poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Literatura na mityngach


Mądrzy ludzie, uzdolnieni autorzy, pisarze z talentem i wyobraźnią, stale i wciąż wzbogacają skarbiec ludzkości o nowe, piękne i wartościowe teksty. Wraz z powstawaniem nowych, oraz z nieustającymi odkryciami dokonywanymi przez alkoholików, tekstów nieco starszych, wraca jak bumerang pytanie, czemu nie czytać podczas mityngów tekstu X czy Y, przecież są tak pozytywne i duchowe?


My w AA, na mityngach AA, czytamy literaturę AA


I ja walczyłem kiedyś o prawo do odczytywania na mityngach jednego z poematów Maxa Ehrmanna, tekstów z „24 Godzin”, rozmaitych „Orędzi serca” i wielu innych takich, do których przyzwyczaiłem się w początkowym okresie uczestnictwa w AA. Biegałem wtedy na mityngi tak często, jak się tylko dało, ale to nadal nie oznaczało, że wiedziałem i rozumiałem, co się tam w ogóle dzieje.
Usłyszałem i zapamiętałem, że Program AA jest programem duchowym, a więc w sposób najzupełniej naturalny przyjąłem, że teksty piękne i wzruszające są właśnie duchowe – im więcej wzruszenia, tym więcej duchowości. I że to właśnie jest mi potrzebne do utrzymania abstynencji.
O Programie Wspólnoty AA nie miałem żadnego pojęcia, a o duchowości pewnie jeszcze mniej…
 
Kiedyś usłyszałem, że „możecie czytać co wam się tylko podoba, ale my w AA czytamy literaturę AA”. Nieco później poznałem całe mnóstwo dalszych odpowiedzi… i to nawet wtedy, gdy nie zadawałem już pytań o to, czemu podczas mityngu AA nie czytamy na przykład „Litanii przeciw strachowi” Franka Herberta? No, przecież to jest znakomite!
Postaram się teraz przypomnieć sobie te odpowiedzi, choćby po to, żeby sprawdzić, ile mi ich jeszcze w głowie zostało.
 
Siłą Wspólnoty i nadzieją dla osób uzależnionych jest Program AA. Określają go głównie trzy legaty (Dziedzictwo Zdrowienia, Dziedzictwo Jedności i Dziedzictwo Służby), ale także Preambuła AA. Teksty spoza AA, mimo, że często piękne i chwytające za serce, nie zawierają elementów Programu AA, nie służą – bo i nie do tego celu zostały stworzone – alkoholikowi jako narzędzie do wytrzeźwienia.
Książki zatwierdzone przez GSO – co w praktyce oznacza, że zaakceptowane przez sumienie Wspólnoty AA – omawiają Program AA, tłumaczą go, proponują sposoby i metody jego realizacji („Anonimowi Alkoholicy” i „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”). „Uwierzyliśmy” zawiera opis rozmaitych typów przebudzeń duchowych oraz informację, jak autorzy je osiągnęli. „Przekaż dalej”, „Doktor Bob…” i „AA wkraczają w dojrzałość” to pozycje traktujące o historii Wspólnoty AA, ale jednocześnie o błędach, które w trakcie rozwoju ruchu AA-owskiego zostały dostrzeżone i wyeliminowane (przestroga!).
 
To trochę tak, jak z „Kubusiem Puchatkiem” – piękna bajka, znakomita, warto, żeby poznały ją dzieci na całym świecie, ale… tabliczki mnożenia z niej się nie nauczą, a więc jaki jest sens czytania jej na lekcjach matematyki, zamiast wyjaśnienia sposobu dokonywania obliczeń?
 
„Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu”. Naszym wspólnym problemem jest choroba alkoholowa, a nie uniesienia i wzruszenia podczas lektury, na przykład przypowieści o synu marnotrawnym. Bardzo wartościowy tekst – moim skromnym zdaniem i tak poza tym – ale czy pomoże innym „w wyzdrowieniu z alkoholizmu”? Śmiem wątpić.
 
Tradycja I. „… wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików”. Co stanie się z naszą jednością, jeśli część grup (i alkoholików) będzie trzeźwiała na „Dezyderatach”, część na „Orędziu serca”, część na „Minucie mądrości”, a część na „Psychologii” Zimbardo? Za trzy lata nikt już z nikim w AA nie będzie się w stanie nijak porozumieć. Nie mówiąc już o tym, że ci od „Minuty…” będą trzeźwiejsi od tych od „Orędzia…” (albo odwrotnie), ale za to będą mogli stworzyć koalicję przeciw tym od „Psychologii”.
 
Tradycja II. „Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy”. Sumienie grupy (Wspólnota AA), wypowiedziało się dość jasno, co do zastawu pozycji, wspólnie zaakceptowanych. W tym momencie warto też chyba wspomnieć Tradycję XII i pierwszeństwo zasad przed osobistymi ambicjami. 
Oczywiście, tekst, który JA wyszperałem w jakiejś bibliotece jest niewątpliwie pasjonujący, ale… gdzie są, i jakie są, jeśli w ogóle są, moje zasady i zdolność do poddania się doświadczeniom tak wielu ludzi?
A co do autorytetu… Grupa AA mogłaby przyjąć i uznać za wskazane do odczytywania teksty takiego autorytetu, jakim dla katolików niewątpliwie był i jest Jan Paweł II. Ale przecież Wspólnota AA nie składa się z samych tylko katolików! I co, znów mielibyśmy trzeźwiejszych – tych od Koranu, od tych mniej trzeźwych – od encyklik papieskich, albo na odwrót?
 
Tradycja V. „Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi”. Literatura spoza AA, nawet najpiękniejsza, nie zawiera posłania AA dla tego alkoholika, który „wciąż jeszcze cierpi”. I to jest chyba sprawa oczywista.
 
Tradycja VI. „Grupa AA nie powinna popierać, finansować ani użyczać nazwy AA żadnym pokrewnym ośrodkom ani jakimkolwiek przedsięwzięciom, ażeby problemy finansowe, majątkowe lub sprawy ambicjonalne nie odrywały nas od głównego celu”. Tu dwa elementy: grupa nie powinna popierać… także tekstów innych niż te, które właśnie… popiera, oraz „… sprawy ambicjonalne” – ja mam się zająć utrzymaniem własnej trzeźwości i niesieniem posłania (pomocy), a nie wyszukiwaniem wzruszających „kawałków”, za które będą mnie koledzy na mityngu chwalić i podziwiać.
 
Tradycja X. „Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich Wspólnoty…”. Kwestia wyszukiwania, doboru, oceny tekstów spoza AA, jest właśnie zajmowaniem „stanowiska wobec problemów spoza…”.
 
Na koniec sprawa właściwie chyba podstawowa – Wspólnota AA żadnemu alkoholikowi nie zabrania przecież czytania jakichkolwiek tekstów na własne potrzeby i użytek – w domu. Jeśli uznam, że mnie osobiście najlepiej pomagają zdrowieć z choroby alkoholowej i rozwijać się duchowo teksty Mandino, to przecież wspaniale. Wspaniale, że takie odkryłem i znalazłem i że – w moim odczuciu i przekonaniu – na mnie one dobrze działają. Mogę przecież chwycić za telefon i opowiedzieć o swoim odkryciu koledze z terapii i koleżance z AA. 
Tylko… Czego w takim razie oczekuję od Wspólnoty AA? I czy moje prywatne doświadczenie upoważnia mnie do domagania się, by teksty, które mnie się podobają i mnie służą, wprowadzać na mityngi AA? Czy wezmę odpowiedzialność za skuteczność tych tekstów w procesie powrotu do zdrowia nowicjuszy?






Dużo więcej w moich książkach


O krytyce i krytykach

Nareszcie! Nareszcie ten koszmarny dzień zbliża się do końca! Za chwilę dotrę na swój mityng, a tam w końcu będę miał trochę spokoju. Opowiem, co mi się wydarzyło i może jakoś spłynie ze mnie całe to napięcie, bo w pracy już myślałem, że mnie rozerwie. Jeszcze tylko kilkanaście minut i na mityngu będę bezpieczny; tam nikt mi po głowie nie będzie skakał, oceniał, krytykował…


Czego nauczyli mnie krytycy…

Od samego rana się zaczęło. Mleko wykipiało! No i co się stało? Od tego jest mleko, żeby kipiało. A ona nie musiała od razu wyskakiwać z krytyką mojego sposobu gotowania. Że nie uważałem! Rano zawsze jest bałagan w domu, do tego zaspałem, spieszyłem się… W końcu nie mogę na wszystko uważać!
W pracy jeszcze większy horror. „Wątpliwa metodologia, cztery błędy w pomiarach!” Krytyk się znalazł! Już chyba zapomniał, jak przed awansem robił moją robotę. Na pewno też nie raz zdarzało mu się pomylić. A ten zaraz wyskoczył, że jestem niesystematyczny, nieuważny… Z żoną miałem awanturę, to się pomyliłem. Czasem się zdarzy, nie? Nie ma co od razu afery robić! Na szczęście zaraz jest mityng, a tam przynajmniej panują jakieś zasady i prowadzący nie dopuszcza do żadnego krytykowania. Lubię moją grupę, tam zawsze się wyciszam i ładuję akumulatory…
Po mityngu, jak zawsze, wszystko było już w porządku. Emocje opadły, wyciszyłem się. Żona? Nie ma się czym przejmować, zwykła domowa sprzeczka – nie warto do niej wracać. A szef? Może chłop miał po prostu zły dzień? Albo popił wczoraj i kac go męczył? Ha, ha, ha…
Czego nauczyła mnie krytyka i krytycy, a w tym przypadku żona i szef? No, cóż… Właściwie to niczego. Prawdę mówiąc ja przecież chyba nawet nie usłyszałem tego, co próbowali mi przekazać.

Pewnego razu podczas jakiejś rozmowy, której już nawet nie pamiętam, kiedy właśnie popisywałem się deklaracjami co do swojej gotowości na zmiany, ktoś zapytał mnie, na jakiej podstawie chcę w sobie tych zmian dokonywać? Skąd będę wiedział co zmieniać, w jakim kierunku i w jaki sposób?
Nie potrafiłem na to pytanie odpowiedzieć. Długo. Aż do czasu, kiedy wszedłem w konflikt z Intergrupą dotyczący zawartości stron internetowych. Skrytykowali mnie równo!

Terapia wraz z jej „informacjami zwrotnymi” się skończyła, podczas mityngów AA obowiązują określone zasady… Myślę, że przynajmniej dwa lata kołysałem się na łagodnych falach samozadowolenia, pewien, że skoro nie docierają do mnie żadne sygnały i oceny krytyczne, to wszystko jest ze mną w porządku. Nie pomyślałem jakoś o tym, że nie docierają, bo przecież nie stworzyłem ku temu zupełnie żadnej okazji czy możliwości. Dopiero te strony internetowe…

Bezsensowna „kołomyja” z Intergrupą trwała kilka miesięcy. W jej trakcie pojechałem po raz pierwszy do Strzyżyny. Tak się złożyło, że tam także wszedłem w konflikt z pewnym AA-owcem. I znów musiałem wysłuchać „konstruktywnej krytyki”. Ale wówczas wydarzyło się tam jeszcze coś wręcz niesamowitego. Otóż podejmując pewien wysiłek przekonałem się, że urazę i złość mogę zamienić na wdzięczność.
Po powrocie do domu problem z Intergrupą rozwiązaliśmy (razem!) właściwie od ręki.

Te dwa wydarzenia nauczyły mnie czegoś bardzo ważnego. Ich elementem wspólnym była krytyka, a ja zrozumiałem nareszcie, że w sytuacji braku reakcji otoczenia lub samych pochwał, ja nie podejmę żadnego działania, nie zrobię kompletnie nic, no bo i czemu miałbym coś zmieniać, jeśli najwyraźniej wszystko jest w porządku i nie mam żadnych sygnałów, że coś ze mną jest nie tak jak trzeba?

Jeśli czyjaś krytyka wyraźnie „coś mi robi”: wzbudza sprzeciw, rodzi opór, złość, urazę, chęć odwetu, to najprawdopodobniej chodzi o jedną z trzech ewentualności: albo jest uzasadniona, albo demaskuje moje wady (np. pychę – jak on śmiał skrytykować MNIE?!), albo i jedno i drugie.

Nawet jeśli krytyka jest zupełnie chybiona, mogę przy tej okazji nauczyć się cierpliwości, zrozumienia i wyrozumiałości dla ludzkich słabości. Ale, prawdę mówiąc, niewiele takich przypadków miałem w życiu. Zwykle jednak, prędzej lub później, uznawałem że w ocenie i krytyce – choćby wyrażonej w sposób napastliwy i arogancki – było jakieś ziarno prawdy. A to oznaczało szansę dla mnie.

Ja nadal i w dalszym ciągu nie pałam jakimś szczególnym sentymentem do człowieka, z którym kiedyś tak ostro się starłem (i nie muszę). Ale – choć może to zabrzmieć wręcz paradoksalnie – nadal i wciąż jestem mu wdzięczny. Dzięki niemu czegoś ważnego się o sobie dowiedziałem i czegoś przydatnego nauczyłem. Dwa lata później, w bardzo podobnej sytuacji, takiego samego błędu już nie popełniłem, a to jest już wiele warte.

Ludzie z mojego bliższego czy dalszego otoczenia, przyjaciele, znajomi i nieznajomi, mogliby nie robić zupełnie nic. Nie odzywać się, nie pisać. Ale niektórzy z nich podejmują jednak wysiłek. Oceniają mnie i wyrażają swoją krytyczną opinię. To prawda, że czasem nie panują nad swoimi emocjami i forma ich krytyki zupełnie mi nie odpowiada. Mimo to, kiedy już burza ucichnie, staram się pamiętać, że mimo wszystko coś jednak dla mnie zrobili. Ich intencje są w tej chwili mniej ważne, ale ja dostałem swoją szansę i tylko ode mnie zależy, co z tym zrobię. Za tą szansę jestem im wdzięczny.
A emocje? No, cóż… nie każdy jest tak życzliwy, spokojny i pełen pogody ducha, jak mój sponsor. Mnie też często „poniesie” mimo, że przecież starałem się kierować szlachetnymi pobudkami.
Dziś nie ulega już dla mnie wątpliwości, że zamykając drogę ocenie, krytykom i krytyce, blokuję jednocześnie, i to dość skutecznie, swoją drogę rozwoju, trzeźwienia.

Pozostaje jeszcze jedno, czysto techniczne pytanie: co powinienem robić, żeby z krytyką się spotkać? Odpowiedź zawiera się właściwie w samym pytaniu i jest nim słowo – „robić”. We Wspólnocie AA nadal i wciąż pracy jest więcej niż chętnych do jej wykonywania. Przede wszystkim mam na myśli służby, ale i pracę ze sponsorem. Każda praca, nawet zwyczajne mycie szklanek, wykonywana we Wspólnocie dla dobra nas wszystkich może stać się całkiem niezłą okazją, bym usłyszał ocenę i słowa krytyki na swój temat. Takich okazji jest jeszcze więcej w intergrupach, w regionach, komisjach…

Wszystko to jest bardzo piękne, ale przecież ocena i krytyka często po prostu i zwyczajnie boli, a i konieczność podporządkowywania się decyzjom grupy do najprzyjemniejszych doświadczeń nie należy. Tak, to niewątpliwie prawda, ale przecież nikt mi nie obiecywał, że krytyka będzie mi dobrze służyć do poprawiania nastroju i humoru.
Przyznam, że poddawanie się krytyce porównuję czasem do wizyty u dentysty. Mogę, i to nawet dosyć długo, migać się przed borowaniem, ale kto będzie winien jeśli w przyszłości zakończy się to rwaniem?

Kiedy tak rozmyślałem nad tematem dotyczącym oceny, krytyków i krytykowania, pierwsze co mi przyszło do głowy, to wspomnienie pewnego powiedzenia: „Trucizna czai się w stojącej wodzie”. Coś w tym jest…

Na koniec, tak trochę pół żartem, pół serio, dodam tylko, że kiedy przez zbyt długi czas nikt mnie nie krytykuje, zaczynam się niepokoić i czegoś mi brakuje. No, bo jak to? Człowiekiem bez wad przecież się nagle nie stałem, służby pełnię, pozostaje więc jedno z dwojga: albo wszyscy uznali mnie już za typ niereformowalny i zrezygnowani machnęli na mnie ręką, albo ja po prostu już nie żyję…


Komunikacja i porozumienie

Pijalnia piwa. Kłęby dymu snujące się z najtańszych papierosów, aromat kuflowego piwa oraz woń pobliskiej toalety, do której drzwi zepsuły się lata temu, tworzą specyficzny opar. Siedzimy w ośmioro przy sześcioosobowym stole. Knajpa jest pełna po brzegi. Właśnie opowiadam jakąś historię. W tym samym momencie swoje opowieści kontynuuje trzech kolegów. Nie słucham ich. Oni mnie pewnie też. Ale jakie to ma znaczenie? Dziewczyny się śmieją – z czego? nieważne! – jest super!


Komunikacja podstawą porozumienia, porozumienie podstawą duchowości

W domu? Normalnie. Żadne tam ciche dni, broń Boże! Zwykły dzień: „kto odbierze syna ze żłobka?”, „trzeba wyrzucić śmieci”, „musimy pomyśleć o nowej lodówce”, „w telewizji znowu nic ciekawego”.
 
Mityng mojej grupy AA. „A ja się cieszę, że dzisiaj nie piję i że tu dotarłem”. „Mnie się zepsuła spłuczka – kiedyś to bym się z tego powodu na pewno napił, ale teraz się nie napiłem i bardzo się z tego cieszę”.
 
Na ulicy… W pracy…
 
Kiedyś, przez przypadek, podsłuchałem, jak jakiś specjalista od psychologii związków mówił komuś, że najważniejsze jest to, żeby się ludzie ze sobą komunikowali. Wzruszyłem lekceważąco ramionami. Ależ ci ludzie wymyślają sobie problemy! Mówić umiem? Umiem. Czasem nawet potrafię się posłużyć lepszą polszczyzną niż wielu moich znajomych. To w czym niby problem? Przecież się komunikuję i to całkiem nieźle. Trzeba było widzieć, jak prowadziłem zebrania w firmie! Ja jestem specem od komunikacji!
 
Czterdzieści lat samotności. Byłem jej najwierniejszym poddanym i oddanym kochankiem, a samotność odwdzięczała mi się podążając za mną zawsze i wszędzie; była ze mną w sklepach i w knajpach, na spotkaniach towarzyskich i w podróży, w domu i na ulicy. Nie było od niej ucieczki, ale… przecież ja nie chciałem uciekać. 
 
Strach, lęk przed odrzuceniem stał się na przestrzeni lat trwałym elementem mojego „ja”. W związku z kilkoma wydarzeniami z wczesnego dzieciństwa, ja z całą pewnością WIEDZIAŁEM, że nikt mnie nie kocha i nie pokocha, że nikt mnie nie lubi i nie polubi, że nikt mnie nie rozumie i nie zrozumie, że nikt mnie nie akceptuje i nie zaakceptuje.  A właśnie… Zrozumienie i akceptacja! Sam siebie nie potrafiłem zrozumieć ani zaakceptować, jak więc mogłem rozumieć i akceptować innych, tak różnych ode mnie, ludzi?
 
Wiele lat potrzebowałem, żeby pojąć, że istota moich błędów zawsze była i jest związana ze strachem, lękiem, brakiem odwagi. Nie starczało mi odwagi, by zweryfikować swoje wyobrażenie o tym, co inni ludzie sądzą o mnie. Bałem się odrzucenia i śmieszności. Owszem, pod wpływem alkoholu ten strach udawało mi się przełamywać, ale wówczas przecież nie pokazywałem im prawdziwego siebie. Fantastycznie rozbudowane kompleksy – przede wszystkim niższości – maskowałem fanfaronadą i, w obawie przed kolejnym zranieniem nadwrażliwego ego, uciekałem w samotność.  
Swój przeciągający się romans z samotnością maskowałem przeświadczeniem o własnej wyjątkowości. Zawsze przecież byłem bardziej inteligentny i oczytany od rówieśników. Nie dopuszczając nigdy nikogo wystarczająco blisko, tych przekonań też latami nie poddawałem weryfikacji. 
Czterdzieści lat samotności zaowocowało także brakiem podstawowej zdolności do porozumiewania się z ludźmi. Porozumiewania się, polegającego na czymś zupełnie innym niż wymiana prostych informacji! Ja po prostu nie potrafiłem być z ludźmi. Z nikim, nawet z kobietami, którym mówiłem o miłości. Romans z samotnością okazał się przekleństwem…
 
 Ostatnie tygodnie mojej służby łącznika internetowego. 
Pojawiła się dosyć nietypowa sprawa. Na naszym terenie powstał nowy ośrodek dla skazanych. Ze starego ZK przeniesiono więźniów alkoholików, przyzwyczajonych, do mityngów AA, do pracy grupy. Ich dotychczasowy „opiekun” (łącznik z ZK i AŚ) mocno się o nich niepokoił, prosił, by się nimi zaopiekować, jakoś o nich zadbać.
 
Zrobiłem wszystko, co w tej sytuacji mogłem zrobić. Przekazałem, poinformowałem, naświetliłem, wyjaśniłem, zaapelowałem. W sumie moich działań nie było aż tak znowu wiele, ale ważniejsze wydaje się coś innego: cały czas w kontakcie z innymi, porozumiewając się i współpracując, razem, zrobiliśmy coś dobrego, sensownego, wartościowego. Bo to ruszyło! Dzięki porozumieniu dwóch intergrup zaczęło działać w czasie krótszym niż miesiąc.
 
Dziwne, rzadko odczuwane ciepło. Razem. Wspólnie. Wspólnota. Porozumienie. I słowa z Ewangelii Mateusza (Mt 18,20) już nie tylko rozumiane, ale i doświadczane.
 
Czyli jednak potrafię! Czasem wychodzi mi zarówno komunikacja, jak i porozumiewanie się z innymi. Świetnie! Ale teraz pytania: kiedy? W jakich warunkach? Czy na mityngach AA? No…
Ale na pewno wtedy, kiedy robię coś wspólnie z innymi, ale dla innych – nie dla siebie, nie w swoim interesie. A więc? Tak. Służba. Poza grupą. Taka, która zmusza do komunikacji i porozumienia. No i praca z podopiecznym oczywiście.
Czy potrzebne jest coś jeszcze? O tak… głód. Prawie tak wielki, jak ten alkoholowy. Głód jedności i wspólnoty, który mogę zaspokoić tylko dzięki komunikacji i porozumieniu. Głód, który leczy samotność. Bo samotność nie jest wzniosła. Nie ma w niej duchowości. Jest tylko gorycz, tęsknota, pustka i lęk…







Dużo więcej w moich książkach


piątek, 20 marca 2009

O życiu bez ocen

Mądrzy ludzie słów używają z rozwagą i zrozumieniem, albowiem wiedzą, że to słowa właśnie kształtują rzeczywistość …


Próbowałem żyć bez ocen…

14 stycznia trafiłem na detoks w ośrodku odwykowym im. Buxakowskiego. Oznaczało to w praktyce, że właściwie wszystkie moje przekonania i pomysły na życie (w tym na picie i utrzymywanie abstynencji) są w rzeczywistości diabła warte. Jeśli znalazłem się w takim właśnie miejscu, to widocznie zupełnie się nie sprawdziły. Tego faktu nie dało się już zamanipulować, zakłamać, zracjonalizować.
Nie znałem wtedy jeszcze powiedzenia mówiącego, że absurdem jest oczekiwanie odmiennych efektów przy niezmienionych działaniach, ale to było właśnie to: jeżeli po terapii nadal będę się upierał przy życiu, myśleniu, przekonaniach, dokładnie takich samych, jak dotąd, i nie dotyczyło to tylko alkoholu, to jedyne co mogę osiągnąć, to tylko powrót na detoks. Albo gorzej.
 
Po powrocie z ośrodka kontynuowałem terapię i chodziłem na mityngi AA tak często, jak się tylko dało. Zwłaszcza niepijących alkoholików starałem się słuchać bardzo uważnie, próbując przyswoić sobie ich – najwidoczniej skuteczny, skoro utrzymywali abstynencję – zestaw sposobów i metod na trzeźwe życie. Tym bardziej, że podczas każdego mityngu słyszałem, że z wypowiedzi uczestników powstaje „skarbiec mądrości AA”, a w skarbcach, jak wiadomo, gromadzone są same cenne i wartościowe rzeczy.
 
Wszelkiego typu rady, porady, sugestie, propozycje, zasady, reguły i inne takie, chłonąłem jak gąbka: zachłannie, łapczywie, ale niestety… często także zupełnie bezkrytycznie. Nie mam do siebie o to żalu ani pretensji – swoich przekonań i pomysłów się bałem, a więc jak najszybciej starałem się zastąpić je innymi – wierząc, że lepszymi.
 
Z zakazem oceniania innych ludzi zetknąłem się po raz pierwszy na zajęciach. Obowiązywał w ściśle określonym czasie i miejscu (terapia grupowa), oraz w dość precyzyjnie określonym zakresie. Mieliśmy unikać ocen typu: „jesteś głupi”, „bo ty zła kobieta jesteś”, „jesteś beznadziejny i pleciesz głupoty” itp. Takie oceny nie niosły za sobą żadnej konstruktywnej treści, były arogancką napaścią, zmniejszały poziom bezpieczeństwa w grupie, antagonizowały, rodziły złość, żale i urazy.
 
Podczas zajęć grupowych nakłaniano nas do udzielania sobie wzajemnie tzw. „informacji zwrotnych”, które wynikały z naszej oceny wypowiedzi, czytanych prac, zaobserwowanych zachowań i postaw. Tak więc problemem nie była sama ocena, ale ewentualnie forma jej wyrażania.
- „Jesteś głupi analfabeta!” – absolutnie nie.
- „Po wysłuchaniu twojej pracy odnoszę wrażenie, że nie zrozumiałeś zadania” – oczywiście tak.
 
Na mityngach zetknąłem się z sugestią dotyczącą nieoceniania w aspekcie daleko szerszym. Właściwie totalnym. Mam nie oceniać nikogo i w żaden sposób, ani na mityngach, ani w ogóle w życiu, bo… na pewno spotka mnie coś złego, może nawet wrócę do picia. Odnosiłem wrażenie, że wielu kolegów traktowało tę sugestię nieomalże jak obowiązujący nakaz (zakaz) i podstawową regułę życiową. Pełen zapału i dobrej woli natychmiast zacząłem wcielać ją w życie.
 
Oczywiście nie udało się. Nie udało się, bo udać się nie mogło, ale tego wtedy jeszcze nie wiedziałem. W pierwszym momencie, kiedy mi to w praktyce nie wychodziło, zmajstrowałem sobie całą masę lęków i wątpliwości: inni mogą, ale ja nie potrafię; na pewno zaraz się z tego powodu napiję.
Nieco później uznałem, że przynajmniej nie będę nijak się zdradzał z tym, że nie potrafię powstrzymać się czasem od ocen – ale wtedy do poprzednio wymienionych uczuć doszły jeszcze wyrzuty sumienia, wszak ukrywałem coś przed grupą, no i nadal robiłem coś zakazanego.
 
Jeszcze później zacząłem stosować technikę, również podsłuchaną u kolegów z AA, która polegała na stosowaniu jednej z dwóch sztuczek. Jeśli mogłem zwracać się bezpośrednio do kogoś, mówiłem na przykład: „ja wiem, że nie możemy oceniać, ale z tego, co mówisz jasno wynika, że…” i tu już mogłem sobie spokojnie dokonywać ocen i prezentować ich wyniki. Natomiast technika mityngowa polegała na wypowiedziach o konstrukcji: „kiedy dawno, dawno temu miałem tyle abstynencji, co ty teraz, to też mi takie bezsensowne myśli przychodziły do głowy”. I nikt nie miał prawa się przyczepić, bo przecież mówiłem o sobie i swoich doświadczeniach.
 
Minęły lata zanim wpadło mi do głowy, że zdrowienie z choroby alkoholowej i powrót do normalności, nie polega chyba na stosowaniu jakichś osobliwych (może lepiej – cudacznych) konstrukcji językowych. A sam zakaz oceniania jest nie tylko absurdalny, ale wręcz niebezpieczny.  
Na jakiej podstawie miałbym wybrać sobie sponsora, jeśli nie oceniając ludzi, z którymi mam kontakt? Czemu, jeśli nie na podstawie oceny, miałbym wybrać kolegę z AA, a nie starego kumpla spod budki z piwem? Przecież ani jednego, ani drugiego nijak nie wolno mi ocenić!  
Jeśli w sklepie sprzedawczyni myli się na moją niekorzyść w ośmiu przypadkach na dziesięć, to mam dwa wyjścia – chodzić tam nadal jakby nigdy nic (nie wolno przecież dokonywać żadnych ocen!), albo ocenić tą panią oraz jej pracę, co prawdopodobnie zaowocuje wnioskiem, że albo jest nieuczciwa, albo nieudolna, i w konsekwencji zwrócić jej uwagę, zmienić sklep, albo podjąć jakieś inne działania.  
Jeżeli samochód przede mną jedzie bez świateł i co trochę odbija się od przeciwległych krawężników, to oceniam, że kierowca jest pijany, albo zasnął i stosownie do tej oceny dostosowuję swoje zachowanie na drodze. Oczywiście mogę nie oceniać. Wprawdzie dzięki temu pewnie za chwilę nie będę żył, ale przynajmniej umrę ze świadomością, że do końca przestrzegałem zaleceń zasłyszanych na mityngu.
 
Takie przykłady można mnożyć właściwie w nieskończoność. Zakładam, że codziennie dokonuję jakiejś oceny kilku, a może i kilkunastu osób. Bez tego nie dałoby się żyć. Natomiast zupełnie inną sprawą jest to, czy swoje oceny przekazuję osobie zainteresowanej i ewentualnie w jakiej formie.
 
Przez pewien czas ostro walczyłem ze zwolennikami teorii, która każe deklarować zasadę nieoceniania. Deklarować, bo przecież zastosować w praktyce i tak się tego nie da. Na szczęście niezbyt długo, bo…  
Jakiś czas temu przypomniałem sobie, jak przyjaciel ze Wspólnoty nazwał mnie pewnego razu „dobrym człowiekiem”. Złamanie „obowiązujących w AA zasad”? No pewnie! To przecież ocena! Co z tego, że pozytywna, jak jednak niewątpliwie ocena! Jak on mógł?! Ano, widać mógł…
A ja bez problemów przypomniałem też sobie, jak się z tym wówczas poczułem: pierwszym uczuciem była wdzięczność, a drugim ogromne pragnienie, aby do tej oceny dorosnąć, stać się jej godnym. A to z kolei pociągnęło za sobą kupę ciężkiej pracy i wysiłku z mojej strony.  
Tak więc kolejny raz stoję przed bardzo ważnym wyborem. Mogę porozumiewać się z ludźmi językiem udziwnionych i wykoślawionych „zasad”, albo językiem serca i miłości.
Mogę mieć rację, mówić samą prawdę, mogę stosować wszelkie mniej czy bardziej sensowne reguły, ale to przecież nie wystarczy. Nie wystarczy, by ktokolwiek chciał mnie słuchać i z mojej oferty pomocy skorzystać. Czy mam do ofiarowania miłość, zrozumienie, współczucie i autentyczną chęć pomocy, czy może tylko jakieś podejrzane „zasady”?
 
Wdzięczy jestem psychologom za to, że dość skutecznie oduczyli mnie posługiwania się ocenami typu: „jesteś dureń i głupek” – zupełnie nic dobrego z tego nie wynikało, ani dla mnie, ani dla nikogo innego. Wdzięczny też jestem Wspólnocie AA za to, że nauczyła mnie i nieustannie uczy, dostrzegać w ludziach ich zalety i… mówić im o tym – to działa. Mam wrażenie, że w obie strony.






Dużo więcej w moich książkach


Porównywanie zakazane

Mądrzy ludzie słów używają z rozwagą i zrozumieniem, albowiem wiedzą, że to słowa właśnie kształtują rzeczywistość …

Porównywanie zakazane!

Trzeźwe życie (cokolwiek to znaczy) okazało się w praktyce daleko trudniejsze niż mi się początkowo wydawało. O ile z utrzymywaniem abstynencji od jakiegoś tam momentu nie miałem już problemów, to cała reszta to nadal był chaos, bałagan, setki wątpliwości i dziesiątki pytań bez odpowiedzi.
 
W początkowym okresie abstynencji zdawałem sobie sprawę – mniej czy bardziej świadomie – że w wielu dziedzinach ja po prostu nie umiem żyć bez alkoholu, a pojęcia takie, jak „zwyczajne życie” lub „zachowywać się jak normalny człowiek” nie zawsze są dla mnie jasne i jednoznacznie zrozumiałe.  Ale problem polegał tym że za pracą, zwłaszcza ciężką, żmudną, obliczoną na całe lata, na końcu której nie będzie oklasków i fanfar, to ja jakoś zupełnie nie przepadam i nie tęsknię. Mało pociągały mnie teorie dotyczące wieloletniego dojrzewania i dorastania, a nieskończone trzeźwienie, które z zasady nigdy nie miało zakończyć się wytrzeźwieniem, zniechęcało mnie już zupełnie. Szukałem rozwiązań ekspresowych. Najlepiej jakiejś magicznej i koniecznie niezbyt długiej i niezbyt trudnej reguły, instrukcji, która szybko i bezboleśnie nauczy mnie tego, co trzeba. W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że znalazłem. 
 
W środowisku zdrowiejących alkoholików bardzo był wówczas popularny i niewątpliwie powszechnie znany jeden z poematów Maxa Ehrmanna, pod tytułem „Dezyderaty” (z łaciny desideratum, w liczbie mnogiej i w oryginalnym tytule desiderata, czyli to, co pożądane, upragnione). Natychmiast uznałem, że zawiera on właśnie ten upragniony i pożądany przeze mnie sposób na życie. O tym, jak bardzo poważnie traktowano ten poemat dziesięć lat temu, niech świadczy fakt, że na jego temat terapeuci w moim ośrodku odwykowym często zadawali pacjentom prace do napisania. Czyli to było to, o co chodzi. Dokładnie. Odkryłem tekst, który wydał mi się kompletną instrukcją obsługi życia.
 
Minął jakiś czas, „Dezyderaty” znałem już na pamięć, zresztą czytaliśmy je głośno na prawie każdym mityngu AA – kilka innych, równie urokliwych tekstów też – ale jakoś nie przynosiło to spodziewanych rezultatów. Właściwie to chyba… żadnych rezultatów. Ale musiało upłynąć jeszcze bardzo dużo czasu zanim zorientowałem się ostatecznie, że jeśli nawet poemat Maxa Ehrmanna jest sposobem na życie, to chyba tylko na bezludnej wyspie. Ale nie to jest najważniejsze… Największy kłopot polegał na tym, że „Dezyderaty” wskazywały upragniony cel – na przykład szczęście – ale nie oferowały właściwie żadnych realnych sposobów jego osiągnięcia. To, że chcę być szczęśliwy, wiedziałem i bez „Dezyderatów”. Ba! Wiedziałem to jeszcze w czasach picia.  Najbardziej byłem jednak rozczarowany fragmentem, w którym autor poematu przekonuje mnie, że „Jeśli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od Ciebie”. Próżny, zwłaszcza w stanie upojenia, bywałem i bez porównywania się, a zgorzkniały byłem przez cały pozostały czas, a szczególnie na kacu.
Tym niemniej, z uporem godnym lepszej sprawy, starałem się „zakaz porównywania się” wprowadzić w swoje życie w całej rozciągłości i możliwie dokładnie. Podobnie zresztą, jak „zakaz oceniania”. Niestety, z podobnym zresztą, to jest żałosnym skutkiem.
 
Pamiętam jeszcze wstrząs, jaki przeżyłem konfrontując sugestię Ehrmanna (dotyczącą porównywania się z innymi), ze swoim piciem. Przez całe lata nadużywałem alkoholu i można powiedzieć, że piłem na pewno w sposób niebezpieczny, jeśli nie wręcz destrukcyjny czy kasacyjny. I przez cały ten czas upierałem się przy swoich absurdalnych przekonaniach, że piję tak samo, jak inni ludzie. Ano właśnie… przekonaniach. Może gdybym wtedy, zamiast operować przekonaniami, porównał życie (i picie) swoje oraz kuzyna, szwagra, wujka, sąsiada, współpracowników, szefów, to kto wie? Może miałbym szansę zobaczyć, że żyję (i piję) zupełnie inaczej niż prawie wszyscy ludzie wokół mnie. Ale żadnych porównań nie prowadziłem – wystarczyły mi przekonania. 
 
Jestem alkoholikiem – to proste stwierdzenie pociąga za sobą wiele różnorakich konsekwencji. Jedną z nich jest pewna ostrożność jaką nadal zachowuję wobec własnych przekonań. Między innymi po to właśnie chodzę na mityngi, żeby stale i wciąż konfrontować, porównywać swoje przekonania z innymi. To taki mój sygnalizator alarmowy. Nie jestem gotów i nie chcę z niego rezygnować.
Na mityngach, podczas spotkań Intergrupy i na różnego rodzaju aowskich warsztatach mam też okazję sprawdzić jeszcze jedną, bardzo ważną dla mnie rzecz, a mianowicie to, czy dokonując niezbędnych w normalnym, codziennym życiu ocen i porównań, nie używam ich do manipulowania swoimi uczuciami. A nie byłoby w tym przecież nic dziwnego – jestem alkoholikiem.
 
I w taki oto sposób pewnego razu doszedłem do wniosku, że może tekst Dwunastu Kroków nie jest aż tak pociągający i romantyczny, jak „Dezyderaty” i inne podobne kawałki, może sugestia „staraj się być szczęśliwy” brzmi bardziej pociągająco niż na przykład „zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy”, ale ostatecznie, po wielu rozmaitych doświadczeniach i eksperymentach, uznałem, że jeśli dla mnie istnieje w ogóle jakiś sensowny „sposób na życie”, to prędzej znajdę go, odkryję oraz nauczę się go stosować dzięki Programowi Anonimowych Alkoholików niż gdziekolwiek indziej. Bo ja… jestem alkoholikiem.
 
Na świecie jest niewątpliwie mnóstwo rozmaitych pięknych, wartościowych tekstów. Chętnie poznałbym je wszystkie i rzeczywiście wiele czytam. Jednak teraz już nieco ostrożniej i z dystansem, bo staram się pamiętać o ludziach, którzy kiedyś swoje doświadczenia opisali tak: „Sądziliśmy, że potrafimy znaleźć łatwiejszą, łagodniejszą drogę. Ale nie potrafiliśmy”.






Dużo więcej w moich książkach

O dzieleniu się

Mądrzy ludzie słów używają z rozwagą i zrozumieniem, albowiem wiedzą, że to słowa właśnie kształtują rzeczywistość …

Czym dzieliłem się w AA…

Po ostatniej inwenturze grupy, na której jakoś wyjątkowo często padały słowa „wolno mi się podzielić”, „no, przecież mam prawo się podzielić”, „muszę się podzielić” itp. postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami na temat wyjątkowego i specyficznego znaczenia tego dzielenia się we Wspólnocie AA.
 
Nie ulega wątpliwości, że zdolność do dzielenia się z innymi postrzegana jest powszechnie, jako zaleta. Nie dzielą się egoiści i skąpcy. Dzielą się altruiści, ludzie szczodrzy, otwarci, życzliwi. Dobrze jest umieć się dzielić, a zdolność ta może być niewątpliwie powodem do dumy.
 
Bez względu na to, czym chcę się z kimś podzielić – śledziem, radością, pieniędzmi, doświadczeniem – dzielenie się (w odróżnieniu od dzielenia bez „się”) wydaje się zawierać jeden podstawowy element wspólny o kapitalnym zresztą znaczeniu – jest nim dobrowolność. 
Lubię Krzyśka, który na przednówku wydaje mi się nieco mizerny i blady, a więc chętnie podzielę się z nim jabłkiem. Żeby dzielenie się doszło do skutku, Krzysiek musi wyrazić zgodę na przyjęcie kawałka jabłka, którym go częstuję. Jeśli odmówi, to nici z dzielenia się – przecież siłą do gardła mu nie wcisnę.
 
Sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, gdy przyjdzie mi ochota podzielić się czymś nieprzyjemnym, na przykład zmartwieniem, długiem, ciężką pracą, problemem. W takim przypadku chyba najbardziej elementarna przyzwoitość i szacunek dla innych ludzi nakazywałyby uzyskać wcześniej ich zgodę na przyjęcie tej części, którą dla nich przeznaczyłem. Wydaje mi się również, że zanim przystąpię do jakichkolwiek prób dzielenia się, warto też, żebym zastanowił się, czy to, co chcę komuś ofiarować faktycznie jest mu do czegoś potrzebne, może się przydać, posiada dla niego jakąś wartość. Bo jeśli nie… 
… bo jeśli nie, to chyba o szczytnej idei dzielenia się nie ma tu w ogóle mowy. Nadal i wciąż napędzany przez „egoizm egocentryzm i koncentrację na samym sobie” zepchnąłem, przerzuciłem na Bogu ducha winnych ludzi to, z czym sam sobie nie potrafiłem poradzić (pracę, uczucia, problemy). Ja odszedłem lżejszy, a oni… A cóż mnie oni obchodzą? Każdy przecież odpowiada za siebie. Zawsze mogą przecież zrobić to samo – przerzucić cały ten śmietnik na następną ofiarę. A ponadto, tak jak i ja, mogą być jeszcze dumni z umiejętności dzielenia się…
 
Wspomniałem o zasadzie dobrowolności, bez której dzielenie się zamienia się po prostu w przerzucanie na innych swoich problemów i to wbrew ich woli czy potrzebom. Odnoszę wrażenie, że zasada ta jakoś nie dotyczy niektórych mityngów AA. Sam zresztą wiele razy z tego korzystałem.
 
Osiem lat temu rzuciła mnie kobieta, którą do dnia dzisiejszego nazywam największą miłością swojego życia. Syn nie zdał do następnej klasy, a w pracy szefowie nagle zaczęli domagać się czegoś, czego nie chciałem zrobić. Przybiegłem na mityng. Podczas czytania tekstów początkowych nerwowo bębniłem palcami po stole, czekając tylko na sygnał prowadzącego, że oto zaczynają się „problemy i radości”, a ja nareszcie mogę, zupełnie bezkarnie, wyrzucić z siebie (znane określenie, prawda?) wszystkie swoje frustracje, zawody, rozczarowania, żale, pretensje, lęki, prawdziwe lub urojone krzywdy i inne takie. 
 
Podzieliłem się? Wówczas tak mi się pewnie wydawało, dzisiaj jednak oceniam swoje postępowanie zdecydowanie bardziej krytycznie i uważam, że wtedy po prostu wyrzygałem na tych ludzi swoje chore emocje, traktując salkę mityngową jak wychodek. Zresztą wyszedłem wkrótce po załatwieniu swojej potrzeby – przecież w tym stanie ducha nie byłem gotów na wysłuchiwanie cudzych wypowiedzi czy doświadczeń związanych z Programem AA, czy czymkolwiek innym.
 
Niestety, faktem jest, że w taki właśnie sposób „dzieliłem się” takimi… podczas mityngów wiele razy. Jeśli nawet miałem do opowiedzenia coś przyjemnego, to przecież nadal nie zastanawiałem się, czy swoją wypowiedzią nie zajmuję czasu innym uczestnikom mityngu – czasu, który wspólnie moglibyśmy przeznaczyć na „pracę na Programie”, gdyż on to właśnie, jak napisano w naszym nowym scenariuszu, stanowi siłę Wspólnoty AA i nadzieję dla osób uzależnionych. 
 
„Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem…”. Czy wspólnym problemem nie są, lub nie mogą być, kłopoty z dorastającymi dziećmi, nieuczciwymi pracodawcami, rozliczeniami podatkowymi? Ależ mogą, oczywiście! Jednak prawdą jest też, że „Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich Wspólnoty…” (Tradycja X), a „Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi” (Tradycja V).
Jeśli na mityngu AA podzieliłem się z zebranymi, a zwłaszcza z nowicjuszami, swoimi traumatycznymi przeżyciami oraz niewątpliwie pasjonującymi doświadczeniami dotyczącymi uprawnień pracowniczych, naszej polityki fiskalnej lub problemów wychowawczych, to czy rzeczywiście ma to jakikolwiek związek z programem powrotu do zdrowia? Jeśli opowiedziałem o problemach z zamarzniętym akumulatorem, nieuczciwym sprzedawcą, aroganckim urzędnikiem, to czy pomogłem nowemu koledze wytrzeźwieć?
 
W życiu bywa różnie i w każdej chwili może wydarzyć się coś, co wyprowadzi mnie z równowagi, zburzy mi spokój, zabierze pogodę ducha. Mogę wtedy po prostu potrzebować się wygadać – nic w tym złego, nienormalnego czy nagannego. W takiej sytuacji wystarczy przecież, że poproszę któregoś z przyjaciół o rozmowę, uprzedzając od razu, że chciałbym obgadać jakiś nieprzyjemny, albo nawet bolesny temat. Na pewno któryś się zgodzi. Problem jedynie w tym, czy moja pycha pozwoli mi o rozmowę poprosić?  No, cóż… prościej pójść na mityng – tam można przecież mówić, co się chce, nikogo o nic nie prosząc.
 
A jeśli sytuacja wydaje się dramatyczna, przyjaciele rozmawiać nie chcą lub nie mogą, natomiast za pół godziny zaczyna się mityng? Wtedy pójdę na ten mityng, przedstawię sytuację i poproszę o możliwość opowiedzenia o tym, co się w moim życiu stało. Bez skrupułów. Nie sądzę, żeby jakakolwiek grupa w takim przypadku odmówiła mi pomocy. Ano właśnie – pomocy. Pomocy, o którą poprosiłem. Wyraźnie. Nie fałszując rzeczywistości i nie nazywając tego obłudnie „dzieleniem się”.
 
Phil Bosmans, autor wielu popularnych aforyzmów i „złotych myśli” stwierdził kiedyś, że „zaśmieciliśmy nie tylko wodę, powietrze i ziemię lecz również słowo, które jest łącznikiem między ludźmi”. Ja jednak, jako alkoholik, obawiam się, że w moim przypadku chodzi nie tyle o zwykłe niechlujstwo językowe, co o manipulacje i sztuczki uzależnionego umysłu. Pamiętam przecież, jak całymi latami zwykłą kradzież nazywałem pożyczką lub skubnięciem, kłamstwo fantazją lub koloryzowaniem, oszustwo zaradnością… 
Ja już tak nie chcę. Nie chcę sobie na takie rzeczy pozwalać. Literatura AA i terapia odwykowa nauczyły mnie nazywania rzeczy po imieniu. I niech tak zostanie… dla mojego własnego dobra i z szacunku dla wszystkich ludzi, z którymi nareszcie staram się być blisko.





Dużo więcej w moich książkach