środa, 18 kwietnia 2007

Scenariusz mityngu AA

Obserwowałem naszą nową koleżankę ze smutkiem i niepokojem. Jej strach i skrępowanie, tak typowe dla pierwszych chwil, pierwszego w życiu mityngu AA, powoli mijało. Teraz starała się słuchać tekstów odczytywanych już od kilkunastu minut z nowego scenariusza, a ja nieomalże „widziałem” jej rosnące zniechęcenie, rozczarowanie i coś jakby irytację wynikającą z niezrozumienia. Niezrozumienia sytuacji, ludzi, zdarzeń, ale chyba głównie i przede wszystkim niezrozumienia prezentowanych właśnie treści…


Scenariusz mityngu (spotkania) grupy AA

Postanowiłem podejść do niej w przerwie i... ano właśnie. Co miałem jej powiedzieć? Że miała pecha, bo grupa zmieniła właśnie scenariusz mityngu? Że wszystko to, co jest tu czytane, da się pewnie jakoś przetłumaczyć na język prosty i zrozumiały dla wszystkich?
 
Sytuacja ta skłoniła mnie do poważniejszego zastanowienia się i postawienia pytań, czym jest scenariusz mityngu AA, jaką pełni rolę, do czego i komu powinien służyć?
 
Pierwszy scenariusz mityngu z jakim się zetknąłem i obowiązujący wtedy we wszystkich grupach w mieście zawierał „kwiatki”, które teraz byłyby już nie do przyjęcia:
- „Wspólnota została założona przez jej założycieli...”
- Dwa pytania do nowicjusza i przyjęcie - lub odmowa przyjęcia do AA- uzależniona od odpowiedzi na te pytania.
- Przyjmowanie nowicjuszy do Wspólnoty przed przeczytaniem Preambuły, czyli najpierw cię przyjmiemy, a dopiero potem powiemy ci, do czego cię przyjęliśmy.
- Jakieś dane statystyczne sprzed wielu lat itp.
 
Staraliśmy się (sumienie grupy, inwentury) radzić sobie sami, wprowadzaliśmy jakieś poprawki, korekty i... czekaliśmy na propozycję ogólnopolską, „oficjalną”. Jakoś tak się dzieje, że odruchowo i automatycznie zakładamy, że tekst wydrukowany i opublikowany jest jakby ważniejszy, bardziej wiarygodny i miarodajny od jakiejkolwiek wypowiedzi, czy odręcznej notatki. Tak więc doczekaliśmy się drukowanej propozycji scenariusza, ale niestety... problemów pojawiło się jeszcze więcej.
 
Czym więc ma być scenariusz mityngu? Czasem nazywam go po prostu rozkładem jazdy. Albo narzędziem, dzięki któremu spotkanie przebiega w bezpieczny i akceptowany przez wszystkich sposób.
 
W pewnym okresie wydawało mi się, że można w związku z tym ograniczyć scenariusz do spraw czysto porządkowych i nie tracić czasu na czytanie Preambuły i fragmentów V rozdziału Wielkiej Księgi. Jednak nie był to dobry pomysł. Teksty te ułatwiają nowicjuszom zrozumienie, czym jest AA i jak działa. A jeśli nawet nowicjuszy nie ma, też spełniają one dość ważną rolę - starym AA-owskim wyjadaczom, którzy te fragmenty znają na pamięć, ich słuchanie ułatwia wyciszenie się i przestawienie z zewnętrznego świata ulicy, firmy czy domu, na świat i reguły mityngu AA. Oczywiście grupa winna dbać o to, by tych tekstów nie było zbyt wiele - czas na mityng AA jest i powinien być ograniczony, a sprawy porządkowo-formalne nie są jego najważniejszym elementem. Wszystko tu - jak zawsze - sprowadza się do właściwych proporcji.
 
Jaki jeszcze powinien być scenariusz? Przypominają mi się tu dwa zdania (opisane w książce „Przekaż dalej”), którymi doktor Bob żegnał Billa W. : „Nie spieprzmy tego. Zachowajmy to w prostocie”. Ano właśnie... w prostocie... Ile prostoty jest w skomplikowanych figurach stylistycznych (przenośniach, porównaniach) takich jak kapelusz, w którym pieniądze spotykają się z odpowiedzialnością i mieszanka ta - jak rozumiem, razem z kapeluszem - stanowi nadzieję. Jak się okazuje świeca też jest nadzieją, więc wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Czy jest szansa, żeby takie teksty zrozumieli ludzie, którzy jeszcze wczoraj pili?
 
Pewnie nie ma niczego złego w czytaniu na każdym mityngu tzw. rysu historycznego: „za dzień narodzin Wspólnoty uznaje się 10.06.1935”. Jednak nie sądzę, aby miało sens podawanie nieprawdziwej informacji, że był to „pierwszy dzień nieprzerwanej abstynencji doktora Boba”. Kto i skąd to wytrzasnął?! Przecież w literaturze aowskiej („Przekaż dalej” str. 435, oraz „Doktor Bob i dobrzy weterani” str. 120) stwierdza się wyraźnie, że był to ostatni dzień picia doktora Boba. A to jednak stanowi drobną różnicę...
 
Zastanawiam się nad zdaniem „Niniejszy mityng jest mityngiem zamkniętym AA”. Poza ewidentnym błędem stylistycznym (mityng jest mityngiem), z tego stwierdzenia nic nie wynika. Nowicjuszowi nie tłumaczy się, co oznacza określenie mityng zamknięty i czym taki się różni od pozostałych.
 
Czemu ma służyć stwierdzenie, że „poza tym pomieszczeniem możemy sobie mówić per pan, pani”? Może zostawmy takie sprawy osobistym preferencjom i nie próbujmy uczestnikom mityngu AA sugerować czy podsuwać jakichś określonych postępowań i zachowań - już poza mityngiem AA.
 
Tyle razy na mityngach słyszałem deklaracje, zgodnie z którymi to nowicjusz jest tu najważniejszy, ma wyjątkowe prawa, wolno mu to i tamto... ale mam coraz większe wątpliwości, czy ta nowa propozycja scenariusza bierze w ogóle pod uwagę możliwość zrozumienia przez nowicjusza zupełnie nowych dla niego treści. Zwłaszcza w połączeniu ze stresem, wstydem, obawą...
 
Miło mi się czasem słucha, że my alkoholicy niepijący jesteśmy wybrani (podobno ok. 1,5% ogólnej liczby uzależnionych), że należymy do bardzo elitarnego i kosztownego klubu (bo ileż to trzeba było stracić, żeby się do niego dostać) itp. Obawiam się jednak, że ta elitarność rodzi podświadomą potrzebę tworzenia skomplikowanego ceremoniału - niekoniecznie dostępnego i zrozumiałego dla wszystkich.
 
Ano właśnie. Forma nie zastąpi treści, a prosty rozkład jazdy i zasady porządkowe nie mają się zmieniać w skomplikowaną ceremonię zrozumiałą dla nielicznych wybrańców.
 
Uważam, że problem jest daleko poważniejszy niż się z pozoru wydaje. W moim przekonaniu ma dość istotny związek z IV Tradycją AA. Owszem, każda grupa jest niezależna i może używać dowolnego scenariusza, ale czy zamieszanie z tym związane nie szkodzi przypadkiem całej Wspólnocie, nie wpływa na jej wizerunek?  
Na jednych grupach nowicjuszy przyjmują, na innych nie. Tu zadają jedno pytanie, tam dwa, a gdzieś indziej w ogóle. Tu pytają o 30-dniowy okres abstynencji, a tam właśnie to pytanie zlikwidowano (chyba w imię nie psucia nastroju „wpadkowiczom” - ale czy Wspólnota jest od poprawiania nastroju?). 
Myślę, że gdybym teraz startował jako nowicjusz w AA miałbym po kilku mityngach w różnych miejscach bardzo poważne wątpliwości, czy aby na pewno Wspólnota AA jest tylko jedna. I czy ja w końcu do niej należę czy nie.
 
Na takich rozważaniach minęła mi pierwsza godzina mityngu. Czytanie nowego scenariusza zajęło 23 minuty. Czy warto było poświęcić czyjeś realne doświadczenia dla czytania bombastycznych, poetyckich treści?
 
Rozglądałem się za naszą nową koleżanką. Siedzący bliżej wyjścia powiedzieli mi, że ulotniła się błyskawicznie natychmiast po ogłoszeniu przerwy. To oczywiście tylko i wyłącznie jej wybór i jej decyzja... Ale czy rzeczywiście tylko jej?




Dużo więcej w moich książkach. 


sobota, 17 marca 2007

Krok 3 - Krok działania

Krok Trzeci Programu Dwunastu Kroków Wspólnoty Anonimowych Alkoholików brzmi: Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy, a najważniejsze wydaje mi się tu powierzenie oraz całkowita dowolność w rozumieniu koncepcji Boga (Siły Wyższej). We Wspólnocie AA Bóg jest prywatną sprawą każdego alkoholika.


Krok 3 dotyczy działania!

Niedawno, jak to w marcu, uczestniczyłem w dyskusji na temat Trzeciego Kroku i przy okazji… Koleżanka pochwaliła się, że ona to się codziennie modli, odmawia pacierz i zawsze pamięta, żeby na koniec dodać „niech się dzieje wola Twoja, a nie moja”. I że w ten sposób powierza swoje życie i swoją wolę opiece Boga – codziennie, każdego dnia. Popatrzyłem na nią z podziwem, bo ja ostatnio jakoś „zapominam” w modlitwie o tych słowach, co to są podobno powierzeniem i praktyczną realizacją 3 Kroku AA. Upewniłem się jeszcze tylko, że oboje jesteśmy chrześcijanami, mamy więc mniej więcej wspólnego Boga, a pewne terminy, określenia i zwroty rozumiemy w ten sam, albo przynajmniej podobny sposób.

Po chwili rozmowa potoczyła się na inne (pozornie) tematy. Ona jeszcze pali, ja już na szczęście nie, ale uzgodniliśmy, że ja kiedyś w podobny sposób, jak ona nadal, okłamywałem rodzinę, co do ilości pieniędzy przeznaczanych na papierosy. Od pieniędzy przeszliśmy na podatki – zbliża się okres składania rozliczeń, więc podzieliliśmy się doświadczeniami odnośnie „załatwionych” faktur czy darowizn, które udało nam się wcisnąć tym „złodziejom” z Urzędu Skarbowego. Potem, w naturalny sposób, rozmowa zboczyła na ciężkie życie w Polsce w obecnej rzeczywistości, a dokładniej na problemy finansowe. Moja koleżanka czasem do swojego zakładu fryzjerskiego musi kupować pewne materiały bez faktury, ja czasem jeżdżę na gapę autobusami miejskimi… Żeby rozmowy nie kończyć w minorowym nastroju, wspomnieliśmy też o pewnych urokach życia. Ja przyznałem się do „kosmatych” myśli związanych ze znajomą z terapii, moja koleżanka przyznała, że ostatnio nawet tego typu myśli zrealizowała… A co! W końcu coś nam się od życia należy! Przecież nie pijemy!

Długo potem myślałem o naszej rozmowie, a zwłaszcza o moim sposobie na życie, o moich relacjach z Siłą Wyższą, o słowach „niech się dzieje wola Twoja, a nie moja” i wreszcie o tym marcowym powierzeniu Bogu swego życia i woli.
Też kiedyś dodawałem te słowa do modlitwy, ale czy ja naprawdę chciałem powierzyć Bogu swoją wolę? Czy rzeczywiście chciałem żyć tak, jak On mi sugeruje czy zaleca? Czy ja w ogóle zrobiłem cokolwiek, żeby poznać tą Jego wolę wobec siebie? A może klepałem tylko „niech się dzieje wola Twoja, a nie moja”, żeby mieć święty spokój, żeby uspokoić sumienie i wmówić sobie, że ja zrealizowałem Krok 3, a nawet realizuję go codziennie?
Oczywiście natychmiast pojawiło mi się pytanie: skąd ja mam wiedzieć, jaka jest wola Siły Wyższej odnośnie mnie i mojego życia? Kiedy jednak wyłączyłem komplikator w swojej głowie, zrozumiałem, że przecież Bóg wyraźnie i jednoznacznie dał mi wskazówki, jak mam żyć. Te wskazówki to, w moim przypadku, 10 Przykazań. To jest Jego wola wobec mnie, a jeśli ja faktycznie i rzeczywiście powierzam w 3 Kroku swoją wolę Sile Wyższej, to po prostu oznacza, że decyduję się żyć zgodnie z Przykazaniami, z Dekalogiem. I nie ma tu co kombinować!

Wtedy przypomniałem sobie rozmowę z koleżanką: nie zabijaj (palenie), nie kradnij (jazda na gapę, „lewe” darowizny i faktury), nie mów fałszywego świadectwa (nazwanie „złodziejami” pracowników Urzędu Skarbowego), nie cudzołóż (moje myśli, jej czyny)… itd. itp. Naruszyłem co najmniej połowę Przykazań, więc gdzie tu jest moja zgoda, a nawet pragnienie życia zgodnie z Jego wolą? Gdybym żyjąc tak, jak żyję recytował słowa „niech się dzieje wola Twoja, a nie moja” byłoby to koszmarną obłudą, bo przecież ja cały czas żyję zgodnie ze swoją wolą i swoimi zachciankami, lekceważąc sobie Jego wolę.

Kilkadziesiąt razy w życiu słyszałem, że Krok 3 jest Krokiem działania i nie rozumiałem tego. Przecież postanowienie czy powierzenie nie jest działaniem – tak myślałem. Ależ jest! Tyle, że nie chodzi w nim o jakieś spektakularne wystąpienia na mityngu AA czy w kościele. Nie chodzi o klepanie przy wieczornym paciorku fałszywej deklaracji „niech się dzieje wola Twoja, a nie moja”, podczas gdy prawdziwy przekaz brzmi: „ nie przeszkadzaj mi żyć zgodnie z moimi zachciankami i uchroń mnie od konsekwencji jeśli zabrnę zbyt daleko”. Tak, Krok Trzeci jest krokiem działania, ale polega na życiu zgodnie z wolą Siły Wyższej, a nie na pustych deklaracjach.

Ja, jako chrześcijanin, mam swoje 10 Przykazań. Ale co wtedy, gdy ktoś za Siłę Wyższą uważa grupę AA? No, to ma przecież 12 Kroków – „…i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”. A jeżeli czyjąś Siłą Wyższą jest na przykład Matka Natura? A czy w zgodzie z naturą jest wciąganie w delikatne płuca cuchnącego czadu?

Jakakolwiek byłaby Siła Wyższa, zawsze będą jakieś zasady, „reguły gry”. Problem tylko w tym, że trzeba je realizować w życiu, a nie tylko o nich gadać. Trzeba po prostu działać, działać tak, jak prosto i jasno Anonimowi Alkoholicy wyłożyli to w Trzecim Kroku.




Dużo więcej w moich książkach. 



Branżowy dialekt alkoholików

Nie dalej jak kilka dni temu miałem okazję rozmawiać z ludźmi z rozmaitych stron Polski. Może właśnie dlatego słuchałem ich uważniej niż swoich znajomych z mityngów. W każdym razie przy okazji tego słuchania przypomniał mi się temat „Trzeźwość, a normalność” i wpadło mi do głowy, że my (alkoholicy) często wcale nie pragniemy tej normalności – nawet język tworzymy jakiś swój własny, dziwaczny, niezbyt normalny i na pewno z trudem rozumiany przez zwykłych ludzi.


Patetyczny i udziwniony język trzeźwiejących alkoholików

1. Zadziało się – w normalnej polszczyźnie oznacza, że coś się zgubiło, zapodziało. W polszczyźnie alkoholowej określamy tym mianem coś, co się stało, wydarzyło kiedyś, działo w bliższej lub dalszej przeszłości. Od niedawna rejestruję jeszcze inną odmianę: zadzieje się, czyli coś określającego zdarzenia z przeszłości teraz także opisuje przewidywaną przyszłość.
 
2. Służebny, służebni – wyrażenie staropolskie i dopuszczalne tylko w takim kontekście (np. dziewka służebna). We współczesnej poprawnej polszczyźnie traktowane jako błąd, gdyż obecnie słowo „służebny” nie występuje już w formie osobowej. Człowiek może ewentualnie pełnić rolę służebną, a więc to rola jest służebna, a nie osoba. No cóż... mnie też duma i pycha dość długo nie pozwalała mówić o sobie „sługa” czy „służący”, ale tak chyba właśnie jest poprawnie zważywszy na cytat: „...są tylko zaufanymi sługami, oni nie rządzą”.
 
3. Chcę się podzielić – w normalnym znaczeniu chodzi o ofiarowanie komuś, za jego zgodą oczywiście, części tego, co sami posiadamy, na przykład jabłka, wygranej, ale także doświadczenia, czy przeżycia. Zwracam jednak uwagę na niezbędność zgody osoby, lub osób, z którymi chcę się dzielić. Na mityngach zgoda ta nie jest ani wymagana, ani potrzebna. Uczestnikowi wolno obrzucić innych szambem swoich żalów, pretensji i uraz do całego świata w związku z zatkanym zlewem, niegrzeczną urzędniczką, zdradzającą żoną, paskudnym szefem itd.
 
4. Kroczenie – szczególnie dostojna i majestatyczna odmiana chodu. „Król kroczył dostojnie na czele orszaku”. Obecnie alkoholicy rzadko chodzą, a już prawie w ogóle ulicami. Alkoholicy właśnie kroczą. I to koniecznie ścieżkami („ścieżka, którą kroczę...”).
 
5. Mam prawo, masz prawo – oczywiście nie ma to nic wspólnego z jakąkolwiek normą prawną. Oznacza w praktyce, że mogę zrobić, czuć lub powiedzieć coś, co się mojemu rozmówcy nie podoba, jednak nie na tyle, żeby mógł z tym cokolwiek zrobić. Rzecz jasna żaden alkoholik nie może mi tak naprawdę przydzielać, albo odbierać jakichkolwiek praw.
 
6. Wkradły się uczucia – normalny Polak: jestem wściekły! Polak alkoholik: wkradło mi się uczucie złości. Oczywiście jeśli coś mi się wkradło, to ja nie całkiem ponoszę za to odpowiedzialność – po co się wkradało?
 
7. Towarzyszyło mi uczucie – podobne do poprzedniego. To nie ja jestem wkurzony, to uczucie złości idzie gdzieś obok mnie i robi różne rzeczy, za które ja przecież nie mogę odpowiadać. Znowu uczucie ma jakiś dziwny związek z alkoholikiem.
 
8. Stawać w prawdzie – po polsku stanąć, to sobie można w drzwiach. Dziwoląg językowy pierwszego gatunku, który oznacza po prostu wyznanie, czy powiedzenie prawdy.
 
9. Na teraz (albo na tu i teraz) – kolejna bombastyczna odmiana prostego stwierdzenia. Normalnie: teraz jestem wściekły. Alkoholowo: na tu i teraz towarzyszy mi uczucie złości. Czyżby było jakieś „na tam”?
 
10. Cieszę się, że tu (na mityng AA) dotarłem – wielu alkoholików nie chodzi i nie jeździ na mityngi, ale na nie „dociera”. No, tak… To przecież taki ogromny wysiłek i wyrzeczenie…
 
 
 
Oczywiście to tylko przykłady. Takich „kwiatków” jest o wiele więcej. Przesadzam? Nie sądzę…
Ireneusz Kaczmarczyk, socjolog, doktor nauk humanistycznych, po badaniach Wspólnoty AA i po setkach rozmów z Anonimowymi Alkoholikami w swojej książce “Wspólnota Anonimowych Alkoholików w Polsce” (strona 97) pisał: „We wszystkich rozmowach starałem się pozostawać w obszarze pojęć zapożyczonych przez badanych z ich środowiska. Jest to język specyficzny, właściwy wyłącznie dla Anonimowych Alkoholików, osób pozostających w programie terapeutycznym. Ten sposób prowadzenia narracji wydawał mi się jedynym umożliwiającym uchwycenie procesu zmian, a w szczególności zdarzeń i zachowań, które mogły na takie zmiany wskazywać”.





Dużo, dużo więcej w moich książkach. 



sobota, 17 lutego 2007

Czym jest „moja” grupa AA?

W przerwie mityngu podszedł do mnie nowicjusz i poprosił, żeby mu wyjaśnić, co oznacza określenie „moja grupa AA”. Zerknąłem na zegarek, chciałem jeszcze zrobić sobie coś do picia. Kiedy okazało się, że do końca przerwy pozostało jeszcze 7 minut, uspokoiłem się - byłem pewien, że w tym czasie i herbatę i odpowiedź zmieszczę śpiewająco. Nie udało się. Herbaty nie zrobiłem, a po mityngu rozmawialiśmy jeszcze półtorej godziny.


Co oznacza określenie "moja grupa AA"?

Część AA-owców, zwłaszcza „starszych” uważa, że „moja” powinna być ta grupa, na którą trafiłem po raz pierwszy i na której przyjęto mnie do AA zadając sakramentalne dwa pytania. Tu natychmiast rodziły się moje wątpliwości. Ja sam na swoim pierwszym mityngu nie podniosłem ręki i nie przyznałem się, że jestem pierwszy raz. Wstydziłem się, nie chciałem uchodzić za nowicjusza, co w moim rozumieniu oznaczało wtedy kogoś gorszego. Dzięki opowieściom znajomego wiedziałem dokładnie, jak wygląda mityng, co i kiedy się tam robi i dzięki temu potrafiłem się odpowiednio zachować i nie wydało się, że jestem nowy.  
Tak minęło kilkanaście miesięcy. Coraz bardziej przeszkadzała mi własna nieuczciwość i to, że chodzę do tego AA jak do siebie, a właściwie nikt mnie tam formalnie nie przyjął. Podczas pewnego mityngu (na innej już grupie) wyjaśniłem, w czym rzecz i poprosiłem prowadzącego o przyjęcie mnie do Wspólnoty zgodnie z zasadami. Tak się też stało.
 
W takim razie, którą grupę powinienem traktować jako swoją? Tą, na której byłem pierwszy raz w życiu, czy może tą, na której mnie przyjęto, kiedy miałem ponad rok trzeźwości?
 
Nieco z boku obserwowałem przez miesiące i lata upadek dwóch grup. Jedna przestała istnieć właściwie z powodu braku chętnych do spotykania się w tym właśnie miejscu, natomiast druga, w innej miejscowości, powoli przekształcała się w coś w rodzaju klubu abstynenta połączonego z grupą wsparcia. W każdym razie ze Wspólnotą AA niewiele to już miało wspólnego i na spotkania przestała przychodzić większość osób, które wcześniej czuły się z tą grupa związane.
 
Zastanawiałem się wtedy, jak w tej sytuacji odnajdują się ludzie, przyjmowani na grupie, która już nie istnieje, jaką grupę teraz i na jakiej zasadzie uznają za swoją? Ale to jeszcze głupstwo. Jak się czują ludzie, którzy opuścili grupę z powodu jej niezdrowej transformacji? Ta grupa przecież nadal istniała, przynajmniej formalnie. Czy powinni być lojalni do końca, bo przecież to „ich” grupa? Czy może powinni kierować się aowską zasadą „trzymaj z wygranymi” i bez skrupułów przenieść się do grupy, która rzetelnie pracuje na Programie AA?
 
Tego typu doświadczenia i przemyślenia powodowały, że pojęcie „moja grupa” nie było dla mnie takie jednoznaczne i absolutnie nie upierałbym się, że to ma i musi byś ta pierwsza, na której nas do AA przyjęto.
 
W pierwszych tygodniach czy nawet miesiącach abstynencji myślałem, że scenariusz mityngu AA jest zapisany w Wielkiej Księdze i dlatego jest identyczny na wszystkich grupach w moim mieście. Kiedy nie piłem 2-3 lata i utrzymywanie abstynencji nie stanowiło już dla mnie problemu, kolejny raz, ale może pierwszy raz uważnie, przeczytałem „Anonimowych Alkoholików”. Żadnego scenariusza mityngu tam nie było. Co więcej, nie było tam mowy o tym, żeby ktokolwiek miał we Wspólnocie prawo przyjmować lub odmawiać przyjęcia innej osobie. Zacząłem więc uważnie czytać sam scenariusz, Tradycje AA i wszystko, co tylko na te tematy wpadło mi w ręce.  
W konsekwencji zacząłem głosić dość obrazoburcze na tamte czasy idee, bo twierdziłem, że stary scenariusz jest nadużyciem (najpierw cię przyjmiemy, a potem dopiero przeczytamy do czego cię przyjęliśmy), jest sprzeczny z Tradycjami (jeśli „Jedynym warunkiem jest...” to skąd dwa pytania?) i wreszcie z samą ideą AA - do Wspólnoty nikt mnie nie może przyjąć ani odmówić przyjęcia, bo po prostu nikt tam nie ma takiego prawa, a jeśli ktoś to robi, to to prawo sobie zawłaszczył.
 
Dziś coraz więcej grup przyjmuje nowe scenariusze i odchodzi od takich „wypaczeń”. Tym niemniej wtedy bywało ciężko*. Zmierzam jednak do tego, że pewnie sukcesywnie maleć będzie liczba grup pozwalających sobie „przyjmować” nowicjuszy do AA, a tym samym zniknie argument, zgodnie z którym „moja grupa” to ta, na której mnie przyjęto.
 
Mój rozmówca podsunął myśl, że może „moja grupa” to po prostu ta, na której najlepiej się czuję. Na to też nie mogłem się zgodzić. Mityng AA nie jest do poprawiania nastroju. Kiedyś do takich celów dobra była butelka i może właśnie dlatego nie mogę sobie pozwolić na używanie Wspólnoty AA jako polepszacza samopoczucia. I tak oto metodą eliminacji doszliśmy wspólnie do wniosku, że „moja” jest ta grupa, w której spoczywa część mojej odpowiedzialności za Wspólnotę AA. „Moja grupa” to nie sentymenty pierwszego mityngu i nie paczka najfajniejszych kolesiów z terapii.  
Moja grupa (już nie w cudzysłowie) to ta, gdzie pełnię jakąś służbę. Ta, w której zostaję po mityngu, żeby umyć szklanki i podłogę. To grupa, dla której autentycznie gotów jestem coś robić i to stale, miesiącami i latami, a nie tylko od przypadku do przypadku, jak mnie coś tam najdzie. Powtórzę raz jeszcze: robić, a nie tylko zrobić.  
Ja mogę bywać na mityngach w całym mieście, ale jak na mojej grupie będzie inwentura, to ja tam będę gotów pomóc i służyć. Będę tam, bo to jest MOJA grupa, za którą odpowiadam wobec Wspólnoty AA.
 
 
 
* Jako ciekawostkę dodam, że kiedy na mojej grupie pojawia się nowicjusz, czytany jest tekst: „Czy jest wśród nas ktoś, kto na mityngu AA znalazł się po raz pierwszy? (Jeśli tak...) Trafiłeś na zamknięty mityng Anonimowych Alkoholików. Jeśli tu właśnie chciałeś się znaleźć i jeśli chcesz przestać pić, to witamy cię serdecznie we Wspólnocie AA i cieszymy, że jesteś dziś z nami”.





Dużo więcej w moich książkach. 


czwartek, 18 stycznia 2007

Złe i nieprzyjemne uczucia

Podczas jakiejś dyskusji na temat poczucia winy i wyrzutów sumienia ktoś powiedział, że te złe, nieprzyjemne (negatywne) uczucia są potrzebne, bym wiedział, że coś robię źle. "Zgrzytało" mi tu coś i zacząłem się zastanawiać…


Do czego służą złe i nieprzyjemne uczucia

Wstyd, wyrzuty sumienia, poczucie winy, wszystkie te przykre uczucia są karą czy może konsekwencją, jeśli zrobię coś źle. Tak dla przykładu, roboczo, przyjmijmy, że to "coś źle" to kradzież (kiedy piłem, to kilka razy ukradłem kasę na wódkę swojej byłej żonie, więc przykład nie taki znowu abstrakcyjny).
 
Mamy więc kradzież i... dwie możliwości:
 
1. Nie zdaję sobie sprawy, że kradzież to coś złego. Nikt mi nigdy nie mówił, ani nigdzie nie słyszałem, że to jest naganne. Czy w takiej sytuacji kradnąc będę miał wyrzuty sumienia i poczucie winy? Oczywiście - nie. 
2. Nie mając świadomości popełnienia czegoś złego nie mam poczucia winy.
 
Zdaję sobie sprawę i wiem, że kradzież to coś złego. No, ale w takim razie, z samego założenia wynika, że skoro już wiem, to nie są mi potrzebne wyrzuty sumienia, żebym się dopiero dowiedział, prawda?  
W pierwszym przypadku przykre uczucia w ogóle nie wystąpią, w drugim ja wcześniej wiem, że robię źle, więc przykre uczucia nie są mi potrzebne, przynajmniej nie do tego, żeby dowiedzieć się, że robię coś źle.
 
Do czego więc potrzebne są wyrzuty sumienia, poczucie winy i wstyd?
 
Moim zdaniem dowcip polega na tym, że czasami bycie odpowiedzialnym wcale nie jest mniej przykre od poczucia winy. Czasami konsekwencje uczynku są bardziej dolegliwe niż wyrzuty sumienia. Chodzi mi o to, że używamy swoich wad (postępujemy źle), bo to przynosi określone korzyści. Zwyczajnie i po prostu czasem bardziej się to opłaci.  
Jeśli coś ukradnę, to moim zyskiem jest to, że mam coś, na co mnie nie stać i mam to za darmo. Po stronie kosztów występują poczucie winy i wyrzuty sumienia. 
Jeśli w pracy nie przyznam się, że to ja spie... sprawę (czyli będę kłamał), to nie wywalą mnie z roboty. Koszty? Jak wyżej. Ode mnie zależy, co uznam za ważniejsze, bardziej pożądane, opłacalne... 
Gdyby używanie wad (postępowanie źle) przynosiło same straty, to bym ich nie używał - to jest przecież zupełnie jasne i oczywiste.
 
Tak, to racja - te przykre uczucia są mi potrzebne... Oczywiście nie do tego, żebym wiedział, że coś robię źle. Jeśli nie jestem psycho lub socjopatą to ja doskonale wiem, co jest dobre a co złe: "Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie" - pisał kiedyś wielki samotnik z Królewca.
 
Tak, te parszywe uczucia są mi potrzebne do robienia interesów z samym sobą. Są mi potrzebne do targów z własnym sumieniem. Coś za coś. Kłamstwo (i zyski z niego) za powiedzmy 3-punktowe poczucie winy. Złodziejstwo (i korzyści z niego) za 7-punktowe wyrzuty sumienia. Myślę, że takich transakcji dokonujemy, może nie każdego dnia, ale każdego tygodnia, lub miesiąca, lub roku... Myślę też, że dopóki te interesy załatwiam uczciwie, to znaczy godzę się na pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i wybory oraz konsekwencje tychże, to wszystko jest w całkowitym porządku.
 
Gorzej, gdy w tej grze ze swoim sumieniem i z sobą samym próbuję szachrować wprowadzając tam elementy obniżające koszty w sposób oszukańczy - na przykład twierdzę, że wszyscy tak robią, że nie jestem świętym, że on/ona mi też zrobiła to czy tamto, itp. czyli wszystkie te rzeczy zwane na terapii racjonalizacją.
 
Wydaje mi się, że trzeźwienie to branie w pełni - bez racjonalizacji, kantów, uników i szachrajstw, odpowiedzialności za siebie - na siebie.




Dużo więcej w moich książkach. 


Wspólnota AA i Internet

„... nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi.”
Bardzo popularne i często powtarzane w naszym środowisku jest twierdzenie, że posłanie to ja niosę przez swoje wypowiedzi na mityngach. Czasem dodaje się jeszcze, że swoją postawą życiową, niepiciem i przykładem.


Dokąd zmierza Wspólnota, czyli AA i Internet

Też tak mawiałem. Nawet dość długo. Tylko ostatnio zacząłem mieć jakby pewne wątpliwości. Czy faktycznie narzekanie podczas mityngowych „problemów i radości” na niegrzeczne dziecko, niesprawiedliwego szefa, arogancję urzędników, złośliwego sąsiada, problemy z akumulatorem, jest faktycznie niesieniem posłania?
Jeśli nawet powiem coś na temat Kroków I-V (w temacie VI-XII zwykle zapada martwa cisza), to czy moje słowa trafią do tego, który wciąż jeszcze cierpi? Przecież trafią jedynie do kogoś, kto już dotarł na mityng, już jest w jakimś sensie zaopiekowany.
 
Rzeczywiście, zmieniłem sposób myślenia, w niektórych przypadkach także zachowania, przede wszystkim zaś - nie piję. Czy jednak nie przeceniam roli swojego przykładu w niesieniu posłania? Czy jestem pewien, że cały świat wokół mnie z zapartym tchem obserwuje i w napięciu śledzi zmiany, które w sobie wprowadzam? Oj, chyba nie jestem aż tak ważny...
 
No i wyszło mi, że posłanie AA najskuteczniej niosą... telenowele (modna jest w nich postać alkoholika, który w pewnym momencie zaczyna się leczyć) oraz placówki odwykowe.
 
Faktem jest, że przez ostatni rok zetknąłem się z jednym tylko nowicjuszem, który trafił do AA w inny sposób, niż w efekcie zalecenia, informacji, a nawet nakazu poradni odwykowej i terapeuty. Czy tak to ma być?
 
Przepraszam, wyraziłem się nieściśle. Osobiście spotkałem jednego takiego nowicjusza, ale zetknąłem się w sumie z czterema: ten jeden, którego słuchałem na mityngu plus trzy osoby, które napisały do mnie listy elektroniczne (e-mail), po przeczytaniu moich stron internetowych.
 
Tak, mam o tym (strony www) niejakie pojęcie, potrafię to zrobić. Wpadłem więc na pomysł wykorzystania „powierzonego mi talentu” w niesieniu posłania, a także dla dobra Wspólnoty AA, i zmajstrowałem dwie strony www. Jedna jest moją, całkowicie prywatną opowieścią o życiu i trzeźwieniu alkoholika (świadectwo). Druga nosi tytuł Alkoholizm i Alkoholicy (informacja) i adresowana jest do wszystkich pijących, nie pijących, anonimowych i nie anonimowych alkoholików w moim mieście. Są tam informacje o tym, czym jest choroba alkoholowa, jest o Wspólnocie AA (Preambuła, Kroki, Tradycje), jest aktualny wykaz mityngów w mieście (wszystkie grupy wyraziły zgodę) itd.
 
Kiedy w tzw. Księdze Gości jednej z tych stron przeczytałem niedawno (cytat): „Hm, kilka dni temu, po przeczytaniu m.in. tej strony od deski do deski, postanowiłem przełamać wstyd i dołączyć do grupy AA. Pierwszy mityng już za mną... pozdrawiam i dziękuję” - miałem świadomość, że zaniosłem posłanie w sposób o wiele bardziej sensowny, niż opowiadając na mityngu AA o problemie z trawą żółknącą na działce.
 
Ale moja działalność to w rzeczy samej partyzantka i większego wpływu na całokształt raczej mieć nie będzie.
 
W biuletynie „Mityng” z listopada 2006 wyczytałem: „Chyba żaden z naszych zespołów nie wprowadził tylu zmian w życiu Wspólnoty co zespół ds. Internetu. Powstał kilka lat temu a już dzisiaj trudno wyobrazić sobie jego brak”. Pięknie, prawda? Ale faktem jest też, że kilka miesięcy wcześniej jedna z Intergrup w informacji ze spotkania zamieściła oświadczenie: „Intergrupa Śląska Opolskiego odcina się od treści zamieszczonych w Internecie”.
 
No, cóż... 11,5 miliarda stron internetowych (tak, to nie pomyłka, chodzi o miliardy), właściwie cała wiedza ludzkości, a w tym także oficjalne strony AA... Jasne, można się odciąć... od Internetu, od telefonii komórkowej, a nawet od elektryczności też można. Tylko... po co?
 
Opisana przeze mnie sytuacja to już przeszłość. Dziś Intergrupa ta zdaje sobie sprawę z potrzeby powołania służby łącznika internetowego, a możliwe jest też, że będzie mieć własną stronę informacyjną.
 
Czy nam się to podoba czy nie, Internet staje się coraz bardziej obecny w naszym życiu. I proces ten będzie się nasilał i rozwijał. Część AA-owców (statystycznie są to zwykle ludzie w wieku 40-60) w swoim życiu prywatnym jeszcze jakoś tam bez komputera i Internetu być może sobie poradzi. Ale czy fakt, że czegoś nie rozumiem, czegoś nie umiem obsługiwać, jest wystarczającym argumentem, żeby to potępiać i odrzucać?
 
Internet jest narzędziem. Takim samym jak młotek. Młotkiem można zbić łóżko, szafę i stół, ale można też rozwalić głowę sąsiadowi. Narzędzia trzeba po prostu odpowiednio wykorzystywać, ot i cała filozofia.
 
Moim zdaniem Wspólnoty AA nie stać, już nie mówię na odcinanie, ale na niewykorzystanie tego powszechnego medium, jakim jest Internet. Ba! Nie stać nawet na wykorzystywanie Internetu w sposób tak ograniczony i tak wolno rozwijany, jak to się dzieje obecnie. Jeśli nie będziemy w ten nowy świat wchodzić i korzystać z niego dynamiczniej, pełniej, to może lepiej faktycznie zostawmy niesienie posłania AA reżyserom telenowel i terapeutom.
 
W „Grapevine” (przedrukowanym w „Mityngu”) z marca 1964, w artykule „Czy coś złego dzieje się ze Wspólnotą AA?” czytamy: „Muszę też przyznać, że wielokrotnie byłem przykładem członka AA, zadowolonego z siebie, a jednak skostniałego. Wiedziałem, że Wspólnota AA powinna być ciągle giętka, gotowa do niewielkich zmian w swoich strukturach, zdolna zaspokoić indywidualne potrzeby nowo przybyłych alkoholików. Wiedziałem też, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego”.
 
Nie zmuszajmy nowych, innych niż my członków AA, w nowych, innych czasach, do chodzenia naszymi starymi i koślawymi mostami.




Dużo więcej w moich książkach.