycją jednak w swojej skondensowanej formie nie zawiera instrukcji, która wyjaśniałaby jednoznacznie, jak to zrobić, i tu właśnie jest szczelina, przez którą wkradają mi się ciągotki magiczne. W książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” napisano: „Zrozumienie jest kluczem do właściwych zasad i postaw, a właściwe postępowanie jest kluczem do dobrego życia…”.
Program Wspólnoty AA jest programem duchowym, a nie religijnym czy magicznym! A zrozumienie, o co tu chodzi, jak zrobić, czego się ode mnie oczekuje itp., jest równie ważne jak wiara w skuteczność programu.
 
2. Podobno alkoholicy są niedojrzali. W moim przypadku jest to niewątpliwie prawdą. Może to wstyd się przyznać, ale już kilka razy złapałem się na tym, że po czterdziestce próbowałem się bawić w tropiciela śladów. Dotyczy to rzecz jasna poznawania woli Boga z Kroku XI.
Już raz, dawno temu, oberwałem po łapach, bo czyjąś śmierć uznałem za specjalny znak dla siebie. Usłyszałem wtedy, że Bóg nie morduje jednych, by dawać znaki innym, a ja, jako chrześcijanin i człowiek podobno dorosły, mam przestać bawić się w Sokole Oko, mam dać sobie spokój z tropieniem i magiczną interpretacją jakichś tajemniczych znaków, i woli Boga szukać raczej w Dekalogu. Tam przynajmniej jest mniejsze niebezpieczeństwo, że za ukrytą w znakach wolę Boga wezmę po prostu jakieś tam swoje własne projekcje, imaginacje czy skryte pragnienia. Warto też żebym pamiętał, że wiara to decyzje, wybory i działanie, a nie uczucia, emocje i egzaltacje.
 
3. Fakt, że Kroki I-IX AA dotyczą uporządkowania relacji z Siłą Wyższą i rozliczenia się z przeszłością, podczas gdy X-XII odnoszą się do teraźniejszości, chwili bieżącej i przyszłości, wydaje się oczywisty. Najdłużej jednak nie mogłem uchwycić związku między Krokami X i XI. Widać komplikator w mojej głowie utrudniał mi dostrzeganie rzeczy stosunkowo prostej: jeśli Krok X jest korektą zachowań, to Krok XI stanowi niewątpliwie okazję do korekty intencji.
Być może, dla kogoś, kto pomocy potrzebował i ją otrzymał, jest to obojętne, ale dla mnie, alkoholika – nie, bo potrafię zamanipulować i zafałszować dokładnie wszystko. Dlatego nie tyle może chcę, co muszę nieustannie sprawdzać, czy pomagam z miłości bliźniego i w myśl XII Kroku, czy po prostu po to, żeby poczuć się lepszym, popisać się, zrobić wrażenie na atrakcyjnej koleżance z mityngów. Czy jest coś złego w byciu lepszym? Pozornie nie, wprost przeciwnie. Problem tylko w tym, czy chcę być lepszym (prowadzącym mityng, mandatariuszem, itd.) dla innych czy… od innych.
 
Z Woźniakowa wyjeżdżałem z jednym postanowieniem: będę się starał mówić cicho i spokojnie, bo krzyk to czasem oznaka słabości, ale zawsze napaść, agresja i gwałt na rozmówcy. Wracałem też z pewną wątpliwością, tematem do przemyślenia, który związany jest z powtarzanym często w naszym środowisku powiedzonkiem: „dzielimy się doświadczeniem, a nie wiedzą”. Czy więcej sensu ma postawienie przed głodnymi gośćmi zupy, czy może zamiast niej, uraczenie ich opowieścią o palcu skaleczonym podczas obierania marchwi, o przypalonym garnku, o nadmiarze soli? Czy nie jest tak, że wiedza wynika z przeżyć i osobistego doświadczenia?
 
Muszę nad tym wszystkim pomyśleć, rozważyć, bo… tu kłania się kolejna stara prawda: „obłędem jest oczekiwanie odmiennych efektów przy niezmienionym działaniu”.




Dużo więcej w moich książkach